Syndrom Zoolozy

Wszystko zaczęło się w Dniu Zmarłych.

A może to były Zaduszki? Halloween?

Tomasz szedł cmentarną aleją, pobrzękując zniczami w plastikowej siatce. Minął barwny kram przeróżnych świec – tych mniejszych, skromnych za złotówkę i tych drogich, pysznych, z regulowanym dopływem powietrza, w ostrych kolorach i niebanalnych kształtach, ze zdobieniami w plastikowej osłonce, złoconymi zakrętkami, z głową papieża, ze skrzydłami anielskimi, krzyżem, koroną….

Kobieta o lisiej twarzy rozśmieszyła go nieco brzydotą i chytrym spojrzeniem. Stanął przy straganie z lizakami, wyjął pieniądze z kieszeni, podniósł wzrok i oniemiał. Zmarszczył czoło, zamknął szybko oczy, szepnął „w imię ojca” i otworzył je ponownie. Znów to samo. Sprzedawczyni nie miała już tylko lisiej twarzy. Po prostu stała się lisem. Lisicą, znaczy. Lisicą! Stała na dwóch łapach jak człowiek, w kufajce, a jakże, a spod kurtki wystawały owłosione, rude łapy, zakończone ciemnymi pazurami. W jednej z łap tkwił wesoło kolorowy lizak. Zaskoczony Tomasz stał nieruchomo, podczas gdy za nim ustawił się już spory ogonek zniecierpliwionych ludzi.

– Bierzesz pan tego lizaka, czy nie? – warknął lis.

Jezu, święci pańscy. Zadźwięczały monety  na stoliku. Tomasz drżącą ręką odebrał lizaka. Lisica, już zajęta następną klientką, odwróciła migdałowe oczy, dopięła kufajkę i – wkładając papierosa do pyska – zaszczekała uprzejmie:

– Dla pani?

Świat zwariował do reszty, jęknął Tomasz. Widział już różne dziwne rzeczy, ale żeby lis…? Żeby lis na cmentarzu, z tym papierosem? Z lizakiem? Świat się kończy. Może to ciśnienie skoczyło znów, może majaki? To prędzej. Bo przecież nie lis prawdziwy, bo jak? Tresowany, co w dodatku gadający? Nie. Ciśnienie, znowu to ciśnienie, cholera. Dziś pogoda też zwariowana, to pada, to słońce, a i wiatr nie bez znaczenia. Właśnie – wiatr! Lekarz mówił: uważaj pan na wiatry. Że też on akurat musiał wyjść w tę pogodę zdradliwą, jesienną, że wiecznie on! Zawsze ganiają jak psa, proszę – to po ziemniaki, to po mąkę, a teraz ze zniczami. A bo się rodzina zjedzie, zobaczą i gadać będą, że groby zaniedbane. Pewnie, groby ważniejsze niż zdrowie człowieka.

Cholerny lis. Co za bzdura: lis za ladą. Cholerne zwidy.

Dobra, machnął ręką, znajdując pocieszenie w nowych pigułkach. A na dodatek „Familiada” dzisiaj, „Jeden z dziesięciu” i „Klan”. Tak rozmyślając ustawił szybko znicze na mogiłach i w pośpiechu opuścił cmentarz.

– Odpękane. A lisa niech diabli porwą – szepnął zapalając silnik samochodu.

W mieszkaniu buzowało. Gar z bigosem cwałował po kuchence, w piekarniku sernik. Jeszcze daleko do wieczora, ale przezorna Roksana już od dawna szykowała poczęstunek.

– Romana nie widziałam pięć lat, rozumiesz? – machała łyżką przed nosem Tomasza. – Odkąd wyjechał z Marią do tej Anglii, kamień w wodę. Dopiero teraz, na groby zjeżdżają. A bo się ustawili tam jakoś?

Tomasz poruszył ramionami. Skąd ma wiedzieć? Człowiekowi nawet w wolny dzień nie dadzą spokoju. Z żalem łyknął dwie tabletki pressarium, ułożył się wygodnie na kanapie, włączył telewizor i uspokojony gładkim głosem spikerki, zasnął.

