30.08.2010 (powtarzam, bo jest) Babie Lato

W głowie się nie mieści, że mnie zostawiła!

Przecież wszystko do tej pory było tak cudowne. Te nasze wyjazdy, spontaniczne weekendy nad morzem, włóczenie się po tanich hotelach, picie wódki z Kaszubami, nocne lokale, śmiech… No i seks, upojny seks w zbyt dusznych pokojach hotelowych, a potem bieganie w ręczniku po korytarzach ku oburzeniu portierek.

Wędzona ryba na molo, stopy w piasku…. Co za lato!

Praca to tylko tak na odwal, cały dzień mijał tylko na klepaniu w gadu. „Słońce ty moje, skarbie… – pisała – …twoje usta to obłęd. Doczekać się ich nie mogę, do piątku, byle do piątku!” I piątek niespokojny od rana. Tylko plan w głowie: koniec pracy, auto, wyjazd.

Wskakiwała do mojego samochodu naprędce, jakby w ukryciu przed światem, razem ze swoim maleńkim tobołkiem i rozkosznym chichotem, kładła się na tylnym siedzeniu i łaskotała stopą mój kark.

Muzyka dudniła głośno, jej śmiech, jej pośpieszne opowieści, co się w pracy działo, co u ojca, Wieśka, Ewki… Mówiła szybko i popijała łapczywie kawę z kartonowego kubka rozlewając ją na tapicerkę. Chlew mi robiła, łajza, w wozie, fakt. Ale cudem była, cudem świata!

A teraz zabrała rękę, cofnęła, wyrwała z mojego uścisku. Tu na starówce gdańskiej, na naszym spacerze, dlaczego zabrała, suka, tę dłoń?

Zabrała i schowała natychmiast w kieszeni płaszcza, żeby już nie było szansy, nawet skrawka nadziei, że ta ręka trafi znów kiedyś do mojej.

Spuściła wzrok, te swoje rzęsy zdobne, podkręcone jak u lalki, jakby doczepione, nieprawdziwe, nieprawdopodobnie długie, filuterne rzęsy kokietki spuściła i nie powiedziała nic, tylko znikła w taksówce jak duch.

Nie, nie w moim wozie, tylko w taksówce. Bez chichotu, bez tobołka i kartonika z kawą. Sama, poważna, milcząca, z tymi rzęsami na policzkach i ręką w kieszeni, szast prast, odjechała.

Dlaczego?

Nie wiem. Nie wiem i dowiedzieć się nie mogę, bo na telefony nie odpowiada, nie odpisuje na gadu, fatalna kobieta, pieprzony łamacz mojego serca. Weszła do tej taksówki i znikła na zawsze moja mała, przemieniła się w coś innego, milczącego, obojętnego, obcego.

To inne – obce nawet telefon ma inny, z pewnością, spis kontaktów inny, beze mnie. A i komunikator – też beze mnie – z zamkniętą listą znajomych, do których z pewnością nie należę ja. Alkohol cały ze smutku i tęsknoty wypity snuł się wczoraj po moim martwym ciele aż wyparował w końcu zostawiając dziś smętne, bolesne wspomnienie.

Telefon dzwoni w jakichś gównianych sprawach od rana, nie dając wytchnienia, choć kac.

Piątkowy poranek – imprezowy falstart. Ach to piątek dziś, małych wakacji początek, wakacji bez niej, a więc pustki straszliwej, milczącej ciszy, odmierzanej tykaniem zegara.

Samotny weekend. Jazda za miasto, w skupieniu, bez trajkotania na tylnym siedzeniu, bez stóp na karku, bez kawy na tapicerce, sterylny i cichy, nudny piątek. Tylko: tap, tap – miarowe stukanie kierunkowskazu w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, bez celu.

Jak żyć nie pojmując tego, co się stało? Dlaczego mnie zostawiłaś, dziwko?!

Ale ona milczy – ani esemesa, telefonu – brak.

Co ty sobie myślisz, że można tak bez wyjaśnienia cofnąć rękę i uciec? Że co, że niby ja – to nic? Gówno znaczę, jakby splunął, koniec, puf? A o tym wszystkim, co było nawet słowa nie powiesz? Całe nasze lato ma tak spłynąć z jesiennym deszczem i tyle? Odfrunąć z bocianami, dzikimi gęśmi, tak ma zniknąć omotane pajęczą siecią zapomnienia?

Jeszcze tylko piegi na twarzy ci mnie przypomną, jeszcze kilka razy słońce ci je wysupła, opaleniznę poprawi, ale i ta też przecież zniknie. Pochowasz sukienki do szafy, wyciągniesz pulower, czapką zasłonisz jasne jak piasek włosy i nawet nie wspomnisz trasy na Hel. Pójdziesz w deszcz i coś tam sobie nowego wymyślisz, a co – ja nie wiem i nigdy się nie dowiem.

Masz swoje małe życie, małe jak ty sama, w małym mieszkanku zamknięta, z małym komputerem i maleńkim komunikatorem, zbyt małym, aby zmieścić tam mnie.

A zdjęcia?! Czy powyrzucałaś?

Tyle mi ich zrobiłaś – i tak i tak – z profilu, au face, na plaży, w słońcu, z uśmiechem i bez, wśród mew, wśród fal, letnie fotografie jak pocztówki z kurortu, pstryk, pstryk, pstrykałaś bez końca i po co? Wykasowałaś teraz wszystko przecież, na pewno to zrobiłaś, całe pół dysku ci przecież zajmowały, pół dysku twojego maleńkiego komputera z komunikatorem beze mnie. Jak mogłaś wyrzucić, wykasować to nasze lato?

Mijają dni, każdy z nich coraz dalej od tych naszych. Ty milczysz, a czy zapomniałaś?

