Czarna wdowa

Ale sen! Z tych, co zdarzają się raz, może dwa razy na życie i robią taki kipisz, że sąd, prokuratura, spalenie na stosie. Jeden już był. I teraz mam. 

Opisałam go w „Mamie”. Lecę i strzelam, a robię to z takim przytupem, że drży cały Kosmos. 

Bo ja w snach mam świadomość kosmiczną. Nie jestem drepczącym człowiekiem, ale istotą wszechpotężną przemierzającą (zawsze przemierzającą!) wszechświat w tempie absolutnym. Prędkość światła nie ma znaczenia. Ja zasuwam szybciej. W trakcie podróży robię różne rzeczy, na przykład (jak w tym śnie z „Mamy”) rozwalam białą wieżę. Nie, nie będę wam o tym opowiadać, jak chcecie, poszukajcie w książce. Dziś będę opowiadać inny sen. 

Tym, co mi się właśnie przyśnił. 

Najpierw – jak wyrwana z kolorowej gazety – para na zdjęciu. Facet i kobieta. Facet napuszony niczym paw, ona w jego tle. Długie włosy zdobią jej wycofaną twarz. On z kolei jest cały w koronkach, garniturach, piórach. Świat szaleje na jego punkcie. Choć przecież ona jest tak samo ważna, robi tyle samo, a może nawet, a może więcej? 

Nikt jej nie widzi. 

Nagle: fortepian. Już rozumiem. On jest pianistą. Światowej sławy muzykiem, artystą, stąd splendor. Siada do fortepianu, widzę jego wyfiokowane dłonie, francuskie koronki, haft Richelieu, mankiety krochmalone. Gra. 

Ale nic nie słychać. Żadna nuta nie wydostaje się spod jego rąk. 

Znów zbliżenie (jak w filmie) – na fortepian. Skupiam wzrok, patrzę, ale klawiszy nie widzę. Zamiast nich – jedna przy drugiej: buteleczki. Takie małe flaszki zero dwadzieścia, co się do kieszeni jego przepięknej welurowej marynarki chowają. 

Wszystko gaśnie. Jest ciemno, nic nie widać, ale za to… słychać. Słychać muzykę, nuty wpasowane, idealne, a jednak: niepokojące. Prawdziwa muzyka, która opowiada historię. A ta historia jest straszna. Kto ją gra? To ona gra! To ona opowiada!

Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana. 

Tyle razy przerabiany kawałek, a nikt się nigdy nie spytał: dlaczego?! Dlaczego ona go zabiła? 

Bo jej zabrał wszystko, zabrał jej duszę, zepchnął na krawędź wytrzymałości. Wyrwał jej serce, kochani. 

Wyrwał jej serce na żywca i kazał dalej żyć. 

Ona już nie ma pięknych długich włosów, leży na łóżku w malignie, trzyma się za głowę, ciągle ją głowa boli, głowa, na której coraz bardziej kurczą się pukle. Krzyczy. Krzyczy jak chora, konająca: – Boże, Boże, co się ze mną dzieje, JESTEM CORAZ… MŁODSZA!

I faktycznie, włosy na pazia, twarz wygładzona, cudem odmłodzona kobieta siedzi teraz na schodach uczelni i patrzy na swojego chłopaka, którym jest on – późniejszy pianista. Nawalony artysta. 

On jej coś tłumaczy, jakże by inaczej – tłumaczy jak małej dziewczynce: TRZEBA pisać, zawsze pisać, nie przestawać, to bardzo ważne, pisać, w kółko pisać, bezwzględnie i koniecznie TRZEBA pisać!

A potem wsiadają razem do samochodu, ruszają z piskiem, pędzą prędko, a on jej mówi, że będzie zły. A już na pewno będzie zły jak cholera, gdy ona pojedzie do przodu, a on się, niestety – cofnie. 

Z dużą prędkością. I oto prezentacja, wykon, on wyskakuje z pędzącego auta i leci z prędkością adekwatną, z tym że w odwrotnym kierunku. I, racja, jest zły jak cholera. Twarz wykrzywiona w grymasie, zęby na wierzchu. Trach!

Znów przerwa. Ciemno. Nic. 