***

Jednak jakoś tam się chyba ustawili. Wprawdzie mieszkania nie mają, wynajmują kąt, samochód też nijaki, ale – mówią – lepiej, o niebo lepiej i łatwiej i milej, a poza tym, przecież do Polski nie ma co wracać. On – nauczyciel, co on tu zarobi, grosze jakieś, a tam – wprawdzie jako majster – cykliniarz, ale człowiek przynajmniej wie, za co pracuje. A Maria? Co jej po dyplomach w marnej służbie zdrowia? Tam jeszcze nie dostała pracy w szpitalu, na razie sprząta, języka się uczy. Wszystko przed nią. Kochani, jakie tam są pieniądze dla lekarzy!

Roksana nakładała bigos na wypucowane talerze, kiwała głową na każde słowo szwagra i uśmiechała się z aprobatą. Tylko Tomasz był markotny,  może dwa słowa bąknął.

– Co ty, chory? – zaniepokoiła się szwagierka.

Tomasz spojrzał na pytającą i zbladł. Chory jest, pewnie, że tak! Na tych cmentarzach go przewiało, stąd omamy.

– Daj mi herbaty, Roksi – poprosił małżonkę zbolałym głosem.

– Z malinami ci dam, biedaku. Mówiłam włóż kożuszek, a ty, że nie, że ciepło. Masz swoje ciepło.

Wróciła po chwili z kubkiem w dłoniach. Tymczasem Roman z Marią przepadli na papierosa.

– Na balkon ich przegoniłem – szeptem oznajmił Tomasz, kuląc się nad szklanką herbaty.

– No wiesz? – oburzyła się Roksana. – Bój się Boga, rodzinę na ziąb wywalił! Niech sobie palą w domu, cyrków nie rób.

– Ja mam duszności, zawroty głowy…

– Nie marudź. Muszę im łóżko zrobić.

– Miałem dziś jakieś halucynacje… – szepnął, korzystając z nieobecności gości.

– Pościel świeżą dam, niebieską.

– Kobieta się zamieniła w lisa…

– Pójdę, sprawdzę, czy jest wymaglowana.

– Sprzedawała lizaki i nagle patrzę – lis…

– Co ty pleciesz, gdzie, jaki lis?

– Przy lizakach… na cmentarzu – wyjaśnił pośpiesznie ściszonym głosem.

Machnęła ręką i poderwała się z krzesła na widok otwieranych drzwi balkonowych.

– Widziałeś lisa? – huknął Roman. – W telewizji mówili! Coraz więcej ich w miastach w Polsce. W Anglii to nie do pomyślenia.

– Tam nie ma wścieklizny – stwierdziła Maria. – A tu po cmentarzach, parkach, biegają, choroby roznoszą, co za kraj…

– Tomek! – zawołała nagle Roksana. – Nie dotykałeś tego lisa?

Tomasz nic nie powiedział, tylko jęknął. Roksana złapała się za głowę.

Maria podniosła kieliszek z wódką, przechyliła ukradkiem, zagryzła ogórkiem i spytała rzeczowo:

– Dotykałeś, czy nie?

– Prawie…

– Fatalnie – oceniła, beknęła i spojrzała na Roksanę.

A ta zaczęła wertować książkę telefoniczną w poszukiwaniu numeru dyżurnego szpitala.

– Poczekaj, spokojnie – Tomasz podrapał się w głowę.

Ten lis się mu tylko zdawał, lizaki sprzedawał przecież, kto mu uwierzy na pogotowiu w takie rzeczy? Że niby, co? Że pogryzł go wściekły sprzedawca lizaków? Jeśli jednak ten lis naprawdę był chory? Boże jedyny, wścieklizna, straszliwa choroba, diabli nadali… A lizaka przecież zjadł – zjadł bezmyślnie! A teraz pojękuje w panice i już sam nie wie, czy nie lepiej byłoby zadzwonić na to pogotowie i dać się pokłuć zastrzykami? Szukając ratunku spojrzał na żonę i szwagrów.

