Syndrom Zoolozy

Wszystko zaczęło się w Dniu Zmarłych.

A może to były Zaduszki? Halloween?

Tomasz szedł cmentarną aleją, pobrzękując zniczami w plastikowej siatce. Minął barwny kram przeróżnych świec – tych mniejszych, skromnych za złotówkę i tych drogich, pysznych, z regulowanym dopływem powietrza, w ostrych kolorach i niebanalnych kształtach, ze zdobieniami w plastikowej osłonce, złoconymi zakrętkami, z głową papieża, ze skrzydłami anielskimi, krzyżem, koroną….

Kobieta o lisiej twarzy rozśmieszyła go nieco brzydotą i chytrym spojrzeniem. Stanął przy straganie z lizakami, wyjął pieniądze z kieszeni, podniósł wzrok i oniemiał. Zmarszczył czoło, zamknął szybko oczy, szepnął „w imię ojca” i otworzył je ponownie. Znów to samo. Sprzedawczyni nie miała już tylko lisiej twarzy. Po prostu stała się lisem. Lisicą, znaczy. Lisicą! Stała na dwóch łapach jak człowiek, w kufajce, a jakże, a spod kurtki wystawały owłosione, rude łapy, zakończone ciemnymi pazurami. W jednej z łap tkwił wesoło kolorowy lizak. Zaskoczony Tomasz stał nieruchomo, podczas gdy za nim ustawił się już spory ogonek zniecierpliwionych ludzi.

– Bierzesz pan tego lizaka, czy nie? – warknął lis.

Jezu, święci pańscy. Zadźwięczały monety  na stoliku. Tomasz drżącą ręką odebrał lizaka. Lisica, już zajęta następną klientką, odwróciła migdałowe oczy, dopięła kufajkę i – wkładając papierosa do pyska – zaszczekała uprzejmie:

– Dla pani?

Świat zwariował do reszty, jęknął Tomasz. Widział już różne dziwne rzeczy, ale żeby lis…? Żeby lis na cmentarzu, z tym papierosem? Z lizakiem? Świat się kończy. Może to ciśnienie skoczyło znów, może majaki? To prędzej. Bo przecież nie lis prawdziwy, bo jak? Tresowany, co w dodatku gadający? Nie. Ciśnienie, znowu to ciśnienie, cholera. Dziś pogoda też zwariowana, to pada, to słońce, a i wiatr nie bez znaczenia. Właśnie – wiatr! Lekarz mówił: uważaj pan na wiatry. Że też on akurat musiał wyjść w tę pogodę zdradliwą, jesienną, że wiecznie on! Zawsze ganiają jak psa, proszę – to po ziemniaki, to po mąkę, a teraz ze zniczami. A bo się rodzina zjedzie, zobaczą i gadać będą, że groby zaniedbane. Pewnie, groby ważniejsze niż zdrowie człowieka.

Cholerny lis. Co za bzdura: lis za ladą. Cholerne zwidy.

Dobra, machnął ręką, znajdując pocieszenie w nowych pigułkach. A na dodatek „Familiada” dzisiaj, „Jeden z dziesięciu” i „Klan”. Tak rozmyślając ustawił szybko znicze na mogiłach i w pośpiechu opuścił cmentarz.

– Odpękane. A lisa niech diabli porwą – szepnął zapalając silnik samochodu.

W mieszkaniu buzowało. Gar z bigosem cwałował po kuchence, w piekarniku sernik. Jeszcze daleko do wieczora, ale przezorna Roksana już od dawna szykowała poczęstunek.

– Romana nie widziałam pięć lat, rozumiesz? – machała łyżką przed nosem Tomasza. – Odkąd wyjechał z Marią do tej Anglii, kamień w wodę. Dopiero teraz, na groby zjeżdżają. A bo się ustawili tam jakoś?

Tomasz poruszył ramionami. Skąd ma wiedzieć? Człowiekowi nawet w wolny dzień nie dadzą spokoju. Z żalem łyknął dwie tabletki pressarium, ułożył się wygodnie na kanapie, włączył telewizor i uspokojony gładkim głosem spikerki, zasnął.

***

Jednak jakoś tam się chyba ustawili. Wprawdzie mieszkania nie mają, wynajmują kąt, samochód też nijaki, ale – mówią – lepiej, o niebo lepiej i łatwiej i milej, a poza tym, przecież do Polski nie ma co wracać. On – nauczyciel, co on tu zarobi, grosze jakieś, a tam – wprawdzie jako majster – cykliniarz, ale człowiek przynajmniej wie, za co pracuje. A Maria? Co jej po dyplomach w marnej służbie zdrowia? Tam jeszcze nie dostała pracy w szpitalu, na razie sprząta, języka się uczy. Wszystko przed nią. Kochani, jakie tam są pieniądze dla lekarzy!

Roksana nakładała bigos na wypucowane talerze, kiwała głową na każde słowo szwagra i uśmiechała się z aprobatą. Tylko Tomasz był markotny,  może dwa słowa bąknął.

– Co ty, chory? – zaniepokoiła się szwagierka.