Czy to możliwe, żeby tak z jesiennym powiewem rzeczywistości skreślić naszą miłość wakacyjną, przegnać jak sen?

A więc nie. Spotykam ją wreszcie na otwarciu galerii handlowej. Pół miasta tu przyszło, a więc i ona też. Kolana mi się uginają, a ona łapie za rękaw, mówi: „chodź”. Jakby nic, jakby wtedy nie uciekła i nie znikła w taksówce, mówi: „chodź”. I ciągnie mnie na kawę. A mi od razu lepiej.

Cieszę się, że tu, w tej zatłoczonej scenerii pryśnie w niepamięć fatalne rozstanie. Jakie rozstanie? – pytam, bo teraz zdaje mi się, że żadnego rozstania nigdy nie było. To musiało się zdawać, że odeszła, bo nie odeszła przecież: oto jest. Mało tego, na kawę mnie ciągnie, na piwo, papierosa, piwo jeszcze jedno, wódkę, bełkotliwe, rozkoszne tête à tete.

Tylko z nią może być tak cudownie, że za nic do domu, za nic do pracy, tak sobie teraz tu siedzimy i paplamy, a co u Wieśka, Ewki, ojca?

Dzień się zerwał z łańcucha czasu. Która godzina, spotkanie, termin? Nieważne. My tu jesteśmy, świat nasz zamknięty, lato nasze jeszcze trwa. Jaki termin, jakie spotkanie?

Zanurzam usta w spienionym piwie i choć to centrum handlowe, widzę jak drga rozgrzane powietrze, słyszę szum fal i dobrze mi jak diabli.

To w głowie szumi, wiem, ale tak mi dobrze, ach jak dobrze! Nachylam się w przypływie czułości, by ją pocałować, ale ona, Boże, ona się odsuwa!

Znów czuje ten chłód, chłód jesieni.

– Co jest? – pytam.

Spoważniała, spuściła wzrok. Długie rzęsy rzuciły nagle cień na jej twarz i całe to nasze spotkanie.

– Nie mogę być z tobą – szepnęła.

– Dlaczego? – krztuszę się piwem, a nic nie rozumiem, nie rozumiem!

– Chcę żyć jak normalny człowiek.

Normalny człowiek? Patrzę tępym wzrokiem na te długie rzęsy i z zaskoczeniem zauważam na nich łzę.

– Mała – mówię, a ona szybko ociera oczy, podnosi wzrok i patrzy poważnie.

– Za bardzo to wszystko… za daleko… chcę żyć normalnie, jak inni.

I dzień wrócił na miejsce, pojawili się ludzie, a plaża zamieniła w sklep.

Powiedziała to znów, z całym przekonaniem: jak inni, normalni, chcę żyć. A więc ja jestem nienormalna, nienormalne my obie byłyśmy i nienormalne to lato.

Puściłam dłoń jej, a jednak nie jej, obcą, martwą rękę z kieszeni jesiennego płaszcza. Patrzyłam jak wstaje, kiwa na pożegnanie i odchodzi: normalna ona, wspomnienie nienormalnej jej; patrzyłam jak idzie do wyjścia, niknie gdzieś w tłumie całkowicie normalnych ludzi.

27.08.2010 Ziemia? Nuda.

Drodzy Ziemianie!

Z zakłopotaniem donoszę, że na skutek silnych oddziaływań pozasłonecznego układu planetarnego System HD 10180, chwilowo nie mogę pisać.

Nie mogę też jeść, ani spać.

Mój umysł popadł w katatonię oczekiwania na bodźce z wszechświata i nic kompletnie nie może w tej chwili z siebie wykrzesać. Mam nadzieję jednak, że wkrótce przybędzie odpowiedni pojazd i zabierze mnie z tej hałaśliwej planety ku świetlanej przyszłości na któreś z dogodnie ulokowanych ciał niebieskich. Tym samym – sytuacja odmieni się diametralnie, a mój nieodkryty dotąd przez przyziemne istoty talent rozwinie się w wymiarze kosmicznym.

Tymczasem gorąco pozdrawiam Kurta Vonneguta oraz Winstona Nielsa Rumfoorda czekając jak wierny pies Kazak na odpowiedni sygnał, po którym przeniosę się radośnie w międzygalaktyczne fantasmagorie.

25.08.2010 Definicja pisarza

Nigdy nie wiadomo, czy ktoś jest pisarzem. Czy też nim nie jest, diabli wiedzą. Bo, jeśli siedzi w domu wieczorem i zamiast teleturniej oglądać, miliard w rozumie, familiadę, skoki narciarskie, reklamę proszku, kremu, piwa – on nieoczekiwanie weźmie do ręki pióro i kajet?

I napisze historię?

Nikt poza nim jej nie pozna, bo historię w szafce, w szufladzie zamknie, zabezpieczy kluczem, a klucz starannie ukryje.

A więc? Jest on pisarzem, czy nie?

W ciszy nocnej nikomu nie mówiąc tworzy dzieło.

W pracy po kryjomu na kolanie szkicuje postaci.

W pociągu ciasno w fotel wciśnięty wymyśla i składa w głowie linijka za linijką kolejne wersy, uśmiecha się do nich, a podróżni się dziwią, czego on, głupi się śmieje, czy śni?

Nie, on pisze.

On ma w głowie trylogie, tomy opasłe, cykle kryminalnych zagadek mrocznych, romansów, aż serce rozrywa, horrorów, że krew mrozi i wierszy, kochani, tysiące. Lecz nikt ich nie czyta.

Więc: jest on pisarzem?

Czy pisarz pisarzem jest wtedy, gdy pisze, czy gdy jest czytany? Czy słowo samo za siebie nie mówi, nie określa pisarza, więc kogoś, kto pisze przecież? Czy pisarz piszący, pisząc właśnie nie zasługuje na to miano?