Co, jak to? Z niedowierzania zmrużył oczy, raz jeszcze przyjrzał się szwagrowi. Z kieliszkiem w kosmatej łapie stał przed nim (ubrany w marynarkę Romana) olbrzymi szczur.

Kubek z herbatą trzasnął o podłogę i Tomasz zemdlał.

***

– Jestem chory – poskarżył się do słuchawki – nie przyjdę dziś do pracy.

– A el cztery masz? – syknęła sekretarka i wprawiając Tomasza w drżenie. Wydawało mu się, że ujrzał po drugiej stronie kabla nie sekretarkę Jolę, lecz oślizgłą  żmiję. Otarł dłonią czoło i opadł na poduszki. Co to wczoraj był za dzień? Halloween jakiś wariacki, czy ki diabeł? Brak słów. Poprzebierali się jak idioci, słowo daję, ludziom się we łbach przewraca. A może to…? Może to jakaś choroba się wykluwa? Guz mózgu, albo gorzej jeszcze – schizofrenia? Zapalenie opon mózgowych? Defekt wzroku? A może tylko, dałby Bóg, przemęczenie.

– Nie masz gorączki – poinformowała Roksana.

Tomasz z dezaprobatą spojrzał na żonę i podniósł głos:

– Co z tego? Źle się czuję, muszę poleżeć. Nie pójdę do żadnego sklepu.

– Jak chcesz – wyszła urażona z pokoju.

Tomasz łyknął pigułkę, zamknął oczy i zawołał zbolałym głosem w kierunku drzwi:

– Gdzie Roman?

– Wyjechali nad ranem, spałeś.

Odetchnął. Jeszcze nie daj Boże, znów by majaczenie go dopadło, jakieś zwierzęta w ubraniach, z kieliszkami, z lizakami, w głowie się nie mieści. Pośpi trochę, odpocznie, wszystko będzie dobrze. Żadnych lisów, szczurów…

– Niby nie chciał, niby się wzbraniał, – wróciła do pokoju Roksana – ale bigos zapakowałam i wziął. I ciasto dałam muuu…muuuu…

Tomasz otworzył oczy, po czym szybko je zamknął i więcej już nie otwierał.

Ale i tak wiedział. W pokoju stała pomniejszona do rozmiarów Roksany, uśmiechnięta krowa – z maskarą w kopycie, którym zgrabnie operując, pociągała swoje niebotycznie długie, czarne rzęsy.

***

Panie Doktorze, piszę ten list, bo wstydzę się przyjść. A raczej: boję się. Powiem więcej: boję się wyjść nawet z łóżka. Boję się otworzyć oczy.Nawet teraz mam zamknięte, a list dyktuję żonie. Jak ona to pisze, pojęcia nie mam, bo przecież kopytami za diabła się nie da…

– Walnąć cię? – zahuczała groźnie Roksana.

– Pisz… – poprosił słabo.

Może Pan zna takie przypadki i coś mi doradzi, bo ja – tyle razy już będąc u Pana i tyle chorób podejrzewając u siebie, nawet nie przypuszczałem, że mogę paść ofiarą takiej dziwnej przypadłości. Ba, nigdy nie słyszałem o niej, choć czytam encyklopedię zdrowia! Mam jednak nadzieję, że Pan Doktor się na tym zna i przyśle mi odpowiednie lekarstwa. Od kiedy stwierdził Pan u mnie meteopatię i nadciśnienie, brałem te małe pigułki i czułem się znacznie lepiej. Ale nagle, zupełnie nieoczekiwanie, wszystko się zmieniło. Otóż wczoraj kupiłem na cmentarzu lizaka. Wiem, wiem, nie powinienem, bo cukier mi podskoczy. Ale zimno było i wiało i  jakoś mnie diabeł skusił. To znaczy nie diabeł, tylko lis… bo problem w tym, że kupiłem go od lisa, od lisicy raczej. I zjadłem. Tego lizaka, co go lis miał w łapie… lisica…

– Roksi, weź mi pomóż, ten facet gotów pomyśleć, że jestem nienormalny – jęknął do krowy. Ale ta tylko wzniosła oczy do sufitu, potem przewróciła nimi teatralnie, jakby bawiąc się tym, że ma teraz jeszcze większe, ogromne wręcz, wyłupiaste, ozdobione długimi rzęsami.

