Gdzie ci mężczyźni?

Po co wy na tę siłownię chodzicie, kiedy w mózgu macie watę? Żeby szpanować muskulaturą, a jak przyjdzie co do czego wiać jak zające? A może, tak jak nasz „bohater”, żeby grozić słabszym?

Na moim osiedlu jest sklep spożywczy marki Lewiatan, a nad nim wielka, nowoczesna siłownia z drinkami wysokobiałkowymi i opcją fitness. Sama tam kiedyś chodziłam, kiedy jeszcze nie wiedziałam na co pieniądze wydawać i że dookoła osiedla są lasy. W lasach można pojeździć na rowerze, pobiegać, różne takie, a wszystko za darmo, żadne karnety sto trzydzieści miesięcznie nie obowiązują. Mniejsza z tym. Wróćmy do sklepu spożywczego, bo tam dzieje się dzisiejsza akcja.

Otóż stoję w kolejce, przede mną facet w sile wieku, nieco starszy ode mnie, lekko zawiany mozolnie kupuje browary. Mozolnie, bo tu coś zagada, tu popatrzy, tu się nachyli, a tam jeszcze coś sprawdzi po kieszeniach, znów zapomni, że miał zapłacić, a jak zapłacić to ile. Znacie te zawieszki po alkoholu, kto tego w Polsce nie zna. No więc on tak zamula tempo obsługi, że ekspedientka już nieco zniecierpliwiona daje mu znaki, ale jak świat światem, nie ma faceta na świecie, który by znaki czytał. Facetowi trzeba jasne i proste komunikaty wysyłać, a i to, jak się okazuje, nie gwarantuje sukcesu.

Żeby dopełnić opowieść, muszę zaznaczyć, że kolejka była spora, za mną jakieś pięć chłopa, prosto ze wspomnianej siłowni, jeszcze z torbami dresy na zmianę, jeszcze spoceni, jeszcze im testosteron pod skórą kipi. No i tak stoimy, a delikwent ma ten swój mały zakupowy melanż, podrywa ekspedientkę, zagaduje, rozwleka, tkwi, przelicza, browary to pakuje do siatki, to z niej wyjmuje, czas się w jego wymiarze zatrzymał. W końcu sklepowa nie wytrzymuje i mówi grzecznie, proszę pana, tu się ludzie spieszą, tu nie wyszynk, o proszę, pani się niecierpliwi.

I ten na mnie.

Wzrok mętny, ale zaczepny. Ja podnoszę brwi do góry, owszem, poszłabym sobie już stąd, mam swoje plany, niekoniecznie chcę spędzić wieczór w kolejce, w tym towarzystwie, także ten. Ale on dalej zaczepnie na mnie patrzy, wzrokiem mętnym świdruje i nagle do mnie:

–  CO?!

– No nic, po prostu się śpieszę.

– I co?! A JA TAKI JESTEM!

On taki jest, sorry, a jak mi się nie podoba, to… – I tu groźnie zaciska pięść, a mnie się robi słabo, bo zauważmy, że ja mam jakieś niecałe sześćdziesiąt kilo wagi i wzrostu też niewiele więcej. Ale objaśniam mu, że niech sobie będzie jaki chce, spoko, tylko nie wszyscy muszą to zaraz akceptować.  Tu pięść zaciśnięta wędruje wysoko, zawisa nade mną i wisi groźnie, a on ściąga brwi i naprawdę jest mi teraz bardzo słabo, naprawdę się boję, naprawdę zaczynam się w środku cała trząść. A towarzystwo z siłowni nic, milczy, stoi, wzrokiem gdzieś po ścianach rzuca.

Wyjdę z tego sklepu, czy nie wyjdę? A jak wyjdę, to czy za rogiem nie dostanę fangi? Rowerem jestem, ten mnie z roweru zwali, skopie, a mnie przecież nikt, jak okiem sięgnąć, nie obroni. Niby pełno ludzi a pustynia. Niby pełno silnych młodych mężczyzn, a kobieta bezbronna zostaje sama na polu walki.

