24.06.2010 Chwil łapanie

Długo zastanawiałam się, o czym mam znów napisać? Czy o zakurzonej Warszawie i korkach przed wielkim koncertem, czy o spotkaniu z wydawcą? Może znów o Najlepszym Kochanku na Świecie, co przyszedł pocztą, czarny na białym, papierowy, pierwszy, jedyny i, co ważne: ostatni. A, że – taki w okładkach, głupich, bo głupich, ale zawsze, z iesbeenem, wyjustowany, złożony, piękny – wydał mi się nagle całkiem do rzeczy?

Czy może lepiej o Dniu Ojca i w ogóle o moim ojcu, do którego właśnie w ten dzień nie zdążyłam zadzwonić, bo pracowałam do drugiej nad ranem?

Czy o lecie i letnich imprezach dla tłuszczy, drobnych radościach dla krótko ostrzyżonych chłopców i ich nastoletnich pstrokatych jak papugi, dziewcząt?

A może o diable z dna butelki, co się pojawił, łakomy, a jednak, diabli wiedzą, czemu, pogardził moją duszą?

Mogę też wspomnieć o moim kumplu, który kolejnego dnia mojego milczenia przyjechał z wódką, bo „coś ostatnio smutna jestem”.

Albo nie, lepiej o znajomych z Facebooka, którzy mają wielką silną potrzebę informowania wszystkich o wszystkim, choćby o zmianie gaci…

No i wszystko mi się jakoś rozmyło w tym codziennym życiu, w tej masie czasowej, zlepku chwil, których zapisywanie tak nagle zaniechałam. I pożałowałam tego zaniechania, bo choć to nic, pył niepamięci, tym bardziej przecież trzeba go złapać i na kartce uwięzić, bo mi to życie weźmie ucieknie bez śladu, a tego się boję bardziej niż pająków.

14.06.2010 Paragwaj – Włochy

W trzydziestej dziewiątej minucie pierwszej połowy, z podania Torresa do Alcaraza, w festiwalowym stylu, strzałem z główki, padła wreszcie pierwsza bramka. Trybuny oszalały. Oszalałby też i Szwagier, gdyby tylko to widział. Jednak nie widział, bo mu w tym samym momencie zasłoniła mundial, oznajmiając, że tak ją łeb napieprza, że szajby dostaje. Poradził, by łyknęła aspirynę i usiadła na dupie, niech mecz poogląda, to jej przejdzie.

– Zwariowałeś? Kręci mi się w głowie, gdy widzę piłkę. – A mówiąc to, Kiwaczek zasłoniła tyłkiem cały stadion razem z imponującą hiszpańską falą, wymalowanych w paragwajskie barwy kibiców, i mokrą od potu i afrykańskiego deszczu, reprezentacją Włoch. Szwagier nacisnął w pilocie przycisk „volume” i wychylił się gwałtownie. Telewizor ryknął wuwuzelami, a co? Mistrzostwa w końcu.

– Ja mam w dupie twoje mistrzostwa – wyznała boleśnie. – Weź, błagam cię, skocz po ibuprom maks, dwie paczki.

Chciał dojrzeć wybicie z rzutu rożnego. De Rossi taranował Simona Pepe, Marchetti kulił się w najwyższym skupieniu. Dobra obrona, lecz… . Piłka odskoczyła od bramki, uspokojona sukcesem, pomknęła na pole karne. Komentator się dziko rozemocjonował, choć sercem był po stronie Paragwaju, jednak gol to zawsze gol. Wyrównali. Ryk kibiców sparaliżował i uciszył na chwilę Kiwaczka. Ale zaraz się ocknęła.

– Mam migrenę, rozumiesz?

Szwagier otworzył piwo. Za kilka sekund powtórzą tę akcję, nic straconego.

– Nie masz pojęcia… – Kiwaczek znów zrobiła krok i stanęła dokładnie na linii widoczności. – … jaki to ból! Ty nie rozumiesz. Zresztą, co ty w ogóle rozumiesz? Faceci mają wszystko gdzieś. A my, a ja – cierpię. Głowa mi trzaska, pęka. Każdy jej fragment, każda część aż piecze z bólu. Skroń, czoło, szyja, uszy, oczy – wszystko. Zaraz tu zwymiotuję, a ty i tak nie zauważysz, bo tam, ósmy cud świata – piłka nożna. Będę do usranej śmierci czekać, kiedy łaskawie pan kibolski ruszy dupę do apteki, a przecież nie ruszy, dopóki mecz się nie skończy. A nie skończy się nigdy, przenigdy, bo zaraz następny, zaraz grają tamci, sramci…

Sędzia gwizdnął, ostatnia akcja, może przedostatnia, cholera, nic…

– Jeszcze, żeby to nasi grali, dobra, przeboleję. Ale co cię nagle jakiś zakichany Paragwaj interesuje? Czy ty w ogóle wiesz, baranie, gdzie Paragwaj leży? No, gadaj! W Europie? W Afryce? Może w Ameryce, co? No, strzelaj! Będę tu zdychać, czołgać się do łóżka, po omacku szukając tabletek, których nigdzie nie ma. A nie ma, bo mój ukochany jedyny wybrany leży przed telewizorem, piwo żłopie i gapi się na mistrzostwa świata.

