List pożegnalny

To mój ostatni tekst. Długo myślałam, jak go napisać. Przyznam, że zarwałam niejedną noc układając go w duchu. A teraz, gdy do niego usiadłam, mam kompletną pustkę w głowie. Nie pamiętam tamtych fraz, a przecież takie były akuratne.
Nie wiem, co się mówi, gdy się odchodzi. Może najlepiej: nic?

Jednak coś mi każe się pożegnać, wyjaśnić, dlaczego. No więc wyjaśniam.
Nie mam już siły.
Już nie mogę.

Kilka miesięcy temu zapragnęłam dowiedzieć się prawdy. Zaczęło się niewinnie – powołując się na obowiązujące w Polsce prawo, wysłałam grzeczne pytanie do najpopularniejszej sieci sprzedaży książek (celowo nie wymieniam nazwy) z prośbą o udzielenie mi informacji, ile sprzedało się moich powieści. Bo wiem, że dużo. Czytelniczki i Czytelnicy mówią, że zmieniłam ich życie. Sprzedawcy tych księgarni opowiadają, że moje książki idą jak ciepłe bułeczki. Tymczasem moje wynagrodzenie oscyluje na granicy nędzy.

Odpowiedzi nie dostaję. W księgarniach są wszystkie moje tytuły, w ciągłej sprzedaży. Wydawane pod znakiem wydawnictwa, z którym… nie mam żadnej umowy wydawniczej. Na moje pisma i pytania wydawca nie reaguje. Zawiadamiam prokuraturę. Nic się nie zmienia. W międzyczasie Wysokie Obcasy wyrzucają mnie z pracy. Bez wyjaśnienia, bez podania przyczyny. Właściwie nie mam za co żyć. Ale przecież się nie poddaję.

Zakładam własne wydawnictwo BaBa. Wydaję książki, nie tylko swoje. Dwoję się i troję, nie śpię, wypruwam żyły, żeby je wypromować. Ale kiedy ktoś wpisuje moje nazwisko w wyszukiwarkę, wyskakuje mu wiadoma sieć. Media, które tak chętnie do tej pory robiły ze mną wywiady, teraz nagle milczą. Mogę policzyć na palcach jednej ręki, którzy dziennikarze mają odwagę ze mną rozmawiać. Jeszcze mniej decyduje się na publikacje moich słów.

Zaczynam znikać. Nie mogę się przebić przez system, który ktoś kiedyś stworzył, bo bardzo mu się to opłacało. System, który wypłaca autorom niecałe dwa złote od książki. Albo i nie.

Zostaję sama. Pukam do różnych drzwi – bez skutku. Jedyna instytucja, która okazuje mi pomoc to śp. Paweł Adamowicz, Prezydent Gdańska. Reszta się przygląda. Ludzie lubią się przyglądać. Patrzeć, jak niewielka kobieta walczy na arenie z trzygłowym smokiem. Ciekawe, czy da radę?

Otóż nie dałam. Smok mnie zeżarł. Odchodzę. I jedyne, co jeszcze mogę zrobić, to ocalić moje „dzieci”, zwrócić im należny szacunek. Zmieniam więc tytuły i okładki (tu pragnę podziękować najbliższej Rodzinie za wsparcie) i wydaję wszystkie moje powieści ponownie. Książki są wystawione w przedsprzedaży, będą drukowane według zamówień. Obsługą zajmą się moi Najbliżsi. A ja tymczasem żegnam ten dziwny świat. Zostawiam Wam moje powieści. Może pamięć o nich przetrwa dłużej niż ja…

Sylwia Kubryńska

Sylwia Kubryńska
fot. Ewelina Lubecka/GryfEL

Krucjata Nemezis

Wszystko jest tak, jak przypuszczałam. Widzę przez okno. Na łóżku siedzi Mała Dziewczynka i choć nigdy wcześniej jej nie widziałam – faktycznie ma blond loki, buzię spuchniętą i czerwoną od łez. A on nad nią pochylony. A ja walę w drzwi… 

Jadę autobusem. W autobusie pełno ludzi. Siedzę na końcu przy oknie. Miejsca na końcu są najlepsze. Tam jest kanapa i tam się siedzi komfortowo, zwłaszcza, gdy w planie daleka podróż. Ja zwykle siadam na końcu, by się nie martwić, że ktoś się dosiądzie i zacznie gadać. Znacie to? Nagle do autobusu wchodzi lekko zawiany osobnik i, rzecz jasna, siada obok was? I gada? W moim przypadku to niemożliwe. Owszem, na kanapie z tyłu zawsze może ktoś usiąść, ale nawet, ciąg rozmówców na mnie się nie kończy. Wystarczy odwrócić głowę, niech gada z kimś innym. Na najbliższym przystanku przezornie patrzę więc w okno i co widzę?