Wiecie, co to strach? Taki prawdziwy, taki surowy, który powstaje w zderzeniu z chamstwem podlanym alkoholem, wyrzezanym z człowieczeństwa? Kiedy mężczyzna podnosi zaciśniętą pięść na kobietę tylko dlatego, że ona się nim nie zachwyca? A wiecie, co to bezsilność? Wobec tej obojętności, czy może też: strachu, bo co ci panowie mieli wówczas w głowach? Sytuacja była wyraźna, nie było można jej nie zauważyć. Facet podniósł na mnie głos, pięścią groził, wszyscy widzieli. I nikt nic nie zrobił. Nikt nic nie powiedział, nie zareagował, nie odgonił agresora, nie zwrócił mu uwagi, nie stanął w mojej obronie.

W końcu poszedł. I ja wyszłam po chwili, rozejrzałam się ostrożnie, wsiadłam na rower i uciekłam. Panowie kupili swoje dietetyczne napoje energetyzujące i też odjechali. Jednego nawet widziałam, szedł szybkim krokiem, chował wzrok ze wstydu. Nie dziwię się. Kryzys męskości w rozkwicie. Mięśnie rozbudowane,  a w mózgu wata. Po co wy na tę siłownię chodzicie? Żeby rysunkiem muskulatury szpanować, a jak przyjdzie co do czego wiać jak zające? A może, tak jak ten nasz „bohater”, żeby grozić słabszym? Bo akurat to by statystyki o przemocy domowej potwierdzały, drodzy siłacze. Prawda jest jednak taka, że siła nie tkwi w mięśniach, ale w głowie. Tam się rozstrzyga kwestia, kto jest mężczyzną, a kto zwykłym fiutem. Niestety, w Polsce rozwój mózgu nie jest zbyt popularny. Pozostają siłownie dla schowanych pod zwalistą konstrukcją mięśni, zwykłych fiutów.

Chłopiec, który nie może być chłopcem

On się niczego nie boi, za nikim nie tęskni, nie ma żadnych skrupułów. Wykarmiony krwawym mięsem i stopami żelaza, wychowany na pięcioletnim Małym Powstańcu, młody twardziel idzie w bój na gołe klaty i nie pozostawia jeńców

Wszyscy chcą mieć chłopca. Jeszcze go nie ma na świecie, jeszcze żaden ultrasonograf nie może stwierdzić jego atrybutów, a już pojawia się w marzeniach, w życzeniach, w planach, w błękitnym kolorze śpioszków, w aplikacji naszytej na czapeczce, we wzorku tapety, w pierwszej, zadrukowanej samochodzikami grzechotce. Jakby kreska na teście ciążowym miała płeć, byłaby chłopcem. Córeczko, tak bardzo chciałabym, żebyś była chłopcem, śpiewała kiedyś Kayah i miała sporo racji. Większość ludzi od pokoleń w reprodukcji ludzkości dopatruje się jedengo, jedynego sensu. Chłopca.

Tymczasem, proszę bardzo, rodzi się chłopiec. I ani przez moment tym chłopcem być nie może. Dlaczego? Bo od razu musi być mężczyzną.

To się zaczyna już od pierwszych chwil istnienia, od pierwszego oddechu, od pierwszego krzyku. Pierwszym jego zadaniem, jakże trudnym, jest porządnie ważyć. Jak na faceta przystało. Kawał chłopa, tak się by chciało o tym upragnionym „chłopcu” powiedzieć. Celowo piszę w cudzysłowie, bo chłopiec urodzony z miejsca chłopcem przestaje być. No więc waga. Coś, na co rzecz jasna dziecko nie ma wpływu, a już jest jakimś oczekiwaniem. Drugie, potężne zadanie naszego młodego mężczyzny – i tak samo oddalone od zakresu jego sprawczości: to skala APGAR. Mój Boże, jak wysoko musi się ten kawał chłopa uplasować! A spróbowałby nie. Od razu sąsiadki, od razu koleżanka z łóżka obok, od razu ciotka Teresa. Od razu porównywanie, a ile miał Kubuś, a ile Zosia. No i nie mówcie ojcu! Ojciec młodego, jednodniowego mężczyzny będzie niezadowolony. I słusznie. Spodziewał się w końcu prawdziwego samca alfa, a nie jakiejś baby. Prawda?