Wybicie z autu, czy karny? Nie… co? Słupek.

– Wiesz, co ci powiem? Taka ignorancja, to jest właśnie mistrzostwo świata. RPA, wielkie aj, waj. Nie trzeba mi Afryki, ja mam tu, z tobą, codziennie, mistrzostwa. Rekord wszech czasów. W olewaniu. O wszystko bez wyjątku muszę prosić, błagać i groch o ścianę. Jak było cztery lata temu, kiedy prosiłam: przywieź mamę z pociągu, a ty nie, bo akurat gra Anglia z Czechami?

– Z Francją.

– Listwy, kurwa, pół roku proszę, przyklej – jak w studnię. A ten kinkiet, te kable, co ze ściany sterczą ruski rok? Ty tego nie widzisz, ty ślepy jesteś. Dla ciebie tylko jedno jest widoczne, jaskrawe: piłka. I cały świat kręci się, nie wokół słońca, panie Mikołaj Kopernik, myliłeś się. Świat kręci się, uwaga: wokół piłki nożnej!

Ostatnie sekundy, widownia kipi, podanie pod bramką, zaraz, to chyba Torres…

– Aspiryna? Kpisz sobie? Se w dupę wsadź. Bolała cię kiedyś głowa, miałeś migrenę? Ale Pan Bóg rychliwy. W przyszłości się odpłaci. A wtedy – pamiętaj! Jakby ci kiedyś ten głupi łeb z bólu urwało – pamiętaj, koniecznie: od razu weź aspirynę. Powodzenia ci życzę. A wspomnij wtedy, wspomnij mnie, jak konałam samotnie, podczas gdy ty, najspokojniej w świecie, mecz sobie oglądałeś.

10.06.2010 Kocham się

Jerzy Pilch, w którymś ze swoich opowiadań, opisał pomysł założenia zeszytu mordercy. Notował w nim nazwiska nieświadomych niczego nieszczęśników, których ma zamiar zastrzelić. Genialne! Przecież to wymarzona metoda odreagowania agresji. Ktoś cię doprowadza do pasji? Kaszle w tramwaju? Ciąga nosem? Mlaszcze? Chrapie? A może się spóźnia na randkę? Gada za dużo? Za głośno? – Sprawa jest prosta. Bach go, w zeszyt.

Gdy tylko to przeczytałam, natychmiast zaczęłam kombinować swoją listę ofiar i… okazało się, że mam problem z jednym choćby nazwiskiem. I doszłam do druzgocącego wniosku:

Ja nie czuję nienawiści do nikogo.

Coś takiego. Żebym ja – rozdygotana jak oscylator, ja – konstrukcja  skrajnych emocji, ja – nieopanowana wściekłość, ja – wulkan namiętności, wreszcie, ja – waleczna do zaciekłości walkiria, żebym miała być pozbawiona tak podstawowego uczucia, jakim jest nienawiść?!

Stałam się nagle uczuciowym inwalidą, jakby mi odebrano coś ważnego, albo, co gorsza: nigdy nie dano! Pytam: dlaczego?

Zapadłam się w hamaku i w otchłani pamięci. W poszukiwaniu choćby śladów nienawiści, wyciągałam z zakamarków raz po raz kolejnego delikwenta, co mi w życiu na drodze stanął, co odcisnął w pamięci bolesny ślad, co  mnie wkurwił do białości, co przez niego się nie udało, co mi życie zniszczył, skrzydła podciął, omamił, zostawił, co mi ukradł dziesięć baniek, co nawrzucał, nawyzywał, co mnie, biedną, terroryzował, zdradzał.

Potem skupiłam się na rywalkach. Na długonogich rudych sukach z kpiarskim uśmieszkiem, co mi podstępnie podkradały miłości mojego życia. Co mi zrujnowały do cna pozycję tej jedynej, co mi posadę zgarnęły, co je szef bardziej lubił, co mi odebrały insygnia królowej serc, co mnie wbiły w hańbę przegranej.

Urzędnicy. Dziad w skarbówce, co mi wlepił dwieście pięćdziesiąt, baba z ZUS – u, czyhająca na najmniejszy błąd przy rozwikłaniu najzawilszych szarad świata: ZUA, ZIPA, DRA, co patrząc z satysfakcją na moje zdezorientowanie, już obracała w myślach wyrok.

A nauczyciele? Wykładowcy, profesorowie – szydercy? Co mnie bezlitośnie kompromitowali za moją doskonałą odporność na trygonometrię, za zaćmienia umysłu w temacie dziejów, za pustkę w oczach przy mapie? Suchej nitki nie zostawili na moich blond włosach, za co przecież teraz mogłabym tak ich wpisać, żeby popamiętali.