Z autobusu wychodzi kobieta. Ma bordową sukienkę. Podchodzi do pobliskiego kiosku, staje przy nim. Patrzę na nią, ale jest jakaś taka… nieuchwytna. Zmrużam oczy, skupiam wzrok, ale widzę coraz mniej. Ona znika! Rozpływa się w powietrzu. Co ciekawe, bordowa sukienka zostaje. Nie mogę w to uwierzyć. Wyciągam telefon, żeby zrobić zdjęcie choć pustej sukience. Ale telefon mnie nie słucha. Wciąż pokazuje ostatnio zrobione zdjęcie, aparat uparcie nie działa.

Jakaś obca dziewczynka, która nie wiadomo skąd się wzięła, pogania mnie: dalej, dalej! Ale ja nie umiem. Nie mogę. Podnoszę wzrok, patrzę na kiosk. Sukienka znikła.

Nie ma już nic.

Autobus jedzie dalej. Dalej, dalej…

Od ponad roku wynajmuję pokój z kuchnią w pewnym domu na wsi. Do tej pory był względny spokój, jednak został zburzony. Któregoś dnia wprowadził się tu pewien „Młody Mężczyzna”. Tak go określiła właścicielka mieszkania. Młody Mężczyzna robi regularne imprezy, takie z kategorii, którą można określić: pijackie burdy. Pijackie burdy są coraz głośniejsze, coraz trudniej je znieść, zwłaszcza gdy się leży z gorączką 39,1 stopni i walczy z sepsą. Ja walczę trzeci tydzień i gdy tylko w malignie uda mi się zasnąć, śnią mi się sny niepojęte o znikających kobietach. A trzech minutach budzi mnie gardłowo zduszony okrzyk: KUUUUURWAAAA, JA PIERDOLĘ, POLEJ!!!

I łomot spadających sprzętów, i walnięcie pięścią w ścianę, i zabłąkane w rzucie krzesło lądujące na suficie.

Jestem coraz bledsza. Coraz bardziej śpiąca. Coraz bardziej milcząca. Jednak wstaję z łóżka, idę do kuchni zrobić herbatę i wtedy słyszę TO.

Z kuchni lepiej słuchać. W kuchni są te rury, te połączenia piekielne, które niosą głosy i krzyki, które nie dadzą zasnąć nawet na trzy minuty.

I nie można już uciec od tego krzyku, bo ten krzyk to wcale nie jest krzyk, ale płacz i bynajmniej nie należy do Młodego Mężczyzny, ale do maleńkiego dziecka, do malutkiej, trzyletniej dziewczynki z blond lokami, która siedzi na łóżku i bardzo się boi, bo jej tata jest groźny okrutnie i nie ma do niej cierpliwości, kto by miał po takiej libacji?

W piżamie, w kapciach, z narzuconą tylko kurtką biegnę, biegnę na pomoc, dalej, dalej, bo przecież nie wiem, jaki demon szaleje w ciele Młodego Mężczyzny, który nie ma cierpliwości do Małej Dziewczynki. Demony bywają groźne, a demon dwudniowej libacji jest groźny piekielnie. Dobrze to wiem. Pamiętam. Też kiedyś byłam dziewczynką.

Wszystko jest tak, jak przypuszczałam. Widzę przez okno. Na łóżku siedzi Mała Dziewczynka, i choć nigdy wcześniej jej nie widziałam – faktycznie ma blond loki, buzię spuchniętą i czerwoną od łez. A on nad nią pochylony. A ja walę w drzwi.

Dalej nie mogę pisać, bo ręce mi się trzęsą. Nie mówcie mi o policji. Policja nigdy mi nie pomogła. Nigdy. Teraz też nie. Wiem tylko, że muszę uciekać. Muszę ratować siebie, bo we mnie też jest Mała Dziewczynka. W dodatku chora na sepsę. Spierdalam. Do widzenia. A raczej: żegnam. Znikam, jak kobieta z mojego snu. Ale gdy po roztrzęsionej próbie spakowania rzeczy wsiadam do samochodu, nagle okazuje się, że jakimś niepojętym sposobem mam dziurawy układ chłodniczy i spod auta leje się woda.

