12.08.2010 „Rozkoszne” opowiadanie: Najlepszy kochanek na świecie

Nie widziała go dziesięć lat.

Dziesięć zim. Dziesięć długich zapłakanych jesieni, dziesięć topniejących wiosen.

I, gdyby nie sny, pewnie już by nie pamiętała jego twarzy. Już by się zatarł w pamięci niski, lekceważący głos, zapach trochę zbyt zimny, trochę niemożliwy, a zmysłowy, że diabli biorą.

Ale on uparcie przychodził w nocy, patrzył przenikliwie, ocierał się jak kot, a miły był w tych snach, jak nigdy. Czego chciał?

Tak, jak ona na jawie – on w snach nie mógł się pogodzić z odrzuceniem.

Chociaż dziesięć lat temu wyłączyła telefon, aby zapomnieć nieopisane chwile uniesień z tym erotycznym geniuszem, odsunąć je gdzieś w tył głowy i zakurzyć innymi myślami – ten wciąż wracał w marzeniach sennych. Aż budziła się mokra od potu i zdumiona, że całe prześcieradło jest niemiłosiernie zmiędlone, kiedy przecież ona sama w łóżku.

– Tyle lat minęło – przekonywała się nad ranem o niedorzecznościach swych tęsknot. Mawiają, że sny umykają od patrzenia w słońce – patrzyła więc z masochistycznym uporem w jasne okno, a potem bolała ją, pełna nigdy nie przepędzonych wspomnień, głowa.

I tak ten czas zleciał.

Co się wydarzyło dziesięć lat temu?

Są takie chwile w życiu, gdy na głowę spada grom. Właśnie taki apokaliptyczny grom trzasnął wtedy w jej głowę i z impetem wymiótł wszystkie szare komórki. Pozostał po nich jedynie miraż, iluzja rozsądku, którą karmiła się jeszcze kilka chaotycznych tygodni. Wreszcie stało się jasne, że nie ma czego w rozumie szukać, bo cała percepcja konsekwentnie przeniosła się do zupełnie innego organu. I tak, porażona spersonifikowanym w postać Najlepszego Kochanka na Świecie – piorunem – dryfowała na barwnym pompowanym delfinku z bezmyślną radością po morzu rozkoszy.

Nie miała zielonego pojęcia, jak to się stało, że zaczęła tonąć. Tę wiedzę, razem z farbowaną blondynką, zabrał Najlepszy Kochanek na Świecie. Cudem ocalała z tej, nazywanej ślepą miłością, katastrofy. Postanowiła kategorycznie zerwać wszelkie stosunki z Najlepszym Kochankiem na Świecie.

Najlepszy Kochanek na Świecie wysłuchał w milczeniu jej argumentów, po czym, jak przystało na prawdziwego mężczyznę – wszystkie obalił jednym wzruszeniem ramion, nonszalancko lekceważąc postulaty. A raczej jeden, nieskomplikowany i wyraźny postulat w formie całkowitego zakazu wykonywania telefonów na jej numer.

I, konsekwentnie, nazajutrz rozdzwoniła się komórka.

Ona zajadle zdusiła aparat,  tym samym odłączając się od świata abonentów telefonii komórkowej. Określenie: „nieosiągalna” wydało się jej idealnie pasujące do dramatyzmu sytuacji. Zamykała oczy i wyobrażała sobie Najlepszego Kochanka na Świecie, którego spokojny, lekko ironiczny uśmiech zamienia się w grymas niepokoju, następnie lęku i wreszcie, o radości! – w panikę. Prognozowała z satysfakcją niezliczoną ilość komunikatów: „połączenie nie może być zrealizowane”. Z rozkoszą liczyła domniemane nagrania drżącego niskiego głosu, tym razem pozbawionego tej nieznośnej, drańskiej lekkości, która ją doprowadzała do szału. Przewidywała tysiące panicznych nagrań na poczcie głosowej: „Wybacz mi! Oddzwoń! Błagam! Szaleję z niepokoju…!” . Rozpływała się w domysłach, jakie jeszcze wyznania obijają się o głuche ściany jej nigdy przedtem nie wyłączanego, a dziś – tak bezlitośnie milczącego telefonu.

Ten błogi stan trwał całe, nieskończenie długie trzy kwadranse, po czym – rozjuszona własnym brakiem silnej woli, włączyła nagle komórkę i zastygła w oczekiwaniu na deszcz rozpaczliwych powiadomień. Powiadomień jednak nie było żadnych. Nie było też panicznych nagrań, żadnego esemesa. Nic.

