28.09.2010 Liryka, liryka…? Dramat.

Od wczoraj bez przerwy pada deszcz. Leje tak kategorycznie, że zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam zacząć strugać arki.

Dopóki jednak nie dryfuję z Nabuchodonozorem po wodach apokalipsy, uzbrajam się w nadłamany, wyciągnięty spod wersalki parasol i usiłuję stworzyć coś w rodzaju liryki.

Z wierszami jest tak, że napisałam we wczesnym życiu kilka i były one na temat, przykładowo:

– niemocy wobec niszczycielskiej siły miłości,

– rozpaczy samotności, tudzież o rozdzierającym rozstaniu na wieki,

– o tęsknocie, rzecz jasna, było także,

– i o tajemnicy głębokiego spojrzenia,

– i o stalowym ostrzu zdrady,

– i kilku innych jeszcze istotnych wielce namiętnościach, których nie pamiętam.

Po napisaniu tych wszystkich krwawiących wersów, miotana ambicją i jednocześnie przypuszczeniem, że jestem geniuszem, położyłam swoją twórczość na biurku pana od polskiego, pisarza, człowieka z burzą kędzierzawych włosów na wiecznie zamyślonej głowie, urodzonego poety w wyciągniętym swetrze, mojego podówczas mentora.

O, jak daleko rozchodziły się nasze ścieżki natchnienia!

I niech to będzie jedyne zdanie o  upokorzeniu, które czułam patrząc, jak mój pan od polskiego delikatnie stara się wybić mi z głowy lirykę.

Umiarkowanie żałując, że świat będzie musiał funkcjonować bez mojego geniuszu, zajęłam się więc, adekwatnym do mego wieku zajęciem – podrywaniem największych huncwotów ze szkoły. (Nie wiem, czy pisałam, że dziewczyny preferują łobuzów?)

Reasumując, poetycki obszar w moim mózgu wysechł na wiór i tylko, gdy uporczywy długotrwały deszcz namoczy go nieco, odzywa się we mnie potrzeba sklejenia paru wersów.

Czy pan od polskiego był li tylko urodzonym poetą, czy też może, raczej, na pewno – urodzonym mordercą? Grunt, że pozabijał we mnie wszystkie te szare komórki, co miały ochotę coś lirycznego wygenerować.

Prawda jest taka, że kiedy pada – kombinuję wiersz i na tym kombinowaniu się kończy. Od lat osiemdziesięciu ośmiu nie napisałam nic, co ma jakąkolwiek formę liryczną. Gorzej – nie mam pojęcia, o czym miałby taki wiersz być, skoro wszystko co mnie frapuje, z miejsca określam prozą? Jeszcze gorzej – nie mam zielonego pojęcia, na czym taka poezja polega i co trzeba spełnić, by tworząc, brawurowo tę twórczość poezją nazywać?

I jeszcze, jeszcze gorzej, najgorzej w sumie – tak z ręką na sercu, kochani, powiedzcie, nalegam, bo może to tylko ja tak mam (czego się panicznie wstydzę), ale może jednak ktoś się w zaciszu mojego bloga przyzna, że czytając wiersze, też za diabła nic z tego nie rozumie?

24.09.2010 Notatnik Pisarza

Próbowałam udawać, że nic się nie stało, że w ogóle mi to nie przeszkadza, że dam radę i nie ma co tam szat drzeć, włosów z głowy rwać. Ale prawda jest taka, i właśnie ją zamierzam tu odsłonić – że od kilku miesięcy jestem odarta, goła i niecała, a wszystko dlatego, że wracałam z Niemiec samolotem.

Z powodu ciągłego oszczędzania, bo – łagodnie mówiąc – się nie  przelewa, zrezygnowałam z opłaty za dodatkowy, a raczej podstawowy bagaż i postawiłam na tak zwany podręczny. W podręcznym umieściłam więc skompaktowane wszystko razem z Notatnikiem Pisarza – bo o nim jest tu mowa.

Z Notatnikiem Pisarza  nie rozstawałam się do tej pory NIGDY, więc zabrałam go również za granicę. I słusznie, wydawało mi się, ale teraz wiem, że niesłusznie.

Bo kiedy wracałam, moje wszystko z podręcznego podejrzanie napęczniało i zaczęło ważyć dwa kilo więcej. Początkowo chciałam machnąć ręką, bo nie uśmiechało mi się rezygnować z czegokolwiek, ani z Kundery, ani z Rushdiego ani tym bardziej z siedmiu numerów Życia na Gorąco, ani z zielonych klapek basenowych marki Kubota, ani z dmuchanego słonia indyjskiego, ani z porcelanowej podkładki pod kubek z krzywą wieżą w Pizie, ani przecież też nie z profilowanej żelowej poduszki, ani z termoforu, ani wreszcie nie z NOTATNIKA PISARZA!

