22.04.2010 Bajka o utraconym dzieciństwie

Żona Szwagra ma oczy jak Kiwaczek i imię też zupełnie jak z bajki: Maja. Tę bajeczną osobę Szwagier przyprowadził dziesięć lat temu z krainy marzeń utworzonej z dymu palonej marihuany i oparów gotujących się grzybków halucynogennych. Mozolnie i latami wychodzili razem ze świata nierzeczywistego. Brutalność realizmu zmusiła ich jednak do porzucenia beztroskiej dekadencji i zajęcia się pospolitością. Z roku na rok oboje robili się coraz bardziej normalni, aż wreszcie Maja – Kiwaczek dokonała czegoś najbardziej zdumiewającego na świecie: podjęła pracę. Na etacie. I tym samym zmusiła ambicję Szwagra do przebudzenia. Tak więc od kilku lat te przerośnięte dzieciaki pędzą życie, jak je same określają: „zramolałych staruchów” i raz po raz wprowadzane są w najwyższe zdumienie jakimś wydarzeniem ze świata dorosłych.

Maja zmywała właśnie szklanki po piwie, gdy zadzwonił telefon. I w tymże właśnie momencie dopadła ją po raz kolejny znienawidzona dorosłość. Słuchawka bezlitośnie osierociła Kiwaczka suchym komunikatem o zawale ojca. Szklanka od piwa pękła, wbiła się w, rozmiękczoną płynem i wodą, jasną dłoń dziewczyny. Kiwaczek stała nieruchomo i patrzyła otępiała na pęczniejącą, czerwoną kreskę, która biegła w poprzek palców – kolejno od wskazującego, przez środkowy, serdeczny, by zatrzymać się na najdelikatniejszej skórze wewnętrznej strony małego palca. Patrząc tak na ten krwawy obraz, pomyślała jednocześnie o najbardziej absurdalnej w tej sytuacji rzeczy: o praniu na balkonie. Z balkonu bowiem zaczęły dobiegać dziwne dźwięki. Jakby pisk, jakby trzask, jakby nawet gniewne pofukiwanie. Lekceważąc więc odniesione rany, wybiegła na balkon.

Widok, jaki ujrzała przypomniał jej sen z dzieciństwa, tchnienie tak przecież niedawnego poczucia odrealnienia, że zapomniała o krzywdzie sprzed chwili, o brutalnym telefonie, o tej najbardziej kategorycznej inicjacji. Znów stała się małą dziewczynką w różowym fartuszku, którą tata odbierał z przedszkola, zawsze, sumiennie po podwieczorku jako pierwszą ze wszystkich dzieci. Przypominał wtedy o obowiązku mycia zębów po jedzeniu słodyczy, nawet jeśli był to tylko owocowy kisiel. Pilnował, żeby nigdy nie zabrakło na przedszkolnej, oklejonej plastrem z imieniem „Majcia” półce, pasty dla dzieci opatrzonej godłem wiewiórki.
Bo na balkonowych sznurkach z bielizną, w wiosennej krzątaninie, tańczyła wiewiórka. Jakby wspomnienie tamtych beztroskich chwil, jakby duch ojca w postaci wesołego zwierzaczka, znaku tamtych dobrych czasów.
Ale… zaraz… zaraz… Czy to, aby na pewno była wesoła wiewióreczka i radosna jej krzątanina? Czy zreinkarnowany tata powrócił pod postacią zabawnego zwierzątka po bawełnianą wyściółkę z garderoby córki do swojej dziupli? A może – co bardziej prawdopodobne – wcale nie był to tata? Może ścierwo dostało ataku wścieklizny i toczyło pianę akurat na majowo – szwagrowym balkonie? – dociekał później pracownik Sanepidu. – „Zdrowe, dzikie zwierzęta nie podchodzą tak blisko” – twierdził, odbierając Kiwaczkowi resztkę dzieciństwa.

Kiwaczek, której przywiązanie do baśni przekraczało zdrowy rozsądek, wyciągnęła pokrwawione palce, by pogłaskać ojca. Chwilę później, próbując zetrzeć z palców spienioną ślinę gryzonia, pojęła, że boleśnie wchodzi w fazę dorosłości.

„Teraz nie kłują w brzuch” – uspokoiła mnie w mailu. A poniżej dopisała:

„Ojciec mi, cholera, umarł, a ja mam zakichaną wściekliznę. Słabo?”.

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s