Nagle wszyscy jedziemy autobusem. Nie ma się co dziwić. Może uda się bez wyskoków. Ona chodzi po pokładzie, on siedzi na miejscu matki z dzieckiem i gada. Ze mną gada. Właściwie to ja gadam, bo jak już ktoś ze mną gada, to wtedy raczej ja gadam. No więc opowiadam mu swój sen. 

Ten, co mi się pół roku temu przyśnił. A było tak. Jechałam autobusem (jak teraz), autobus zatrzymuje się na przystanku, z autobusu wychodzi kobieta, staje przy kiosku i zaczyna znikać. Zostaje po niej tylko spódnica.

Ale zanim zniknie, jakby na kogoś czekała. Szybkim ruchem chwytam za telefon i chcę zrobić jej zdjęcie. Ale, kurczę, nie umiem. Podchodzi do mnie mała dziewczynka, patrzy na wyświetlacz i mówi: dalej, dalej! A ja nie umiem. Widzę na wyświetlaczu materiał spódnicy kobiety, jest w kolorze lila. Nie wiem, czemu, ale myślę, że kobieta nie zniknie, dopóki ta dziewczynka nie wyjdzie do niej. Ona na nią czeka… 

Dziewczynka znika w jednej sekundzie. Podnoszę wzrok. Kobiety też nie ma. I spódnica znikła. 

Zatem opowiadam temu Richelieu: jadę autobusem, patrzę przez okno, a tam… 

Patrzę przez okno. 

Cmentarz. 

– Cmentarz – mówię. 

Tak naprawdę nie było cmentarza, tylko kiosk, myślę. Ale teraz jest cmentarz. Przewrócone płyty nagrobne, stara sprawa. Boże, widziałam gdzieś te płyty. Widziałam to. 

Gdzie jest kiosk? 

– Dziewczynka miała włosy w kolorze mysim – tłumaczę. Mężczyzna kręci głową, że nie rozumie. – Czy ja mówię po francusku?! – irytuję się, a on, że po francusku to by właśnie zrozumiał. Gorzej z angielskim.

Zastanawiam się, co to za typ. Kto dzisiaj po francusku gada, a po angielsku nie umie? I tak bym się z nim dalej kłóciła, gdyby nagle nie zasnął. 

Kobieta spokojnie podeszła do męża, pochyliła się nad nim. Śpi? Nie. Umarł. 

Ciemność, przerwa, antrakt. 

Nagle budzę się (nadal w tym śnie) na pokładzie statku kosmicznego. Otwieram oczy półprzytomna. Statek zatrzymał się na przystanku. Moja para z filmu „Czarna Wdowa” kręci się przy sterach. Chwilę później on niesie jakiś wydruk, rachunek diabli wiedzą skąd i mówi do żony, że musiało być mi zimno podczas podróży, bo zamówiono dla mnie gorącą wodę. Zrywam się w proteście, rzecz jasna, bo żadnej gorącej wody nie brałam! Ale oni wcale na mnie nie zwracają uwagi, dobrotliwie głowami kiwają, spoko, spoko, nic nie musisz płacić. 

Wokół ludzie zbierają się do wyjścia. 

– Już czas? Trzeba wychodzić? – pytam Czarnej Wdowy. Wdowa z mężem jakby stawali się jednością, odpowiadają mi zgodnym chórem: – Wychodzą tylko ci, którzy wykupili bilet do Monachium. 

– A więc jesteśmy w Monachium?

– Tak jakby. 

Wkładam rękę do kieszeni. Znajduję tam monety. Wyciągam, patrzę – kilka monet w obcej walucie. Wiem, że mam zapas. I że nie muszę wysiadać. 

Ani w Monachium, ani nigdzie. 

Jeszcze przez długi, długi czas. 

nemezis.me

IMG_1821

Dobrze się stało

Po ciężkiej depresji, która objawia się tym, że człowiek jest na dnie czarnego oceanu rozpaczy i jak się nie dźwignie, to po prostu przestaje oddychać, czarna woda wlewa się do płuc i zamyka światło komórek życia – no więc po tej podwodnej podróży…

Nie. Jeszcze nie skończyłam. 

