Mam na imię Igor

Wszystkie materiały, w tym ujawniony niedawno film, zostały przekazane do prokuratury – raportował minister Błaszczak. Chwilę później oficjalnie oświadczył, że tego filmu nie widział i nie miał o nim pojęcia

Moim obowiązkiem jest złożenie dziś przed Polakami informacji na temat wydarzeń na Komisariacie Policji Stare Miasto we Wrocławiu.” Tak rozpoczął swoją przemowę minister Mariusz Błaszczak. Przyjrzyjmy się więc nieocenionym informacjom, jakie nas poraziły podczas wczorajszego rządowego wystąpienia w sprawie śmierci Igora Stachowiaka.

Szalenie istotną rzecz minister podał już na drugim wydechu tego bogatego w treść przemówienia. Otóż okazuje się, że rok temu zażądał on NIEZWŁOCZNEGO wyjaśnienia sprawy i wyciągnięcia konsekwencji wobec osób winnych. Doskonale wiemy, jak sprawa prędziutko została wyjaśniona.

Po roku, przez telewizję TVN. 

Dalej dowiadujemy się,  że wszystkie materiały – w tym ujawniony niedawno film – zostały przekazane do prokuratury. Znamienne, że kilka oddechów później minister Błaszczak oficjalnie oświadcza, że tego filmu do niedawna nie widział i nie miał o nim pojęcia. Zatem przekazał do prokuratury materiał, do którego nie zajrzał. To ważne. Jak donosi pewien program satyryczny, a przez niektórych nazywany dokumentalnym, pt. „Ucho Prezesa”, minister jest ogólnie w cholerę zajęty.  Czymś innym.

Co więcej? Same rewelacje. Otóż minister donosi, że rząd PiS świetnie sobie radzi w kwestii bezpieczeństwa. Jasna sprawa. Widać jak na dłoni, jakby się chciało zajrzeć do dowodów. Im dalej w las, tym więcej drzew (do wycięcia), zatem w gęstej od cennych informacji wypowiedzi, dowiadujemy się, że poprzednicy ministra godzili się na iluzoryczne załatwianie spraw, a on się nie godzi. Świetnie. Jesteśmy spokojniejsi.

Ale na czym polega problem? Słyszymy, że emisja filmu z posterunku we Wrocławiu może nadszarpnąć wizerunek Policji, a przecież codziennie tysiące policjantów naraża życie i tylko jednego dnia policjanci podejmują około kilkunastu tysięcy interwencji. Czyli co? Nie należy tego filmu oglądać? Czy puszczać? Czy co? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że  PRAWDA JEST JUŻ BLISKO. Bo przecież „dla policjantów etos służby powinien być najważniejszy”. Tak przynajmniej chciałby minister Błaszczak. Chciałby też, żeby policjant był dla społeczeństwa przykładem. Uff.

Ulgę też przynosi wyznanie ministra, że natychmiast po obejrzeniu filmu w TVN zwolnił policjantów brutalnie katujących paralizatorem Igora Stachowiaka. Stanowisko straciło również paru innych policjantów tuszujących tę sprawę. Wspaniale. Wszystkim nam ulżyło, że w tak wzorowo prowadzonym państwie PiS, osoby w policji stosujące tortury i doprowadzające do śmierci dostają AŻ wypowiedzenie.

Ja kiedyś też dostałam wypowiedzenie, wprawdzie nikogo nie zabiłam, nie użyłam żadnego paralizatora, właściwie to nie wiem, co złego zrobiłam, no ale wiadomo – to były czasy rządów POPRZENIKÓW. Sodoma z Gomorą. Nie to co teraz.

Ale zaraz, zaraz, wysłuchajmy ministra do końca. Czemu ich zwolnił? Dlatego, że znęcali się nad niewinnym człowiekiem? Ależ skąd! Zwolnił ich, bo… nie posłuchali się przełożonych. W PiS-ie to dużo znaczy. Na szczęście jednak – co ma niebagatelne znaczenie dla sprawy – Błaszczak się odgraża, że nie pozwala na takie zachowanie. Od dziś nie pozwala, bo jakoś przez rok, dopóki TVN nie wyemitowało materiału dowodowego – kolebali się w najlepsze na etacie.

