31.05.2010 Sen prozaika

Przyśnił mi się poeta.

Spotykam go, jak w „Przed zachodem słońca”, gdzieś na końcu świata, na wycieczce, majowych wakacjach, podczas urlopu, czy weekendu – jak to w snach – diabli wiedzą. Miejsce i,  co najważniejsze: czas – nieokreślone. Możemy się zatem bezkarnie włóczyć do nieskończoności po wąskich uliczkach, a w ich zakamarkach kraść sobie nawzajem pocałunki.

Poeta patrzy zamglonym wzrokiem w tę nieskończoność, na której osi teraz staję ja, co wywołuje u niego głębokie wyznanie: „zajebista dupa jesteś”.

To ten typ młodego poety, któremu uchodzi nonszalancja, co tam – dodaje mu wręcz uroku i stylu. Właśnie ten styl, sposób noszenia koszulki, trampek, zarostu, a najbardziej jego geniusz urzeka mnie i już wiem, że się nie wyplączę z tej przygody i przez długie wieczory będę szlochać w poduszkę, dusząc tęsknotę.

Ale, co za cud! Poeta wcale nie zamierza tak z końcem wakacji kończyć i proponuje spotkanie w realnym świecie. Szaleję z miłości i rzucam się mu na szyję.

On – mocno zdystansowany do spraw cielesnych, trzyma mnie jednak w ryzach swych wersów lirycznych. Poeta to przecież byt nierzeczywisty, konstrukcja myśli tak niepojętych, że ja – trzpiotka – nawet ich nie próbuję zrozumieć. Konam więc z pragnienia dotyku tego metafizycznego istnienia i pokornie milczę. Bo, fakt, niby jakim prawem próbuję się tak prozaicznie zestawić z poetą? Ja – kobieta z całym majdanem swoich pierdołowatych spraw i on – geniusz zatopiony w Kierkegaardzie i Schopenhauerze? (Boże, wybacz te hańbiące narzędniki!).

Ale jakoś idziemy oboje, z dwóch różnych światów pod jeden ratusz, odwieczne miejsce spotkań, by się właśnie, o tęsknoto! – znowu spotkać.

Idziemy? Prawda jest taka, że JA pędzę z sercem rozdygotanym jak izotop rtęci. A on? On stoi spokojnie i patrzy tym swoim zamglonym spojrzeniem w nieskończoność, na której osi staję zdyszana i słyszę, że może i zajebista dupa ze mnie, ale on chodzić ze mną nie może, bo przeczytał moją książkę i: „sorry, nie ten pułap”.

28.05.2010 Niewidzialna

No i stało się. Pojechałam rowerem do pracy.

Od kilku miesięcy rozpowiadałam ludziom, że to zrobię. Odgrażałam się, że gdy tylko przyjdzie wiosna, wyruszę. A tu zimno i deszcz, rower się psuje, łańcuch, jak pisałam – spada, w dodatku do pracy daleko, kawał drogi, a wcześnie wstać trzeba, a włosy się rozwalą, a to, tamto – odkładałam w nieskończoność. Dziś wstaję, patrzę: wiosna. Mało tego – rower świeżo naprawiony. Nie zaspałam, czasu sporo – zdążę. Żadnej wymówki. Słowo się rzekło. Jadę.

I pojechałam.

I teraz już wszystko wiem.

Po raz kolejny zostałam wtajemniczona w magię tego cudownego kraju. Mówię: tego kraju, bo kiedyś, owszem, jeździłam rowerem po Amsterdamie, jeździłam też po Berlinie – tam takie cuda nie działają. Ale Polska jest wyjątkową krainą cudów – temu nikt nie zaprzeczy. W Polsce cuda się mnożą na każdym kroku. I takim właśnie cudem jest zjawisko niewidzialności.