A potem zobaczyłam oczami duszy niemiecką, po zęby umundurowaną celniczkę i zrobiło mi się słabo. Potulnie wyjęłam z podręcznego kilka dupereli, ale wskazówka wagi nawet nie drgnęła. Mogłabym teraz zacząć barwnie opisywać, co tam jeszcze wyjmowałam, gdy waga uparcie pokazywała te dwa zaczarowane kilo za dużo, ale nie umiem pisać, kompletnie sobie z tym nie radzę, od kiedy z rozdartym sercem wyjęłam z walizki Notatnik Pisarza i zostawiłam go w tym mało przyjaznym miejscu, skazałam się na nieskończone miesiące twórczego paraliżu.

Zdaję sobie sprawę, że ten nieodżałowany zeszyt nazwałam nieco na wyrost, bo jaki tam ze mnie pisarz, ale ja tak lubię, jak już wymyślam komuś imię, to z grubej rury, i tak – miałam psa Hektora, miałam też Achillesa, a kot jest Nabuchodonozor.  Człowiek się może dowartościować, że ma z takim towarzystwem do czynienia i tak też było z Notatnikiem Pisarza, który jest, kurde bele, w Niemczech.

Teraz budzę się w nocy i, zamiast jak kiedyś, radośnie zapisywać w leżącym przy łóżku Notatniku Pisarza olśniewające pomysły, wykrzykuję je w mrok zapomnienia, by nigdy ich nie przelać na papier.

Proszę zatem o wyrozumiałość, bo, jak widzicie, nie jest lekko, każdy wpis wykuwam w znoju, błądząc po opustoszałej pamięci i czekając cudu przesyłki pocztowej relacji Neckarzimmern – Banino.

23.09.2010 Migrena

Pełna zdumienia, że znów udało mi się przeżyć, piszę, proszę państwa, szczęśliwie opuściwszy czeluści piekielne. Dopiero co. Jeszcze czuję na plecach niski pomruk bestii, jeszcze mnie przepełnia zapach siarki. Jeszcze mną ten przyśpieszony oddech wzburzenia, że tak bezlitośnie dostałam wpierdol – telepie.

Zanim się jednak zapadłam w to piekło, kpiarsko tlący się w lewej skroni nieznaczny ból potajemnie budził szatana, dając mu znaki aby mnie zabrał bezbronną w nocy – gdy jeszcze spałam. Obudziłam się zatem w jego szponach, by zaniechawszy wszelkich planowanych na dziś obowiązków, terminów, planów, przyjemności – spaceru z dzieckiem, zbierania grzybów, czytania Cegielskiego, słuchania muzyki, a także spotkania z przyjaciółmi – spędzić cały ten dzień na dnie Tartaru.

Na litość w przypadku tej jednostki chorobowej nie ma co liczyć. Na proszki – podobnie.  Wszelkie poszukiwania wyjaśnień, przyczyny – daremne. Lista czynników wywołujących migrenę jest tak długa, że można by zaryzykować przypuszczenie, iż chorobę tę wywołuje – chuj wie, co.

Poruszając się zatem w sferze domysłów – świat lekarski traktuje migrenę jako swoiste fiu bdźiu. Jest to choroba pańska, powiadają. Od tego się nie umiera. Z tym się da żyć. Co tam. Że połowę tego życia się spędza w malignie? Że połowę tego życia gryzie się z bólu poduszkę? Z tego połowę – wisi się z głową w kiblu?

Że każdy dźwięk tłucze na miazgę niby pneumatyczny młot obnażoną gąbkę mózgu? Fanaberia. Że światło przebija niczym igła – powieki?  Bądźmy poważni.

