06.05.2010 Arachnofobia a reinkarnacja

Nieraz zastanawiałam się, kim – w myśl reinkarnacji – mogłabym zostać po śmierci? I przyszło mi do głowy, że całkiem niewykluczone, że zostanę pająkiem. Za karę.

Zatłukłam w życiu przeraźliwe masy pająków.

Gdy byłam mała, mieszkałam na strychu, który upodobały sobie gatunki wyjątkowo odrażające. To takie ciemnoszare grubonogie bydlęta, które tupią biegając nawet po pościeli. Pamiętam, jak sparaliżowana strachem, chlipałam z przerażenia i rzucałam w ukrytego za firanką napastnika starymi kapciami, czy chińskim piórnikiem, licząc naiwnie, że w końcu go trafię i pójdę spać. Niestety, pająki są szybkie i piekielnie inteligentne. Długo uczyłam się na nie polować. Przełomowym momentem w moim życiu okazała się przeprowadzka ze strychu do kamienicy – jak się później okazało – intensywnie opanowanej w jeszcze bardziej odrażający gatunek czarnych mięsistych i kosmatych jak diabły stawonogów. Właśnie wtedy – podczas przeprowadzki – wpadłam w pajęczą pułapkę, co nauczyło mnie opanowywania gwałtownych reakcji i podejmowania dojrzałych decyzji.

Ja i moja siostra Ewa zdejmowaliśmy ze ścian szafki kuchenne. Szafkę trzymałam z jednej strony ja, z drugiej – ona. Warto wspomnieć, że arachnofobia mojej siostry osiąga wymiar kosmiczny. Zdejmujemy więc szafkę ze ściany, schodzimy po drabinie bujając się niebezpiecznie i nagle obie w tym samym momencie widzimy pająka wielkości rękawicy bokserskiej, który przywiera do centralnej części pleców szafki. Szafka ciężka, fronty szklane. Drabina chybotliwa. Ręce zajęte. W pobliżu – żadnego kapcia. Pierwsza reaguje siostra. Nie bacząc na więzy krwi, egoistycznie ratuje własną skórę. Dmucha na pająka! W moją stronę! Pająk odrywa dwie nogi, traci równowagę. No to ja w odwecie też dmucham. Pająk nieruchomieje, sytuacja wraca do swojej pierwotnej patowości. Ewa pcha więc szafkę w moją stronę, czuję, że tracę przyczepność z drabiną. Oczami duszy widzę siebie na podłodze wśród szkła, z wielkim pająkiem na głowie. Piszczę i odpycham szafkę. Ewa też piszczy. Obudzony wysokimi tonami pająk rusza z miejsca. Rusza, oczywiście, jakże by inaczej – w moją stronę.

I wtedy nadchodzi moment inicjacji, przejścia mojej psychiki z bojaźliwej formy półpłynnej galarety w twardy i spokojny kamień. Moment obudzenia w zaspanym umyśle sfer odpowiedzialnych za przemoc. I bynajmniej nie jakąś nieporadną, że niby z daleka, piórnikiem – nie. Tu chodzi o zupełnie inny rodzaj przemocy. Świadomej i bezwzględnej. Zadanej gołymi rękami. Tak. Gołymi. Ściśle – jedną gołą dłonią, bo druga, wraz z kolanem podtrzymuje szafkę. Tak więc jednym ciosem położyłam, a raczej rozłożyłam na płask przeciwnika i to był koniec dominacji mojej siostry w tej rodzinie. Na zawsze zagościł w jej oczach ponury respekt, gdy na mnie patrzyła. A ja z rozkoszą robiłam sobie siupy w te wieczory, gdy rozmawiałyśmy o dupie Maryni, a ona oparta o ścianę bladła, gdy zbyt długo zatrzymywałam wzrok nad jej głową.

Stałam się zimnym mordercą pająków. Bardzo zresztą przydatnym w okolicy, bo jak na ironię, gdzie się w życiu nie ruszyłam, miejsce zawsze obfitowało w ten osobliwy gatunek. Strych we Wrzeszczu. Piwnica na Brzeźnie. Dobudówka na Oksywiu. Wszędzie cała masa pająków znikających pod moimi kapciami.

I tak sobie beztrosko zabijałam, gdy nagle ktoś mi powiedział, że to nie uchodzi. Że mam na rękach pajęczą krew. Że dosięgnie mnie zasłużona kara. Bo tak to już na tym świecie jest, a jak czytałam Bhagawadgitę, powinnam wiedzieć. Swoja drogą, czy byłoby przyjemnie, gdyby mnie tak ktoś kapciem po głowie tłukł?

Przestałam je zabijać. Przestraszyłam się karmy. Karmy pajęczej.

Wyobraziłam sobie, że po śmierci odrodzę się jako pająk.

To musi być niesamowite być tak odrażającym stworzeniem! Codziennie patrzeć z na swoje kosmate nogi, codziennie bać się samej siebie. Trwałabym w nieustannym leku, że zobaczę siebie w kropli rosy, w kałuży, w szybie okiennej, nad którą dyndam wieczorami.

Musiałabym jeść muchy! Nienawidzę much. Brzydzę się! A tymczasem przyszłoby mi wysysać z nich sok… Kopulowałby mnie jakiś straceniec, którego bym potem unicestwiła szczękoczułkami. Nosiłabym całe mrowie małych straszliwych pajączków pod odwłokiem i plotłabym niekończące się nici w morderczą sieć.

Zresztą wszystko to i tak nie miałoby znaczenia, bo najtrudniejsze byłoby osiągnięcie celu w życiu. A w tej sytuacji przychodzi mi do głowy tylko jeden. Moja egzystencja polegałaby na bezustannym i jednocześnie beznadziejnym kombinowaniu, jakby tu siebie zatłuc kapciem.

6 comments

  1. AGI

    no! cieszę się że pojawił się kolejny odcinek, bo mimo że niedawno dopiero p.Sylwia zaczęła spisywać swoją codzienność to już zdązyłam się uzaleznić od kolejnych odcinków i zaskakujacych sposptrzeżeń. Całymi dniami harując nad strasznie poważnymi rzeczami nie ma nic przyjemniejszego niż zatopić się w wartko pisanych opowiadań.

  2. Magdalena Bardowska

    Dopiero dziś zabrałam się za archiwum od samego poczatku zaczynając. Jeszcze przede mną parę lat do przeczytania, ale już z każdym opowiadaniem mam wrażenie, że jakiś wspólny chromosom mam z Tobą. Nie wiem ile wieków wstecz, ale gdzieś, kiedyś napewno! „Boskie” uczucie! Nie powiem 🙂 dobranoc genetyczna Siostro!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s