W sumie, jak donosi człowiek odpowiedzialny (i to jak!) za bezpieczeństwo obywateli, w kwestii śmierci Igora Stachowiaka chodzi o to, że za czasów PO/PSL było wiele przypadków śmierci na komisariatach. Można je wymienić, jak twierdzi minister. Z tego prawa jednak nie korzysta. Nie wiadomo więc czyje to śmierci, w jakich okolicznościach nastąpiły, ani kiedy. Ale przecież najważniejsze jest to, że kiedyś też ginęli ludzie, więc co się czepiacie?

Jeśli zaś chodzi o meritum, to winni nadużyć w 2008 roku (Igor Stachowiak zginął w 2016 roku) zostaną ukarani. Jakby tego było mało: „Za akcję Widelec też zostaną ukarani!” A już społeczeństwo myślało, że policjantom z Wrocławia (bo chyba w ich temacie było to wystąpienie?) akcja „Widelec” się upiecze. Nie upiecze się.

Jarosław Zieliński, Wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji jest ostry jak brzytwa. Niezwykła to przenikliwość. Wielkie bowiem słowa, co wiele wnoszą, wypowiada. Glównie to, że jest Wiceministrem Spraw Wewnętrznych i Administracji. I póki będzie, to będzie. A przecież strasznie coś doświadczył na tej sali. No cóż, to się nazywa niezłomność. A jeśli chodzi o odpowiedzi na pytania (niezwykle merytoryczne odpowiedzi!) udzieli ich niejaki „pan minister Mariusz Błaszczyk”.

Biorąc pod uwagę laserową czujność, z jaką obaj ministrowie śledzą sprawy zawodowe – znamienne, że dochodzi do żonglowania tożsamością przełożonego. Ja uważam, że to korzystne. Coś jak Batman i Bruce Wayne. Nigdy nie wiadomo, który z nich ogląda materiały dowodowe i lata jak nietoperz po Sejmie, a który nie ma pojęcia co się dzieje i patrzy rozmarzony w kominek.

Ale słuchajmy! Dalej same race! Według raportu wiceministra, ataki na niego nie mają związku ze śmiercią Igora Stachowiaka. Tu chodzi o rzecz dużo ważniejszą, a mianowicie o niemożliwości wybaczenia mu ustawy dezubekizacyjnej!

To zmienia postać rzeczy. Rząd widzi zupełnie inny wymiar tej kwestii. Ludzie nie są zachwyceni śmiercią młodego człowieka na komisariacie policji absolutnie nie dlatego, że śmierć młodego człowieka na komisariacie policji nie jest rzeczą zachwycającą. Nie. Oni po prostu znów chcą się przywalić za to, że rząd tak bezlitośnie czyni dobro.

Można by rzecz, mamy to. Mamy to, ale jeszcze posłuchajmy innych. Uściślijmy dane. Z pomocą bieży poseł PiS Arkadiusz Czartoryski. I wali jak komputer. A to, że rząd PiS różni się od rządów PO tym, że rzetelnie informuje społeczeństwo o tego typu wydarzeniach. Faktycznie. Dlatego czekaliśmy rok, by na antenie znienawidzonej przez rząd telewizji zobaczyć, jak było. Rzecz składa się jak w szwajcarskim zegarku. A jakby tego było mało, poseł dowala, że w kraju jest 130 tysięcy policjantów i nie da się ich upilnować.

No co. Nie da się.

Zbigniew Ziobro, miotacz konkretów, czeka na swój moment. Należy nam się przecież garść liczb, żeby jednak było nieco poważniej. Lecą zatem liczby. I to jakie!

16 tomów akt śledztwa i 5 tomów akt podręcznych!

58 świadków przesłuchanych, w tym niektórych wielokrotnie!

11 opinii biegłych!

Niezliczona ilość postanowień wydawanych co kilkanaście dni przez bity rok!

I nadal nic nie wiadomo.

Jak podkreśla minister, w tej sprawie nie można pozwolić sobie na partactwo. Dlatego nie można od roku stwierdzić, kto jest winny śmierci człowieka rozebranego, skulonego na zimnych kafelkach w łazience i katowanego przez policjantów. No zabijcie się, czarna magia.