Błąkając się po przeróżnych adresach, gdzie tylko stwierdzałam na drzwiach wejściowych tabliczkę z neurologiem w treści – trafiłam wreszcie na szpitalną salę, by dowiedzieć się od lekarza, że „takie tam”, to jego żona też miewa, ech, kobiety

Piszę ten tekst nie po to, by dokopać lekarzom, nie po to też by wzruszyć czytelników, jaka biedna jest ta pani w czapce, i nie po to, by przekonać moich przyjaciół o powadze przyczyny kolejnej mojej absencji na spotkaniu literackim. Piszę to dlatego, że wyobrażam sobie jak mi się całkiem raźnie robi, gdy znajduję gdzieś podobny tekst i wiem wtedy, że oprócz mojej rozkapryszonej głowy jest gdzieś na świecie druga, a może i trzecia, a może i jest ich wiele, może nawet milion, albo dwa miliony, albo jakieś dziesięć milionów głów, w których plączą się podobne do moich – genetycznie zniekształcone tętnice i ta cała choroba to nie są pańskie fumy, ale rzecz całkiem poważna, skoro tak potrafi życie spierdolić.

Przy okazji chciałam pozdrowić mojego brata Piotrka, zwanego Whisky, który wcale nie jest ech kobietą, a jednak od dziecka się zmaga z demonem i to chyba jeszcze okrutniejszym od mojego.

15.09.2010 Santo Subito dla samolotu

Od niemal od pół roku przychodzę codziennie o tej samej porze do pracy, przychodzę i włączam radio i zabieram się do roboty. Osiem godzinny później podnoszę wzrok znad klawiatury i stwierdzam z przerażeniem, że przez ten cały czas odebrałam percepcją słuchu cztery piosenki (reszty mianem piosenki nie odważę się nazwać), poza tym trzydzieści trzy bloki reklamowe, a wszystko to zatopione było w niezmordowanym, nieśmiertelnym mamrotaniu polityków, w ich niekończącej się mantrze. Mamrotanie to, przetykane często gniewnymi pogróżkami, które jednak z czasem znów przechodzi w mamrotanie, dotyczy wciąż, od kwietnia, wciąż tego samego tematu. A mianowicie jest to mamrotanie o grobie poległych, o czarnej skrzynce naszej pamięci uwięzionej na niepowetowane wieki wieków, o terroryzmie powietrznym, no, o czymże? Oczywiście, zawsze o samolocie. O samolocie, którego kokpit jest miazgą, miazgą naszych umysłów, narodowej histerii, którego metalowy szkielet stał się symbolem męczeństwa, zbrodni na honorze, zbrodni krwawej i niepomszczonej, odwiecznej, przez pokolenia zadawanej przez zdradę, kpinę wręcz, panie, kpinie z rodu Piastów, z bitwy pod Grunwaldem, z Matejki i Sienkiewicza, z jagiellońskiej korony, to wszystko jest plwaniem, plwaniem na mesjańskich bohaterów romantycznych, na Mickiewiczowskie wyrywanie serc ku ojczyźnie, plwaniem, panie, na dziedzictwo narodowe, polskość krwawo wrogowi wyrywaną bez skutku, a wszytko to przez zbrodniczy układ sił przyrody, ukrywający się pod niepozornym lecz jakże haniebnym kryptonimem: MGŁA.

Samolot jest naszym godłem, świętszym niźli orzeł i właśnie dlatego, ja pierniczę, co ja piszę o orłach, co tam orzeł? Samolot!

I tu się odzywają nożyce, gdy sobie zamieszczam niewinny tekst o lataniu we śnie, o dorastaniu, o dojrzewaniu, nie o żadnej polskości, ani narodowej spuściźnie. O  krukach piszę, nie orłach, o lataniu przez ramion machanie, jak ptak, zwykły ptak, taki z lasu, lekki pozbawiony korony, proszę państwa, nie z godła, nie z flagi, nie z krzyża! – a nożyce i tak brzęczą. Że co samolot szargam, czego o samolocie piszę? Jakim prawem symbol polskiego męczeństwa – kalam?

Symbolika jest aż nadto wyraźna, więc jakbym policzek poległym wymierzyła. Tak, Poległym. Tak, z Wielkiej Litery, bo pamięć ich jest święta, jak święte są zasługi tej straszliwej ofiary, którą złożyli na smoleńskim ołtarzu.

Dołączając więc do rozdygotanego tłumu sprzed pałacu – postuluję. Nie o pomnik, nie krzyż, nie o tablicę jakąś, tabliczkę czekolady. Tylko o zmianę godła narodowego.

Zabrać tego głupiego ptaka, wsadzić samolot. Będzie nowocześnie, będzie krwawo.

Amen.

13.09.2010 Sen o dorastaniu

Latałam. Nie było to jednak takie latanie, jak do tej pory, bo do tej pory latałam „żabką”.  Tym razem jednak –  po dramatycznym runięciu w przepaść, naśladowałam nieco wyżej od płazów uplasowane w systematyce gatunki, mianowicie, nomen omen – ptaki.