Otóż, uwaga, bo może nie wszyscy jeszcze wiedzą: człowiek, który wyjeżdża rowerem na polską drogę szybkiego ruchu – mimo odblasków i migających lampek – natychmiast staje się niewidzialny. Z punktu A do punktu B przejeżdża całkowicie niezauważony przez nikogo. Przejeżdża, oczywiście – pod warunkiem, że mu się szczęśliwie uda wymanewrować na pasie o szerokości trzech cali między zapieprzającym sto dwadzieścia tirem a rowem melioracyjnym.

Mnie się udało. Cudem.

Z takim poczuciem cudownego ocalenia zajechałam przed firmę i na śmierć zapomniałam, że jestem niewidzialna. Tym sposobem moja czujność, niesłusznie uspokojona pokonaniem survival’u, zawiodła i zostałam wciągnięta pod maskę srebrnego Nissana X – Trial. Suw. Nówka sztuka. Piękny.

Mój rower też był piękny.

27.05.2010 Najgroźniejsza książka świata

„W czasach starożytnych patriarcha Ibrahim dotarł do doliny razem z Hagar i Ismailem, ich synem. I tutaj, na tej bezwodnej pustyni, porzucił ją. Zapytała, czyżby to była wola Boga? Odpowiedział, tak, to ona. I odjechał, skurwysyn.”

Obiecałam, że nie będę pisać, ale nic nie mówiłam o przepisywaniu.
Tak więc:

„Po odjeździe Ibrahima, Hagar karmiła dziecko piersią, aż w końcu zabrakło jej pokarmu. Wówczas wspięła się na wzgórze Safę, potem na Marwę, biegając w rozpaczy od jednego do drugiego, próbując dostrzec choćby jeden namiot, człowieka, wielbłąda. Niczego nie dostrzegła. I właśnie wtedy przyszedł on, Gibril i pokazał jej źródło Zamzem. A więc Hagar przeżyła. Lecz, czy dlatego teraz gromadzą się tam, w dolinie, pielgrzymi? Czy po to, by uczcić jej ocalenie? Nie, nie. Oni świętują zaszczyt, jakiego dostąpiła ich dolina dzięki wizycie, tak zgadliście, Ibrahima.”.

Pomyślcie o tym.

24.05.2010 Manifest milczenia

Tym czterem na krzyż zainteresowanym i psu z kulawą nogą przekazuję informację, że moje milczenie wynika z tego, że cokolwiek bym z siebie nie wydobyła, byłby to niezmiennie jęk ze studni depresji. I to nie z powodu klęski żywiołowej, bo do naszych uroczych Kaszub fala powodziowa jeszcze nie dotarła, ale z racji innej – stokroć gorszej, nieodpartej i kategorycznej jak tsunami – fali dekadencji.

Moje milczenie jest manifestem. Protestem przeciwko nieskończonej marności, która zalała ten świat.

Dopóki więc z telewizora nie zniknie tańczący pisarz, a ubrani w białe skarpetki frotte inteligenci nie przestaną rozprawiać na bankietach o stopach kredytowych, samochodach, trawnikach, białkowych dietach i gosposiach domowych – nie dotknę długopisu. Dopóki nie skończy się raz na zawsze radiowa emisja piosenek z ostatniej płyty Wilków – nie wcisnę choćby jednego klawisza klawiatury mojego komputera.

Nie będę pisać. To koniec.

No, chyba, że kulawy pies i te cztery zainteresowane moją twórczością osoby – niczym garsteczka prywatnych apostołów – przekonają mnie choćby o krzcie słuszności moich poczynań. Czego brawurowo sobie (nie powiem przecież, że światu!) – życzę.

17.05.2010 Krótkie, majowe wakacje. (Dla Tatiany)

Opuściłam szereg i kilka godzin później wylądowałam na peronie, na którym wraz z rozdygotanym animatorem moich krótkich majowych wakacji – wyrosły konwalie. Wiosenny deszcz lał tak kategorycznie, że z miejsca zapomniałam o fryzurze. Zapominanie szło mi zresztą zadziwiająco łatwo, podobnie jak wspominanie. Tylko teraźniejszość przestała istnieć. Opuszczając szereg, opuściłam także obecną siebie i stanęłam w rozkroku między tym, co było, a tym, co ma się stać.