Tomasz spojrzał na pytającą i zbladł. Chory jest, pewnie, że tak! Na tych cmentarzach go przewiało, stąd omamy.

– Daj mi herbaty, Roksi – poprosił małżonkę zbolałym głosem.

– Z malinami ci dam, biedaku. Mówiłam włóż kożuszek, a ty, że nie, że ciepło. Masz swoje ciepło.

Wróciła po chwili z kubkiem w dłoniach. Tymczasem Roman z Marią przepadli na papierosa.

– Na balkon ich przegoniłem – szeptem oznajmił Tomasz, kuląc się nad szklanką herbaty.

– No wiesz? – oburzyła się Roksana. – Bój się Boga, rodzinę na ziąb wywalił! Niech sobie palą w domu, cyrków nie rób.

– Ja mam duszności, zawroty głowy…

– Nie marudź. Muszę im łóżko zrobić.

– Miałem dziś jakieś halucynacje… – szepnął, korzystając z nieobecności gości.

– Pościel świeżą dam, niebieską.

– Kobieta się zamieniła w lisa…

– Pójdę, sprawdzę, czy jest wymaglowana.

– Sprzedawała lizaki i nagle patrzę – lis…

– Co ty pleciesz, gdzie, jaki lis?

– Przy lizakach… na cmentarzu – wyjaśnił pośpiesznie ściszonym głosem.

Machnęła ręką i poderwała się z krzesła na widok otwieranych drzwi balkonowych.

– Widziałeś lisa? – huknął Roman. – W telewizji mówili! Coraz więcej ich w miastach w Polsce. W Anglii to nie do pomyślenia.

– Tam nie ma wścieklizny – stwierdziła Maria. – A tu po cmentarzach, parkach, biegają, choroby roznoszą, co za kraj…

– Tomek! – zawołała nagle Roksana. – Nie dotykałeś tego lisa?

Tomasz nic nie powiedział, tylko jęknął. Roksana złapała się za głowę.

Maria podniosła kieliszek z wódką, przechyliła ukradkiem, zagryzła ogórkiem i spytała rzeczowo:

– Dotykałeś, czy nie?

– Prawie…

– Fatalnie – oceniła, beknęła i spojrzała na Roksanę.

A ta zaczęła wertować książkę telefoniczną w poszukiwaniu numeru dyżurnego szpitala.

– Poczekaj, spokojnie – Tomasz podrapał się w głowę.

Ten lis się mu tylko zdawał, lizaki sprzedawał przecież, kto mu uwierzy na pogotowiu w takie rzeczy? Że niby, co? Że pogryzł go wściekły sprzedawca lizaków? Jeśli jednak ten lis naprawdę był chory? Boże jedyny, wścieklizna, straszliwa choroba, diabli nadali… A lizaka przecież zjadł – zjadł bezmyślnie! A teraz pojękuje w panice i już sam nie wie, czy nie lepiej byłoby zadzwonić na to pogotowie i dać się pokłuć zastrzykami? Szukając ratunku spojrzał na żonę i szwagrów.

Co, jak to? Z niedowierzania zmrużył oczy, raz jeszcze przyjrzał się szwagrowi. Z kieliszkiem w kosmatej łapie stał przed nim (ubrany w marynarkę Romana) olbrzymi szczur.

Kubek z herbatą trzasnął o podłogę i Tomasz zemdlał.

***

– Jestem chory – poskarżył się do słuchawki – nie przyjdę dziś do pracy.

– A el cztery masz? – syknęła sekretarka i wprawiając Tomasza w drżenie. Wydawało mu się, że ujrzał po drugiej stronie kabla nie sekretarkę Jolę, lecz oślizgłą  żmiję. Otarł dłonią czoło i opadł na poduszki. Co to wczoraj był za dzień? Halloween jakiś wariacki, czy ki diabeł? Brak słów. Poprzebierali się jak idioci, słowo daję, ludziom się we łbach przewraca. A może to…? Może to jakaś choroba się wykluwa? Guz mózgu, albo gorzej jeszcze – schizofrenia? Zapalenie opon mózgowych? Defekt wzroku? A może tylko, dałby Bóg, przemęczenie.

– Nie masz gorączki – poinformowała Roksana.

Tomasz z dezaprobatą spojrzał na żonę i podniósł głos:

– Co z tego? Źle się czuję, muszę poleżeć. Nie pójdę do żadnego sklepu.

– Jak chcesz – wyszła urażona z pokoju.

Tomasz łyknął pigułkę, zamknął oczy i zawołał zbolałym głosem w kierunku drzwi:

– Gdzie Roman?

– Wyjechali nad ranem, spałeś.

Odetchnął. Jeszcze nie daj Boże, znów by majaczenie go dopadło, jakieś zwierzęta w ubraniach, z kieliszkami, z lizakami, w głowie się nie mieści. Pośpi trochę, odpocznie, wszystko będzie dobrze. Żadnych lisów, szczurów…

– Niby nie chciał, niby się wzbraniał, – wróciła do pokoju Roksana – ale bigos zapakowałam i wziął. I ciasto dałam muuu…muuuu…

Tomasz otworzył oczy, po czym szybko je zamknął i więcej już nie otwierał.