Dżizas-kurwa-ja-pierdolę. Z butelką wody do chłodnicy, w gorączce po niewyleczonej sepsie, przez te pieprzone dziury w drodze, aby dalej od Młodego Mężczyzny i jego spragnionego demona agresji, od tych dzieci potrąconych, od tych strzyg kaszubskich – muszę uciekać, muszę ratować siebie, bo mnie, kur…, naprawdę niedługo nie będzie.

Nad drogą przelatuje kruk. Leci w kierunku Gdańska. Leć za mną, zdaje się mówić. Leć za mną, nie zginiesz.

Samochód muszę porzucić. Pieniędzy na naprawę nie mam, właściwie nie mam na nic na razie, bo jak wiecie, wydawca mi zapłacił za moje bestsellery jedno wielkie gówno i jakim cudem się rozeszło. Chodzę więc po Gdańsku i pytam, czy mnie kto przenocuje? Bo nieco wieje, a ja po chorobie i jakby co, to gdzieś są dobrzy ludzie?

Pierwszy był klasztor w Oliwie. Tak, wiem, naoglądałam się filmów w młodości, teraz realizuje własny scenariusz. Jest soczysty. Każda scena jak z bajki. Mała Dziewczynka w różowych trampkach idzie przez wielkie miasto, w ręku trzyma pudełko zapałek. Co chwila ogrzewa zmarznięte dłonie. Na ile wystarczy?

Drugi: Caritas w Sopocie. Trzeci: klasztor we Wrzeszczu. Wreszcie ten ostatni, wyznaczony trasą kruka. Zakon w Gdańsku. Posępny i groźny jak dom z horroru, na wysokim wzniesieniu, w oknach kraty. Ostatni przystanek z kioskiem przy drodze. Przy kiosku staje kobieta i kątem oka zauważa, że ma na sobie bordową sukienkę. Jak to się stało, mój Boże?! Kiedy ją założyłam? Czy to jakieś fatum? Jeszcze moment i zniknę! Mała Dziewczynka jej podpowiada: dalej, dalej. Dalej, naciśnij ten przycisk. Naciska. Wielka, żelazna brama otwiera się. Skulona postać w czarnym habicie wyciąga przed siebie kościstą dłoń.

Chodź.

Prowadzi mnie do piwnic. Rozglądam się po korytarzu, na ścianach krucyfiksy. Czy jesteś wierząca, pyta. Bo ja CHCĘ, żebyś poszła z nami na mszę. Ja CHCĘ. Pójdziesz.

Drżę. Czuję, że drżę. Ale to jeszcze nie jest strach. Nie mam przecież wyjścia. Muszę gdzieś spać. Nie mogę się bać.

Moja cela jest w suterenie, przez okno widać kawałek dziedzińca okolonego klasztornymi murami. Tylko fragment trawy, mury i kraty. A ja jestem przecież Wichrem, jestem wiatrem, który nigdy się nie dał nigdzie zamknąć.

Ciemno. Cicho. Straszno.

Żeby chociaż ptak przeleciał. Ale ptaków już nie ma. Nieba już nie ma. Tylko ten Chrystus umordowany wisi na drzewcu i dogorywa. Ta śmierć trwa dwa tysiące lat. Zimnem moje ciało przeszywa. Szukałam schronienia, trafiłam za kraty. Czy tego chciałeś, kruku?

Ta historia się nie kończy. Ta historia jest ciągłym, nieskończonym rytmem zmian. To ja ją piszę. A co napiszę, się stanie. Mam na imię Nemezis. Co mam napisać teraz?

Z  autobusu wysiadła kobieta w bordowej sukience. Przez chwilę jeszcze był po niej ślad. Przez chwilę jeszcze jest po mnie ślad. Czy ktoś mnie zatrzyma w stop-klatce, zanim zniknę na zawsze…?

IMG_0047
fot. Ewelina Lubecka

Między ustami a brzegiem pucharka

Nazajutrz obudziłam się w czerni najgorszego poranka w życiu, z gorączką piekielną, i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat…

dracula
Hrabia królował w czasach zarazy, do mnie też przyszedł, ale się nie dałam…

Założenie było dobre. Odpocząć. Odpocząć, pójść a rurki z kremem, pozbierać wymordowane po występach ciało w całość. Z wiosny niechybnie nadchodzącej skorzystać. Ze słońca poczerpać konieczną do dalszej walki energię. Bo walka się nie skończyła, choć zasoby owszem.

