18.04.2010 Mater, Pater, Patrio

Rodzicom należy się cześć, bo do życia powołali tego, kto tę cześć ma oddawać. Na przykład mnie. Więc ja oddaje cześć rodzicom, za to że mnie pewnej nocy ZAINSPIROWALI.

Dalej: rodzice budują w człowieku poczucie wartości. Moje poczucie wartości oparte jest na słowach:

– Włosy trzy na krzyż, w dodatku szare. Oczy niebieskie.

Błąd. Nie wiem, skąd jej się te niebieskie oczy wzięły. Matka mnie w ogóle nie zna. Wystarczy przecież na mnie spojrzeć i już wiadomo wszystko. Każdy, kto się we mnie zakocha, po minucie za mnie na wylot. Moja matka widocznie się we mnie nie zakochała. Na przykład teraz: nie złożyła mi życzeń urodzinowych. Nie pamięta o moich urodzinach. Nie pamięta koloru moich oczu. Nigdy nie dowie się, że mam żal, bo drugiego życia nie ma. Nie ma ogrodów, po których dusze wałęsają się i rozprawiają o rzeczach, jakich się nie dało wyjaśnić za życia. Jest totalna sprawiedliwość: trzask i koniec. Tak powiedział Szwagier. Jest świrnięty, ale zatrzymał mój egzystencjalny szloch.

Dziś jest 18 kwietnia, dzień pogrzebu pary prezydenckiej już w warunkach wawelskich. Jak przepowiedział Nostardamus stylem Kurta Vonneguta: prezydenci z całej galaktyki odwołali swoją obecność na pogrzebie. Wulkan w Islandii zasnuł niebo nad Europą gęstym, pełnym protestu dymem.

Wczoraj w nocy zadzwonił mój ojciec i powiedział, że Naród zachowuje się jak głośno zawodząca włoska płaczka. I, że tylko Wałęsa mógłby spocząć na Wawelu, jak już. Znów się okazało, że DNA jest wielki. Niczego nie analizując, bez żadnej dyskusji, ja i ojciec jesteśmy genetycznie zgodni w stu procentach.

Po śniadaniu wyjęłam z biblioteczki Małego Księcia (dla Hani) i spytałam syna, co oznacza według niego rysunek nr 1.?

– Węża, który połknął słonia – odpowiedział.

Już zaczęłam się czuć, jak matka geniusza, gdy nagle wyjaśnił, że przecież czytał tę książkę sto razy.

Poszłam pobiegać. Wiatr urywał mi głowę. Widziałam kruki. Jedna para z furią przeganiała drugą ze swojego terytorium. Może to były młode, których nadszedł czas odejścia od rodziców? Ganiały się długo po niebie terkocząc nisko: „grrgrr..” Były wielkie i ciężkie, a ich dzioby zdawały się być zrobione z żelaza. Latały tak nisko, że słychać było nerwowy trzepot skrzydeł. „Spokojnie” – mówiłam do nich, a jednocześnie szalałam ze szczęścia, że mi się tak napatoczyły. Uwielbiam kruki. I jestem bardzo dumna z tego powodu, że zamieszkały niedaleko mojego domu.

Przypominam sobie tę wieczorną rozmowę z ojcem: – Gazetę z twoim wywiadem odłóż dla mnie i nie zgub! Żeby nikt na niej patelni z jajecznicą nie postawił!

Sto procent moich genów.

Miałam jakieś osiem lat, gdy spytałam matkę, co by było, gdyby Wałęsa został pierwszym sekretarzem? Nie było wtedy prezydentów w Polsce Ludowej, stąd ta dziwna nomenklatura. Matka spojrzała na mnie wzrokiem kompletnie rozgotowanym (jest patriotką) i odparła łamiącym się głosem:

– To niemożliwe, moje dziecko.

A potem wyjaśniła, kładąc paznokieć na dopiero, co oblizanej łyżeczce do kawy:

– My jesteśmy jak ta łyżeczka. A ONI – jak cały ten pokój.

ONI to oczywiście Ruscy i cała ta komunistyczna zgraja bandziorów.

Posmutniałam, ale zaraz pocieszyłam się, bo zobaczyłam film, na którym więzień uciekinier wydłubał łyżeczką w celi – pokoju wielką dziurę i wydostał się na wolność. Stwierdziłam, że taka łyżeczka, choć mała, niesie ze sobą wielkie możliwości. Tak żeśmy się zebrali na niej jak kryształki cukru i w 1989 moje przypuszczenie o możliwościach łyżeczki potwierdziły się. Zanotowałam to wówczas skrzętnie w moim pamiętniku razem z historyczną datą. Nie miałam jednak czasu zbytnio się na ten temat rozpisywać, bo do mojej siostry przyszedł dwumetrowy przystojniak i wszyscy razem poszliśmy na ryby.

Dziecko ośmioletnie bardziej przejmuje się polityką, niż szesnastoletnie. Ośmiolatka ma na głowie tylko dobro ojczyzny, szesnastolatka już o wiele więcej. Pryszcze, rosnące piersi, mieszające się i zdawać by się mogło – błędnie zresztą – wykluczające się nawzajem ciężarem gatunkowym lektury:

– Zapałka na zakręcie

– Komu bije dzwon

– Klub Włóczykijów

– Nana

– Timor i jego drużyna

– Kamienie na szaniec

– Bhagawadgita.

I wiele więcej, tyle, że głowa pęka. Dlatego też tak lakonicznie potraktowałam ten wiekopomny dzień w moim pamiętniku. Dużo więcej miejsca na jego stronach zajął mi Krzysiek Jabłoński, szczupły, wysoki brunet, nałogowy wagarowicz. Pochodził z marginesu społecznego, co stanowiło niekwestionowany atut. Umierałam z miłości do tego straceńca (dziewczyny uwielbiają straceńców), który z pewnością już palił papierosy, pił alkohol i może nawet, rany boskie, nie wiadomo, co! Przypuszczałam, że umrze niedługo śmiercią młodego rockendrolowca. Z podziwem liczyłam dni, w których opuszczał szkołę, a było ich zdecydowanie więcej, niż tych, kiedy swoją obecnością ją zaszczycał. On, oczywiście, mnie nie zauważał wcale, pewnie z tego powodu, że miałam trzy włosy na krzyż i w dodatku szare.

Parę miesięcy później, gdy już mi te piersi jako tako wyrosły, zrobiłam sobie pierwszą w życiu trwałą. Wyglądałam jak szary pudel, ale moje akcje u płci przeciwnej zagadkowo skoczyły w górę. Odnalazł się i Krzysiek Jabłoński, cały i zdrów, na dodatek z gitarą i to pod moim oknem.

Grał jakieś niesamowicie smętne melodie w stylu „Starego Dobrego Małżeństwa”, więc ja – świeżo upieczona „depeszówa” musiałam uznać ten akt podrywu za skończony obciach i ostentacyjnie zamknąć okno, zamykając jednocześnie rozdział pierwszej w moim życiu, beznadziejnej miłości.

Na Zachodzie runął berliński mur.

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s