Zdumiewające, że po tylu latach zarzuciłam niezawodny styl i weszłam na nieznane mi przecież tereny. Jeszcze dziwniejsze – ptasia technika „dała radę” i, szczęśliwie, nie rozbiłam się o skały.

Podejrzewam zatem, że od dziś będę latać w snach jak ptak, nie jak żaba, a to niesie za sobą kolejny wniosek. Przekroczyłam jakąś granicę. Granicę wieku.

Chociaż, skoro jednak uparcie fruwam we śnie – w moim umyśle najwyraźniej nadal rządzi rozbrykany, lecz nieco znudzony dzieciak wewnętrzny. Tyle, że właśnie ten dzieciak nieoczekiwanie postanowił nieco dojrzeć i, przelatując na drugą stronę przepaści, porzucił raz na zawsze formę bezbronnego płaza na korzyść drapieżnego kruka.

Nie wspomniałam wcześniej, ale szybowałam w towarzystwie wielkiego czarnego ptaka i, bez wątpliwości, to był kruk. Nie żadna wrona, ani kawka, ani gawron ani tym bardziej szpak, ale najprawdziwszy, najmądrzejszy ze wszystkich latających – kruk. Corvus corax.

Kruk nie jest pospolitym ptakiem. Rozpiętość jego skrzydeł sięga niemal półtora metra. Wielki, czarny, w tej czerni aż metaliczny, ciężki niczym jastrząb, majestatycznie szybuje z dala od miejskiego zgiełku. Czasem, jakby się bawił lotem, szaleje w swoich akrobacjach powietrznych, udając że spada w przepaść, by w ostatniej chwili poderwać się do lotu. Kruki łączą się w pary i tak można je zobaczyć – zawsze razem, we dwójkę – jak mnie i mojego kruka ze snu. A on prezentował się okazale, prężył się w locie, jakby rozumiał, że właśnie stał się gwiazdą, czarną gwiazdą mojego przełomowego snu o dojrzewaniu. Mój kruk śpiewał. A śpiew kruka jest charakterystyczny, niezwykły. Brzmi jak egzotyczne reco – reco. Niski, jakby drewniany i głuchy, a jednocześnie donośny, z wyraźną, gniewną nutą jest to głos.

Tak więc, wracając do tematu, moje wewnętrzne dziecko pogardziło dawną formą łagodności i zrzuciło ją niczym traszka swą skórę, przybierając kruczą postać. Ta postać w jednej chwili wzbudziła mój zachwyt i wiem, że od dzisiejszego poranka jestem już nieodwracalnie dojrzała.

Tym wnioskiem zamykam analizę snu, snu o lataniu i krukach, symbolach mądrości, niezależności i tajemniczej mocy w antagonizmie do naiwnej bezbronności kruchej żaby, którą oto, proszę państwa, już nie jestem.

Pozostaje mi cieszyć się swoją dojrzałością, tak długo, aż nie przyśni mi się, że nie latam już ani żabką, ani krukiem, tylko… samolotem.

03.09.2010 Kobiety są z Wenus, a mężczyźni…

Czekam na jakikolwiek sygnał, znak jeden, ślad pamięci, cała jestem czekaniem, naprężeniem, wpatrywaniem w wyświetlacz, w ekran. A tam martwa cisza, pustka. Siedzę w pracy jak mumia, zombie, nic nie mówię, nic nie jem, nie piję, nie czuję.

Jestem uosobieniem pokory, bezkresnej cierpliwości tybetańskiego mnicha, jestem owczarkiem niemieckim skupionym do skoku na komendę jednego pip – pipnięcia telefonu. Jeden cichy dźwięk dzieli mnie od zażegnania tęsknoty, jeden sygnał komórki i się skończy czekanie. Ale ono się nie kończy, trwa jak i ja trwam, nieruchomo, katatonicznie.

Od wczorajszej, pełnej niespełnionych pragnień nocy jakby wieczność minęła. Kilka godzin, ale długich straszliwie i straszliwie milczących. Każda minuta świdruje ciszą i ciszą kpi ze mnie w najlepsze. Tylko jedno pytanie przerywa tę ciszę, rozdziera ją jak tygrys antylopę, jak smutek człowieczy tęsknotę:

 Gdzie ty, do kurwy nędzy, jesteś?!

