30.08.2010 (powtarzam, bo jest) Babie Lato

W głowie się nie mieści, że mnie zostawiła!

Przecież wszystko do tej pory było tak cudowne. Te nasze wyjazdy, spontaniczne weekendy nad morzem, włóczenie się po tanich hotelach, picie wódki z Kaszubami, nocne lokale, śmiech… No i seks, upojny seks w zbyt dusznych pokojach hotelowych, a potem bieganie w ręczniku po korytarzach ku oburzeniu portierek.

Wędzona ryba na molo, stopy w piasku…. Co za lato!

Praca to tylko tak na odwal, cały dzień mijał tylko na klepaniu w gadu. „Słońce ty moje, skarbie… – pisała – …twoje usta to obłęd. Doczekać się ich nie mogę, do piątku, byle do piątku!” I piątek niespokojny od rana. Tylko plan w głowie: koniec pracy, auto, wyjazd.

Wskakiwała do mojego samochodu naprędce, jakby w ukryciu przed światem, razem ze swoim maleńkim tobołkiem i rozkosznym chichotem, kładła się na tylnym siedzeniu i łaskotała stopą mój kark.

Muzyka dudniła głośno, jej śmiech, jej pośpieszne opowieści, co się w pracy działo, co u ojca, Wieśka, Ewki… Mówiła szybko i popijała łapczywie kawę z kartonowego kubka rozlewając ją na tapicerkę. Chlew mi robiła, łajza, w wozie, fakt. Ale cudem była, cudem świata!

A teraz zabrała rękę, cofnęła, wyrwała z mojego uścisku. Tu na starówce gdańskiej, na naszym spacerze, dlaczego zabrała, suka, tę dłoń?

Zabrała i schowała natychmiast w kieszeni płaszcza, żeby już nie było szansy, nawet skrawka nadziei, że ta ręka trafi znów kiedyś do mojej.

Spuściła wzrok, te swoje rzęsy zdobne, podkręcone jak u lalki, jakby doczepione, nieprawdziwe, nieprawdopodobnie długie, filuterne rzęsy kokietki spuściła i nie powiedziała nic, tylko znikła w taksówce jak duch.

Nie, nie w moim wozie, tylko w taksówce. Bez chichotu, bez tobołka i kartonika z kawą. Sama, poważna, milcząca, z tymi rzęsami na policzkach i ręką w kieszeni, szast prast, odjechała.

Dlaczego?

Nie wiem. Nie wiem i dowiedzieć się nie mogę, bo na telefony nie odpowiada, nie odpisuje na gadu, fatalna kobieta, pieprzony łamacz mojego serca. Weszła do tej taksówki i znikła na zawsze moja mała, przemieniła się w coś innego, milczącego, obojętnego, obcego.

To inne – obce nawet telefon ma inny, z pewnością, spis kontaktów inny, beze mnie. A i komunikator – też beze mnie – z zamkniętą listą znajomych, do których z pewnością nie należę ja. Alkohol cały ze smutku i tęsknoty wypity snuł się wczoraj po moim martwym ciele aż wyparował w końcu zostawiając dziś smętne, bolesne wspomnienie.

Telefon dzwoni w jakichś gównianych sprawach od rana, nie dając wytchnienia, choć kac.

Piątkowy poranek – imprezowy falstart. Ach to piątek dziś, małych wakacji początek, wakacji bez niej, a więc pustki straszliwej, milczącej ciszy, odmierzanej tykaniem zegara.

Samotny weekend. Jazda za miasto, w skupieniu, bez trajkotania na tylnym siedzeniu, bez stóp na karku, bez kawy na tapicerce, sterylny i cichy, nudny piątek. Tylko: tap, tap – miarowe stukanie kierunkowskazu w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, bez celu.

Jak żyć nie pojmując tego, co się stało? Dlaczego mnie zostawiłaś, dziwko?!

Ale ona milczy – ani esemesa, telefonu – brak.

Co ty sobie myślisz, że można tak bez wyjaśnienia cofnąć rękę i uciec? Że co, że niby ja – to nic? Gówno znaczę, jakby splunął, koniec, puf? A o tym wszystkim, co było nawet słowa nie powiesz? Całe nasze lato ma tak spłynąć z jesiennym deszczem i tyle? Odfrunąć z bocianami, dzikimi gęśmi, tak ma zniknąć omotane pajęczą siecią zapomnienia?