Czarny ocean rozpaczy nie leży na powierzchni Ziemi. On jest umiejscowiony w zaskakującym miejscu, w takim, którego nie widać. Pod Ziemią. W lochach Ziemi. W kanale piekła. 

No więc, znalazłszy się w kanale piekła, miałam do wyboru dwie możliwości:

  1. Albo się zabić.
  2. Albo wszystko zmienić.

To pierwsze łatwiejsze. Jest gwarancja, że ciotka Jadźka nie potępi. Będzie na cmentarz chodzić. Ponadto nikt się nie nadyma, nie obrazi. Nikt nie powie, że ci odbiło. Samobójstwo jest spoko. Da się wybaczyć. No cóż. Wiecie. Chorowała. Coś tam ją przerosło. Zawsze była wrażliwa. Co za tragedia. Ach. 

Są korzyści. Człowiek staje się ikoną niepokorności, jakimś tam rodzajem legendy rodzinnej. Wszyscy byli normalni, tylko jedna fiu-bździu. Czasem nawet fajna była. No ale odleciała w kosmos. Jaka szkoda.  

Rozważałam. I pewnie stwierdziłabym: „czemu nie?”, gdyby nie to, że jestem kobietą, a z kobietami bywa, że mają dzieci. No i te dzieci są dla nich najważniejsze, ważniejsze niż one same. Zatem, gdy w szpitalu psychiatrycznym dowiedziałam się o statystykach pokazujących zależność liczby samobójstw dzieci po samobójstwach rodziców – trochę mi zapał opadł. Nie trzeba być Einsteinem, żeby połączyć kropki. Perspektywa chłodzi zmysły. 

No więc rozwiązanie drugie. Od razu mówię: level hard. Zasada jest taka, że nie ma lekko. Po pierwsze dojmująca samotność. Bo umierać: bardzo proszę, ale żyć, w dodatku żyć po swojemu?! Hola, hola. 

Pasterze z pola. 

To se sama radź, MOJA DROGA.

Podobno jest taki gatunek węża, którego ukąszenie powoduje stan permanentnego dwutygodniowego lęku przed nadchodzącym kataklizmem. Ludzie nie wytrzymują tych dwóch tygodni, skaczą z okien. Byłam pokąsana tak, że na ciele nie ostało się jedno miejsce. Ze wszystkich sposobów wyrażania emocji jest ogólne przyzwolenie tylko na zdławione słówko: „kurwa”. 

Ale też nie bardzo, w końcu nie jesteś facetem! 

Może kiedyś o tym napiszę. Tymczasem jestem w procesie wygrzebywania się z kanału. Człowiek cały w mazi, ledwo dycha, ale żyje. I wyłazi. Dzieci, co ocaliły od samobójstwa, okazują się być aniołami. To ICH ISTNIENIE wyciąga na światło.

Tej depresji jest jedna zasadnicza cecha. Strach przed ludźmi. Paniczna chęć ucieczki w miejsca, gdzie stopa ludzka nie odcisnęła śladu. Nawet jeśli jest to jeszcze głębszy kanał. Byle nikogo nie było. Byle cicho. 

Każda „kurwa” usłyszana przypadkiem na ulicy boli jak dźgnięcie sztyletem. 

Tymczasem, jak wiecie, wyglądam z lochów. Wyłażę na powierzchnię. Na powierzchni jest owszem słońce, jest powietrze, jest wolność, jest wszystko to, czego nie było. Rozglądam się, las. Całkiem ładny las. Coś mi świta, może to Oliwa w Gdańsku? Jak ciepło, jak przyjemnie! Słychać śpiew ptaków, w oddali fiksa akrobacje kruk. 

Już, już zamierzam dźwignąć swoje umordowane ciało na płożący wokół mech, gdy nagle słyszę głosy. 

Trzech mężczyzn młodych idzie przez las. Chowam się przezornie. Słucham. 

