14.07.2010 Dopóki sieć nas nie rozłączy…

Weekend, pogoda jak drut. Jadę na Mazury, do Szwagra i Kiwaczka. Odpocznę.
Będzie fajnie, plaża, grill… Po godzinie jazdy przybywam spocona i już się cieszę na te jeziora, a tu tymczasem… w domu Niemcy. Szwagier coś bąka na powitanie, wzrusza ramionami i znika w mroku zasłoniętego roletami mieszkania. Kiwaczek spuchnięta od płaczu:
– Musimy porozmawiać – oznajmia z grobową miną od progu.

Siadam więc na walizce, gdy mi peroruje histerycznym szeptem. Że się nie dogadują od tygodni. Ba. Nie gadają wcale. Nie ma co się, zresztą, dziwić, skoro Szwagier ma te swoje tête à tête z panienkami w internecie. W kółko na gadu siedzi, klepie i tylko fiu fiu fiu – słychać jak przysyłają sobie te cholerne posty! Ona nie wie przecież, co piszą, nie zagląda, guzik ją obchodzi, lecz wyobrazić sobie umie. W głowie się nie mieści, przecież człowiek ma swoją cierpliwość! Jak na Facebooku dał opis, to szlag ją trafił, bo napisał, że coś tam „blondynki”, że mężczyźni niby wolą! A przecież sam jej truł – tu Kiwaczek naśladuje z obrzydzeniem: – „przemaluj się na rudo, ruda bądź, mnie rude kręcą, ruda to jest to, sam seks, samo zło” – takie jej pierdzielił bzdury, a teraz, o: blondynki! Jak ona ma z tego czerwonego na blond wyjść, to nie takie proste! W ogóle skąd mu to do głowy strzeliło? Pewnie ta z internetu: blond! Zresztą Kiwaczek na Naszej Klasie sprawdzała – i fakt, platynowa lodziara, zdzira z ulicy, wstyd choćby patrzeć. Że też facetów coś takiego bierze, to chyba jakiś kryzys, wiek średni, Jezu, ręce opadają…

To ja do lodówki, nie przełknę tego bez piwa, a tam, oparty o ścianę, mina zacięta – Szwagier:
– Musimy porozmawiać.

No i wali, że na Facebooku widział komenty, żeby jeden, ale nie – kilkanaście! Pod każdym zdjęciem Kiwaczka jakiś rozklejony emo gnojek pisze, a cokolwiek tylko ona tam wstawi – Jezu, po co wstawia w ogóle?! – no, ale co tam tylko wstawi, najmniejszą głupotę, ten zaraz trach – on lubi to, lubi! Od razu zresztą widać, że to jakiś pedał, bo wiersze pisze. No może nie do bezpośrednio niej, ale zamieszcza. Tak o, niby do nikogo, a wiadomo przecież, do kogo. Oni myślą, że on – Szwagier – durny jest jakiś ułom, bezmózg, niedorozwinięty, IQ trzydzieści, roślina? Przecież widzi wszytko, jak na dłoni, orłem nie trzeba być. On się w balona nie nabiję, jego w butelkę nie zrobią, no, chyba że po jego trupie…

Po tak ciężkich słowach, z braku lepszego zajęcia, schowałam się w kącie z piwem i żalem za udanym weekendem. Pogoda jak drut, tylko nad jezioro skoczyć. A oni tu poobrażani, nabzdyczeni, z laptopami na kolanach, mroczni, łypią na siebie i z zapamiętaniem jakimś tłuką w klawiatury. I tylko, co chwila, korzystając z okazji, że to drugie nie widzi – cisną te swoje „musimy porozmawiać”. Ze sobą jednak – nawet pół słowa.

Jezioro szlag trafił, przepadł też i grill. Pogoda się także zepsuła, bo tymczasem chmury niebo zasnuły i nastała ciemność.

Burza. Przedsionek apokalipsy.

Rozszalały się pioruny tłukąc przez całą noc bez litości, wiatr rwał dachówki, instalacje, kable i straszył nieuchronną zagładą. Zagłada jednak nie przyszła, nie nastał koniec świata, lecz stało się coś o wiele mocniejszego, przełom, cięcie, czasu tąpnięcie.

Kiwaczek z pustką w oczach zastygła nad ranem bez ruchu. Szwagier także milczał i patrzył w nieskończoność, jakby z niej chciał rozpaczliwie wywołać ratunek. Wreszcie chrząknął i straszliwym głosem nazwał to, co tak tragicznie nastało:
– Nie ma Internetu.

Kable zerwało. Dzwonić, naprawiać?! Weekend, nikt nie naprawi, nie zwiąże, nie połączy. Koniec kropka. Nie ruszy, nie zadziała. Żaden mail nie przyjdzie, żadne gadu – gadu. Facebook jak zaklęty, nieczynna Nasza – Klasa. Komentarzy brak, nie ma na co liczyć. Najmniejsze lubię to – wykluczone. Nie zabrzmi fiu fiu fiu żadnego postu, żadna koperta w rogu monitora – nie zaświeci. Nastał kategoryczny, absolutny off line.

Opuszczam to oderwane od wirtualnego świata miejsce w niedzielne popołudnie.
Ptaki szaleją z radości, znów słońce. Komputery milczą pokornie, a Kiwaczek ze Szwagrem, mrucząc jak koty, smarują siebie nawzajem oliwką do opalania. Oboje niemal płaczą z radości, widząc mnie z walizką.

– Jaka szkoda – kłamią – że już musisz jechać. Pogoda jak drut, nad jeziorko byśmy skoczyli, na grilla…

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s