No więc jadę w Polskę, jadę na ten przedłużony weekend, na poły jeszcze zimowy, ale przecież już ciepły, już pełen nadziei i blasku. Nawet okulary słoneczne założyłam. Nawet płaszczyk lżejszy. Bo przecież nie ma nic bardziej znienawidzonego jak kurtka zimowa na przednówku. Tak jak nie ma nic bardziej upragnionego jak lżejszy ciuch w przedwiośniu.

Ach, jak będzie cudownie! Nazajutrz wstanę, założę te swoje fiu-bździu i polecę do cukierni na pucharek. Znacie te pucharki? Pal licho, jak one smakują, ale jak wyglądają! Najbardziej lubię te ciemnowiśniowe gałki lodów upakowane w triadę, którą wieńczy bita śmietana, gęstą czernią czekolady polana.

Albo sorbetowy menuet o barwie mango, tej głębokiej żółto-pomarańczowej nucie plus, no nie wiem, niech mnie zaskoczą: orzechy? migdały? płatki kokosa? rodzynki?

No i kawa! Albo herbata! Boże mój, jak się cieszę na samą o tym myśl! Choć i tak zwykle moja podróż do krainy słodyczy kończy się szybciej, niż zaczyna, bowiem po przestudiowaniu karty menu i wydaniu z siebie tych wszystkich zachwytów, zamawiam tartę warzywną i cześć.

Tym razem tak nie będzie! Tym razem będę postacią z bajki, panienką z grochami na spódnicy, Pchłą Szachrajką, panną Kiką, Babeczką.

No i tak opisując Państwu swój urlop nieszczęsny dotarłam, nomen omen, do informacji, którą Państwu chciałam przekazać już dawno, ale nie miałam na to siły. Otóż w tak zwanym międzyczasie (szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy) wydałam książkę dziesięcioletniej Tosi Bardowskiej, a książka ma tytuł „Babeczka” i jest doskonałym uzupełnieniem rodzinnym, kiedy starzy czytają Poradnik dla psychopatów, a dzieciak zawraca głowę. Należy mu kupić Babeczkę i spokój.

Wracając do nieszczęsnego urlopu. Dlaczego nieszczęsnego? Bo nazajutrz obudziłam się w czerni najmroczniejszego poranka w życiu, z gorączką 39 stopni, z zapaleniem absolutnie wszystkiego i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat, a imię jej brzmi: SEPSA.

Jak się domyślacie, nie poszłam na żaden pucharek ani tartę, ani nic. Przez tydzień walczyłam o życie, a teraz leżę bez tchu i właściwie nie mam nawet siły zakończyć tego tekstu. Niech więc będzie nieskończony, niech trwa, niech niesie mój słaby głos w przestworza, niech przeistoczy się w melodię, której nuty, zamiast rodzynek w pucharku, zagrają coś weselszego niż marsz żałobny.

Jądro ciemności

Siedzę. W tle reklama maści na hemoroidy. Coś tam do higieny intymnej. Już nawet Rozenek mi się skończyła. Jakaś baba opowiada o zabiegu powiększania ust. I że co na obiad. Pierdolca zaraz dostanę. Wysypki. Palpitacji

Problem stary jak świat, w właściwie – jak ja. Otóż włosy mi posiwiały. Słabo? To ja wam powiem, jak słabo. Zaczęło się kilka lat temu i od razu z plaskacza.

Najpierw usłyszałam, że fajnie by było, gdybym znów stała się ładna. Komunikat mocny. Trudny. Bo to w szatni fitness clubu było.

Zwróćcie uwagę na okoliczności. Bo gdzie jak gdzie, ale dowiedzieć się, że nie jest się JUŻ ładną akurat w szatni fitness clubu i to po morderczym treningu, który, nie oszukujmy się, nie był dla przyjemności, ale żeby właśnie stać się wreszcie, kurde, ładną – jest to cios potężny i kategoryczny.

Weź się po tym pozbieraj. Nie da się.

Dalej. Dalej tylko gorzej. Że co drugi siwy włos. Że daj spokój już z tą naturą. Że o co chodzi. Że zadbaj o siebie.

Wszystkie te protesty odnośnie mojego wyglądu pochodzą od przedstawicielek jedynej płci, która – niczym pani na dyżurce – trzyma rękę na pulsie i sprawdza, czy aby cały świat jest wciąż wystarczająco podobny do reklamy loreala.

Nie dziwię się. Też bym trzymała. Ba! Trzymałam! Myślicie, że nie? Trzymałam i to długo. Dwie godziny, raz w miesiącu obowiązkowo, czasem cześciej. Na łbie maź śmierdząca mocznikiem oraz jakąś inną niepojętą chemią. W tle radio zet. Obok gazety z dziedziny: jak GO usidlić? Albo: Rozenek ma nowego pudla.