Mówią, że nie. Bo nie wystarczy mu pisanie, on musi być „czytany”.

Jeśli więc jest „czytany”, to logicznie nazwijmy go: czytacz. A jeśli „czytacz” jest czytany, znaczy jest bierny, czy więc bierny – czytany mianuje pisarza wprost, prędzej aniżeli czynny:

piszący?

—————————————————————————————————————-

– Na litość boską, przecież to zaczyna być śmieszne, koniec końców! – nie poddawał się Korowiow. – Pisarz jest pisarzem, ponieważ pisze, a bynajmniej nie dlatego, że ma legitymację. Skąd pani może wiedzieć, jakie wizje rodzą się w mojej głowie? Albo w tej oto głowie? – I wskazał na Behemota, który natychmiast
zdjął czapkę, jakby po to, aby ułatwić obywatelce dokładniejsze obejrzenie swojego łba…

24.08.2010 Sopot, Monte Cassino, Kebab (09.00 – 24.00)

Osman postanowił biegać. Nie po to, by chudnąć, chyba nawet nie z troski o zdrowie.

Coś każe mu każdego dnia rano, jeszcze przed pracą, jechać na sopocką plażę i biec wzdłuż brzegu. Może tęsknota? Może. Czuje wtedy zimny powiew na twarzy, słyszy pisk ptaków i wspomina sobie wybrzeże w Stambule. Jaka tam dzisiaj pogoda? Słońce? Gdyby tam był, czy też by dziś biegał? O tak. Na pewno. I biegnie.

Na początku jest euforia, poczucie wyzwolenia, wszechogarniającej radości bez powodu. A może i jest powód? Ot, choćby, piasek. Morze. Niebo, deszcz na twarzy.  Mewy. Wokół taka pustka, taka przestrzeń i tylko szum, jakby krew tłoczona przyśpieszoną pracą serca szumiała w żyłach, nie fale. Ale fale też, też cieszą, i ludzie, których Osman mija i którzy też biegną gdzieś w tę przestrzeń sobie tylko wiadomą, dla siebie odkrytą, przez siebie nazwaną.

Stambuł. On biegnie do Turcji, na most Mahmeda. Gdy już dobiegnie, stanie na środku i popatrzy z dala na dwa kontynenty. I na cieśninę Bosfor.

Ile ptaków! Ile okrętów! Ile ludzi…

Tak sobie myśli i tak sobie biegnie i rozkoszuje się wolnością. Potem zaczyna się zmęczenie. Powoli się wdziera w roztętnione skronie, w gardło drapiące od zimnego powietrza, w płuca bolesne od szybkich oddechów, w przeponę ściskaną nagłymi skurczami, w uda rytmicznie poddawane sile uderzenia w trach, trach – piach rozmoknięty bałtycką wodą. W piszczele obciążone ciężarem ciała, w stopy uwięzione w niewygodnych butach…

Euforia mija.

Ale tylko na moment, na chwilę, bo biegnie się przecież po coś ważnego, najważniejszego, czego nawet nie można nazwać. Więc: czy wolno mu się ugiać przed słabościami?

I zmęczone mięśnie przepełnia nowa siła, nowa energia, z którą dalej można lecieć.

Osman przebiega tak sześć kilometrów, przystaje i patrzy w morze. Liczy uderzenia serca, dudniące jak tętent kopyt, a to przecież tylko jego stopy z niewygodnych tanich butach tak biegły. Puls jest wysoki. Sto dwadzieścia na minutę. Czasem więcej. Serce jest małe, krwi dużo, więc dudni jak oszalałe. Osman daje sobie jeszcze chwilę. Niedługo, żeby nie zamarudzić, żeby nie stracić zapału. Stoi, patrzy na fale i postanawia: „jak ta dopłynie – lecę”. Fala uderza o brzeg – Osman odwraca się na palcach, unosi dłonie i posłuszny swojej obietnicy – zaczyna znów biec.

I wszystko powraca. Ale już inaczej, bo inne siły, inne mięśnie, inny oddech. Widok też inny. Wcześniej widać było molo, Klif Redłowski, zamglony półwysep… Teraz w szarym mglistym powietrzu majaczą żurawie.

Myśli też są inne. O wysiłku, który coraz ciężej podejmować. O satysfakcji, że taki wysiłek, choć ciężko, jednak podejmuje. O nagrodzie w postaci pospiesznego śniadania przed pracą w dusznym barze z kebabami. Tak, Osman jest teraz jak pies zgoniony, którego pragnienia skupiają się jedynie na smakołykach. Głodny. On jest głodny.

Jak cudownie jest być jedynie głodnym! Jak czyste jest to uczucie, jakie proste!

Czy on ma teraz w głowie jakiś smutek, zwątpienie, strach przed samotnością, przed kilkunastogodzinną pracą, przed powrotem do pustego domu? Jakiś choćby cień zmartwienia?

Czy odczuwa lęk o brata, samego w obcym mieście? O matkę?

Nic.

Tylko głód. I tym czystym uczuciem, tym głodem się karmi. I biegnie dalej, coraz głodniejszy, coraz lżejszy, coraz szczęśliwszy.

Jak już dobiegnie – a przecież nie będzie łatwo – będzie z siebie dumny.

Chociaż zasapany, zziajany, spieniony niczym koń. Wszystko ma mokre, nawet majtki. Pot kapie mu z czoła, spływa po nosie, leje się po klatce piersiowej. Osman dobiega do samochodu, przebiera się w pośpiechu z dresów w dżinsy, nakłada świeżą koszulkę, głośno oddycha zapominając o przechodniach…

– E, Rumun!

Osman odwraca głowę, widzi spieszącą na plażę grupkę młodych chłopców.