  • Ej, ale zajebiście, Klara zerwała z Adrianem. 
  • Kurwa, dobrze. 
  • Przecież to, kurwa, debil.
  • Ona fajna dziewczyna. 
  • A ten się na skuterze rozjebał po pijaku. 
  • Kurwa, szkoda mi jej było dla niego. 
  • No, kurwa, dobrze się stało. 

nemezis.me

Śmierć drzewa

Żeby to opisać, muszę zapomnieć o wszelkich narzędziach artystycznego wyrazu, o emocjach i uczuciach też. Kiedyś studiowałam dziennikarstwo. Zajęcie dla rozplotkowanych psychopatów.
Może to się przyda?
A więc:

W piątek, trzynastego września dwa tysiące dziewiętnastego roku, między wsią Świętosław a miejscowością Szwecja (woj. zachodniopomorskie) – został nagle wstrzymany ruch samochodowy. Na drogę wyjechał wysoki pojazd z ogromnymi metalowymi łopatami. Ustawił się wzdłuż linii przydrożnych brzóz i sosen. Mężczyzna wstrzymujący ruch miał minę tępą. Drugi, obsługujący pojazd – w ogóle nie istniał. W kabinie siedział pozbawiony myśli i uczuć kształt, który nawigował maszyną. Człowiek-zombie.

Łopaty dźwignęły się z dotychczasowego znieruchomienia. Uniosły się na wysokość pni, po czym wbiły się z całą mocą w miękką glebę otulającą pierwsze, najbliższe drzewo. To była brzoza.
Brzoza drgnęła z przerażenia, po czym zachwiała się wytrącona z równowagi nagłym podważeniem korzenia. Łopaty zacisnęły się. Silnym i beznamiętnym trzaskiem cięły korzenie boczne. Wreszcie z wnętrzności ziemi wyrwały drzewo. Pozostała po nim wyszarpana dziura, jak po wyrwaniu serca. Brzoza chwiała się jeszcze w uścisku łopat, po czym została odrzucona na bok i poćwiartowana.

Łopaty zajęły się następnym drzewem.

W pierwszym zatrzymanym pojeździe siedziała siostra ze starszym bratem. Siostra powiedziała, że nie może na to patrzeć. Brat poradził, by zamknęła oczy. Posłuchała.
Zza zamkniętych powiek dochodził do niej już tylko beznamiętny szczęk maszyny wyrywającej z ziemi kolejne serca. Przepraszam, drzewa.
I strach. Wielki, drżący, milczący strach.

– Czemu oni to robią? – spytała cicho.
– Pewnie mają zamówienie. Z firmy szwedzkiej, która robi meble. Wycinają nasze lasy, bo przecież nie będą wycinać swoich. Tacy głupi nie są.
– Długo to będzie trwało…?

Brat nie wiedział. Albo po prostu nie powiedział, żeby jej nie ranić. Bo to trwało wieczność.

Nagle wiatr machnął samochodem, machnęło też dźwigiem z łopatami. Pierwsze auto – to z siostrą i bratem ruszyło. Dziewczyna otworzyła oczy. Zobaczyła stos poćwiartowanych pni. I te dziury w ziemi.
Narzędzie zbrodni stało obojętnie na uboczu, czekało na kolejne egzekucje.

Nagle dotarło do niej, że los brzozy dosięgnie i te drzewa, w których mieszkają kruki. Piękne, wielkie ptaki, które zadziwiają ludzki gatunek swoją magiczną inteligencją. Właśnie przed chwilą tańczyły nad koronami swoich domów. Młode wykonywały akrobacje w powietrzu, popisując się przed rodzicami. Co się z nimi stanie? Czy człowiek-zombie zastanawia się, ile w wyrywanym drzewie jest gniazd?

Zerwał się wicher. I deszcz.
– Niebo płacze – powiedział starszy brat.
I faktycznie płakało.

Ulewa wzmagała się z każdą chwilą. Pojazd ledwo trzymał się drogi, tak wiało. Gdy znów szarpnęło, brat zaklął zaniepokojony. Ale niewzruszona siostra, w której oczach płonęła teraz tylko wściekłość, nie odrywając wzroku od osi rozpętanego przez siebie huraganu, odparła tylko:
– Dasz radę.