No więc mamy już pierwszy, jakże karkołomny level za sobą, a to dopiero początek. Kolejne są jeszcze gorsze. I porównywalnie niemożliwe. A jednak. Chłopiec rośnie i dowiaduje się, że jak się na swoich miękkich jeszcze, bo niemowlęcych nogach wywróci, a po upadku odczuwa rozrywający ból w kolanie, to, kto by się spodziewał innej odpowiedzi, to NIE WOLNO MU PŁAKAĆ. Chłopaki nie płaczą. Chłopaki zaciskają zęby i są Bruce’ami Willisami. W Szklanej Pułapce wymagań.

Bądź mężczyzną. Oto jest zadanie. Masz dwa lata, nie miej lęku. Masz pięć lat, nie czuj smutku. Jesteś facetem, czy nie, do cholery?!

Ostatnio słyszałam pewną opinię, która należała do dorosłej kobiety, matki dwóch synów, przedstawiającej się jako wykształcona i niezależna, że FACECI NIE MAJĄ EMOCJI. Emocje mają tylko kobiety. Zatem jej dwóch synów należy do gatunku cyborgów, których mózgi stanowią tranzystory, ścieżki krzemowe, kabelki i druty. Żadnych tam emocji nie ma, żadnego żalu, smutku, żadnych łez. Oni się niczego nie boją, za nikim nie tęsknią, nie mają żadnych skrupułów. Wykarmieni krwawym mięsem i stopami żelaza, wychowani na pięcioletnim Małym Powstańcu, młodzi twardziele idą w bój na gołe klaty i nie pozostawiają jeńców.

Nikt od nich się nie spodziewa żadnych uczuć, bo przecież uczucia zostały już dawno, oj jak dawno, wyrzezane do szczętu, a tych uczuć brak jest jakimś dziwnym powodem do dumy. Tylko tak się nieszczęśliwie składa, że to jednak nie są żadne maszyny, to nie są cyborgi, ale istoty ludzkie. A człowiek, niezależnie od tego, czego się od niego wymaga, wciąż, ku rozpaczy ciotki Teresy i sztywnego od wieloletniego odgrywania roli prawdziwego faceta, ojca – swojego człowieczeństwa się nie pozbędzie. Jego mózg nie stanowią tranzystory, w jego mózgu wciąż pojawiają się emocje, upychane przez lata, ukrywane po kątach umysłu, w końcu wykipią. Takie są zasady fizyki, że tak po męsku się wyrażę. Wykipią. Ze smutku i strachu zamienione w gniew, dobiją do statystyk o przemocy domowej. Wpasują się w efekty bójek kibiców. Wyprowadzą na ulicę w marszach wystraszonych nieistniejącym uchodźcą, członków ONR. Rozbiją szybę baru z kebabem. Poprowadzą kopniak wycelowany w karoserię przypadkowego samochodu. Włożą do ręki karabin i zastrzelą dzieci na obozie w Norwegii. Wreszcie: wywołają wojnę.

Mężczyźni nie mają emocji, mówi z dumą mama dwóch chłopców i nawet im trochę zazdrości. Ja im nie zazdroszczę. Jestem kobietą. Ja mam przynajmniej feminizm, cały wielki ruch kobiet, które stoją po mojej stronie. A kto ich obroni? Kto ich przytuli, gdy zaleją się łzami na boisku? Kto pozwoli być sobą? Dziesięciolatkiem, który po prostu ma dopiero dziesięć lat? I musi udawać, że ma dwadzieścia?