…Potem mój szwagier zamienił się w szczura. On mieszka w Anglii, kątem u znajomych, na dorobku. Ale nie jest przecież szczurem żadnym, co to, to nie. Ani on, ani też Marysia. Że tam tak ciułają po kątach? Może wielkimi panami nie są, grosz odkładają, ale żeby zaraz od szczurów? A teraz znów moja żona… Zawsze była trochę przy kości, mocnej budowy, można powiedzieć…

– Nie będę tego pisać – zagroziła krowa.

– Roksi, proszę… Jestem chory, nie rozumiesz? Boję się wyjść z domu, a ty fochy stroisz. Nic wyrozumiałości, jak słowo daję – głos Tomasza się załamał. Roksana litościwie znów pochyliła się nad kartką, ale kręcąc łbem i pukając co jakiś czas ostentacyjnie kopytem w czoło, dawała w jasny sposób do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli.

– Czyli: moja żona. Zawsze była trochę przy kości, mocnej budowy, można powiedzieć… – to już napisałaś, tak?

Krowa przytaknęła.

dbała o mnie umiarkowanie, wysługiwała się często, bo jej nie chciało się ruszyć i mnie ganiała. Wtedy, przyznam, złośliwie mówiłem:” ty leniwa krowo”. Ale trzeba wiedzieć, że jedzenie zawsze uszykowała, a jakże, głodny nie chodziłem. Bo teraz, owszem, nie jem nic z nerwów i strachu, tak mnie ta choroba ścięła, aż się trzęsę cały…

Panie doktorze, na ulicę nie wychodzę, bo się boję zwierząt. Od czasu, gdy zobaczyłem Tomasza Kamela, nie patrzę w telewizor.

I teraz najgorsza rzecz: boję się spojrzeć w lustro.

———————————————————————————-

(Latarnia Morska 1-2(11-12) 2009/1 (13) 2010)

Moje największe marzenie…

…to wcale nie jest dom z ogródkiem angielskim. Ani samochód mercedes marki endży dżłendży sto pięćdziesiąt osiem giga mega. Samolot też nie, jacht tym bardziej – boję się głębokości. Nie marzę też o schudnięciu żadnym, o długich nogach. Ani o upiększającej operacji botoks – lifting – celulit.

Moim największym marzeniem nie są też perfumy Diabolo Manolo. Ani buty wysoki obcas, czarna skóra, owszem lubię, obejdę się jednak.

Nie marzę o wakacjach w Spa hotelu, masażach, kąpielach bąbelkowych ani saunach błotnych. Nie spędza mi snu z powiek niedostatek, brak luksusu, czy półki z połyskującymi pudełkami kosmetyków.

Nie chcę sławy. Ani sławnych znajomych. W ogóle nie chcę popularności.

Żadnych telefonów z pytaniami, o czym myślę, co tam u mnie, co słychać w ogóle, jak ja tego, mój Boże, nienawidzę!

Podróże są fajne, ale jak sobie czasem pojadę do Kartuz, jest dobrze. W ogóle nie pojmuję, jak można tłuc się trzy doby po wybojach, żeby gdzieś sobie pomieszkać, skoro najwygodniej mieszka się w domu. Byłam kiedyś w Chorwacji, pogoda koszmarna, równie dobrze mogłabym wsadzić głowę do piekarnika na tydzień, pewnie by taniej wyszło, ale nie o tym. Ludzi nieprzebrany tłum. Niekończąca się pielgrzymka obutych w klapiące klapki turystów na bezkresnym polu campingowym. I absurd niepojęty, że ci wszyscy ludzie jechali tam przez całą Europę, by w śmiertelnym upale rozstawić lodówkę, telewizor i krzesełka turystyczne, na których w niewygodzie zalegając, przez okrągłą dobę robili dokładnie to samo, co się robi w domu.