– A wiecie, czemu Rumuni wstają tak wcześnie? – ryczy jeden z nich. – Żeby się dłużej opierdalać!

20.08.2010 You make me feel, like a natural woman

Nazywam się Andżelika Patrycja Magda. Jeżdżę kobiecym autem. Mały, krótki, wygodny, łatwo zaparkować. Pali chyba niedużo, Wojtek mówił, że mało. Wojtek mówi, że jak rozwalę auto, to mnie zabije, ale co tam, nie zabije. Zresztą, jakby nim walnąć to i tak trup na miejscu, takie pudełko. A ja nie rozwalę, bo powoli jeżdżę i tylko po mieście, do pracy, do reala i Wioletty, do studia paznokcia.

Tak, naklejam tipsy i rzęsy. Z tymi tipsami jest zabawa, bo szybko odrastają, a ja mam wzorki więc trzeba uzupełniać co i rusz. Ale Wioletta robi dobrze, trzeba jej przyznać, nie powiem. U nóg z kolei mam zasadę. Róż.

Albo frencz. Frencz najczęściej. Z diamencikami. Bez diamencików to głupio jakoś.

U nóg robię żel, nie akryl, zresztą na ręce też żel. Teraz się już nie robi akrylu, Wiola mówi, że akryl to wiocha.

A z rzęsami też zabawa, doklejać trzeba co dwa tygodnie, a to tanie nie jest. Ale tak się przyzwyczaiłam, że sobie nie wyobrażam. Bez paznokci też sobie nie wyobrażam. Jakbym łysa była.

Włosy robię dwa razy w miesiącu. Agnieszka mówi, że nikomu tak szybko włosy nie rosną. No, może mojej siostrze, bo to genetyczne. Obie takie dzikie jesteśmy. Jej – siostrze – też robi dwa razy, żeby odrostem nie straszyć. Na czarno jej robi, a mi balejaż. Platyna na koniec, żeby żółte nie były. Ale fryz ten sam, co siostra. Tylko kolor inny. A i tak, całe szczęście, że nie doczepiam, bo to dopiero jest koszt. Wystarczy, że na kosmetyki trzeba wydać. Lekko wymienię: krem na dzień, krem na noc. Rozjaśniający pod oczy, fluid, korektor. Z antyoksydantem. Z retinolem. Z wyciągami. Algi. Odżywki do włosów: prostujące, wygładzające, z jedwabiem, olejkiem z żożoby . Dalej: samoopalacz, utrwalacz opalenizny, nabłyszczacz. Płyn zmiękczający skórki, płyn wzmacniający płytki. Henna.

Depilacja. Wosk, pachy, nogi, bikini.

No i solarka. Opalanie natryskowe. Trzy razy w tygodniu, najmniej. Przestaje chodzić, zaraz dziwnie. Czegoś brakuje. I Wojtek goni, bo rzeźba w twarogu. Człowiek opalony zaraz inaczej wygląda, szczuplej.

Chcę się czuć kobietą, nie mam wyjścia. Tylko, że idzie na to wszystko kasa.

Ale za to auto, kobiece, pali niedużo. Na jedno wychodzi.

http://www.youtube.com/watch?v=ouQ3HeluFV4

12.08.2010 „Rozkoszne” opowiadanie: Najlepszy kochanek na świecie

Nie widziała go dziesięć lat.

Dziesięć zim. Dziesięć długich zapłakanych jesieni, dziesięć topniejących wiosen.

I, gdyby nie sny, pewnie już by nie pamiętała jego twarzy. Już by się zatarł w pamięci niski, lekceważący głos, zapach trochę zbyt zimny, trochę niemożliwy, a zmysłowy, że diabli biorą.

Ale on uparcie przychodził w nocy, patrzył przenikliwie, ocierał się jak kot, a miły był w tych snach, jak nigdy. Czego chciał?

Tak, jak ona na jawie – on w snach nie mógł się pogodzić z odrzuceniem.

Chociaż dziesięć lat temu wyłączyła telefon, aby zapomnieć nieopisane chwile uniesień z tym erotycznym geniuszem, odsunąć je gdzieś w tył głowy i zakurzyć innymi myślami – ten wciąż wracał w marzeniach sennych. Aż budziła się mokra od potu i zdumiona, że całe prześcieradło jest niemiłosiernie zmiędlone, kiedy przecież ona sama w łóżku.

– Tyle lat minęło – przekonywała się nad ranem o niedorzecznościach swych tęsknot. Mawiają, że sny umykają od patrzenia w słońce – patrzyła więc z masochistycznym uporem w jasne okno, a potem bolała ją, pełna nigdy nie przepędzonych wspomnień, głowa.

I tak ten czas zleciał.

Co się wydarzyło dziesięć lat temu?

Są takie chwile w życiu, gdy na głowę spada grom. Właśnie taki apokaliptyczny grom trzasnął wtedy w jej głowę i z impetem wymiótł wszystkie szare komórki. Pozostał po nich jedynie miraż, iluzja rozsądku, którą karmiła się jeszcze kilka chaotycznych tygodni. Wreszcie stało się jasne, że nie ma czego w rozumie szukać, bo cała percepcja konsekwentnie przeniosła się do zupełnie innego organu. I tak, porażona spersonifikowanym w postać Najlepszego Kochanka na Świecie – piorunem – dryfowała na barwnym pompowanym delfinku z bezmyślną radością po morzu rozkoszy.

Nie miała zielonego pojęcia, jak to się stało, że zaczęła tonąć. Tę wiedzę, razem z farbowaną blondynką, zabrał Najlepszy Kochanek na Świecie. Cudem ocalała z tej, nazywanej ślepą miłością, katastrofy. Postanowiła kategorycznie zerwać wszelkie stosunki z Najlepszym Kochankiem na Świecie.