Mam szczęście, że jestem kobietą. Nie muszę wstydzić się uczuć. Chłopcy są z ich powodu zawstydzani, wyśmiewani, obrażani. Mnie można nazwać babą, bo nią jestem. Dla nich to słowo jest klęską. Oni wciąż muszą kogoś przekonywać, że babami nie są. Tylko kogo przekonywać? Mamę? Tatę? Ciotkę Teresę? Nie. Cały świat.

Idą więc w ten świat, przerażeni, mali powstańcy. Chłopcy, którym nigdy nie pozwolono być chłopcami. Dzieci, którym nigdy nie pozwolono być dziećmi. Może właśnie dlatego na zawsze nimi pozostaną?


opublikowano w Magazyn Be, nr 8/ Be BOY? http://www.bemagazyn.pl/#home

 

Nagroda pocieszenia

Nic, tylko kurze ścierać z przedziwnych kształtów przedmiotów ustawionych na kominku. Mozół doglądania, czy oby racja gdzieś nie wyciekła i ten strach, a nuż ktoś tę rację podważy, a nuż ktoś dostanie większy bohomaz za jeszcze większe WIEM WSZYSTKO?

Drodzy Państwo! W związku z wysypem nagród i wyróżnień w dziedzinach najróżniejszych, chciałabym zaproponować nagrodę wyjątkową, taką, jakiej jeszcze nie było, a jednak która być już dawno powinna. Nagrody bowiem trafiają czasem do osób, które coś wiedzą, jak też zauważyłam, bywają osoby, które generalnie wiedzą wszystko. Nominacja, czy statuetka tylko je w tym wszystkowiedzeniu umacnia, zatrzaskuje w splendorze. Straszliwy musi być to stan. Swoją drogą, wcale się nie dziwię, że taka osoba dostaje nagrodę, jakoś przecież trzeba ją pocieszyć. Łatwo nie jest. Bo weź tak wszystko wiedz. Weź się budź codziennie rano z myślą: Jezu, już się niczego nie dowiem. Mój mózg jest wypełniony po brzegi, na nic więcej miejsca nie ma. A niech tylko mi ktoś coś nowego powie, zaraz się odgryzę, w końcu mam za to swoje wiedzenie nagrodę. Certyfikat wszechwiedzy. Marmurowy pomnik doskonałości. Wiekuistą RACJĘ z własnym nazwiskiem.

Dramat. Dramat dramatem, ale nuda! Potworny zastój, grzęzawisko. Nic, tylko kurze ścierać z przedziwnych kształtów przedmiotów, przedmiotów – umówmy się – bliskim swym wyglądem bohomazom, ustawionych na kominku. Mozół doglądania, czy się nic nie zmieniło, czy na pewno nie umknęło, czy oby racja gdzieś nie wyciekła. I ten strach, a nuż ktoś tę rację podważy, a nuż ktoś dostanie większy bohomaz za jeszcze większe WIEM WSZYSTKO? Nie mówiąc już o nałogowej, zalęknionej konieczności gromadzenia następnych, jeszcze bardziej kategorycznych pomników własnej mądrości, bo tak się składa, że kapituły upodobały sobie nagradzanie tych samych osób w kółko, jak rozumiem w myśl spełnienia ludzkiej potrzeby kolekcjonerskiej, czy zapewnienia, że ta poprzednia nagroda to nie była pomyłka pięciu osób, które nieco za dużo wina wypiły na ostatniej gali, ale gruntownie przemyślany efekt piorunującego wrażenia wobec WIEDZY.