Rozmawiajmy o faktach! – grzmi Ziobro. Tak jest. Podczas wystąpienia rządu zostaliśmy zarzuceni faktami i daleko nam do emocji, które, jak twierdzi minister: wytwarzane są w mediach. Nie, z pewnością nie w strukturach mózgu, żadne tam ciało migdałowate, czy inne bzdury. W mediach.  Musimy zaufać tej retoryce, temu rozumowaniu, bo przecież nikt tu nie wierzy w zdolność samodzielnego myślenia. A więc nic nie czujemy.

Nie czujemy ani łez, ani żalu, ani zduszonej wściekłości, ani bezradnej niezgody, ani lęku o własne dzieci w tej Polsce. Nic nie czujemy, gdy widzimy skulonego nagiego chłopca, który mówi łamiącym się głosem:

– Błagam… Mam na imię Igor…

Miesięcznica 85. Apel do siostry bliźniaczki

Im większy jazgot, im głębsze ekshumacje, im bardziej wyposażone komisje badawcze, im dłuższe msze i patetyczniejsze mowy – tym głębiej i kategoryczniej pęczniejący odsetek ludzi ma to w dupie. Nie, to nie jest zło. To fakt

Z okazji dwa tysiące pięćset dwudziestej DNICY smoleńskiej oświadczam szalenie oficjalnie, a przepraszam, moja osoba, która ogląda teraz TVN, gdzie przy dźwiękach głęboko religijnych śpiewów sunie marmurowy, niczym potencjalny pomnik na Krakowskim Przedmieściu, tłum – oświadczam, że jeśli gdzieś w świecie jest moja siostra bliźniaczka, jeśli ukrywa swoje istnienie i podstępnie knuje plan kariery politycznej, artystycznej, piłkarskiej, jakiejkurwakolwiek, to ja NIE ZGADZAM SIĘ na to, żeby po mojej śmierci robiła mi podobny cyrk.

Nawet jeśli będą jej się kanarki troić z nudów na starość, nawet jeśli koty nie rozwieją jej ponurej samotności, nawet jeśli ma zaburzenia osobowości.

Po pierwsze – nie chcę ruchomych popiersi. To się nie uda. Pomijając warunki anatomiczne, pomijając koszty i srające na potencjalny pomnik gołębie – ja jednak nie jestem (nawet martwa) w stanie znieść tego rozmiaru zbiorowego siupu. Nie dźwignę takiej beki wokół własnego pogrzebu. Wiem, popiersie to może być jakaś po mnie pamiątka, ale ja zawsze byłam za dobrym rodzajem imprezy na stypie i z popiersi wybieram bezkosztową zadumę nad browarem.

Po drugie – żadnych pokazówek w telewizji, tym bardziej publicznej. Z wymienionego określenia został już jedynie drugi człon, z mocnym akcentem na „człon”, dlatego zupełnie nie mam ochoty na wycieranie kurzu z zastygłych słupków statystyk oglądalności.

Trzecie. Żadnych marszy. Siedemdziesiąt procent mieszkańców tego kraju ma w dupie to, że omarszowywany od siedmiu lat (85 miesięcy) nie żyje. A im większy wokół śmierci jazgot, im głębsze ekshumacje, im bardziej wyposażone komisje badawcze, im dłuższe msze i patetyczniejsze mowy – tym głębiej i kategoryczniej pęczniejący odsetek ludzi ma to w dupie. Nie, to nie jest zło. To fakt.

Czwarte. Żadnego świra od badania przyczyn śmierci. Nawet jeśli ów robi giga przewałki na grubą kasę w zbrojeniach, nawet jeśli w ramach przekupienia milczenia o giga przewałkach wyposaża w apanaże niezbyt rozgarniętego, acz szczwanego misia i wykonuje bezkarne salto mortale w obsadzaniu kadr.

Jeśli choćby zginę z rąk sowieckiego żołnierza (czego zresztą nie jestem ostatnio w stanie wykluczyć, z powodu, nomen omen, wymienionego świra) – zatrudnij do badania zbrodni człowieka zdrowego na umyśle. A przynajmniej biorącego leki.