Najlepszy Kochanek na Świecie wysłuchał w milczeniu jej argumentów, po czym, jak przystało na prawdziwego mężczyznę – wszystkie obalił jednym wzruszeniem ramion, nonszalancko lekceważąc postulaty. A raczej jeden, nieskomplikowany i wyraźny postulat w formie całkowitego zakazu wykonywania telefonów na jej numer.

I, konsekwentnie, nazajutrz rozdzwoniła się komórka.

Ona zajadle zdusiła aparat,  tym samym odłączając się od świata abonentów telefonii komórkowej. Określenie: „nieosiągalna” wydało się jej idealnie pasujące do dramatyzmu sytuacji. Zamykała oczy i wyobrażała sobie Najlepszego Kochanka na Świecie, którego spokojny, lekko ironiczny uśmiech zamienia się w grymas niepokoju, następnie lęku i wreszcie, o radości! – w panikę. Prognozowała z satysfakcją niezliczoną ilość komunikatów: „połączenie nie może być zrealizowane”. Z rozkoszą liczyła domniemane nagrania drżącego niskiego głosu, tym razem pozbawionego tej nieznośnej, drańskiej lekkości, która ją doprowadzała do szału. Przewidywała tysiące panicznych nagrań na poczcie głosowej: „Wybacz mi! Oddzwoń! Błagam! Szaleję z niepokoju…!” . Rozpływała się w domysłach, jakie jeszcze wyznania obijają się o głuche ściany jej nigdy przedtem nie wyłączanego, a dziś – tak bezlitośnie milczącego telefonu.

Ten błogi stan trwał całe, nieskończenie długie trzy kwadranse, po czym – rozjuszona własnym brakiem silnej woli, włączyła nagle komórkę i zastygła w oczekiwaniu na deszcz rozpaczliwych powiadomień. Powiadomień jednak nie było żadnych. Nie było też panicznych nagrań, żadnego esemesa. Nic.

I sprawa stała się przeraźliwie jasna. Najlepszy Kochanek na Świecie gwizdał na nią i jej wyłączoną komórkę. Gwizdał – jak też podejrzewała od dawna – na wszystko, co jej dotyczyło. Na jej ślepą miłość. Na kolorowego delfinka i morze rozkoszy. Na poważne rozmowy i postulaty. Na prowokacje i groźby. Gwizdał absolutnie na wszystko, bo – tu zgięła się w bolesnym skurczu – takich, jak ona, Najlepszy Kochanek na Świecie miał na pęczki.

Jedyne, co jej pozostało, to beznadziejne wyłączenie telefonu po raz drugi – tym razem na dłużej, o wiele dłużej. Roztrzęsiona i wściekła, pobiegła do sklepu z komórkami i zamówiła nowy numer. W ten sposób straciła bezpowrotnie możliwość ponownego zanurkowania w morzu rozkoszy. Bezpowrotnie, znaczy – na dziesięć lat.

Bo teraz oto stała przed lustrem i patrzyła na siebie o dziesięć lat starszą i jedyne, co jej przychodziło do głowy to przerażający wniosek: „gruba, gruba!”

Najlepszy Kochanek na Świecie wytropił ją w internetowym labiryncie portalu dla ludzi ze szkolnej ławy i kategorycznym: „spotkajmy się” zburzył dziesięcioletni spokój ducha, a co najgorsze – względną akceptację samej siebie.

W ciągu piętnastu sekund względna akceptacja obróciła się w bezwzględny brak akceptacji. Tyleż samo czasu zajęło jej odszukanie adresu do najbliższego fitness klubu, ale już w ciągu dwóch sekund zaniechała pomysłu. Najlepszy Kochanek na Świecie przysłał bowiem szczegóły dotyczące terminu spotkania, a mianowicie: na ewentualne zrzucenie nadmiaru tłuszczu pozostało półtora dnia.

Półtora dnia!

Jak w tak krótkim okresie zniwelować dziesięć długich lat? Dziesięć zimowych przyrostów masy ciała i dziesięć wiosennych katorżniczych diet? Dziesięć jesiennych zastygnięć na kanapie i tyleż samo letnich okresów ekspozycji wolnych rodników na słońce?

Dekada depresyjnych seansów alkoholowych i, o zgrozo, palenia, wprawdzie lajt, ale zawsze – papierosów! A każdy kieliszek i każdy papieros odciśnięty jest jak blizna w kolejnej zmarszczce. I to wszystko miałoby zniknąć w półtora dnia? Wykluczone.

Po tych wnioskach, do panicznego wrzasku: „gruba”, dołączył zrozpaczony okrzyk: „stara!” i nastała cisza. Teraz jej czterdziestoletnie ciało, unieruchomione jak posąg, na całkowitym bezdechu czekało na decyzję: i co teraz?

Były dwa rozwiązania.

Pierwsze, z góry skazane na niepowodzenie, w głębi świadomości intuicyjnie odrzucane w niebyt, głośno było jednak artykułowane jako najrozsądniejsze pod słońcem.

Mianowicie – problem  bezwzględnego braku akceptacji zniknie zupełnie, jeśli ona najzwyczajniej nie umówi się z Najlepszym Kochankiem na Świecie. Wcale nie pójdzie na to spotkanie! Logiczne. Dziecinnie proste. Wystarczy zostać w domu. Wyłgać się typowym dla takiej sytuacji wykrętem z kategorii: „mam swoje życie, swój świat, minęło przecież tyle lat”. I Najlepszy Kochanek na Świecie nic nie powie, wcale nie będzie namawiał, pójdzie w swoją stronę jak wtedy, dumny i zimny drań.