Tymczasem najpiękniejszy stan, to stan niewiedzy. Jeśli ktoś nie wie, to się dowie! Jeśli ktoś nie wie, to ma całą zabawę przed sobą. Proces nabywania wiedzy jest przygodą. To czas, gdy człowiek się nie nudzi ani trochę, bo ma całe spektrum do ogarnięcia, całą tę terra incognita przed sobą. I bada! I zdobywa! I odkrywa! A jeśli jeszcze ktoś mu tłumaczy? A jeśli ten, kto tłumaczy, robi to ciekawie? A jeśli ten, kto tłumaczy, sam w sobie, w swoim posiadaniu wiedzy – dopuszcza wątpliwość? I poznanie staje się wspólnym odkrywaniem, wspólnym dochodzeniem prawdy, którą na koniec się otwiera, bo przecież nikt nigdy nie wie dokładnie z całą pewnością JAK JEST?!

I tu się należy nagroda. I niech ją ktoś nazywa nagrodą pocieszenia. Co złego jest w pocieszeniu, które z samej już definicji ma na celu niesienie radości? To najpiękniejsza nagroda na świecie. Nagroda za przyznanie się otwarcie: NIE WIEM. Nie wiem, ale chcę wiedzieć. Chcę posłuchać. Chcę zbadać. Chcę zgłębić. Chcę się doskonalić. Chcę rozmawiać. I, co najważniejsze, za co właśnie nagroda należy się po stokroć: i się tego nie wstydzę.

PAMIĘTAMY

Zróbmy sobie nowe polskie święto. Święto przegranej w piłkę nożną. Obchodziłabym. Może nie zrobię sobie tatuażu, ale naklejkę na karoserię mogę nalepić

Właśnie dostaliśmy festiwalowe bęcki na Mundialu i jest to kolejna porażka, którą z czystym sumieniem moglibyśmy świętować. No może bez dnia wolnego, jakoś się przecież udało uniknąć ofiar śmiertelnych, ale jakiś rodzaj celebracji się należy. Ja bym może nawet jakiś pomnik pieprznęła, mały, skromny, ale zawsze. Będzie szansa, że kiedyś powstaną nalepki. Owszem, w Polsce pamięta się przecież porażki, dla porażek buduje się muzea, dużo pieniędzy się na taką pamięć przeznacza. Największy wpierdol czasów nowożytnych: Powstanie Warszawskie, mamy tak wkręcone, że lekką ręką puszczamy grubą kasę na muzea i pomniki, tak jak lekką ręką rząd polski puścił kiedyś 180 tysięcy istnień ludzkich w niebyt. A, przepraszam, w pamięć, bo przecież pamiętamy. To duże pocieszenie. Dobrze jest pamiętać głupotę, zawsze jest szansa, że ktoś ją w przyszłości powieli.

Wychowanie kolejnych pokoleń to dawanie przykładu, a my właśnie od pokoleń dajemy przykład, jak zebrać łomot ponosząc największe straty. I nawet jak się ten łomot zebrało od losu, co wydawałoby mniejszym złem – jak w przypadku katastrofy samolotu – warto dołożyć starań, żeby katastrofę dokręcić do miana napaści. Wtedy już spokojnie można się wpasować w stary dobry i sprawdzony syndrom ofiary, którą nie dość że wydymano, to jeszcze odmawia się jej praw do zabrania wraku. I już jest święto narodowe, już powstają pomniki, już można nawet odpieprzać comiesięczny cyrk, żeby nikt, broń Boże, nie zapomniał, jak to Polska od wieków dostaje po dupie.

Ostatnio widziałam Muzeum Drugiej Wojny Światowej w Gdańsku, imponujący budynek w prestiżowym miejscu, poszło pół miliarda. Na upamiętnienie zła. Na gloryfikację śmierci. Słusznie. Może gdyby w tym miejscu postawić jakiś wypasiony plac zabaw za jedną dziesiątą tej kasy, jakiś basen, tor przeszkód, zjeżdżalnię, a nawet boisko – te dzieci, które by nauczyły się tam dobrze bawić, miałaby nieco odwagi by w przyszłości przekroczyć linię demarkacyjną boiska? W końcu atak może być niezłą frajdą dla odważnych. Ale hola, hola. My Polacy musimy zadbać o to, by każde dziecko od urodzenia nasiąkało poczuciem klęski, klęski ogromnej, WAŻNEJ, krwawej, ojczyźnianej, zobowiązującej, kategorycznej. Bo jak od małego widzi, że jego przodkowie dostawali takie doniosłe manto, to przecież nie ruszy na niczyją bramkę, jedyne, co mu pozostaje to rozpaczliwa obrona.