Ale on nie odpowiada. Milczy. Znikł. Diabli go porwali i tyle. Cyganie zabrali, do worka wsadzili, na drągu wynieśli. Przepadł. Tak, jasne. Przepadł. Diabli, cyganie. Prawda jest taka, że gdzieś beze mnie sobie w najlepsze jest. Że bez woli najmniejszej dla mnie litości, bawi się setnie. I nie odzywa się, bo nie chce. Nie tęskni. Nie myśli. Nie kocha! I, co najstraszniejsze: nie czeka! Nie czeka, jak ja – głupia, ja – bezwolna, poddana, ja – owczarek niemiecki, ja – suka niemieckiego owczarka!

Wracam znów do wspomnień, by odepchnąć bolesne porównania. I myślę, że przecież wszystko wybaczę, niech się tylko odezwie, odezwij się wreszcie, wróć! Nie wraca.

Ludzie biegają po biurze, telefony dzwonią, faksy krążą, a jego nie ma. Ktoś szturcha mnie, popycha, tłumaczy coś zawiłego, ktoś dokument pod nos podtyka, inny telefon podaje i kręci się świat skończony, skończony bez niego… I nagle esemes, mail, piszczy, świeci, jest! Napisał! Rusza zatrzymana na wiele godzin akcja serca, w tętnice wdziera się życie. W jednej sekundzie formułuje się w mojej głowie tysiąc myśli, przypuszczeń, wyobrażeń tego oczekiwanego tekstu. Moment sobie daję, przymykam oczy i zgaduję, co napisał. Może na przykład:

„Kocham”?

Albo mniej dosłownie:

„Uwielbiam”?

Nie, to niemożliwe, nie w jego stylu, w końcu to facet:

„Wstałaś, słońce?”

E, nie, jakieś rozmyte, może po prostu:

„Pragnę…?”

Zadziornie:

„…cię, małpo”?

Poetycznie:

Tak mi ciebie brak?

Figlarnie:

Całuję stopy?

Z patosem:

Królowo…?

I mail się wreszcie otwiera, a zdumiewające słowa jeszcze dygoczą po gwałtownej pocztowej podróży:

„Zerżnąłbym cię, mała, jak złoto”

01.09.2010 Na pierwszego września

To oczywiste, że powinnam napisać o inauguracjach, czarnych opiętych na pośladkach mini spódniczkach, pantoflach na obcasach i białych koszulkach z odsłoniętym zapirsingowanym pępkiem. O niekończących się apelach, przemowach, sztandarach. O komitecie rodzicielskim, radzie rodziców, składkach pe-zet-u. Wreszcie o zaspanym tłumie tłustych dzieciaków kopiących się nawzajem po kostkach i syczących do siebie: „kurwa, spierdalaj, cwelu”.

Powinnam też pisać o obchodach napaści Niemiec i Ruskich na Polskę, której to kwiat młodzieży został wówczas wycięty w pień, a której to plewy pozostały w nadmiarze i dlatego właśnie w Polsce nie czyta się książek, a jak już to „Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus”.

I pewnie dlatego te dzieci mają właśnie tyle do powiedzenia, co: czytaj wyżej.

A ich rodzice niewiele więcej.

Powinnam też wspomnieć o nauczycielach, którzy „odgapiają” z Internetu swoje prace magisterskie, a potem przekonują, że kobiety „rzadko włanczały się do kulturalnego życia, bo mają z natury mniejszy mózg” (gimnazjum w Gdańsku).

Wszystko to, rzecz jasna aż kipi od nienapisania, ale, myślę sobie, co ja się będę.

Ja sobie dziś napiszę o Paulinie C.

Paulina jest dwunastoletnią dziewczynką o mocnym, niskim głosie i zniewalającym uśmiechu. Pochodzi z małej wsi w kaszubskiej gminie. Nie występuje w Szansie na Sukces, Idolu, Masz talent. Ale chętnie śpiewa w konkursach szkolnych, na apelach, przy okazji różnych uroczystości.  Lub ot, tak po prostu, śpiewa, bo lubi. Przy tym tańczy i wygłupia się na scenie, a rodzice i nauczyciele pokładają się ze śmiechu, bo, naprawdę, trzeba przyznać, że ma talent.

Pierwszego września odebrała stypendium za wyniki w nauce. Przyszła w granatowej spódnicy i białej bluzce, dygnęła i, uśmiechając się perliście, grzecznie podziękowała.

Nie mam pojęcia, skąd się taka Paulina wzięła. Ale jest na pewno, istnieje, bo jej nawet zdjęcie zrobiłam. I cieszę się, że jest, bo w takim razie, trzeba przyznać, nie jest tak źle.