10.08.2010 Syndrom zoolozy

Po pierwsze – wyjaśniam znaczenie swojego nick- a z forów, po drugie – się, uwaga, chwalę. Ja nie wiem, czy jest czym, ale obecnie halsujący Lech M. Jakób Latarnik twierdzi, że i owszem, jest.

Opowiadanie pod tytułem: „Syndrom zoolozy” zostało wydrukowane w piśmie „Latarnia Morska” i rozesłane po księgarniach. Zachęcam więc (i teraz wyjdzie, że nie chwalę się, ale kupczę) do zakupu pisma i przeczytania mojego i nie tylko mojego w nim tekstu.

A dla rozdrażnienia ciekawości czytelników wrzucam poniżej fragment:

————————————————————————————————————————————–

„Panie Doktorze, piszę ten list, bo wstydzę się przyjść. A raczej: boję. Powiem więcej: boję się wyjść nawet z łóżka. Boję się otworzyć oczy. Nawet teraz mam zamknięte, a list dyktuję żonie. Jak ona to pisze, pojęcia nie mam, bo przecież kopytami za diabła się nie da…

– Walnąć cię? – zahuczała groźnie Roksana.

– Pisz… – poprosił słabo.

Może Pan zna takie przypadki i coś mi doradzi, bo ja – tyle razy już będąc u Pana i tyle chorób podejrzewając u siebie, nawet nie przypuszczałem, że mogę paść ofiarą takiej dziwnej przypadłości. Ba, nigdy nie słyszałem o niej, choć czytam encyklopedię zdrowia!

Mam jednak nadzieję, że Pan Doktor się na tym zna i przyśle mi odpowiednie lekarstwa.

Od kiedy stwierdził Pan u mnie meteopatię i nadciśnienie, brałem te małe pigułki i czułem się znacznie lepiej. Ale nagle, zupełnie nieoczekiwanie, wszystko się zmieniło.

Otóż wczoraj kupiłem na cmentarzu lizaka. Wiem, wiem, nie powinienem, bo cukier mi podskoczy. Ale zimno było i wiało i  jakoś mnie diabeł skusił. To znaczy nie diabeł, tylko lis… bo problem w tym, że kupiłem go od lisa, od lisicy raczej. I zjadłem. Tego lizaka, co go lis miał w łapie… lisica…

– Roksi, weź mi pomóż, ten facet gotów pomyśleć, że jestem nienormalny – jęknął do krowy. Ale ta tylko wzniosła oczy do sufitu, potem przewróciła nimi teatralnie, jakby bawiła się tym, że ma teraz jeszcze większe, ogromne wręcz, wyłupiaste, ozdobione długimi rzęsami.

…Potem mój szwagier zamienił się w szczura. On mieszka w Anglii, kątem u znajomych, na dorobku. Ale nie jest przecież szczurem żadnym, co to, to nie. Ani on, ani też Marysia. Że tam tak ciułają po kątach? Może wielkimi panami nie są, grosz odkładają, ale żeby zaraz od szczurów? A teraz znów moja żona… Zawsze była trochę przy kości, mocnej budowy, można powiedzieć…

– Nie będę tego pisać – zagroziła krowa.

– Roksi, proszę… Jestem chory, nie rozumiesz? Boję się wyjść z domu, a ty tylko fochy pokazujesz. Nic wyrozumiałości, jak słowo daję – i głos Tomasza się załamał.

Więc Roksana litościwie znów pochyliła się nad kartką, ale kręcąc głową i pukając co jakiś czas ostentacyjnie kopytem w czoło, dawała w jasny sposób do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli.”

http://www.latarnia-morska.eu/index.php?option=com_content&view=article&id=55%3Anr-12-1112-2009&catid=47%3Anowy-numer&lang=pl


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s