I sprawa stała się przeraźliwie jasna. Najlepszy Kochanek na Świecie gwizdał na nią i jej wyłączoną komórkę. Gwizdał – jak też podejrzewała od dawna – na wszystko, co jej dotyczyło. Na jej ślepą miłość. Na kolorowego delfinka i morze rozkoszy. Na poważne rozmowy i postulaty. Na prowokacje i groźby. Gwizdał absolutnie na wszystko, bo – tu zgięła się w bolesnym skurczu – takich, jak ona, Najlepszy Kochanek na Świecie miał na pęczki.

Jedyne, co jej pozostało, to beznadziejne wyłączenie telefonu po raz drugi – tym razem na dłużej, o wiele dłużej. Roztrzęsiona i wściekła, pobiegła do sklepu z komórkami i zamówiła nowy numer. W ten sposób straciła bezpowrotnie możliwość ponownego zanurkowania w morzu rozkoszy. Bezpowrotnie, znaczy – na dziesięć lat.

Bo teraz oto stała przed lustrem i patrzyła na siebie o dziesięć lat starszą i jedyne, co jej przychodziło do głowy to przerażający wniosek: „gruba, gruba!”

Najlepszy Kochanek na Świecie wytropił ją w internetowym labiryncie portalu dla ludzi ze szkolnej ławy i kategorycznym: „spotkajmy się” zburzył dziesięcioletni spokój ducha, a co najgorsze – względną akceptację samej siebie.

W ciągu piętnastu sekund względna akceptacja obróciła się w bezwzględny brak akceptacji. Tyleż samo czasu zajęło jej odszukanie adresu do najbliższego fitness klubu, ale już w ciągu dwóch sekund zaniechała pomysłu. Najlepszy Kochanek na Świecie przysłał bowiem szczegóły dotyczące terminu spotkania, a mianowicie: na ewentualne zrzucenie nadmiaru tłuszczu pozostało półtora dnia.

Półtora dnia!

Jak w tak krótkim okresie zniwelować dziesięć długich lat? Dziesięć zimowych przyrostów masy ciała i dziesięć wiosennych katorżniczych diet? Dziesięć jesiennych zastygnięć na kanapie i tyleż samo letnich okresów ekspozycji wolnych rodników na słońce?

Dekada depresyjnych seansów alkoholowych i, o zgrozo, palenia, wprawdzie lajt, ale zawsze – papierosów! A każdy kieliszek i każdy papieros odciśnięty jest jak blizna w kolejnej zmarszczce. I to wszystko miałoby zniknąć w półtora dnia? Wykluczone.

Po tych wnioskach, do panicznego wrzasku: „gruba”, dołączył zrozpaczony okrzyk: „stara!” i nastała cisza. Teraz jej czterdziestoletnie ciało, unieruchomione jak posąg, na całkowitym bezdechu czekało na decyzję: i co teraz?

Były dwa rozwiązania.

Pierwsze, z góry skazane na niepowodzenie, w głębi świadomości intuicyjnie odrzucane w niebyt, głośno było jednak artykułowane jako najrozsądniejsze pod słońcem.

Mianowicie – problem  bezwzględnego braku akceptacji zniknie zupełnie, jeśli ona najzwyczajniej nie umówi się z Najlepszym Kochankiem na Świecie. Wcale nie pójdzie na to spotkanie! Logiczne. Dziecinnie proste. Wystarczy zostać w domu. Wyłgać się typowym dla takiej sytuacji wykrętem z kategorii: „mam swoje życie, swój świat, minęło przecież tyle lat”. I Najlepszy Kochanek na Świecie nic nie powie, wcale nie będzie namawiał, pójdzie w swoją stronę jak wtedy, dumny i zimny drań.

A ona zostanie z tym swoim nieskalanym poczuciem wartości, zanurzona w sofie wydudni dziewięćset kalorii w pięcioprocentowym ciemnym mocnym i pozwoli swojej talii jeszcze obficiej obrosnąć w puszystą fałdę.

A Najlepszego Kochanka na Świecie niech diabli porwą razem ze wszystkimi jego długonogimi, związanymi w pęczki, młodymi jak szczypior i jak szczypior chudymi, blond pięknościami…

Niedoczekanie.