A ja siedzę. Siedzę. Na zegarek patrzę. Siedzę. W tle reklama płynów na hemoroidy. Coś tam do higieny intymnej. A ja siedzę. Rozenek mi się skończyła. Siedzę. Jakaś baba opowiada o zabiegu powiększania ust. O doklejaniu paznokci. I że co na obiad. Siedzę.

Pierdolca zaraz dostanę. Wysypki. Palpitacji.

Znajoma opowiadała, że miała uczulenie na klej do rzęs. Zrobiła raz, oczy jej spuchły. Zrobiła drugi raz, spuchła jej cała twarz. Po trzecim zawieźli ją na OIOM. Nie jest wykluczone, że zrobi to po raz czwarty. Kobieca determinacja granic nie zna. To samo z farbami do włosów. A gdybym miała uczulenie?!

Ale nie mam.

No więc siedzę w tym poklejonym „salonie piękności”, w tym zbitym z kartongipsu „studiu wizażu”, bo trzeba pamiętać, że większość salonów piękności i studiów wizażu to przybytki zbite z blachy falistej na szybko, w których wnętrzach wieją szpary, straszą niedoróbki, a toaletach można się zabić o stare mopy.

I nie mówicie mi nic o tych „eleganckich” salonach, bo pozabijam. Bywałam. Efekt, oprócz tego, że dwa razy droższy, ten sam. Ale do efektu jeszcze dojdziemy. Tymczasem tkwię w tych „klinikach urody” i leczę się z własnej brzydoty. Leczenie jest bolesne. Trwa i kosztuje. Kosztuje pieniądze ciężkie, tak ciężkie, że dziw bierze, jak to możliwe, że się na to zgadzam? O co mi w ogóle chodzi?

Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o to samo i ten argument trafia do mnie chyba najcelniej.

Bo nagle (no, może nie tak nagle, to jest jednak proces długotrwały i stopniowy, być może tak długotrwały i stopniowy jak samo siwienie?) dociera do mnie jądro ciemności. Wiecie czym jest jądro ciemności? To ten najgęstszy, najciemniejszy i najtrudniejszy do pojęcia PROBLEM. Meritum.

TO. PYTANIE. NA. KTÓRE. ODPOWIEDŹ. JEST. ABSURDALNA.

Otóż pytanie brzmi: po co? Po co ja tu siedzę z tą mazią na głowie za dwieście wizyta? Po co się męczę z tymi mopami w łazience? Po co słucham tego radia, którego słuchać się nie da? Po co ja to robię? Hę?

Już słyszę wasze odpowiedzi, wyzwolone kobiety! Już to czuję, jak czułam wasze baczne dopierdalanki o moje siwe włosy. DLA SIEBIE. Ha, ha, ha ha, ha, ha.

Aaaaaa. Hahhahahahahahhahaha. DLA SIEBIE.

Dla siebie siedzę tu jak cymbał od dwóch godzin i wdycham mocznik? Dla siebie wydaję dwie stówy, które – żeby zarobić – codziennie rano muszę się zrywać o szóstej i zapieprzać do biura, którego nienawidzę? Dla siebie słucham reklam o lekach na potencję i muzyki, którą powinno się puszczać w sali tortur?

Dla siebie podrażniam skórę do nieznośnego swędzenia, dla siebie mam te wyprane włosy, które – jak już dotarliśmy do efektu, proszę bardzo – są w kolorze jajówy i super, że nie w SREBRNYM? Bo ktoś kiedyś powiedział, że srebrny kolor jest brzydki, a stary człowiek to już w ogóle estetyczna zbrodnia?

Tak więc odpowiedź błędna. Nie dla siebie. To dla kogo? Może – o święta naiwności! – dla mężczyzny?! Ale przecież żaden facet w życiu nie zwrócił uwagi na te moje siwe włosy, żaden nie sarkał, nie kwękał, nie radził, nie sugerował, co więcej: głowę dam, że nawet nie zauważył. Także dla faceta też nie.

Więc czemu?

I jądro ciemności mnie dopadło. Ja to robię DLA KOLEŻANEK. To dla nich siedzę dwie godziny co miesiąc, a czasem częściej, wydaje dwie stówy, znoszę radio zet, potykam się o mopa i wdycham amoniak. Dla moich koleżanek, dla kobiet ze świata idealnego stworzonego przez te gazety z Rozenek, by do nich pasować i ich nie denerwować, że jestem inna. Dla kobiet, tych wyzwolonych, wolnych i niezależnych, co same sobie gotują ten los – żeby nie było im niedobrze, gdy patrzą na srebrny kolor na mojej starzejącej się głowie.