—————————————————-

Wszystkie cywilizacje upadały kolejno na skutek suszy. Susze pojawiają się, gdy zostaną wycięte (wyrwane) drzewa. Drzewa dbają o cyrkulację wody między ziemią a powietrzem. Gdy nie ma drzew, wysycha gleba, a na niebie nie mają z czego zbierać się chmury. Deszcze ustają, ziemia pęka. Powoli umierają kolejne gatunki, aż wreszcie głód i nędza dopada samego człowieka. Który nade wszystko chciał mieć nowe meble z Ikei.

nemezis.me

kruk1.jpeg
Nagle dotarło do niej, że śmierć dosięgnie i te drzewa, w których mieszkają kruki…

Dokumenty proszę

Ten świat mnie rozwala. Wyszłam na rower, jadę do parku, na ławeczce siedzą dzieci. Taki klimat jak z piosenki Elektrycznych Gitar. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły. Usiadły na ławeczce i krzyczą słowa, których je rodzice nauczyli. I nagle podchodzi do nich facet i jednemu z dzieciaków, temu najgrubszemu (stary motyw, gruby ma przesrane) wymierza potężny cios w plecy. 

Gruby akurat nic nie mówił. Ale dostał. Od obcego mężczyzny, który tylko taką formę rozmowy uznaje. Mówię, uspokój się pan, bo na policję zadzwonię. A ten do mnie z ryjem, że co ja chuliganów bronię. Pan jest elegancki, ma lakierowane butki i wyprasowaną koszulę. Zatem chuliganem, mimo agresji – nie jest. To dzwonię. 

  • Komisariat jakiś tam (Wrzeszcz? Biała? Z lokalizacji mogę przypuszczać, bo na pewno nie ze słuchawki. Ani stopnia, ani nazwiska, nic.)
  • Mężczyzna zaatakował dziecko w parku. Tu i tu. 
  • Jaka ulica?
  • Hallera.
  • Numer. 
  • To park jest. 
  • Proszę podać numer. 
  • Na mapie sobie sprawdźcie, ja tu numerów nie widzę. 
  • Proszę podać numer, Hallera jest długa.

Wytężam wzrok, odczytuje numer z jakiegoś bloku nieopodal. A oni pytają tym razem o park. Jaka jest NAZWA PARKU?!

  • Ile jest parków przy tym numerze?? – wkurzona już jestem. Tymczasem kolejne pytanie pada. O moje nazwisko. Facet w lakierkach spieprza. Podaję swoje dane. Funkcjonariusz zapisuje leniwie, po czym znów pyta o numer. 
  • Ten facet ucieka, pospieszcie się. 
  • Pani nie mówi, co mamy robić. 
  • Dlaczego?
  • Co: dlaczego?

Facet uciekł. 

Dzieciaki go gonią, policja się zjawia po pół godzinie. Ja stoję jako świadek, opowiadam jak było, tymczasem policjant wygrzebuje się z szoferki i mówi do mnie ospale: 

– Dokumenty proszę. 

Komisariat policji na Białej we Wrzeszczu. Duży samochód mieli. Drogi. Na kodżakach jechali przez park. Gówno zrobili. 

Dla zobrazowania moich emocji wobec policji w Polsce zamieszczam zdjęcie „Izby dziecka” na Strzyży. Takie oto Auschwitz czeka dziecko, które do niej trafi. 

GGPOlq6ERyqWj9JX58qMPg_thumb_3f6
fot. Ewelement. 

Guovssahas

Od kiedy pamiętam, od pierwszych chwil mojej świadomości na tej ziemi, co nie ukrywam, z miejsca przyprawiło mnie o przerażenie – wszyscy wokół byli dziećmi. 

I mama. I tata. I panie w przedszkolu. I panie w szkole. Babcia najmniej. Ale dziadek za dwoje. 

Wszyscy. 

Wszyscy. 

Każdego dnia doświadczałam tego faktu z coraz większym poczuciem niemocy i beznadziei. Przepaść czarnej rozpaczy jęła wypełniać moje serce. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Przecież skoro są dziećmi, trzeba się nimi opiekować! Trzeba się nimi zająć, wyręczyć, poprowadzić! Trzeba im pieluchy zmieniać, prasować skarpetki! Trzeba ich lulać i tulić, nawet jak są okrutni. Mówią, że dzieci są okrutne. Wiedzą, co mówią.

Wszyscy. 