Nie zniosę opętanych ryżobrodych psychopatów w pobliżu mojej pamięci. Lubię ciszę i prawdę, dlatego wybuchy z parówek oraz trotylowe rewelacje są dokładnie tym, czego absolutnie nie cierpię. Będę cię straszyć do śmierci, a potem urwę ci łeb.

A jeśli mnie jednak nie posłuchasz – każdego czytającego powyższą last will zobowiązuję do wydrukowania tekstu i na jego mocy natychmiastowego aresztowania. Sorry, siostra. Polska jest ważniejsza.

Jedyna osoba na świecie

Natychmiast po wrzuceniu przeze mnie selfie, wyświetlacz mojego telefonu zapadł się w mrok, całość zgasła i zamilkła na wieki. Koniec tego, kurwa. Tak powiedział Bóg

 

Już, już miałam zamykać tego bloga, już się wyrzucałam z Facebooka, już wywaliłam smartphona. Ale jeszcze – pomyślałam – jeszcze o tym napiszę.

Na wakacjach będąc, bo właśnie wróciłam – dostałam wiekuistego olśnienia w sprawie sensu życia. Dotknęłam Absolutu. A raczej Absolut dopadł mnie poprzez ukazanie prawdy o wpatrywaniu się w komórkę przy jednoczesnym braku kontaktu z człowiekiem OBOK.

Uwierzcie, są ludzie, którzy prawdopodobnie nie wiedzą, że jeśli, dajmy na to – przez godzinę nie wyjmą telefonu z torby – NIE przestaną oddychać.

Druga rzecz, że gdzieś tam jest zawsze coś bardziej interesującego. Ktoś wyjeżdża na wyczekiwany, upragniony, wyciułany urlop i z miejsca szuka wifi. Ktoś wytycza trasy zwiedzania w przewodnikach i na mapach, a w drodze nie odrywa się od telefonu.

Bo to potwornie ważne, że ktoś coś pieprznął w Sejmie, że Macierewicz i PiS, że wypadek na siódemce, że coś w robocie, a w dodatku jeszcze Jola. Warto badać pogodę w Polsce i stan wody w Wiśle. Obejrzeć statusy, kto co tam oświadczył, umył auto, czy zjadł płatki – wszystko w czerwonej ramce.

„Tu i teraz” na urlopie jest tylko po to, żeby to spstrykać i wysłać komuś, bo tam ktoś sczeźnie, zanim tego nie zobaczy. „Tu i teraz” na wakacjach nigdy nie jest po to, żeby to przeżyć. Bo gdzieś tam gonią sprawy, tam czekają posty, tam się dzieją apokalipsy.

I tak mnie Pan Bóg natchnął, tak doświadczył, że drugi Jego dotyk był jeszcze surowszy, jeszcze bardziej ostateczny, mianowicie natychmiast po wrzuceniu przeze mnie selfie na FB, wyświetlacz mojego telefonu zapadł się w mrok, przycisk „power” doznał paraliżu, całość zgasła i zamilkła na wieki. Koniec tego, kurwa. Tak powiedział Bóg.

Poszłam do tamtejszego serwisu. Pokręcili głową.

Poszłam do kumpeli faceta. Dłubał, nic nie poradził.

Poszłam wreszcie na piwo.

Bo co? Co niby? Pracownik GSM się dziwił, gdy mu wczoraj zostawiłam truchło bez żalu i powiedziałam: nie spieszy mi się. Nie spieszy mi się, bo Alicja pożyczyła mi starą nokię, która z atrakcji: DZWONI. I to – jak się okazuje – całkowicie wystarczy, żeby żyć.

Ale ja nie o tym. Chcę napisać o czymś innym. Chcę napisać, jakże to się pięknie składa – o rozmowie. Ale nie o rozmowie z kimś, kto patrzy w smartphon i ma cię w dupie. To nie ma sensu. Nigdy nie mów nic do osoby, która patrzy w smartphon. Jeszcze cię opierdoli.

Mów raczej do osoby, która cię słucha. Do jedynej osoby, z którą nie da się rozmawiać przez komórkę. Jest tylko jedna taka osoba na świecie. Ty.