To se na żółto pierdyknę.

FullSizeRender


Tymczasem już w piątek wystąpię taka strasznie stara na spektaklu BaBa z Gdańska i jej Porady dla psychopatów w gdańskim IKM (Gdańsk, Długi Targ, godz. 18.00), na który zapraszam wszystkich, nawet z siwymi włosami.

Dajcie mi tu kilka kotów!

Ciągle ktoś mnie namawia do pasów ściągających fałdy brzuszne, mazi zamazujących piegi, depilatorów wyrywających włosy i wszystkiego tego, co każda kobieta MUSI używać, żeby nie była tak strasznie brzydka

Wczoraj zadałam sobie nieco trudu, by zrobić jakiś porządek z tym, co mi się wyświetla w komórce, gdy wchodzę na portal społecznościowy. I dotarło do mnie, że od dawna tam widzę tylko:

  1. słaniających się z powagi laureatów nagród, albo nominacji do nagród, bo to jest tak strasznie poważna sprawa taka nagroda, ewentualnie nominacja jest tak strasznie poważna, że człowiek natychmiast sam zamienia się w posąg
  2. porady, jak zrobić, by być tak zajebistym jak oni, żeby żyć tak zajebiście jak oni, jeść takie same zajebiste rzeczy co oni, tak samo zajebiście oczami wywracać jak oni, i nikt nie napisze: weź ty się walnij w łeb
  3. TE MYŚLI
  4. twarze koleżanek, ale właściwie nie wiem czyje, bo są tak przerobione w fotoszopie, że wyglądają jakby pochodziły z gabinetu figur woskowych, ewentualnie z wystawy lalek porcelanowych, stara Francja
  5. dzieci, te biedne dzieci, które nawet nie wiedzą, jak są na tym Facebooku używane do zdobywania lajków przez ich starych
  6. pełne wykrzykników newsy o tym, co PiS i co nie PiS, jak strasznie coś tam kogoś oburza, że ktoś coś powiedział, zrobił czy zeżarł
  7. reklamy pasów ściągających fałdy brzuszne, mazi zamazujących piegi, depilatorów wyrywających włosy i wszystkiego tego, co każda kobieta musi używać, żeby nie była taka strasznie brzydka, jak ją natura stworzyła
  8. wysokie obcasy

I żadnych filmików z kotami!

Zdecydowanie coś poszło nie tak, kochani. Coś jest „kurewsko daleko od OK”. Łatwo wam się mądrzyć. To nie wchodź na FB. Muszę. Muszę, kurde, robota tego wymaga. Bo jak inaczej was zawiadomić o BaBie z Gdańska i jej Poradach dla psychopatów? Właśnie. W piątek o 18.00 jest nasze spotkanie na Długim Targu, w gdańskim IKM. Więc ten.

Ale zanim przyjdziecie, mam prośbę. Dajcie kilka kotów na Facebooka. Z dedykacją dla mnie. Oznaczcie mnie. Niech wiem. Niech się cieszę. Niech mi się zmieni. Niedługo będą moje urodziny.

I w ogóle.

Proszę.

 

fullsizeoutput_f1

BaBa z Gdańska. Spektakl z przytupem

Veni vidi vici. Siadłam z ekipą, napisaliśmy projekt i wygraliśmy. Mamy to. 22 lutego w Gdańsku zrobimy taką wiksę, jakiej świat nie widział. Wiksę dla psychopatów

Wszystko jest ze sobą tak splątane, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Chyba od tego, że mi się kiedyś przyśnił sen – gdzieś okolicach Kołobrzeskiej w Gdańsku jakiś dziwny budynek z windą, drzwi, mieszkanie na pierwszym piętrze, tu przedpokój, tam kuchnia, a ja w nim całkiem zadowolona, bo czeka mnie coś fajnego. Macie czasem takie sny? Ja mam ciągle. No więc mija czas, mija pół roku, rok i nagle dzwoni do mnie Monika Ksieniewicz-Mil z Onetu i prosi o wywiad. Oczywiście, nie z powodu tamtego snu, raczej z powodu koszmaru zwanego rzeczywistością, czyli: Empik, wydawcy, walka o BaBę, walka o kobiecość itd. Temat rzeka.

