22.11.2010 Last Minute

Jako, że wydawca zamieścił fragment mojej książki na swoim blogu:

http://blog.nowy-swiat.pl/?p=1058

– postanowiłam zacząć traktować poważnie kwestię publikacji i również zamieścić tu jakiś fragment. Rzecz ma się zwać Last Minute, ukaże się nakładem Wydawnictwa Nowy Świat i sprzeda się w czternastu milionach egzemplarzy. Po ekranizacji wymienionego dzieła – uroczyście obiecuję – kupię wreszcie kinkiety do sypialni. I obrożę dla Nabuchodonozora.

———————————————————————————————————————————

Zegarek pokazywał kwadrans po dziewiątej.

Jego „tik-tak” było dziś przekleństwem. Przekleństwem samotności w tej cholernej knajpie z Arabami, przekleństwem oczekiwania na cholernego Araba, który się wciąż nie pojawiał. Minęła godzina. Agnieszka opróżniła trzy szklanki dżinu z tonikiem. Żadna z nich nie podziałała na nią rozweselająco.

W pobliżu siedział młody arabski chłopak z jakimś Anglikiem. Mimo głośnej muzyki, jakiegoś dzikiego ryku i zanoszenia się od śmiechu, strzępy ich rozmowy dobiegały do jej uszu:

… last night… from Poland… beautiful body…

Co jeszcze mówili? Nie rozumiała. Nie rozumiała, co to: blow job, co to: habibi?

Co to znaczy, że ma ich kilka? Że kupują mu drinki, przysyłają pieniądze? Że im mówi I love you, a one dają komórkę? Laptopa? Kartę kredytową?

One?

Ile ich jest?

– Sporo – chwali się Arab.

I zaraz dodaje, że on je naprawdę kocha, i chociaż są starsze od niego, mają to coś w sobie, coś kurewskiego, co facetów cholernie podnieca.

On jeszcze jest młody, ma kilka planów, małżeństwo i owszem, to też kosztuje. Kobiety płacą chętnie. On mówi, że ma kłopoty, a one: „Habibi, pomogę, ile?”

Jest fajnie.

– Wy – mówi do Anglika – wy im tego nie dacie. Wy nie umiecie. A to takie proste – śmieje się Arab – takie proste. Kobieta lubi usłyszeć komplement. Że oczy ma ładne – to na początek. Drugi komplement, to włosy. Włosy masz piękne, to naturalne? Ona mówi, że tak, w to trzeba uwierzyć. Z zachwytem dotknąć, powiedzieć „ach”…! – tu Arab się zaniósł od śmiechu. A potem, uspokoiwszy się, ciągnął dalej:

– Skóra gładka, lśniąca… atłasowa. Taka jak… – pstryknął palcami – …jak na brzoskwini. Biała kobieta to chce usłyszeć. Przyjeżdża tu po to. Po to przywozi swój portfel, rozumiesz?

A Anglik żuje gumę, patrzy pijanym wzrokiem przed siebie, nic nie rozumie, nawet nie słucha. Agnieszka już też nie słucha.

Agnieszka już wyszła.

Szła powoli ulicą, jaskrawa jak pomarańczowy wykrzyknik. Każdy patrzył, niektórzy gwizdali. Minęła ich, pięknych habibi, nie patrząc im w oczy.

Weszła na schody hotelu, po schodach do środka. Minęła portiernię, miłego portiera, który ten pokój z tarasem przydzielił i zawsze się kłaniał z uśmiechem, każdego ranka.

A raz zadzwonił, by spytać, czy śpią? Czy może w czymś pomóc?

Weszła do pokoju, nalała szklankę tekili, usiadła na balkonie i zastygła w bezruchu. Tik-tak, słyszała cichutkie cykanie swojego zegarka i bez patrzenia na cyferblat wiedziała, że mijają kolejne długie minuty, kwadranse, półgodziny, godziny… Jego zegarek też tykał: tik-tak, tik-tak…

Ale on jest Tunezyjczykiem. Wszyscy Tunezyjczycy się spóźniają.