Z początku taka rozmowa jest trudna. Człowiek się jednak nieco wstydzi. Kiedyś, owszem, za dzieciaka się do siebie gadało, ale teraz przecież jesteśmy dorośli, jesteśmy poważni, jesteśmy NORMALNI, dlatego śledzimy z pasją śmieszne koty i zdjęcia potraw koleżanek. Ale żeby gadać do siebie? Ciężko. Ciężko.

Słowa drewniane, nieśmiało wydukane wydają nam się dziwne i niepotrzebne. Głos jakiś obcy, nielubiany, sztuczny. Najlepiej wychodzą bluzgi, najłatwiej za kierownicą. Ale żeby już powiedzieć: – ej, czego tak klniesz? – to już głupio. To znaczy głupio, że się klnie, ale zaraz można to wyjaśnić. Najlepszym wyjaśnieniem tej sytuacji jest krótkie, a mocne zdanie, w którym wypuszczamy całą negatywną emocję: – Bo tak!

I od razu lepiej. Serio.

Gadać trzeba od rana. Można przyjąć, że jesteśmy jedną osobą, można też uznać nas za parę. Są wypadki, gdzie człowiek stanowi całą kompanię i to też jest OK. Ale rano najlepiej się nie rozprzestrzeniać. Zanim się kawy napijesz, zanim się obudzisz, zostań sam. Nie rzucaj się od razu w wir towarzyski, bo się pogubisz.

Ja rano nie przepadam za tłumami, nawet jeśli tłum stanowią moje własne osobowości. Nigdy nie wiadomo, której przyjdzie ochota wrzasnąć, tupać, czy zadać głupie pytanie. Sama sobie zadam najwyżej coś w stylu: – kawa czarna, czy z mlekiem?, – a jest mleko?, – nie mów mi, że nie ma!, – a kto nie kupił?!, – no chyba nie ja!

Im dłużej człowiek ze sobą gada, tym więcej znajduje tematów do rozmów. Super się samemu ze sobą obgaduje kogoś, kto w danej chwili wkurza. Tego rodzaju obsmarowanie jest o tyle świetne, że w żaden sposób nie przecieknie do niepożądanego ucha. Nikt nigdy wam nic nie wytknie, żadnych głupot, błędów, omyłek. Nikt się nie przyczepi, że przesadzacie, nikt nie popuka w czoło. No chyba że wy. Ale wtedy spokojnie możecie się ze sobą pokłócić.

Kłótnia ze sobą to najwspanialsze oczyszczenie atmosfery między tobą a najważniejszą osobą na świecie. Nic tak nie buduje, nic tak nie uczy. Kłócić się można do krwi, do przekleństw i rzucania przedmiotami o ścianę. Możecie się obrażać, możecie się przepraszać. Wszystko dozwolone. A jednak. Jedna rzecz jest zabroniona.

Nie wolno się do siebie NIE odzywać.

Brak kontaktu ze sobą jest potwornym doświadczeniem. Wygląda jak klatka. Ciasna komórka, po której człowiek chodzi skulony nad świecącym przedmiotem i puka w niego palcem bez słowa, bez skutku szukając messengera z własnym imieniem. A wokół ludzie, a wokół ptaki, a wokół drzewa, a wokół kwiaty. I wszystko tak potwornie niewidzialne, niedostępne, niemożliwe…

Martwa bohaterka pana redaktora

Dramatyczne wyznanie Jastrzębowskiego o Superbohaterce wraz z publikacjami słów o skrobaniu i lewaczkach na Twitterze „zaorało” nas do szczętu. Potwornie rozpaczamy, że nic nas z nim nie łączy!

Gdańsk, październik 2016 r.

Kapituła konkursu Superbohaterki Wysokich Obcasów 2016. przyznała nagrodę Natalii Przybysz. Konkretnie za odwagę i przełamanie milczenia o zjawisku aborcji, które dotyczy blisko pięciu milionów (milczących, bo – jak pokazuje przypadek Natalii: napiętnowanych) kobiet w Polsce.