A ona zostanie z tym swoim nieskalanym poczuciem wartości, zanurzona w sofie wydudni dziewięćset kalorii w pięcioprocentowym ciemnym mocnym i pozwoli swojej talii jeszcze obficiej obrosnąć w puszystą fałdę.

A Najlepszego Kochanka na Świecie niech diabli porwą razem ze wszystkimi jego długonogimi, związanymi w pęczki, młodymi jak szczypior i jak szczypior chudymi, blond pięknościami…

Niedoczekanie.

I teraz nadszedł czas na drugi wariant.

Drugi wariant różnił się drastycznie od pierwszego i niósł ze sobą zupełnie inny ciężar zupełnie innych argumentów. Najlepszy Kochanek na Świecie to, jak sama nazwa wskazuje, facet, który jest najlepszym kochankiem na świecie. Niecodziennie spotyka się faceta, który jest najlepszym kochankiem na świecie. Wręcz przeciwnie – na co dzień spotyka się największe fajtłapy na świecie. Wielkie fujary z małymi organkami. Wpatrzonych w filmy porno, oderwanych od rzeczywistości, zaniedbujących swe żony ignorantów. Rozczarowujących do cna, niemiłych i nieatrakcyjnych, pijanych gburów. Egoistów i nudziarzy. Genetycznie sknoconych i w niezrozumiały sposób zakochanych w sobie pokurczów. Nijak nie mieli się do Najlepszego Kochanka na Świecie, który wprawdzie był draniem i zdradzał, ale w jakim stylu! Jego przelotne spojrzenie wywracało na zewnątrz duszę, przyprawiało o dreszcze, zapierało dech. Jego szept zmiatał z powierzchni ziemi, wbijał w przestworza. Jego zapach odbierał rozum, wnikał w każdą komórkę ciała.

A jego dotyk?!

Przymknęła oczy i pokręciła głową.

Byłoby skrajną głupotą pozbywać się okazji do spotkania tego geniusza seksu. Kretynizmem – nie polecieć teraz do sklepu po komplet obłędnej bielizny. Przejawem braku piątej klepki okazałby się brak odwiedzin kosmetyczki, fryzjera, manikiurzystki, wszystkich tych upiększających instytucji. Bezdenną ignorancją byłoby nie przewalenie do góry nogami szafy, nie odnalezienie zabójczej czerwonej kiecki z dekoltem do pępka. Porażką równą życiowej przegranej stałoby się owo żałosne zawinięcie z piwem w akrylowy koc.

A przez to, że Najlepszy Kochanek na Świecie nie grzeszy wiernością, darować sobie nurkowanie w morzu rozkoszy? Oddać walkowerem chudym blondynkom ten kawałek tortu? Ten fajerwerk doznań? Nigdy!

Czterdziestoletnie, a szczerze mówiąc, trzydziestoparoletnie ciało drgnęło jakby wstąpiło w nie nowe, dojrzałe i w pełni świadome życie. A potem pogłaskane czule opuszkami palców zmiękło w namiętnej i żarliwej tęsknocie za Najlepszym Kochankiem na Świecie.

***

On, oczywiście, zupełnie nic, a nic się nie zmienił.

Nie przytył nawet grama, ewentualne zmarszczki tylko dodawały mu uroku. Siedział w lokalu i czekał, nonszalancko paląc papierosa.

Ona oceniła swoją sytuację jako dramatyczną, po czym usiadła na przeciwko niego, marnie udając niczym nie skrępowaną swobodę. Jego pewny siebie uśmiech przyprawił ją o dreszcz przerażenia i nagle zapragnęła zwinąć żagle, ale było już zdecydowanie za późno.

Pomyślała o sukience z dekoltem, że to chyba gruba przesada, powinna była założyć wełniany golf. Pomyślała o czerwonej szmince, że to istny wygłup, powinna lepiej użyć bezbarwnej wazeliny ochronnej. Pomyślała o obcasach, że nieporozumienie, w botkach byłoby wygodniej. Pomyślała wreszcie o tym, że niepotrzebnie się tak wysztafirowała jak jakaś lampucera, bo Najlepszy Kochanek na Świecie siedzi niedbale w rozchełstanej koszuli, a mimo wszystko, wygląda jak milion dolarów. Druga sprawa, że gdyby tak się nie wypindrzyła, Najlepszy Kochanek na Świecie nie mógłby nawet podejrzewać, że ona się nim jakoś przejęła, że to całe zamieszanie ją w ogóle obchodzi, że wzięła do serca, że traktuje go poważnie. Gdyby, załóżmy, włożyła sweter, pomyślałby, że ona ma w nosie, że gwiżdże na niego, że wpadła tu tak o, przy okazji, na drinka, a jak już się napatoczył Najlepszy Kochanek na Świecie – trudno, napije się z nim.

Tak błądziła myślami, przeklinając w duchu kieckę z dekoltem.

Diabli wiedzą, o czym myślał on, zapewnie o tlenionej blondynce, bo właśnie rozdzwonił jego cholerny telefon. Ku jej zdumieniu wyciszył jednak sygnał wysyłany przez jedną z pęczka wielbicielek i, spojrzawszy na nią, wyostrzył nieco zgaszony do tej pory wzrok.

– Kopę lat – powiedział, a ona ściągnęła z niepokojem brwi.

To tak można określić ich straszliwe rozstanie? Tę przepaść czasową? Tę czarną dziurę w sercu, niekończącą się, dziesięcioletnią rozpacz i przeraźliwą, lodowatą pustkę? Pustkę w sypialni, pustkę w łóżku, wreszcie – pustkę w sobie?

Czy Najlepszy Kochanek na Świecie nie pomylił jej przypadkiem z kolegą z drużyny harcerskiej? O ile, ludzie!, o ile Najlepszy Kochanek na Świecie mógł kiedykolwiek w ogóle należeć do tak mało dekadenckiej organizacji jak harcerstwo?