A ja nic. Żadnej żądzy odwetu. Nikogo z towarzystwa nie chcę zastrzelić!

Po żmudnych analizach, doszłam wreszcie do konkluzji. Mianowicie, cała ta aura uczuć, od wesołych miłosnych promyków, przez burze namiętności, aż po czarną i zimną noc gniewu, wszystko to kłębi się od zawsze wokół tylko jednej, jedynej osoby. Mnie samej.

Cokolwiek czuję, dotyczy to ściśle mnie. Jak jestem zakochana – to w sobie. Zła – na siebie. Wzburzona – sobą. Dumna – z siebie. Licząca – na siebie. Wdzięczna – sobie.

Ale nienawidząca…?

Lepiej postrzelam do pająków.

09.06.2010 Najlepszy kochanek na świecie

Mikołaj mówi, że nie ma obciachu. Ewka chce to opić. Szwagier z Kiwaczkiem siedzą cicho, i tak mają po uszy tych moich skandali. Tekst przecież jest w temacie erotycznym, a w purytańskiej Polsce temat erotyczny szokuje nawet tych najbardziej „openminded”.

„Zaszufladkują mnie” – panikuję więc, na co Ewka wesoło, że raczej odszufladują, i słusznie, bo najwyższa pora.

To ja znowu, że okładka mi się nie podoba. Że ja bym takich butów nie włożyła nigdy. I czemu mój tekst jest, u diabła na końcu? „Last but not least” – pociesza Mikołaj i zauważa, że najfajniejsze piosenki są zawsze ostatnie na płycie.

Dobra. Po raz pierwszy w życiu moje literki znajdą się na PAPIERZE jakieś KSIĄŻKI, w dodatku na półce w KSIĘGARNI, w wielu księgarniach, podobno w całym kraju, ba, w Europie, na świecie, co ja mówię, w kosmosie! Oczywiście, żart tynfa wart, ale sieć najbardziej popularnych księgarni, jak to mówią, mam w kieszeni. Jedno z największych wydawnictw wszechświata wydaje właśnie antologię opowiadań, gdzie na burym końcu kolebie się mój „Najlepszy kochanek na świecie”.

http://www.replika.eu/

Do miliona fanów: uprzejmie proszę nie zapychać mi skrzynki gratulacjami, wszystko ma swoje granice;)

06.06.2010 Czy leci z nami pilot?

– Nieciekawie, wyszła mgła, nie wiadomo, czy wylądujemy.

– Ale 10- ta i mgła?

– To będzie… makabra będzie… nic nie będzie widać.

– Nie, no ziemię widać… Coś tam widać… może tragedii nie będzie?

– A jeśli nie wylądujemy, to co?

– Wkurzy się…

– Wiesz, co? Ogólnie rzecz biorąc, to pizda tutaj jest.

– A ciśnienie jakie?

– Skąd mam wiedzieć?

– Temperatura?

– Ziiimno.

– Widzimy jeszcze?

– Nie.

– To lądujemy.

(niezrrrrr!!!)

01.06.2010 Dzień dziecka wewnętrznego

Byłam kiedyś (dawno) na wykładzie z psychologii. Ściśle – z psychologii osobowości. Prelegent po krótkim wprowadzeniu rozdał studentom testy, żeby sprawdzili, ile mają tzw. „wewnętrznego dziecka spontanicznego”. I okazało się, że bycie dzieckiem jest szalenie wysoko notowane w środowisku. Każdy kombinował więc takie odpowiedzi, żeby mu jak najwięcej tego „dziecka” wyszło.

Dorośli uwielbiają być postrzegani jako niedojrzali, lekko ześwirowani i tym samym „artystyczni”. Kobiety do czterdziestki noszą skarpetki w żyrafki, kolczyki w misie i udają, że nie potrafią przejść przez jezdnię. Mężczyźni do późnych lat wieku średniego zapuszczają te coraz rzadsze włosy, mówią slangiem z ulicy i określają swój styl jako: „cool”. W łóżku zachowują się jak opóźnieni w rozwoju i, widząc kobietę, piszczą: „pokaż cycuszki”. W ogóle sprawy związane z erotyką chętnie infantylizują, zdrabniają nazwy narządów płciowych i depilują się do zera, udając niemowlęta.

Kolejnym zjawiskiem wywołanym tą przemożną chęcią zdziecinnienia jest „lolityzm”, czyli: „zrób mi fotkę z lizakiem, jestem taka rozkoszna”. Szalenie modny i równie ohydny trend lansowania wyszopowanych na podlotki podstarzałych cycatek. Zjawisko o tyle odrażające, że zaciera granicę między dziećmi a dorosłymi, wrzucając wszystkich do jednego seksualnego wora.

Wracając do mojego wykładu: po podsumowaniu odpowiedzi okazało się, że na sali siedzi całe 0,8 % „wewnętrznego dziecka spontanicznego”. Pozostałe 99,02 % stanowili dorośli w różowych skarpetkach, z kolczykami w żyrafki.