Albo – jeszcze lepiej: modlitwa.

Dlatego proponuję, zróbmy sobie nowe święto. Święto przegranej w piłkę nożną. Obchodziłabym. Może nie zrobię sobie tatuażu, ale naklejkę na karoserię mogę nakleić. Wolę to niż te wszystkie obchody zbrodni. Tak, Polacy. Przegraliśmy kolejny mecz. I nie jakiś tam zwykły mecz, ale mundialowy. Dzięki temu nie wyjdziemy z grupy. To naprawdę poważna klęska. Piękna porażka.

PAMIĘTAMY.

Koniec feminizmu. Przepraszam, końcówka

Na jednym z kongresów widziałam orbitującą polityczkę z poprzedniej frakcji rządzącej, która skwapliwie strzela sobie selfie z feministkami. Dobrze się to klika, fakt. Tylko jakie przełomowe dokonania w sprawie kobiecej ma ta partia na swoim koncie?

Ostatnio na Facebooku zobaczyłam post pewnej blogerki, która zagrzewa swoje czytelniczki do burzy mózgów w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czego nienawidzą feministki. Na zachętę podaje: otwierania drzwi, podawania płaszcza, całowania w rękę. Czytelniczki dodają od siebie: komplementów, odsuwania krzesła, no i rzecz jasna… mężczyzn. Przeczytałam wszystko naiwnie myśląc, że znajdę taki problem jak przemoc domowa, molestowanie w pracy, czy szklany sufit. Ale nie. Co innego spędza feministkom sen z powiek. Coś w rodzaju: jak w restauracji zamawiamy dania, to wege podają mnie, a jemu mięso, a to on jest wege. Sorry, przeginka.

Na jednym z kongresów kobiet widziałam orbitującą polityczkę z poprzedniej frakcji rządzącej, która skwapliwie strzela sobie selfie z feministkami. Dobrze się klika, fakt. Tylko jakie przełomowe dokonania w sprawie kobiecej ta partia ma na swoim koncie, to ja nie wiem. Żeby więc nie trafić na politycznego bunia, trzeba było wiać. Ale zanim to zrobiłam, zostałam poinstruowana, jak mam się zwracać do prelegentek, a zwracać się mam koniecznie z żeńskimi końcówkami, nie zapominając, broń Boże o tytułach. Dla przykładu: Anna Kowalska jest z zawodu filologiem, ale ma tytuł doktorski, jest więc doktorem, nie, przepraszam, doktorką. Filolożką. Tak czy siak, jest to szalenie ważne. A więc ta ważna osoba z tytułem doktorki zadaje mi pytanie na scenie, czy zgłębiając eschatologię, zawarłam w swoich książkach profetyzm? Nie wiem. Nie rozumiem. Ale tam, na widowni z pewnością wszystkie kobiety rozumieją. A już na pewno rozumieją te, które mieszkają w Babim Dole pod Kartuzami, w Korszach pod Kętrzynem, i przyszło im do głowy, żeby zainteresować się czymś takim, jak feminizm. Niewątpliwie to, co je najbardziej frapuje w życiu, to jest otwieranie drzwi, podawanie płaszcza, błędnie podane danie wege i żeńska końcówka naukowego tytułu pani filolog. Przepraszam, filololożki.

List do M.

Nie chodzi o przyjaźń

Bo przecież nie może chodzić o coś, czego nie ma

Nie jesteś po mojej stronie

Zawsze na rewersie

Jak orzeł w koronie

Odwrócony

Do góry szponami

Aluminiowa podróbka wartości

Nabyta przez pomyłkę

tylko z jednego powodu:

OKAZJA.