Wszyscy.

Koledzy w szkole, koleżanki z klasy. Pani dyrektor. Facet z radia, facetka z telewizji. 

Wszyscy. 

Jestem zorzą polarną. Rozpędzonym wiatrem słonecznym rwącym ku błękitowi atmosfery, by na nim grać. Struna po strunie rozpiętej na wielowymiarowych gryfach, na nieskończonej przestrzeni klawiatur. Gram melodię, wybijam rytm. Mój głos niesie się po szmaragdowym niżu biegunowym wprost od rozpaloności Słońca. Moja temperatura to zmiana. Nigdy nie zbadana niewiadoma emocji. 

Wczoraj rzucałam krzesłem, dziś zanurzam się w wannie. Zamykam dłońmi przestrzeń niewidzialną, gdzie ukryta jest moja dusza. W niej rozgrywają się kompozycje geniuszu świadomości o milionie imion. Sylwia. Noemi. Guovssahas. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Nie ma już płci. Nie ma już ego. Nie ma już małej opiekunki dzieci świata. Jest tylko wodorowa reakcja łańcuchowa. Zieleń. Błękit. Czerwień. Biel. 

Wolność. 

Zadzieram głowę i z otwartymi ustami patrzę w Niebo. Pomruk burzy przeszywa moje ciało. 

Gdy się urodziłam wszyscy byli dziećmi.

Nadal są. 

Niech sobie będą. 

nemezis.me

fullsizeoutput_ad
Gdy się urodziłam, wszyscy byli dziećmi…

Stowarzyszenie Pięknych Kobiet – warsztaty

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat

Obudził mnie własny śmiech. Mam zdarte gardło. Poważnie. Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło. Słyszałam kiedyś, że można płakać przez sen, ale żeby się tak śmiać? Do zdarcia? Do wybudzenia?

A jednak.

Mam gruby jak cegła słownik symboli Kopalińskiego. Znalazłam go kiedyś na ławeczce we Fromborku. Nie pytajcie, czemu akurat tam. Spadł z kosmosu niechybnie. Kopernik mi zrzuciła. A ja rzeczy z kosmosu szanuję. I używam słownika nader często. Zaraz po przebudzeniu sprawdzam. Księżyc. Wilk. Kot. Rzeka. Zaćmienie słońca. Rubin. Wszystko coś znaczy, zwłaszcza we śnie. Znaczenia moich snów są zwykle negatywne. Kłopoty, zmartwienia, choroba. Bieda. Nędza. Śmierć. 

Gdy to czytam, zwykle parskam śmiechem, bo wszystko przez Kopalińskiego wymienione dawno już jest za mną. Co mnie finansowe tarapaty? Co mnie tam choroba? Co mnie śmierć? To już było. Drugi raz nie umrę przecież.

Ale Radości w słowniku nie ma. Takie rzeczy się nie zdarzają. Śmiech nie może być symbolem niczego z tej prostej przyczyny, że w tej szerokości geograficznej nie występuje. Jak czegoś nie ma, to nie ma. Tymczasem budzi mnie. Do rozpuku.

Siadam na łóżku z tym zdartym gardłem i przypominam sobie scena po scenie, co mnie tak rozśmieszyło. Latam w Dolnym Wrzeszczu nad Placem Wybickiego. A tam dzieci. Dużo dzieci. W dzieciakach jest pełno radości. Jakaś roztańczona dziewczynka mówi do narzekającej baby: pani do szpitala się uda, a nie. Dupę zawraca.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

Kobieta idzie do pracy i utyskuje. Że ją strzyka i boli, że źle, że się nie chce.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

A ja latam. I w locie umieram ze śmiechu. To takie proste. I takie śmieszne. I takie oczywiste. Ile kobiet dziś przyszło do pracy? Ile z nich narzeka? Ile do szpitala się nie udało?

I dupę zawraca?

Dzieci są takie mądre. Tak prosto wszystko widzą. I tyle w nich radości!

Kiedyś prowadziłam dwumiesięczne warsztaty dla dorosłych. Dwie osoby się obraziły. Kilka nie miało czasu. Rozmyło się, rozjechało.