Pierwsza myśl: knajpa. Papieros na co dzień pogardzany jako szczyt gówniarstwa – teraz nagle wydał mi się niezwykle dekadencki i stylowy. Wbiłam się w kiczowatą, kolorową jak upierzenie papugi kieckę i porzuciłam wszelki dobry smak. W tym samym tonie łyknęłam niczym bocian żabę, kolejne piwo w przydrożnym barze.

Brodziłam w kałużach, śpiewałam żołnierskie piosenki po rusku i tak się o nic nie troszczyłam, że w końcu osiągnęłam poziom pozbawiony pionu. Oraz sensu. Na kawiarnianej serwetce szkicowałam obrazy, których przecież nigdy nie namaluję. Wiersze, których nie napiszę. Z luźno związanych w mojej głowie sentencji wysupływałam myśli i żonglowałam nimi bez skupienia nad butelką absyntu. Sobie byłam. Nie trwałam, nie przemijałam. Zanim nie odjechał mój ostatni pociąg – nie było przecież żadnego przemijania.

Telefonów nie odbierałam. O ile nie dzwoniły wspomnienia z czasu, gdy jeszcze miałam tak mało lat, że wszystko było wolno – jak w te majowe wakacje. Bo wtedy nie miałam pojęcia, ile mam lat i nic mnie to nie obchodziło. Wskoczyłam na najwyższą chmurę i patrzyłam rozbawiona na ten bzowy ogród, jakim nagle stał się świat.

Jeśli czasu nie ma, nie ma też przestrzeni, nie ma drogi, nie ma celu, no i, oczywiście, nie ma materii. Dopóki więc nie spakowałam wszystkich moich bambetli, papierów, dowodów, paszportów, dokumentów, identyfikatorów, sama się nie włożyłam do małej czarnej walizki na kółkach – nie miałam fizyczności. Byłam plazmą rozlaną w bezczasie, w geograficznym „Nigdzie”. Wszystko wydawało się możliwe, a jednocześnie nieprawdopodobne jak ten jadowicie zielony alkohol w czeskiej butelce.

I nagle, brutalnie obudzona przez konduktora, zmaterializowałam się.  Speszona, że taka rozsznurowana, bąknęłam: „przepraszam”. Już, już wracam. Jak zagubiony trybik wskoczyłam posłusznie na miejsce, by ponownie uruchomić zdumiony tą niewytłumaczalną przerwą zegar. Razem z pośpiesznym ekspresem relacji: „Nigdzie” – „Dom”, ruszył więc czas i pomknął w kierunku jedynego słusznego celu: do następnych krótkich, majowych wakacji…

12.05.2010 too drunk to write

Jakąż to lawinę myśli słodkich jak lany na serce miód może wywołać na pozór oficjalne i zdawkowe w swej treści, a jednak nieokiełznane w skutkach, zdanie?

Zdanie niedbale pozostawione gdzieś pomiędzy internetowymi łączami, zdanie, które niczym przycupnięty zając, gotowe jest przeskoczyć w jednej sekundzie choćby i tysiąc kilometrów, by znaleźć się w skrzynce odbiorczej uradowanego adresata. Kombinacja dziewięciu cyfr zamkniętych w żółtej kopercie już po chwili kieruje kombinację liter zamkniętych w krótkiej wiadomości tekstowej. I tak zaczyna się proces wymiany żarliwych wyznań:

„Tęsknisz?”

„Tęsknie.”

„Myślę.”

„I ja myślę.”

„Co myślisz?”

„Wspominam”.

„I nie ma godziny, żebym nie myślał.”

„Ja myślę w kółko.”

„Ja na okrągło”.

„Ja myślę i tęsknię.”

„Ja tęsknie i myślę.”