Oczywiście się zgadzam. Jadę do niej, bo ma małe dziecko, w ręku trzymam adres i nagle mi się skleja w głowie ten obraz, ten budynek, ta okolica. Wchodzę na piętro (muszę mówić, które?), wchodzę do mieszkania – wszystko się zgadza. To tu. Jest dobrze, myślę. Powinnam być zadowolona.

Czy będę? Mój syn zawsze odpowiada w takim momencie: to się okaże. Bo w życiu nic nie jest proste, choć jest proste idealnie. Będę. Ale nie tak szybko, kochani. I nie z oczywistego powodu.

Wywiad się ukazał po jakichś dwóch miesiącach z tytułem, który całkowicie zmienił charakter rozmowy. W pierwszej chwili się wściekłam. Potem pomyślałam, trudno. Jest taka filozofia Wschodu, nazywa się aikido. Siła przeciwnika jest twoją siłą. A moje zadowolenie ze snu jest przede mną. Czekam więc dalej. I któregoś dnia dostaje od Moniki wiadomość. Nie marudź, tylko weź dupę w troki, swoją ekipę i działaj. I wysyła mi linka. Do Otwartego IKM, żeby zawalczyć o dofinansowanie na wydarzenie artystyczne.

Veni vidi vici. Siadłam z ekipą, napisaliśmy projekt i wygraliśmy. Mamy to. 22 lutego w Gdańsku zrobimy taką wiksę, jakiej świat nie widział. Wiksę dla psychopatów.

Parę słów o ekipie. Kacper (z dziobem) to mój syn, ten od: „to się okaże”. Aktor po Baduszkowej, człowiek piękny i zdolny, przepełniony Słońcem. Na spektaklu będzie opowiadał o tym, co zrobić gdy dzwoni telefon, co zrobić, gdy nie dzwoni telefon i jak być w dwóch miejscach na raz. Poza sceną nosi Julkę na barana (to ta w koronie), swoją dziewczynę. Julia nazywa się Olędzka i jest gwiazdą estrady. Kiedyś rozbiła bank w programie Mam Talent i do dziś śpiewa w telewizji. Bywa księżniczką w bajkach Disneya. Jesli chodzi o barwę głosu to jest typem Amy Winehouse. Podczas spektaklu będzie śpiewać o tym, jak sobie poradzić bez chłopaka i dlaczego to takie proste.

Cwaniara.

Zofia. Wzrok morderczo zimny. To moja córka. Autorka rysunków Poradnika dla psychopatów. Kobieta niewidzialna. Cudem na zdjęciu uchwycona, chyba tylko dlatego że to ajfon był. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś zdołacie ją zobaczyć. Podejrzewam, że będzie ciężko. Podobno na wydarzenie się wybiera, ale czy ciałem, czy duchem – nie wiadomo. Jedno jest pewne. Będzie w formie swoich genialnych rysunków. Coś jak Banksy. Słabo?

No i ja. Ja wam opowiem, jak napisać książkę w trzy tygodnie i zatańczę afrykański taniec. Powiem więcej. Nie tylko ja go zatańczę. Wszyscy go zatańczymy. Weźcie wygodne buty. Albo na bosaka też można.

Wisienkę na torcie stanowi niejaki Brat Zacieszyciela, który najpierw komentował wszystko co piszę na blogu, straszliwie mnie wkurzał, bo wytykał literówki, a potem po prostu zajął miejsce w moim życiu. I teraz całymi dniami naprawia żarówki. Serio. Przynosi z elektrośmieci jakieś zużyte, wyrzucone, zapomniane świecidła i je naprawia. I potem działają. Tym sposobem mam w chacie prawdziwe iluminacje. Jak chcecie zobaczyć, przyjdźcie. Wrażenia niezapomniane.

Jeszcze raz. IKM na Długim Targu, 22 lutego, to jest piątunio, idealny czas na melanż w nietypowym wykonaniu, kupa śmiechu, wino, kobiety i śpiew, słowem: BaBa z Gdańska. Godzina 18.00.

Z uwagi na ograniczoność miejsc warto się zapisać: redakcja@baba.com.pl

Walentynki dla psychopatów

Z chłopakami wiadomo, jak jest. Dziewczyna zastanawia się, co poszło nie tak z ewolucją gatunku ludzkiego, że z jednej strony wygenerowała człowieka, z drugiej zaś strony wciąż trwa przy małpie?