I teraz nadszedł czas na drugi wariant.

Drugi wariant różnił się drastycznie od pierwszego i niósł ze sobą zupełnie inny ciężar zupełnie innych argumentów. Najlepszy Kochanek na Świecie to, jak sama nazwa wskazuje, facet, który jest najlepszym kochankiem na świecie. Niecodziennie spotyka się faceta, który jest najlepszym kochankiem na świecie. Wręcz przeciwnie – na co dzień spotyka się największe fajtłapy na świecie. Wielkie fujary z małymi organkami. Wpatrzonych w filmy porno, oderwanych od rzeczywistości, zaniedbujących swe żony ignorantów. Rozczarowujących do cna, niemiłych i nieatrakcyjnych, pijanych gburów. Egoistów i nudziarzy. Genetycznie sknoconych i w niezrozumiały sposób zakochanych w sobie pokurczów. Nijak nie mieli się do Najlepszego Kochanka na Świecie, który wprawdzie był draniem i zdradzał, ale w jakim stylu! Jego przelotne spojrzenie wywracało na zewnątrz duszę, przyprawiało o dreszcze, zapierało dech. Jego szept zmiatał z powierzchni ziemi, wbijał w przestworza. Jego zapach odbierał rozum, wnikał w każdą komórkę ciała.

A jego dotyk?!

Przymknęła oczy i pokręciła głową.

Byłoby skrajną głupotą pozbywać się okazji do spotkania tego geniusza seksu. Kretynizmem – nie polecieć teraz do sklepu po komplet obłędnej bielizny. Przejawem braku piątej klepki okazałby się brak odwiedzin kosmetyczki, fryzjera, manikiurzystki, wszystkich tych upiększających instytucji. Bezdenną ignorancją byłoby nie przewalenie do góry nogami szafy, nie odnalezienie zabójczej czerwonej kiecki z dekoltem do pępka. Porażką równą życiowej przegranej stałoby się owo żałosne zawinięcie z piwem w akrylowy koc.

A przez to, że Najlepszy Kochanek na Świecie nie grzeszy wiernością, darować sobie nurkowanie w morzu rozkoszy? Oddać walkowerem chudym blondynkom ten kawałek tortu? Ten fajerwerk doznań? Nigdy!

Czterdziestoletnie, a szczerze mówiąc, trzydziestoparoletnie ciało drgnęło jakby wstąpiło w nie nowe, dojrzałe i w pełni świadome życie. A potem pogłaskane czule opuszkami palców zmiękło w namiętnej i żarliwej tęsknocie za Najlepszym Kochankiem na Świecie.

***

On, oczywiście, zupełnie nic, a nic się nie zmienił.

Nie przytył nawet grama, ewentualne zmarszczki tylko dodawały mu uroku. Siedział w lokalu i czekał, nonszalancko paląc papierosa.

Ona oceniła swoją sytuację jako dramatyczną, po czym usiadła na przeciwko niego, marnie udając niczym nie skrępowaną swobodę. Jego pewny siebie uśmiech przyprawił ją o dreszcz przerażenia i nagle zapragnęła zwinąć żagle, ale było już zdecydowanie za późno.

Pomyślała o sukience z dekoltem, że to chyba gruba przesada, powinna była założyć wełniany golf. Pomyślała o czerwonej szmince, że to istny wygłup, powinna lepiej użyć bezbarwnej wazeliny ochronnej. Pomyślała o obcasach, że nieporozumienie, w botkach byłoby wygodniej. Pomyślała wreszcie o tym, że niepotrzebnie się tak wysztafirowała jak jakaś lampucera, bo Najlepszy Kochanek na Świecie siedzi niedbale w rozchełstanej koszuli, a mimo wszystko, wygląda jak milion dolarów. Druga sprawa, że gdyby tak się nie wypindrzyła, Najlepszy Kochanek na Świecie nie mógłby nawet podejrzewać, że ona się nim jakoś przejęła, że to całe zamieszanie ją w ogóle obchodzi, że wzięła do serca, że traktuje go poważnie. Gdyby, załóżmy, włożyła sweter, pomyślałby, że ona ma w nosie, że gwiżdże na niego, że wpadła tu tak o, przy okazji, na drinka, a jak już się napatoczył Najlepszy Kochanek na Świecie – trudno, napije się z nim.

Tak błądziła myślami, przeklinając w duchu kieckę z dekoltem.