Niewyobrażalne. On był zbyt wyjątkowy, egocentryczny, poetycki, artystyczny, ekscentryczny, wreszcie – zbyt seksowny, żeby ubrać mundurek druha.

I tak pomyślawszy, zapragnęła jak najszybciej zanurkować z nim pod kołdrę. Zamówiła więc dla odwagi wódkę z tonikiem, którą błyskawicznie wypiła, zamówiła drugą i trzecią, by rozmiękczony jak mydło na dnie wanny wzrok utkwić pożądliwie w Najlepszym Kochanku na Świecie.

Wyszli z lokalu po godzinie w komitywie niedwuznacznej i zaraz potem zalegli w pluszowej taksówce, gdzie Najlepszy Kochanek na Świecie wyściskał ją jak limonkę. Ona, cała uradowana bezproblemowym obrotem spraw, poddała się całkowicie ugniataniu swojego trzydziestoparoletniego ciała, zapominając na śmierć o nadwadze. Zresztą, Najlepszy Kochanek na Świecie zdawał się całkowicie lekceważyć zmianę w jej – kościstych niegdyś, a dziś zaokrąglonych – kształtach. Wyglądał na bardzo zadowolonego. Do tego stopnia, że gdy taksówka zatrzymała się pod jej domem, z wielkim oporem wygramolił się spod czerwonej sukienki.

Oczywiście, można by teraz powiedzieć, że zachowywali się jak kochankowie z filmu. Tak samo jak kochankowie z filmu, biegli po schodach, trzymając się za ręce, potem, dźgając kluczem niewłaściwą dziurkę, niecierpliwie otwierali drzwi do mieszkania, a gdy wreszcie do niego wtargnęli, upadli na podłogę i jęli gorączkowo zrywać z siebie ubranie. Szarpiąc nawzajem czerwoną sukienkę i rozchełstaną koszulę, przepełzali po omacku z przedpokoju do sypialni, gdzie zatonęli w białych, świeżych prześcieradłach.

Gdyby jeszcze do tego dorzucić jakieś świece i czerwone wino, byłoby pewnie nieco kulturalniej, ale mniej gwałtownie, a oni faktycznie zachowywali się gwałtownie i pośpiesznie, jakby ich gonił szwadron wychudzonych blondynek.

Ona, zresztą, wcale nie chciała niczego zapalać, ani lampy ani świecy, bo – jak wiadomo – w ciemnościach nie widać celulitu, a w świetle świec – a nuż? Bezpieczniej było tego nie sprawdzać.

Leciała więc w kosmiczne przestworza na białym prześcieradle jak na czarodziejskim dywanie, gdy Najlepszy Kochanek na Świecie stemplował pocałunkami całe jej ciało. Konflikt sprzed lat uleciał w niebyt, w tymże niebycie przepadła chuda blondynka, a rozterki związane z bezwzględnym brakiem akceptacji nagle przerodziły się w absolutną akceptację, ba, co tam w akceptację, w zachwyt! W zachwyt nad jej – jak określał szeptem Najlepszy Kochanek na Świecie – boskim ciałem. Pieszczoty doprowadzały ją do wrzenia i powodowały wściekłą chuć. Jej oddech oszalał. Z głośnym sapaniem wyrzucała z siebie jakieś niecne żądania, pozbawiona nagle wstydu i jakiejkolwiek przyzwoitości.  Zapragnęła wszystkiego naraz, nie wyłączając bezeceństw rodem z filmów porno. I dobrze wiedziała, że tego wszystkiego może się radośnie spodziewać od Najlepszego Kochanka na Świecie, bo on, nikt inny, tylko właśnie ON, wszystko to jej dziś w nocy, na tym białym prześcieradle, ofiaruje.

A potem nadszedł moment, gdy się chce więcej i więcej, a właściwie nic już się nie chce innego – żadnych pieszczot, żadnych gierek, wstępniaków, minetek, pettingu – nic, prócz prozaicznej, atawistycznej, prymitywnej, jaskiniowej, zwierzęcej – kopulacji.

I bezwstydnie jej żądając, wypięła się niczym rozgorączkowana w rui kocica.

Wtedy właśnie padło to zdanie, którego ona początkowo zupełnie nie mogła pojąć. W jej płonącym pożądaniu zabrakło miejsca na taki zestaw słów:

– Sorry, za dużo wypiłem…

Chwilę jeszcze trwała w swoim wypięciu samicy. Trwała tak, jakby czekała, że Najlepszy Kochanek na Świecie za chwilę parsknie śmiechem” „żartowałem!” i – jak te dziesięć lat temu – posiądzie ją, zmłóci, przereza w drobne drzazgi. Tak, że we wrzącym pocie swych ciał się usmażą, że ich ciała spłoną na popiół, że po białym prześcieradle nie zostanie jedna nitka.

Ale on wcale nie parsknął, nie odwołał swojego „sorry”, wręcz przeciwnie, o zgrozo! – zakłopotany zaczął tłumaczyć, że coś lata nie te, że piwo, papierosy, że wódka, niewyspany, że dieta, cholesterol wysoki, ludzie! Cholesterol!

I, że, spoko, on ją tam jakoś inaczej zadowoli.

Inaczej?!

Jaka rozdygotana z pożądania kobieta chciałaby tego właśnie zamiast tamtego?

Tamto, szokująco nieosiągalne, przybrało nagle wymiar kosmiczny, nieporównywalny z tym, co on tu proponuje, z tą nudną formą erzacu, podróbki, chińskiego zamiennika do, na przykład, mercedesa!

Z rozpaczliwą determinacją rzuciła się więc na pokurczone jak pisklę przyrodzenie i wierząc, że za moment sytuacja się odmieni, jęła naśladować Jennę Jameson.