Przez całe życie mordowałam się z tym „świętem”, wciąż nie wiedząc, co z nim począć. No, może nie całe życie, bo przecież w wieku dziecięcym, czy też we wczesnym nastolęctwie pojęcia nie miałam, że jest na świecie jakaś szajba na temat czternastego lutego. A potem nagle trach, jest temat. I nie wiadomo, co z tematem zrobić. Owszem, wcześniej były jakieś zrywy na Dzień Chłopaka, była też nerwówka z okazji Dnia Kobiet. Wigilia odbijała się czkawką w relacjach, bo jak ktoś kogoś wyjątkowo lubił, to coś tam kupił na prezent, a jak nie kupił, to jednak głupio. Kasy nie było, oczekiwania rosły i jakby tego wszystkiego było mało, z nadejściem pierestrojki wybuchły te Walentynki. I problem.

Najpierw problem, bo trzeba szybko zorganizować jakiegoś chłopaka. Kasa kasą, ale każdy głupi potrafi laurkę zrobić, byle był. Gorzej jak go nie ma.

Z chłopakami wiadomo, jak jest. Z chłopakami, zwłaszcza w okolicach siódmej klasy podstawówki jest mianowicie tak, że dziewczyna zastanawia się, co poszło nie tak z ewolucją gatunku ludzkiego, która z jednej strony wygenerowała człowieka, z drugiej zaś strony wciąż trwa przy małpie? Długo trwa. Dziewczyny już czytają Hemingwaya, podczas gdy chłopaki walczą na patyki krzycząc do siebie: „drzrz-drzrz!!!” Ciężko się zakochać. Ale. Laurkę się chce. Zwłaszcza, gdy Dorota ma ich siedemnaście.

I tak zaczyna się najstraszliwsze zjawisko na świecie, zarzewie każdej katastrofy, mianowicie: KOMPROMIS. A potem, gdy już ludziom się nie chce robić żadnych laurek, gdy ludzie już mają jakąś kasę, dzieje się jeszcze gorzej. Bo z tego utartego kompromisu, z jakiegoś rozpędu kulturowego coś koniecznie TRZEBA, choć w ogóle się nie chce. I znudzeni idziemy do Oszą, kupujemy na odczepnego pluszowe serce z Chin plus Carlo Rossi, żeby nie było tak smutno. Pluszowe serce z Chin, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z Chin, a coś co pochodzi z Chin niewiele ma z miłością wspólnego. Coś, co pochodzi z Chin jest raczej związane z pracą nieletnich za nędzne grosze i ja bym się z takiej „walentynki” cieszyła umiarkowanie. Za Carla Rossi też bym się nie cieszyła, bo to zwykły kwach przebrany za fiu-bdździu.

Tymczasem jest rozwiązanie. I to rozwiązanie jest nie tylko prostym wyjściem z problemu, który nam zafundował we wczesnych latach dziewięćdziesiątych powiew mody z zachodu. Jest to rozwiązanie dużo większego kalibru, bo jest to wyjście zagmatwanej sprawy wywołanej zawartym kiedyś tam, we wczesnym życiu KOMPROMISEM. To rozwiązanie ma na imię książka, a ściśle jest to Poradnik dla psychopatów. Prezent na wszelkie walentynki, jak się patrzy – to raz. ale to dopiero początek radości. Bo Poradnik dla psychopatów to książka, jak sama nazwa wskazuje, dla każdego faceta. I – z tego, co życie poznałam – niejednej kobiety. To zbiór prostych rozwiązań w każdej kłopotliwej sytuacji, zwłaszcza gdy sytuacje ocierają się o relacje tych dwóch skrajnie różnych gatunków: kobiety i mężczyzny.

Spieszyłam się napisać ten Poradnik właśnie na Walentynki. Wiem, jak to „święto” weszło w naszą polską przekorę. Wiem, że nie leży, a raczej tkwi ością w gardle naszej polskiej mentalności. Tu się raczej karierę robi na śmierci, nie na miłości. A Poradnik ze śmiercią tańczy. Poradnik bawi na cmentarzu. Dlatego dajcie sobie spokój z wycieczkami po galeriach handlowych. Powiem wam, co jest teraz w galeriach handlowych. Festyny. Imprezy z wodzirejem, który drze paszczę do mikrofonu. Powiem wam też, co się dzieje w zupełnie innym miejscu. Na przykład: w domu. W domu jest cisza, kocyk, internet. W internecie jest strona internetowa: BaBa.com.pl. Tam się klika i po dwóch dniach przyjeżdża kurierem (nie pocztą, zrezygnowałam właśnie z usług poczty na zawsze, człowiek uczy się całe życie, tego, że należy zrezygnować z poczty na zawsze, również) rozwiązanie wszystkich problemów.

fullsizeoutput_e7