 

Przypadek

Wypadek

Wpadka.

Czarcia pułapka

 

Nie chodzi o przyjaźń

Bo nią nie jesteś

Przywykłam

Jak do tych twoich wielkich pustych haseł:

BÓG HONOR OJCZYZNA

Na moim czole blizna

Boleśnie pulsująca

Gdy człowiek raz kogoś popchnie

Będzie już zawsze

Odtrącał.

 

Nawet nie mogę wykrzyczeć

Jak jestem odpychana

Ja, nauczona SZACUNKU

Z czwartego przykazania

W którym Bóg

Rozkosznie roztargniony

Zapomniał dać mi najmniejsze choćby,

Jakiekolwiek

Prawo do obrony

 

Nie chodzi mi o przyjaźń

Bo nigdy jej nie było

Nie było też na pewno

Czegoś takiego jak miłość.

 

Ty wszystkim opowiadasz

Prawdopodobne historie

Tak troskopodobnie

Tak dobropodobnie

O bliskopodobnej osobie.

Być może

Ze strachu

Wolisz być moim  wrogiem

Bo przecież te wszystkie historie

Opowiadają o tobie.

 

Masz profesurę z przemocy

Doktorat z tortur to mało

Z imponującą precyzją

Twierdzac, że jesteś ofiarą

Uderzasz w takie miejsca

Tak mocno

Tak celnie

Do kości, do szpiku

Żeby najbardziej bolało.

 

Nie bój się mnie, już dobrze.

O sobie nic nie usłyszysz

Przecież żadna moja łza

Żaden dźwięk, żadna skarga

Nic

Nigdy

Cię nie przekrzyczy

 

Nie szukaj mnie więcej i nie dzwoń

Tej nocy stałam się wiedźmą

Która wie.

I jak każdy poeta

Ma swój list do M.

 

Liebe M!

Ja WIEM.

Imitacja dobra

Po prostu jest złem.

O podróżach

Z dziećmi, z psami, z kanarkami

i w piachu.

Deszcz na peronie

bez dachu.

Dwie godziny

dworcowego zapachu.

Zepsuty megafon.

 

Odprawa, kontrola, bagaże.

Pani mi dowód do biletu i żeby kliknęło bez wifi – pokaże.

Ze słuchawek disko,

zepsuta walizko,

za twą miłość oddam wszystko

Ump, ump, ump.

Ty mi powiedz, a ja ci usmażę.

 

Wiatraczki, balony,

pan Jezus z korony

i portier nawalony

i klucz pomylony

i po piętrach dwa razy z torbami taniec

Chodzony

 

Piwo za dychę

Pretzel za dwie.

W wizarze

jak na bazarze

widziałam orła cień.

 

Hotel w remoncie

Koparka na Giewoncie

Piszczy jak cofa

Dupa się klei od tego ukropa.

 

A w dupie piasek.

A w gębie trampek.

A w kieszeni nóż.

Otwarty tuż tuż.

 

Rdzawa woda w kranie.

Radar, mandat, sranie

Gumy złapanie

W korkach stanie.

 

Porwanie w Tiutiurlistanie

 

Nad Niemnem.

Nad grobem

Nad przepaścią

Nad szatana paszczą

Z dopcipnisiem w autobusie

Z powrotem z wojska w przedziale

Z kibicami na mecz w wagonie

Co im dupa płonie

I jebać Arkę, żądają.

A tamci z drugiego wagonu od Lechii, odpowiadają:

chyba twoją starą.

 

Głośno.

Drogo

do domu daleko

W proszku do kawy mleko

Blokada na kole.

 

To ja pierdolę.

Ja tu wolę.

—————————————————————————————————–

– Czy to będzie latać? – spytał Dowódca Kowalskiego, widząc projekt samolotu. – Ależ oczywiście! – zapewnił Kowalski. – Wystarczy złożyć kartkę i zagiąć dwa rogi.