„Ja tęsknie i myślę i także wspominam.”

A gdy korespondujący już pierwszym wyznaniem się zachłysną i do cna wyczerpią możliwości tych trzech paraliżujących czasowników, przyjdzie czas na nieco bardziej wyszukane zwroty. Przyjdzie czas na nieskończenie głębokie w swych znaczeniach słowa, na wspomnienia, na ochy i achy. Na nocne, potajemne, a bezwstydne marzenia. I na wymykanie się przed nagle zupełnie obcą rzeczywistością w świat cudownie znajomy, jakby znany od tysiącleci i jedyny możliwy, choć przecież zupełnie niemożliwy – świat zakochanych.  Przyjdzie też bezlitosna, roztętniona gonitwą myśli, bezsenność. I wraz z bezsennością – telepatyczne wysyłanie sprawozdań: Co się dziś wydarzyło? Jaka była pogoda? Czy wiało? Czy może był deszcz? Czy autobus się spóźnił? Czy kierowca był miły? Co na śniadanie? Obiad? Czemu tylko jogurt? Bez tłuszczu? A jaka sukienka? Płaszcz? Kolor? Buty? Pończochy? Co w kinie?

I tak do rana. A rano znów zadzwoni telefon i znów zabrzmi przejmującą rozmową:

– „Tęsknisz? Tęsknię…”

Przyjdzie taki czas.

Przyjdzie też pora na całkowite zapomnienie się w tej szczęśliwej i pełnej pasji lecz ulotnej niby pierwszy deszcz, znajomości. A potem: na rozdzierający smutek, że trzeba z tym skończyć, bo przecież ile można tak latać? Trzeba z tym skończyć, za życie się wziąć.

Ale jeszcze nie, jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś.

Pijana powietrzem zanurzam się w odurzającej i gęstej jak maź, wiosennej atmosferze. Zbiera się na burzę. Stoję bosa, głupkowato uśmiechnięta w strugach deszczu i z rozrzewnieniem myślę o tym piorunie, co mi strzelił w głowę.

06.05.2010 Arachnofobia a reinkarnacja

Nieraz zastanawiałam się, kim – w myśl reinkarnacji – mogłabym zostać po śmierci? I przyszło mi do głowy, że całkiem niewykluczone, że zostanę pająkiem. Za karę.

Zatłukłam w życiu przeraźliwe masy pająków.

Gdy byłam mała, mieszkałam na strychu, który upodobały sobie gatunki wyjątkowo odrażające. To takie ciemnoszare grubonogie bydlęta, które tupią biegając nawet po pościeli. Pamiętam, jak sparaliżowana strachem, chlipałam z przerażenia i rzucałam w ukrytego za firanką napastnika starymi kapciami, czy chińskim piórnikiem, licząc naiwnie, że w końcu go trafię i pójdę spać. Niestety, pająki są szybkie i piekielnie inteligentne. Długo uczyłam się na nie polować. Przełomowym momentem w moim życiu okazała się przeprowadzka ze strychu do kamienicy – jak się później okazało – intensywnie opanowanej w jeszcze bardziej odrażający gatunek czarnych mięsistych i kosmatych jak diabły stawonogów. Właśnie wtedy – podczas przeprowadzki – wpadłam w pajęczą pułapkę, co nauczyło mnie opanowywania gwałtownych reakcji i podejmowania dojrzałych decyzji.