Kiedyś prowadziłam godzinne warsztaty dla dzieci. Miesiąc później spotkałam w Biedronce dziewczynkę. Podeszła do mnie i powiedziała: –  A ja napisałam tę książkę!

Napisała. I będzie pisać. Zostanie artystką z tą unikatową umiejętnością, której nie ma dziś prawie nikt. Z umiejętnością, która sprawia, że jej książkę czyta się jednym tchem. A nie. Dupę zawraca.

Dla tych, co dupę zawracają są nagrody literackie. Dla tych, co piszą czytelnie: są Czytelnicy. Wybór należy do was.

Złapałam za telefon, napisałam kilka esemesów do matek. I już mam dwie chętne! Tak, tak. Tylko bezrefleksyjni ryzykanci ignorują swoje sny. Ja nie mogę aż tak ryzykować. Mnie się śnią śmierci i tarapaty. Kopaliński dupy nie zawraca. On wie, co pisze.

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat.

Rusza rok szkolny. Dajcie sobie spokój z tymi hałaśliwymi basenami. Nie szukajcie zajęć po omacku. Ja się zajmę waszymi pociechami. Nauczę ich, jak odbić rzeczywistość w twórczości. Jak trudne emocje wyrzucić na kartkę papieru. A potem zagiąć panią od polskiego, która, owszem, może i się uczyła pisać, ale nadal nie umie.

Czas przeszły nigdy nie dokonany.

Już załatwiam salę. Szczegóły podam wkrótce. Tymczasem piszcie do mnie, zgłaszajcie. Biorę każdego dzieciaka. Im mniej umie, tym lepiej. Tabula rasa. Czysta kartka. Napiszemy na niej baśń tysiąca i jednej nocy. E tam, tysiąca. Miliona miliardów.

Nieskończoność możliwości ludzkiego umysłu.

To właśnie wasze dziecko.

———————————————————————–

Organizator – Spółdzielnia Literacka „BaBa” Sylwia Kubryńska, Stowarzyszenie Pięknych Kobiet.

Termin – Od października 2019.

Miejsce – Gdańsk Wrzeszcz albo Sopot.

Cena – Nie wiem, jeszcze szukam wsparcia, zależy ile dzieci, powiem po kaszubsku: nie pokrzywdzę. 

Zgłoszenia: redakcja@baba.com.pl

PS. Jeśli jesteś dorosła, a siedzi w tobie dzieciak – przyjmę.

PS2. Facetów uczyć nie będę, ich ego jest nie do przeskoczenia nawet dla tych, co potrafią latać. No chyba, że to będzie Szaman Mako.

PS3. nemezis.me

IMG_0534
Co mnie śmierć? Drugi raz nie umrę przecież… (fot. Ewelement)

 

 

 

Kobieta niedoskonała

To ja. Właśnie dziś. Śniła mi się szmaragdowa sukienka. Kosztowała 77 zł. A ja pieniędzy plik po stówach w ręku trzymam i nie mogę zapłacić. Sprzedawca pyta, na jakie imię odłożyć. Podaję imię. Nie, nie to. 

Podaję inne. 

Szmaragdowa sukienka jest moja. Wiem to na pewno. Ale nie mogę jej dostać, bo wciąż myślę o tej JESZCZE BARDZIEJ SZMARAGDOWEJ. O tej doskonalszej. O tej, którą szkoda, że ta tutaj nie jest. Znacie to? Wiecie o co mi chodzi? Super kiecka, szkoda, że nie szersza, ale trudno. SCHUDNĘ. Albo: leży idealnie, szkoda że nie TROCHĘ INNY KOLOR. Ale dobra. Niech będzie. 

Tymczasem moja sukienka ze snu mówi: nie. Jak ci nie pasuje: spadaj. I pieniędzmi tu nie szastaj, to nic nie da. Jak się nazywasz? No właśnie. Zastanów się, czy ci się twoje imię podoba. 

Obudziłam się cała głupia. I z tym planem w głowie: jak zrobić, żeby się polepszyć. Dzisiaj będę mądrzejsza. Dzisiaj będę miłosierniejsza. Dzisiaj to już w ogóle, kurde, w boga się zmienię. Boginię. Boguistą. 