To ja nie chcę.

Ja chcę tylko jednego, marzę o tym od lat. Widziałam to bodajże w Purpurowej Róży z Kairu i od tamtej pory myślę obsesyjnie. Nie chodzi mi bynajmniej o tego amanta z ekranu, mówiąc ściśle, chodzi mi o taki srebrny proszek. Konkretnie nie musi być srebrny, może być zielony, może być fioletowy, jaki tam sobie chce, ale najważniejsze – po rozpuszczeniu w wodzie i wypiciu – musi powodować całkowitą niewidzialność.

Chcę mieć ten proszek.

Jeśli więc ktokolwiek widział, słyszał o czymś takim – gdzie to można dostać, kupić, zdobyć – błagam, niech mi da znać i niech spełni tym samym moje największe marzenie.

13.10.2010 „Jesienna…”

Nie to, że trzynasty dzisiaj, bo ja mam numerologię gdzieś, raczej na skutek przypadków kolejnych i biegu losu, na skutek ułożenia gwiazd, osłabienia energii pozytywnej, nasilenia energii negatywnej, migren i alkoholowych upojeń, na skutek zaniechania joggingu, medytacji, równowagi stanu zen – na korzyść frustracji, zażywania używek, nikotyny nawet, na skutek bałaganu w głowie, bałaganu na kanapie, na półce, w szufladzie, na skutek nieznajdywania pieniędzy w kieszeniach zeszłorocznych płaszczy, na skutek rozlegającego się w lodówce echa – zawinęłam się wreszcie w gordyjski węzeł depresji.

Nie wiem, czy cokolwiek ma sens. A raczej wiem: nie ma.

W ogóle nic nie ma. Boga nie ma, na przykład. I butów na zimę.

Nie ma też maila od wydawcy i zaczynam podejrzewać, że i on sam umarł.

Herbaty nie ma, chyba. Jeszcze sprawdzę. Ale na pewno nie ma earl gray.

A, i rower ukradli. Już nawet siły na „kurwa mać” nie ma.

Nie ma mojego psa, Dragona.

Ani czasu na bieganie z nim po lesie.

Nie ma szansy na zakończenie obchodów kolejnych miesięcznic i półrocznic katastrofy lotniczej. Mowy nawet nie ma.

O Notatniku Pisarza nie wspomnę.

Nie ma też Aleksandra, który by ten węzeł rozciął, tkwię zatem skulona, związana i czekam na choćby słowo pociechy z bezkresu Internetu.

11.10.2010 Nasza klasa

Znów miałam ten sen. Matematyka.

Matematyka kontra ja. Na dodatek – w negliżu.

Dwa rzędy ławek, czarna tablica. Znajome twarze sprzed lat. Skrzypienie parkietu takie samo jak wtedy, gdy – aby mnie skupiony i podejrzliwy wzrok nauczycielki nie złowił – skrzętnie ukrywałam się za plecami kolegi Mirka. A Mirek, w odróżnieniu ode mnie, zawsze wszystko wiedział doskonale.

Trzymał w górze rękę, i wyrywał się do odpowiedzi, a ja nieruchomiałam jak jaszczurka. Zastygłą, skuloną przepełniała nadzieja, że jeszcze tym razem się uda, że jeszcze nie dziś nastąpi zagłada, jeszcze nie dziś się dowiem jak pusto i głucho w mojej głowie, że chaotycznie poplątane zwoje mojego umysłu tylko fiu bździu, trele morele i duby smalone zdołały przyswoić przez lata nauki.

Łypiąc wokół rejestrowałam panicznie, ilu jest jeszcze mądrzejszych ode mnie uczniów, którzy tę tajemną wiedzę rozumieją, którzy tę czarną magię rozszyfrowali.