Ja i moja siostra Ewa zdejmowaliśmy ze ścian szafki kuchenne. Szafkę trzymałam z jednej strony ja, z drugiej – ona. Warto wspomnieć, że arachnofobia mojej siostry osiąga wymiar kosmiczny. Zdejmujemy więc szafkę ze ściany, schodzimy po drabinie bujając się niebezpiecznie i nagle obie w tym samym momencie widzimy pająka wielkości rękawicy bokserskiej, który przywiera do centralnej części pleców szafki. Szafka ciężka, fronty szklane. Drabina chybotliwa. Ręce zajęte. W pobliżu – żadnego kapcia. Pierwsza reaguje siostra. Nie bacząc na więzy krwi, egoistycznie ratuje własną skórę. Dmucha na pająka! W moją stronę! Pająk odrywa dwie nogi, traci równowagę. No to ja w odwecie też dmucham. Pająk nieruchomieje, sytuacja wraca do swojej pierwotnej patowości. Ewa pcha więc szafkę w moją stronę, czuję, że tracę przyczepność z drabiną. Oczami duszy widzę siebie na podłodze wśród szkła, z wielkim pająkiem na głowie. Piszczę i odpycham szafkę. Ewa też piszczy. Obudzony wysokimi tonami pająk rusza z miejsca. Rusza, oczywiście, jakże by inaczej – w moją stronę.

I wtedy nadchodzi moment inicjacji, przejścia mojej psychiki z bojaźliwej formy półpłynnej galarety w twardy i spokojny kamień. Moment obudzenia w zaspanym umyśle sfer odpowiedzialnych za przemoc. I bynajmniej nie jakąś nieporadną, że niby z daleka, piórnikiem – nie. Tu chodzi o zupełnie inny rodzaj przemocy. Świadomej i bezwzględnej. Zadanej gołymi rękami. Tak. Gołymi. Ściśle – jedną gołą dłonią, bo druga, wraz z kolanem podtrzymuje szafkę. Tak więc jednym ciosem położyłam, a raczej rozłożyłam na płask przeciwnika i to był koniec dominacji mojej siostry w tej rodzinie. Na zawsze zagościł w jej oczach ponury respekt, gdy na mnie patrzyła. A ja z rozkoszą robiłam sobie siupy w te wieczory, gdy rozmawiałyśmy o dupie Maryni, a ona oparta o ścianę bladła, gdy zbyt długo zatrzymywałam wzrok nad jej głową.

Stałam się zimnym mordercą pająków. Bardzo zresztą przydatnym w okolicy, bo jak na ironię, gdzie się w życiu nie ruszyłam, miejsce zawsze obfitowało w ten osobliwy gatunek. Strych we Wrzeszczu. Piwnica na Brzeźnie. Dobudówka na Oksywiu. Wszędzie cała masa pająków znikających pod moimi kapciami.

I tak sobie beztrosko zabijałam, gdy nagle ktoś mi powiedział, że to nie uchodzi. Że mam na rękach pajęczą krew. Że dosięgnie mnie zasłużona kara. Bo tak to już na tym świecie jest, a jak czytałam Bhagawadgitę, powinnam wiedzieć. Swoja drogą, czy byłoby przyjemnie, gdyby mnie tak ktoś kapciem po głowie tłukł?

Przestałam je zabijać. Przestraszyłam się karmy. Karmy pajęczej.

Wyobraziłam sobie, że po śmierci odrodzę się jako pająk.

To musi być niesamowite być tak odrażającym stworzeniem! Codziennie patrzeć z na swoje kosmate nogi, codziennie bać się samej siebie. Trwałabym w nieustannym leku, że zobaczę siebie w kropli rosy, w kałuży, w szybie okiennej, nad którą dyndam wieczorami.

Musiałabym jeść muchy! Nienawidzę much. Brzydzę się! A tymczasem przyszłoby mi wysysać z nich sok… Kopulowałby mnie jakiś straceniec, którego bym potem unicestwiła szczękoczułkami. Nosiłabym całe mrowie małych straszliwych pajączków pod odwłokiem i plotłabym niekończące się nici w morderczą sieć.

Zresztą wszystko to i tak nie miałoby znaczenia, bo najtrudniejsze byłoby osiągnięcie celu w życiu. A w tej sytuacji przychodzi mi do głowy tylko jeden. Moja egzystencja polegałaby na bezustannym i jednocześnie beznadziejnym kombinowaniu, jakby tu siebie zatłuc kapciem.