Diabli wiedzą, o czym myślał on, zapewnie o tlenionej blondynce, bo właśnie rozdzwonił jego cholerny telefon. Ku jej zdumieniu wyciszył jednak sygnał wysyłany przez jedną z pęczka wielbicielek i, spojrzawszy na nią, wyostrzył nieco zgaszony do tej pory wzrok.

– Kopę lat – powiedział, a ona ściągnęła z niepokojem brwi.

To tak można określić ich straszliwe rozstanie? Tę przepaść czasową? Tę czarną dziurę w sercu, niekończącą się, dziesięcioletnią rozpacz i przeraźliwą, lodowatą pustkę? Pustkę w sypialni, pustkę w łóżku, wreszcie – pustkę w sobie?

Czy Najlepszy Kochanek na Świecie nie pomylił jej przypadkiem z kolegą z drużyny harcerskiej? O ile, ludzie!, o ile Najlepszy Kochanek na Świecie mógł kiedykolwiek w ogóle należeć do tak mało dekadenckiej organizacji jak harcerstwo?

Niewyobrażalne. On był zbyt wyjątkowy, egocentryczny, poetycki, artystyczny, ekscentryczny, wreszcie – zbyt seksowny, żeby ubrać mundurek druha.

I tak pomyślawszy, zapragnęła jak najszybciej zanurkować z nim pod kołdrę. Zamówiła więc dla odwagi wódkę z tonikiem, którą błyskawicznie wypiła, zamówiła drugą i trzecią, by rozmiękczony jak mydło na dnie wanny wzrok utkwić pożądliwie w Najlepszym Kochanku na Świecie.

Wyszli z lokalu po godzinie w komitywie niedwuznacznej i zaraz potem zalegli w pluszowej taksówce, gdzie Najlepszy Kochanek na Świecie wyściskał ją jak limonkę. Ona, cała uradowana bezproblemowym obrotem spraw, poddała się całkowicie ugniataniu swojego trzydziestoparoletniego ciała, zapominając na śmierć o nadwadze. Zresztą, Najlepszy Kochanek na Świecie zdawał się całkowicie lekceważyć zmianę w jej – kościstych niegdyś, a dziś zaokrąglonych – kształtach. Wyglądał na bardzo zadowolonego. Do tego stopnia, że gdy taksówka zatrzymała się pod jej domem, z wielkim oporem wygramolił się spod czerwonej sukienki.

Oczywiście, można by teraz powiedzieć, że zachowywali się jak kochankowie z filmu. Tak samo jak kochankowie z filmu, biegli po schodach, trzymając się za ręce, potem, dźgając kluczem niewłaściwą dziurkę, niecierpliwie otwierali drzwi do mieszkania, a gdy wreszcie do niego wtargnęli, upadli na podłogę i jęli gorączkowo zrywać z siebie ubranie. Szarpiąc nawzajem czerwoną sukienkę i rozchełstaną koszulę, przepełzali po omacku z przedpokoju do sypialni, gdzie zatonęli w białych, świeżych prześcieradłach.

Gdyby jeszcze do tego dorzucić jakieś świece i czerwone wino, byłoby pewnie nieco kulturalniej, ale mniej gwałtownie, a oni faktycznie zachowywali się gwałtownie i pośpiesznie, jakby ich gonił szwadron wychudzonych blondynek.

Ona, zresztą, wcale nie chciała niczego zapalać, ani lampy ani świecy, bo – jak wiadomo – w ciemnościach nie widać celulitu, a w świetle świec – a nuż? Bezpieczniej było tego nie sprawdzać.

Leciała więc w kosmiczne przestworza na białym prześcieradle jak na czarodziejskim dywanie, gdy Najlepszy Kochanek na Świecie stemplował pocałunkami całe jej ciało. Konflikt sprzed lat uleciał w niebyt, w tymże niebycie przepadła chuda blondynka, a rozterki związane z bezwzględnym brakiem akceptacji nagle przerodziły się w absolutną akceptację, ba, co tam w akceptację, w zachwyt! W zachwyt nad jej – jak określał szeptem Najlepszy Kochanek na Świecie – boskim ciałem. Pieszczoty doprowadzały ją do wrzenia i powodowały wściekłą chuć. Jej oddech oszalał. Z głośnym sapaniem wyrzucała z siebie jakieś niecne żądania, pozbawiona nagle wstydu i jakiejkolwiek przyzwoitości.  Zapragnęła wszystkiego naraz, nie wyłączając bezeceństw rodem z filmów porno. I dobrze wiedziała, że tego wszystkiego może się radośnie spodziewać od Najlepszego Kochanka na Świecie, bo on, nikt inny, tylko właśnie ON, wszystko to jej dziś w nocy, na tym białym prześcieradle, ofiaruje.