Co ciekawe, nagroda Czytelniczek WO również powędrowała do piosenkarki. Zupełnie innego zdania jest jednak niejaki Sławomir Jastrzębski. Sławomir Jastrzębowski pełen oburzenia po werdykcie grzmi, że NIC go z nami nie łączy. Z nami, czyli – jak mniemam – kobietami, feministkami z Wysokich Obcasów. NIC! Powtarzam: NIC! On powtarza: NIC!

Straszna szkoda.

A myślałam, że łączy. To znaczy, nie myślałam tak wcale, bo do dzisiaj nawet nie wiedziałam, że niejaki Jastrzębowski w ogóle istnieje. Niemniej, o ile ktoś istnieje i należy do gatunku ludzkiego, to ma jakieś wspólne z innymi ludźmi, nawet jeśli jest mężczyzną. Tak myślałam. Błąd. Bo Jastrzębowski nie ma. NIC!

Jego dramatyczne wyznanie na Super Ekspresie wraz z obfitą publikacją szyderstw i obrazy na Twitterze niesie ze sobą pewnego rodzaju rozczarowanie. Jakoby redaktor nie miał innych zajęć, poza wojną z jakimś wrogiem ( z Czerskiej) i „lewaczkami”. Dużo tam słów o skrobaniu i psach. Strasznie nas to „zaorało”. Okrutnie żałujemy, że nic nas z nim nie łączy. Nie wiem, jak się redakcja GW pozbiera po jego wyznaniach. Będzie to potężny cios. Kto, jak kto, ale Jastrzębowski?! Niepowetowana strata.

Każda z nas, każdy z nas (bo w kapitule konkursu Superbohaterka WO zasiadali także mężczyźni, ściśle: Bartosz Hojka, prezes zarządu Agora S.A., Borys Lankosz, reżyser filmowy oraz Jerzy Wójcik, wicenaczelny Gazety Wyborczej) pocieszał się dotąd cechami wspólnymi z panem Sławomirem. Kto prześledził jego karierę i tytuły, w których redaktor pracował – marzył o choćby promilu czegoś wspólnego. No nie wiem, niechby to było cokolwiek.  Wierszówka w Super Expresie! Błagam! Kariera w gazecie, która bezprawnie pokazuje zdjęcie umierającego Wojciech Młynarskiego? Bajka. Jednak nie ma szans.

Inna rzecz, zawsze to facet. Od dawna dopatruje się cech wspólnych kobiety i faceta, ostatnio głównie w temacie (sic!) ciąży. Pan redaktor odkrył, że zupełnie się różni od nas, tak bardzo się różni, że „NIC!, NIC!”. Dlatego decyduje, co kobiety mają robić ze swoimi brzuchami, w wyniku czego ON może przyznać nagrodę lub nie. Owszem, nie ma z nami nic wspólnego, nigdy nie był w ciąży, nigdy nie będzie, zna się doskonale. Alfa i Omega moralności gromi laureatkę za wygodnictwo i lenistwo (?!). Dla niego super bohaterka to ta kobieta, która nie śpi po nocach opiekując się potomstwem, taka, co samotnie wychowuje dwójkę, trójkę, czwórkę dzieci, a przede wszystkim ta, co… BEZ WAHANIA odda życie. O. Taki maleńkie kryterium konkursu pana redaktora. Która chętna?

Prosimy o cierpliwość

A matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

 

Albo to. Czas między wysłaniem książki do redakcji a odpowiedzią na maila. Wyjątkowy trening cierpliwości. Niezwykła przygoda emocjonalna. Skok na bungie z naderwaną liną. Runiesz o skałę, czy przeżyjesz? Roztrzaskasz się na ziemi, czy polecisz w kosmos? Dotkniesz gwiazd, czy będą cię zeskrobywać z chodnika?

Wysłałam. W poniedziałek. Zeszły! Nie żebym się tu chwaliła, bo nie ma czym. Od zeszłego poniedziałku ani słowa. Ani nic. Zero zachwytów, zero omdleń. Żadnych: rewelacja! Żadnych: rewolucja! Moje męki na nic. Albo, co gorsza: na coś. Coś tam. Tak letnio. TAK SOBIE.