I był jeszcze jeden, Krzychu – mózg na tranzystorach, nieomylny jak diabeł rozumiał zawiłości trygonometrii i traktował je jak średniej trudności krzyżówkę. Bawił się moją zmorą, moim koszmarem. Kpił z czarnego szeregu cyfr, igrał włóczniami wykresów.

On i Mirek, i ruda Gośka i Kaśka pryszczata i długowłosy Grzesiek i harcerka Iwona – wszyscy mieli matematyczne umysły, więc patrzyli na mnie z politowaniem, podczas kiedy ja drżałam i truchlałam, marząc jedynie o czapce niewidce.

Napiętą jak cięciwa ciszę przerwał ostry głos. A głos ten – choć miał taki wybór wśród wytrawnych umysłów –  pogardził wystrzelonymi rękami, zapalonymi erudytami, biegłością ich wypowiedzi. Żadnego geniusza trygonometrii nie zaprosił do naukowej debaty wcale. Nie, nie. Nauczycielka już wiedziała, jak się sprawy za chwilę potoczą. Już znała moje niemrawe i fałszywe odpowiedzi, już je komentowała z drwiącym śmiechem.

Gdy wywołała moje nazwisko, długo patrzyła mi w oczy, w których odnalazła bezdenną pustkę i, aby mnie do końca ośmieszyć: – Raz dwa! – przygnała do tablicy.

– I niby gdzie ten przystojniak? – usłyszałam jadowity szept gospodyni klasowej, gdy mijałam ławki.

– Nie mam pojęcia – odpowiedziałam szczerze, ale tak cicho, że ledwo mi wargi drgnęły. Wstyd mnie paraliżował, że taka goła, z głową pustą jak mniszek lekarski, jak na skazanie, ostateczny szafot mojej godności, idę.

– Nie odrobiłaś, panna – nauczycielka dobitnie zaakcentowała ostatnie słowo – nie odrobiłaś pracy domowej? Zadałam przecież na dziś: mąż i dwoje dzieci. A co my tu mamy? Staro – kochana – panieństwo.

– Nie… – jęknęłam, ale ta mi przerwała głośnym trzaskiem linijki o blat biurka.

– Nie pytam przecież o całki! – podniosła głos, a potem, łowiąc wzrok rozbawionych chłopców, śpiewnie dodała: – bo to nie ma sensu.

Klasa ryknęła śmiechem, lecz nauczycielka ponownym trzaskiem linijki uciszyła go i wróciła się do mnie:

– Ale zdjęcia, zdjęcia! Dowody! Gdzie mąż? Gdzie dzieci? Wakacje? Wyjazdy zagraniczne? Samochód? Dom? Gdzie to wszystko? Czy ktoś widział cokolwiek w internecie?

Klasa, niczym smok dwudziestogłowy zaprzeczyła zgodnie.

– A Kowalska ma dwanaście fotografii! Z czego większość – pociechy, jak malowane! Dziecko na kolanach, dziecko na koniku, bujawce, z ojcem, w wózku, proszę! – klasnęła w dłonie.

– A Iwański? O, – pstryknęła palcami – pięknie! Samochód widzę duży, rodzinny, żona, wakacje w Alpach… to rozumiem! Co wy na to? Jakieś komentarze?

I klasa zgodnie z równym zachwytem zapiała:

– Pięknie! Super! Cudownie! Nic a nic się, Iwański, nie zmieniłeś!

– Węgrzynowski: narty z rodziną. Bujak: wigilia z bobasem. Krupińska: Egipt, bliźniaki. A ty?!

Nic już nie próbowałam powiedzieć, bo nic nie wiedziałam. Tak jest, stoję tu z niczym. Nic nie umiem, nie zrobiłam…

– Nikogo ciekawego… Tylko jakiś zbój…

Kobieta machnęła linijką nad głową i spojrzała na klasę, która znów zgodnie ryknęła śmiechem.