A potem nadszedł moment, gdy się chce więcej i więcej, a właściwie nic już się nie chce innego – żadnych pieszczot, żadnych gierek, wstępniaków, minetek, pettingu – nic, prócz prozaicznej, atawistycznej, prymitywnej, jaskiniowej, zwierzęcej – kopulacji.

I bezwstydnie jej żądając, wypięła się niczym rozgorączkowana w rui kocica.

Wtedy właśnie padło to zdanie, którego ona początkowo zupełnie nie mogła pojąć. W jej płonącym pożądaniu zabrakło miejsca na taki zestaw słów:

– Sorry, za dużo wypiłem…

Chwilę jeszcze trwała w swoim wypięciu samicy. Trwała tak, jakby czekała, że Najlepszy Kochanek na Świecie za chwilę parsknie śmiechem” „żartowałem!” i – jak te dziesięć lat temu – posiądzie ją, zmłóci, przereza w drobne drzazgi. Tak, że we wrzącym pocie swych ciał się usmażą, że ich ciała spłoną na popiół, że po białym prześcieradle nie zostanie jedna nitka.

Ale on wcale nie parsknął, nie odwołał swojego „sorry”, wręcz przeciwnie, o zgrozo! – zakłopotany zaczął tłumaczyć, że coś lata nie te, że piwo, papierosy, że wódka, niewyspany, że dieta, cholesterol wysoki, ludzie! Cholesterol!

I, że, spoko, on ją tam jakoś inaczej zadowoli.

Inaczej?!

Jaka rozdygotana z pożądania kobieta chciałaby tego właśnie zamiast tamtego?

Tamto, szokująco nieosiągalne, przybrało nagle wymiar kosmiczny, nieporównywalny z tym, co on tu proponuje, z tą nudną formą erzacu, podróbki, chińskiego zamiennika do, na przykład, mercedesa!

Z rozpaczliwą determinacją rzuciła się więc na pokurczone jak pisklę przyrodzenie i wierząc, że za moment sytuacja się odmieni, jęła naśladować Jennę Jameson.

Nic jednak, mimo dwudziestominutowych zmagań, się nie odmieniło.

Męskość Najlepszego Kochanka na Świecie uparcie trwała w nienaruszonej formie zasuszonej renklody i żadną siłą nie dawała się przekonać, by przyjąć nieco bardziej dumną postać.

– Minęło sporo czasu… nie jestem już taki młody… – tłumaczył lekko speszony Najlepszy Kochanek na Świecie, gdy ona, zdesperowana, penetrowała językiem najmniej teraz romantyczne miejsce jego ciała. Nawet to nie poruszyło cholesterolowej blokady w jego naczyniach krwionośnych.

Ta nierówna, rozpaczliwa walka trwała niemal godzinę. Sześćdziesiąt minut rozpaczliwych zmagań z dziesięcioletnim mitem, z tęsknotą za erotycznym geniuszem. Trzy tysiące sześćset sekund gaszenia wielkiego, nieposkromionego seksapilu dziesięć lat starszej kobiety i budzenia seksualnej aktywności dziesięć lat starszego mężczyzny.

Po tej dramatycznej rozgrywce, poległa w rezygnacji na zdumiewająco suchym prześcieradle. Wsunęła swoje boskie, trzydziestoletnie ciało w koszulkę od piżamy, położyła się na poduszce i dobrotliwie poklepując po przerzedzonych skroniach śpiącego obok mężczyznę, zrozumiała, że już nigdy więcej nie przyśni się jej Najlepszy Kochanek na Świecie. Zrozumiała też, że przez te dziesięć lat nękał ją mit, iluzja, nierzeczywisty demon, dżinn z butelki, który dziś w nocy rozwiał się wraz z jej naiwnymi wyobrażeniami.

Ze spokojem dojrzałej, wielce świadomej kobiety  pogodziła się z prawdą.

A prawda jest taka, że najlepszy kochanek na świecie – nie istnieje.

-______________________________________________________________________________________________________-

Antologia „Rozkoszne”, wydawnictwo Replika

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s