Zuzanna spała. Och, jak Agnieszka zazdrościła jej tego snu, spokoju, dystansu do wszystkiego. Tego, że sobie tak po prostu spała, nie myśląc o niczym, bujając rozkosznie w tej fazie REM, daleko od tęsknot, niepokoju, wspomnień, dezorientacji, chaosu myśli, niezrozumienia, zaskoczenia, gdzie, czemu, jak, co?!

Jeszcze tak niedawno ten sen był niepotrzebny. A teraz chciałaby się w tym śnie zanurzyć, zatracić, zniknąć. Chciałaby żeby on ją pochłonął, wciągnął i zniweczył jej myśli. Wyciął tę przygodę tunezyjską: ciach i wyrzucił z pamięci.

Wyczyścił jej twardy dysk, sformatował do zera. Lecz on nie chciał przyjść, on się na nią obraził, wypiął.

Siedziała więc na tarasie i patrzyła tępo w mrok, przed siebie.

Samochody przyjeżdżały i odjeżdżały spod hotelu. Mężczyźni wychodzili z nich i szli obojętnie gdzieś w noc. Ktoś siedział na balkonie jak ona, w hotelu naprzeciwko. Kobieta, mężczyzna, duch? Przyglądała się uparcie, wciąż nie mogąc zgadnąć. Sekundy mijały, tik-tak, tik-tak, minuty mijały tik-tak, godziny mijały…

I znów wysiadali z taksówek, wsiadali, chodzili, palili papierosy, wsiadali, wysiadali… noc się nie kończyła.

Noc trwała jak zaklęta, zamrożona w jakimś odrętwieniu. I ona razem z nocą, jak zaklęta, odurzona, trwała tak milcząc i pijąc w samotności wódkę, kieliszek za kieliszkiem.

Nagle poczuła coś. Coś gwałtownego wyrwało ją z wielogodzinnego odrętwienia. Szarpnęło nią, zerwało z miejsca. Ocuciło jak zimna woda z Morza Śródziemnego. Co to było? Gniew.

I w tym też momencie razem z gniewem, jak żart, kpina wredna zaśpiewał budzik Zuzanny:

„Ali Baba, Arab z bajki!”

Pomarańczowa sukienka zafalowała razem z rozjuszonym oddechem w piersiach.

Meszek na ramionach ?

Krzywe trójki zmysłowe?

Zielone oczy, dołki w policzkach?

Spełnienie snów?

Aagneeszszka?

Habibi?

Zabije.

Ona go znajdzie, spod ziemi wygrzebie, a jeśli leży teraz na jakiejś kurwie, ją też zabije.

Spod wzorzystego dywanu wyciągnie i urwie mu ten zakłamany, kudłaty łeb.

A potem wsiądzie w samolot i beslema, żegnaj baśni z tysiąca nocy, mam was w nosie, szukajcie mnie. Koniec filmu melodramatu.

Napisy.

Nie mówiąc za wiele swojej przyjaciółce, złapała w biegu spakowaną walizkę, sprawdziła paszport i wyszła z hotelu.

Nieskalany światłem księżyca mrok panował nad miastem. Wszystko wydało się nagle brzydkie i mroczne. Plaża w ciemnościach, czarne, zimne, nieprzyjazne morze. Opustoszała, szara ulica, posępne budynki… Tylko ta jaskrawa sukienka drwiła w najlepsze. Ile za nią dała? Dwieście pięćdziesiąt? Za dwieście pięćdziesiąt kupiła ten pomarańczowy łach, o którym ten oszust powiedział: piękna?

Dwieście pięćdziesiąt kosztuje ją hańba.

Dwieście pięćdziesiąt – wstyd.

Dwieście pięćdziesiąt – żenada.

Miała ochotę zerwać ją z siebie, jakby z nią razem mogły przepaść uczucia.

Ale nie zerwie, bo im, Arabom z ulicy, pieprzonym habibi nie zrobi frajdy.

Cygan. Cyganek.

Żałosna powtórka sprzed lat.

Ramtatatam tam tam  tam…

Potrwa to dzień lub dwa, oto ja, cały ja…

Będzie go szukała, choćby do upadłego, aż znajdzie. Znajdzie i zabije.

Tatiana? Tak się ta Ruska nazywała? Przestań go szukać, Tatiana. Ja go znajdę.

Ja znam jego imię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s