Ale i tak wiedział. W pokoju stała pomniejszona do rozmiarów Roksany, uśmiechnięta krowa – z maskarą w kopycie, którym zgrabnie operując, pociągała swoje niebotycznie długie, czarne rzęsy.

***

Panie Doktorze, piszę ten list, bo wstydzę się przyjść. A raczej: boję się. Powiem więcej: boję się wyjść nawet z łóżka. Boję się otworzyć oczy.Nawet teraz mam zamknięte, a list dyktuję żonie. Jak ona to pisze, pojęcia nie mam, bo przecież kopytami za diabła się nie da…

– Walnąć cię? – zahuczała groźnie Roksana.

– Pisz… – poprosił słabo.

Może Pan zna takie przypadki i coś mi doradzi, bo ja – tyle razy już będąc u Pana i tyle chorób podejrzewając u siebie, nawet nie przypuszczałem, że mogę paść ofiarą takiej dziwnej przypadłości. Ba, nigdy nie słyszałem o niej, choć czytam encyklopedię zdrowia! Mam jednak nadzieję, że Pan Doktor się na tym zna i przyśle mi odpowiednie lekarstwa. Od kiedy stwierdził Pan u mnie meteopatię i nadciśnienie, brałem te małe pigułki i czułem się znacznie lepiej. Ale nagle, zupełnie nieoczekiwanie, wszystko się zmieniło. Otóż wczoraj kupiłem na cmentarzu lizaka. Wiem, wiem, nie powinienem, bo cukier mi podskoczy. Ale zimno było i wiało i  jakoś mnie diabeł skusił. To znaczy nie diabeł, tylko lis… bo problem w tym, że kupiłem go od lisa, od lisicy raczej. I zjadłem. Tego lizaka, co go lis miał w łapie… lisica…

– Roksi, weź mi pomóż, ten facet gotów pomyśleć, że jestem nienormalny – jęknął do krowy. Ale ta tylko wzniosła oczy do sufitu, potem przewróciła nimi teatralnie, jakby bawiąc się tym, że ma teraz jeszcze większe, ogromne wręcz, wyłupiaste, ozdobione długimi rzęsami.

…Potem mój szwagier zamienił się w szczura. On mieszka w Anglii, kątem u znajomych, na dorobku. Ale nie jest przecież szczurem żadnym, co to, to nie. Ani on, ani też Marysia. Że tam tak ciułają po kątach? Może wielkimi panami nie są, grosz odkładają, ale żeby zaraz od szczurów? A teraz znów moja żona… Zawsze była trochę przy kości, mocnej budowy, można powiedzieć…

– Nie będę tego pisać – zagroziła krowa.

– Roksi, proszę… Jestem chory, nie rozumiesz? Boję się wyjść z domu, a ty fochy stroisz. Nic wyrozumiałości, jak słowo daję – głos Tomasza się załamał. Roksana litościwie znów pochyliła się nad kartką, ale kręcąc łbem i pukając co jakiś czas ostentacyjnie kopytem w czoło, dawała w jasny sposób do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli.

– Czyli: moja żona. Zawsze była trochę przy kości, mocnej budowy, można powiedzieć… – to już napisałaś, tak?

Krowa przytaknęła.

dbała o mnie umiarkowanie, wysługiwała się często, bo jej nie chciało się ruszyć i mnie ganiała. Wtedy, przyznam, złośliwie mówiłem:” ty leniwa krowo”. Ale trzeba wiedzieć, że jedzenie zawsze uszykowała, a jakże, głodny nie chodziłem. Bo teraz, owszem, nie jem nic z nerwów i strachu, tak mnie ta choroba ścięła, aż się trzęsę cały…

Panie doktorze, na ulicę nie wychodzę, bo się boję zwierząt. Od czasu, gdy zobaczyłem Tomasza Kamela, nie patrzę w telewizor.

I teraz najgorsza rzecz: boję się spojrzeć w lustro.

———————————————————————————-

(Latarnia Morska 1-2(11-12) 2009/1 (13) 2010)

7 comments

  1. jeepwdyzlu

    super
    gotowe do publikacji, nic dodać, nic ująć…
    bardzo, bardzo udany tekst
    jeep
    ps.ciekawe jak mnie widziałby bohater.. Jako osła, końskiego gza, wiewiórkę, lwa czy rekina? Oto jest pytanie….

    • Sylwia Kubryńska

      dziękuję… ja nadal nie wiem, kim bym była w oczach Tomasza, i niech lepiej to pozostanie zagadką:)

      • Anonim

        ale za to wiemy kim ja byłem w Twoich 😛
        i to mimo, że wtedy jeszcze nie mieliśmy ze sobą styczności, a gdańsk to dla mnie była tylko lechia szajs. teraz jest lechia szajs i fajni znajomi.

        napisał Romski

    • Sylwia Kubryńska

      łomatko, przecież wiadomo. Napisałam to jak byłam jeszcze mała, czyli w 2009 roku chyba. Wciągnęłam na górę, bo jest halołin, tak jak się gra stare piosenki o śniegu na Gwiazdkę. A opowiadanie, rzecz jasna, trąci myszką;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s