Nic jednak, mimo dwudziestominutowych zmagań, się nie odmieniło.

Męskość Najlepszego Kochanka na Świecie uparcie trwała w nienaruszonej formie zasuszonej renklody i żadną siłą nie dawała się przekonać, by przyjąć nieco bardziej dumną postać.

– Minęło sporo czasu… nie jestem już taki młody… – tłumaczył lekko speszony Najlepszy Kochanek na Świecie, gdy ona, zdesperowana, penetrowała językiem najmniej teraz romantyczne miejsce jego ciała. Nawet to nie poruszyło cholesterolowej blokady w jego naczyniach krwionośnych.

Ta nierówna, rozpaczliwa walka trwała niemal godzinę. Sześćdziesiąt minut rozpaczliwych zmagań z dziesięcioletnim mitem, z tęsknotą za erotycznym geniuszem. Trzy tysiące sześćset sekund gaszenia wielkiego, nieposkromionego seksapilu dziesięć lat starszej kobiety i budzenia seksualnej aktywności dziesięć lat starszego mężczyzny.

Po tej dramatycznej rozgrywce, poległa w rezygnacji na zdumiewająco suchym prześcieradle. Wsunęła swoje boskie, trzydziestoletnie ciało w koszulkę od piżamy, położyła się na poduszce i dobrotliwie poklepując po przerzedzonych skroniach śpiącego obok mężczyznę, zrozumiała, że już nigdy więcej nie przyśni się jej Najlepszy Kochanek na Świecie. Zrozumiała też, że przez te dziesięć lat nękał ją mit, iluzja, nierzeczywisty demon, dżinn z butelki, który dziś w nocy rozwiał się wraz z jej naiwnymi wyobrażeniami.

Ze spokojem dojrzałej, wielce świadomej kobiety  pogodziła się z prawdą.

A prawda jest taka, że najlepszy kochanek na świecie – nie istnieje.

-______________________________________________________________________________________________________-

Antologia „Rozkoszne”, wydawnictwo Replika

10.08.2010 Syndrom zoolozy

Po pierwsze – wyjaśniam znaczenie swojego nick- a z forów, po drugie – się, uwaga, chwalę. Ja nie wiem, czy jest czym, ale obecnie halsujący Lech M. Jakób Latarnik twierdzi, że i owszem, jest.

Opowiadanie pod tytułem: „Syndrom zoolozy” zostało wydrukowane w piśmie „Latarnia Morska” i rozesłane po księgarniach. Zachęcam więc (i teraz wyjdzie, że nie chwalę się, ale kupczę) do zakupu pisma i przeczytania mojego i nie tylko mojego w nim tekstu.

A dla rozdrażnienia ciekawości czytelników wrzucam poniżej fragment:

————————————————————————————————————————————–

„Panie Doktorze, piszę ten list, bo wstydzę się przyjść. A raczej: boję. Powiem więcej: boję się wyjść nawet z łóżka. Boję się otworzyć oczy. Nawet teraz mam zamknięte, a list dyktuję żonie. Jak ona to pisze, pojęcia nie mam, bo przecież kopytami za diabła się nie da…

– Walnąć cię? – zahuczała groźnie Roksana.

– Pisz… – poprosił słabo.

Może Pan zna takie przypadki i coś mi doradzi, bo ja – tyle razy już będąc u Pana i tyle chorób podejrzewając u siebie, nawet nie przypuszczałem, że mogę paść ofiarą takiej dziwnej przypadłości. Ba, nigdy nie słyszałem o niej, choć czytam encyklopedię zdrowia!

Mam jednak nadzieję, że Pan Doktor się na tym zna i przyśle mi odpowiednie lekarstwa.

Od kiedy stwierdził Pan u mnie meteopatię i nadciśnienie, brałem te małe pigułki i czułem się znacznie lepiej. Ale nagle, zupełnie nieoczekiwanie, wszystko się zmieniło.

Otóż wczoraj kupiłem na cmentarzu lizaka. Wiem, wiem, nie powinienem, bo cukier mi podskoczy. Ale zimno było i wiało i  jakoś mnie diabeł skusił. To znaczy nie diabeł, tylko lis… bo problem w tym, że kupiłem go od lisa, od lisicy raczej. I zjadłem. Tego lizaka, co go lis miał w łapie… lisica…

– Roksi, weź mi pomóż, ten facet gotów pomyśleć, że jestem nienormalny – jęknął do krowy. Ale ta tylko wzniosła oczy do sufitu, potem przewróciła nimi teatralnie, jakby bawiła się tym, że ma teraz jeszcze większe, ogromne wręcz, wyłupiaste, ozdobione długimi rzęsami.

…Potem mój szwagier zamienił się w szczura. On mieszka w Anglii, kątem u znajomych, na dorobku. Ale nie jest przecież szczurem żadnym, co to, to nie. Ani on, ani też Marysia. Że tam tak ciułają po kątach? Może wielkimi panami nie są, grosz odkładają, ale żeby zaraz od szczurów? A teraz znów moja żona… Zawsze była trochę przy kości, mocnej budowy, można powiedzieć…

– Nie będę tego pisać – zagroziła krowa.

– Roksi, proszę… Jestem chory, nie rozumiesz? Boję się wyjść z domu, a ty tylko fochy pokazujesz. Nic wyrozumiałości, jak słowo daję – i głos Tomasza się załamał.

Więc Roksana litościwie znów pochyliła się nad kartką, ale kręcąc głową i pukając co jakiś czas ostentacyjnie kopytem w czoło, dawała w jasny sposób do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli.”

http://www.latarnia-morska.eu/index.php?option=com_content&view=article&id=55%3Anr-12-1112-2009&catid=47%3Anowy-numer&lang=pl