– Zbój, ale swój! – Takie jest mądre przysłowie.  Jest cała masa przysłów na ciebie, sieroto. Ale nie mam czasu się bawić w ludową pieśniarkę, więc zbieraj manatki i więcej się nie obdzyndzalaj!

I wcisnęła mi do rąk podręcznik do matematyki z suplementem w postaci zbioru zadań trygonometrycznych.

07.10.2010 Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu* w Sopocie

Pierwszy czwartek miesiąca to dzień, który może być chłodny, może być też gorący, może zacząć się wcześnie, może też przyjść wieczorem, wraz z księżycem, bez niego, wiać może, może też w ten dzień i nie wiać, można mieć humor, można mieć straszliwego focha, wszystko może się stać, ale jest jedna stała, jeden wspólny mianownik wszystkich pierwszych czwartków miesiąca, jak i pierwszych piątków miesiąca, lecz z czwartkami nie jest bynajmniej tak, że się ląduje w konfesjonale, wręcz odwrotnie, w czwartek się materiał do konfesjonału zbiera, a to dlatego, że kochani, jeśli nie wiecie, to głośno ogłaszam, że w każdy pierwszy czwartek miesiąca… Nie. Ja nie mam w ogóle nic do tego. Jakoś się tylko zaplatałam przez przypadek i tak zostało.

Ale jeśli ktoś jest architektem, a bycie architektem jest w sumie tak samo abstrakcyjne, jak bycie pisarzem, bo w końcu kto tam wie, co się komu w głowie projektuje – więc, jeśli ktoś jest architektem – tańczy dziś na stole, na barze, na lampie wisi razem z roznegliżowanym manekinem, i jeśli ktoś zasnął kiedyś na srebrnej leżance, wie o co chodzi i głupich pytań nie zadaje.

A więc – do zobaczenia!

——————————————————————————

* z uwagi na kameralność bloga to nie jest reklama, umówmy się

05.10.2010 Artysta

Pierwszą w swoim życiu książkę przeczytałam mając sześć lat. I był to decydujący o całym moim życiu moment. No, może nie moment, bo poślęczałam trochę, ale fakt, że po skończeniu lektury byłam już zdeterminowaną, w pełni ukształtowaną charakterologicznie jednostką.

Rzecz była o koniku polnym i mrówce.

Opisany problem polegał na konflikcie charakterów obojga. Mrówka przez całe lato (tak, ten czas, gdy świeci słońce i są wakacje) zasuwała w pocie czoła zbierając zapasy na zimę, świerszcz w tym samym czasie oddawał się radości, grał na skrzypcach i tańczył.

Sytuacja pokomplikowała się jesienią. Jesień ogólnie ma to do siebie, że komplikuje sytuacje. Gasi żar wakacyjnych miłości, tłumi w szkolnych ławkach wesołość dzieciarni, zmusza do zakupu opału, kurtki, kozaków, szalika, czapki, opon zimowych…

Historia nie miała happy endu. Nie powiem dokładnie co i jak, bo się brzydzę zdradzaniem finału książek i filmów. A nuż ktoś zechce sięgnąć kiedyś po tę moją inicjacyjną publikację? Grunt, że natychmiast określiłam swoje miejsce w odpowiednim obozie. I bynajmniej  nie był to obóz mrówki. Bo mrówkę znienawidziłam całym sercem.

Pokochałam świerszcza.

Został moim bohaterem, obyczajowym guru, idolem na całe życie.

Powiem wam, co teraz będzie. Teraz napisze do mnie Jan Korwin Mikke i nazwie mnie głupią komunistką, krową, babą i półgłówkiem nierobem. Że, na takich, tyle co brudu za paznokciem by nie dał, podatków żadnych. Niech zdychają na mrozie, co to kogo obchodzi. Niech sobie teraz pograją na skrzypcach, jak tacy mądrzy, akurat jesień nastała, he, he.

A ja mu odpiszę, że życie, nawet z pełną po sufit spiżarnią, w dostatku, choćby w bogactwie wielkim, jest do dupy kompletnie, jeśli nie ma komu na skrzypcach grać.