Tak, to dziś jest ten dzień, w którym zbawię świat. 

To DZIŚ. Dziś się stanie. 

A tu pada deszcz. Deszczowy dzień na zbawienie świata? Serio? Ktoś widział deszcz w raju? Na tych okładkach publikacji świadków Jehowy, na tych „Strażnicach” i „Przebudźcie się”, widzieliście kiedyś DESZCZ? Ja nie. Ale dobra. Niebadane są fantazje bogów. Może i deszcz. Nie mam czasu zresztą na dywagacje, deszcz nie deszcz, muszę świat zbawiać. W końcu jestem dziś o krok od doskonałości. To już teraz. Stanie się. Za chwilę. 

Szmaragd to taki kolor różny. Jasny szmaragd jest bodaj najdoskonalszy. Sukienka z mojego snu nie była jasna. I w jakieś esy floresy, z zieleni w błękit, dynamicznie, bez stałości. Cała jakby ruchoma, zmieniająca się bez przerwy, niby aura. Nie było w niej nic z tej stałości kamienia szlachetnego, z tej marmurowej niezłomności, jaką jest drogocenna skała. A jednak miała ten kolor. To imię. Szmaragd. 

Zawsze chciałam mieć imię z kamienia. Bo czyż nie kamień nosimy od narodzin u swojej szyi, na zawsze, do śmierci? Wszak to nie jest nasz pomysł, żeby się tak nazywać. Ktoś nam to imię nadaje i potem się męcz. Że ci się nie podoba. Że masz inny pomysł. Że nie jesteś wcale Ania, ale Ewa właściwie. Albo Jasmin. Albo, jeszcze lepiej: NIKOL. 

A ja mam imion tysiąc! I wszystkie ulotne jak dym. Dziś Sylwia, jutro Noemi. A pojutrze nie wiem jeszcze. Moje imiona to sukienki, których mam w szafie tak dużo, że wkrótce z pewnością szafa wybuchnie i wyrwie południową ścianę kamienicy, w której mieszkam. Stanie się to w samym środku najbardziej niewłaściwego dla wybuchów szaf czasie i rozpocznie lawinowy cykl wybuchów wszystkiego na całym świecie, co efektem domina wywoła koniec świata. 

Tak. 

Tak właśnie myślą mężczyźni, gdy drżącym głosem pytają: ile masz tych sukienek?

Sukienki kobiet najpierw ich zachwycają, a potem, gdy ośmielone zachwytem kobiety rozkręcają swoje możliwości – zaczynają przerażać. Aż wreszcie i ostatecznie powodują koniec świata. 

A ja tymczasem jestem zajęta kupowaniem kolejnej kiecki za 77 i koniec świata byłby za chwilę nastąpił, gdyby ten subiekt nie odmówił transakcji. 

 Mam jeszcze kartę – mówię, ale facet jest nieugięty. Nie, to nie facet. Facet chce ją sprzedać. To ona. 

To MOJA ciemno-szmaragdowa, niestała, niedoskonała, zanieczyszczona błękitem sukienka. To ona odmawia. I będzie w tym uporze, dopóki jej nie zaakceptuję. 

Boże, jak ja dziś wyglądam! Dałabym zdjęcie, ale mi się nie chce. Liczę na waszą wyobraźnię. Siedzę jak zombi, patrzę tępo na deszcz, włos w nieładzie, oczy w słup. Nawet ten tekst mi nie idzie. A ja zbawiać świat się wybieram. Ha, ha, ha. 

Nic mi się nie chce. 

Zadzwoniłam do Ewelement, ale jej się z kolei gadać nie chce. To w zestawieniu z moim „nic” nieźle się spięło. Przeprowadziłam więc żywy monolog o doskonałości liczby 7, której druga siódemka w doskonałości przecież tylko przeszkadza, a ona na to odpowiedziała:

– Kot mi wlazł do talerza. 

Siąpi tak, że nie wiem, czy w ogóle gdzieś wyjdę. Ale kupiłam sobie niedawno parasolkę w groszki. I jest nowa dostawa w lumpie…

Idę. Kupię sobie sukienkę. W końcu jak długo ten świat może istnieć?

 

PS. nemezis.me