Jeszcze tylko piegi na twarzy ci mnie przypomną, jeszcze kilka razy słońce ci je wysupła, opaleniznę poprawi, ale i ta też przecież zniknie. Pochowasz sukienki do szafy, wyciągniesz pulower, czapką zasłonisz jasne jak piasek włosy i nawet nie wspomnisz trasy na Hel. Pójdziesz w deszcz i coś tam sobie nowego wymyślisz, a co – ja nie wiem i nigdy się nie dowiem.

Masz swoje małe życie, małe jak ty sama, w małym mieszkanku zamknięta, z małym komputerem i maleńkim komunikatorem, zbyt małym, aby zmieścić tam mnie.

A zdjęcia?! Czy powyrzucałaś?

Tyle mi ich zrobiłaś – i tak i tak – z profilu, au face, na plaży, w słońcu, z uśmiechem i bez, wśród mew, wśród fal, letnie fotografie jak pocztówki z kurortu, pstryk, pstryk, pstrykałaś bez końca i po co? Wykasowałaś teraz wszystko przecież, na pewno to zrobiłaś, całe pół dysku ci przecież zajmowały, pół dysku twojego maleńkiego komputera z komunikatorem beze mnie. Jak mogłaś wyrzucić, wykasować to nasze lato?

Mijają dni, każdy z nich coraz dalej od tych naszych. Ty milczysz, a czy zapomniałaś?

Czy to możliwe, żeby tak z jesiennym powiewem rzeczywistości skreślić naszą miłość wakacyjną, przegnać jak sen?

A więc nie. Spotykam ją wreszcie na otwarciu galerii handlowej. Pół miasta tu przyszło, a więc i ona też. Kolana mi się uginają, a ona łapie za rękaw, mówi: „chodź”. Jakby nic, jakby wtedy nie uciekła i nie znikła w taksówce, mówi: „chodź”. I ciągnie mnie na kawę. A mi od razu lepiej.

Cieszę się, że tu, w tej zatłoczonej scenerii pryśnie w niepamięć fatalne rozstanie. Jakie rozstanie? – pytam, bo teraz zdaje mi się, że żadnego rozstania nigdy nie było. To musiało się zdawać, że odeszła, bo nie odeszła przecież: oto jest. Mało tego, na kawę mnie ciągnie, na piwo, papierosa, piwo jeszcze jedno, wódkę, bełkotliwe, rozkoszne tête à tete.

Tylko z nią może być tak cudownie, że za nic do domu, za nic do pracy, tak sobie teraz tu siedzimy i paplamy, a co u Wieśka, Ewki, ojca?

Dzień się zerwał z łańcucha czasu. Która godzina, spotkanie, termin? Nieważne. My tu jesteśmy, świat nasz zamknięty, lato nasze jeszcze trwa. Jaki termin, jakie spotkanie?

Zanurzam usta w spienionym piwie i choć to centrum handlowe, widzę jak drga rozgrzane powietrze, słyszę szum fal i dobrze mi jak diabli.

To w głowie szumi, wiem, ale tak mi dobrze, ach jak dobrze! Nachylam się w przypływie czułości, by ją pocałować, ale ona, Boże, ona się odsuwa!

Znów czuje ten chłód, chłód jesieni.

– Co jest? – pytam.

Spoważniała, spuściła wzrok. Długie rzęsy rzuciły nagle cień na jej twarz i całe to nasze spotkanie.

– Nie mogę być z tobą – szepnęła.

– Dlaczego? – krztuszę się piwem, a nic nie rozumiem, nie rozumiem!

– Chcę żyć jak normalny człowiek.

Normalny człowiek? Patrzę tępym wzrokiem na te długie rzęsy i z zaskoczeniem zauważam na nich łzę.

– Mała – mówię, a ona szybko ociera oczy, podnosi wzrok i patrzy poważnie.

– Za bardzo to wszystko… za daleko… chcę żyć normalnie, jak inni.

I dzień wrócił na miejsce, pojawili się ludzie, a plaża zamieniła w sklep.

Powiedziała to znów, z całym przekonaniem: jak inni, normalni, chcę żyć. A więc ja jestem nienormalna, nienormalne my obie byłyśmy i nienormalne to lato.

Puściłam dłoń jej, a jednak nie jej, obcą, martwą rękę z kieszeni jesiennego płaszcza. Patrzyłam jak wstaje, kiwa na pożegnanie i odchodzi: normalna ona, wspomnienie nienormalnej jej; patrzyłam jak idzie do wyjścia, niknie gdzieś w tłumie całkowicie normalnych ludzi.

3 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s