Czy ja się godzę na: tak sobie? Czy ja w ogóle chcę to wydać? W życiu. Ja chcę wszystko albo nic. A tu wygląda, że NIC. Wszak, jeśli ktoś by dorwał książkę w poniedziałek, jeśli by go wbiło w fotel, w kanapę, w plastikowe siedzisko w tramwaju, w ławkę, w psa, przecież jakby szarpały nim stronice jedna za drugą, jakby frazy wyciskały łzy i napadały śmiechem, czy ów ktoś czekałby z wyrażeniem emocji do dziś? JUTRA? POJUTRZA?!

Tamten poniedziałek. To było tak dawno! Wieki temu.  Ledwo pamiętam. Zdaje się, że rozmawiałam z Pauliną, napisała o mnie na Facebooku, dostała dwieście lajków. Co tam lajki! Co tam dwieście! Co tam tysiąc! Nie ma takiej nagrody, która by mnie uspokoiła. Matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Została lekarzem, naukowcem. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Ledwo chodzę, ledwo dycham. W łazience wpada mi w ręce miesięcznik „Książki”. Dostaję szału na widok tych wszystkich PISARZY. PISAREK. Pisarek bardziej. Najbardziej nienawidzę tych z NIKE. Pokażcie mi, który pisarz nie nienawidzi sukcesów drugiego?! Która uśmiechająca się na eventach blerwa nie utopiłaby w łyżce wody tej drugiej? Ja topię. Gazetę w wannie. Przynajmniej to.

Mijają dwa dni, jest rozpacz. Jak strasznie spieprzyłam rękopis, że takie milczenie wywołał? Ile można przeczytać w dwa dni? Jak ciekawe, to wszystko! Jak nieciekawe, to nic. Wniosek: NIECIEKAWE. Puszczam marsz żałobny. I  na wszelki wypadek Bauhaus.

Trzy dni, cztery. Zastygam w lodowatym stuporze. Nie podoba się! Nie podoba się! Mało. Nie da się czytać! Przecież przez cztery dni można przeczytać co najmniej dwie książki. Jak dobre to i trzy. A tu jedna stoi w gardle. Moja.

Umrę. Zabiję się. Dzwonię do Wołoskiej. Opowiadam. Mówi, że jestem pierdolnięta. Rozważam i to. Nie kłócę się. W końcu musi kiedyś przyjść odpowiedź! Jutro! Śmierć albo życie!

Nazajutrz nic. Mija tydzień. NIC! Zero odpowiedzi. Wypatrując tłustego druku w skrzynce mailowej, popadam w obsesję. Jeszcze się próbuje podeprzeć kotem. Ten ma marzec. Urwanie ogona. Ucieka, gdy tylko mnie widzi i cudem jakimś, z resztek po dawnej zażyłości, gdy był jeszcze małym kotkiem i lazł co chwila na ręce – teraz rzuca pełne politowania spojrzenie. Sekundę później zapomina o łaskach i prycha ostrzegawczo: radź sobie sama. To sobie radzę. Nie wytrzymuję i piszę alarmową wiadomość:

CO JEST, KURWA?!

– Prosimy o cierpliwość.

Kończy się środa. Jutro czwartek. nie czekam, pierdolę. Już wiem. Wiem to na pewno. Mój życiowy wybór, moja nieśmiertelna zajawka, moja walka z matką: to był błąd. Babcia mawiała: kto nie słucha ojca, matki, ten posłucha psiej kołatki. Trzeba było na medycynę iść. Wynaleźć ten lek na raki. Nic prostszego. I nerwy w spokoju. I ludzkość ocalona.

Gwieździsta Noc a kwestia zmywarki

Przyjechał spec i jego brzuch. Obaj walnęli mi wykład, że są świetnymi specjalistami, pokręcili się niemrawo, po czym zniknęli. Na zawsze

Wraz z wiosną rozpoczęłam szaleństwo zmian. Pierwsza zmiana to podjęcie próby naprawienia zmywarki. Owszem, mówiło się o niej nieraz, nieraz się też powtarzało, że trzeba zadzwonić do speca, ba! nieraz się do speca próbowało zadzwonić, niejeden numer telefonu się na rogu gazety zapisało.

Bywały przypadki, że w końcu się gdzieś nawet dodzwoniło, nawet się umówiło, ale – jak to bywa na Kaszubach, niczego się nie doczekało.

Spec, choć raz się kiedyś tam pojawił, a trzeba zaznaczyć, że pojawił się od razu w drużynie ze swoim paraliżująco władczym brzuchem, a tacy mężczyźni lubią robić wokół siebie szalony rejwach, więc ów walnął wykład, że jest świetnym specjalistą OD DWUDZIESTU LAT, po czym zniknął. Na zawsze. A w domu zapanowała katatoniczna, tradycyjna metoda zmywania w tak zwanym ręku. I trwała. Trwała. Trwała. Pół roku trwała. 

I nagle: trach! Zmiana. Wstaję rano, biorę komputer, wpisuję „naprawa zmywarek”, wyskakuje mi elegancki numer, ja – uwaga! – nie zapisuję go na żadnej gazecie, tylko (szok!) wystukuję od razu w komórce, tam zgłasza się człowiek skromny i przejęty, po czym na drugi dzień zjawia się SAM, bez brzucha i po cichu bierze się do roboty.

Nie mówię, że mam skończony temat! Bo jeszcze nie mam. Wszystko płynie, panta rhei. Ale sami widzicie, rzucam się w wir tej wiecznie płynącej rzeki. I działam, działam. Wyszukuję telefonu do stolarza. A niech tam! Niech strugają dla mnie domek, schody, poręcze, meble! Niech mi moszczą życie, w którym działa zmywarka.

Dalej. Zapisuję się na rosyjski! Intensywny, nie ma to tamto. Rosyjski zbiega się z ukończeniem książki, nad którą kiwałam się od listopada, a teraz dostałam istnej szajby i piszę w trzy tygodnie. Oczywiście, mam w głowie miazgę, tu Putin, tam feminizm, tu wojna, tam aborcja, tu koniugacja, tam protest. Ale lecę! Pruję wiosenne powietrze nieustanną ekstazą! Kominek! Chcę kominek! Co tam! Dzwonię do speca, rób kominek! Jezu, pół roku stuporu, niemożliwości znalezienia gazety, na której jest numer do kogoś, kogokolwiek, a teraz łubu du!

To ja jeszcze sufit pomaluję.

Warsztaty! Poprowadzę warsztaty! Będę uczyć ludzi pisać! Będę z rosyjskiego zasuwać na wykłady, będę z wykładów pędzić do OBI, będę z OBI lecieć do IKEI, do Zieleni, do redakcji, na wieczór autorski, Warszawa, Kraków, Szczecin. 

Nie mam czasu, muszę biec. Muszę schudnąć! Jem tylko zupy! Kopię w ogródku!  Jeżdżę rowerem! Kupuję maskę do nurkowania i piankę! Morze się samo nie opłynie! Ziemia się sama nie okrąży!

Kiedy byłam w sanatorium, koleżanka z grupy PSYCHO namalowała mi obraz. Kopię obrazu Van Gogha, pt. „Gwieździste niebo”. Powiesiłam w pokoju. I gdy na niego patrzę, zastanawiam się, czy inni ludzie też potrzebują maniakalnej fazy, by naprawić zmywarkę?

To państwo jest nasze

Nazywanie spermy „dziećmi nienarodzonymi”.

Lekarze skazujące zgwałconą kobietę na dożywotni koszmar.

Pomysły obcięcia finansowania oddziałów dla noworodków.

Demontaż szkół.

Likwidacja szpitali.

Dyskryminacja kobiet.

Próby wprowadzenia ustawy o całkowitym zakazie aborcji.

Wypowiedzenie konwencji o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Likwidacja opieki okołoporodowej.

Brak finansowania Niebieskiej Linii.

Wycofanie antykoncepcji awaryjnej.

Bezprawie.

To się dzieje tu. W NASZYM kraju. Bo to państwo jest NASZE. Nie, nie jednego człowieka. Nie jednej partii. Nasze.

W piątek o 10.00 będę uczestniczyć w debacie ICH ZAKAZY, NASZE PRAWO zorganizowanej przez Koalicję Mam Prawo. Debata odbędzie się w budynku Sejmu RP.

Nie oddamy Polski.

#topanstwojestnasze

SONY DSC