Poczucie winy, czyli MAMA

Gdyby nie ja, nie miałby skazy, nie płakałby w nocy, nie skarżyłby się na kolkę. Gdyby nie ja, nie byłby narażony na choroby zakaźne, na trzydniówki, jelitówki, zło, nienawiść, wojnę. Gdyby nie ja, nie urodziłby się i nie cierpiał nigdy, gdyby nie, kurwa, JA

Dziecku, które ma skazę białkową i pooraną skórę powinno się prać pieluszki w jakimś odpałowym, nowoczesnym, hipersuperantyalergicznym proszku trzy dychy za paczkę. Skąd mam wziąć trzy dychy? Mało tego. Dziecko, które ma skazę białkową, powinno przyjmować pokarm z soi. Paczka takiego proszku sojowego to piętnastak. Starcza na tydzień. Pierdolę. Ja nawet na karmę dla psa nie mam, będę wydawać pieniądze na pokarm dla dziecka, skoro mam w piersiach? Karmię więc dalej piersią i słucham lamentów pediatry. W podręczniku dla matek doktor Spock pisze, że mleko matki jest najlepsze. To samo mówili na bioinżynierii, ale dziecko to przecież nie zwierzę!

Ciotka Teresa z kolei twierdzi, że powinnam włączyć marchewkę. W trzecim miesiącu koniecznie trzeba dać marchewkę, startą, miksowaną najlepiej z masełkiem albo z żółtkiem, żółtko jest dobre na rozwój mózgu, żebyś wiedziała, Kubuś Pobusińskiej dostawał żółtko, teraz widzisz, dostał się na politechnikę w Gdańsku, projekty samolotów już robi na brudno. Ja ci mogę pożyczyć mikser, mam taki do robienia rolady, kremu do rolady znaczy, chwilowo jestem zajęta wymianą podłogi, więc nie mam kiedy robić rolady, nie mam kiedy robić gołąbków, ale ci zrobię, przyniosę, pamiętam, tymczasem dam ci ten mikser, zmiksujesz marchewkę i dasz dzieciakowi, bo sama widzisz, kochana, non stop głodny, aż się serce kraje.

Aż się serce kraje! Kolejna wrzutka do mojego poczucia winy. Dzięki, ciociu, i tak już jestem najgorszą matką, ledwo dziecko z życiem uszło przed gronkowcem. Ale się staram, Boże, jak ja się staram. Wszystkie matki kupują swoim dzieciom pampersy, mnie na to nie stać, piorę w ręku pieluchy, w ręku i w mydle, dupa odparzona. Podobno chociaż na noc trzeba, na spacer trzeba pampersa mieć, żeby dziecka nie przeziębić, ciułam więc na paczkę, raz użyty suszę na kaloryferze, może nikt nie zauważy? Na opakowaniu pampersów są misie. Podobno jak się zbierze trzydzieści misiów, można wygrać dom. Wygram dom z pewnością! Tylko muszę poczekać, aż mi syn dorośnie i zacznie ze starości walić w gacie, bo chyba dopiero wtedy uda mi się kupić tyle paczek, żeby zebrać tyle misiów.

Może kupię sobie gazetę „Dziecko”? „Mamo, to Ja”? „Matka, Weź Się Ogarnij”?! Może tam napisali jeszcze coś nowego, przełomowego, coś co mnie podniesie na duchu i przekona, że nie jestem aż tak beznadziejna?

A mówili, nie jedz, nie rób, nie bierz, nie noś, nie karm, nie całuj, nie kładź, nie myj, nie ruszaj, nie podnoś, nie wynoś, nie dotykaj, nie chodź, nie leż, nie bujaj, nie śpiewaj, nie śpiewaj! Kurwa, nieposłuszna siksa, nienormalna, dzika, pierdolnięta, za młoda, za głupia na matkę. Dziecko zniszczyła. Nie wychowała, nie utrzymała, nie zadbała, nie ogarnęła. Co trzy godziny się karmi, a nie. W łóżeczku się trzyma, a nie. Plastikowe pozytywki się włącza. A nie.

Beznadziejna! Beznadziejna matka! Głupia! Zła! Morderczyni!

Wyrzuty sumienia. Poczucie winy. Codzienne poczucie bycia złą matką, coraz gorszą, coraz bardziej toksyczną dla własnego dziecka. Gdyby nie ja, nie miałby skazy, nie miałby złamanego obojczyka, nie miałby opuchlizny wokół oka, nie płakałby w nocy, nie skarżyłby się na kolkę. Gdyby nie ja, z pewnością nie zostałby tak niewprawnie wykąpany w wanience, tak okropnie niezdarnie, że nalało mu się wody do noska. Gdyby nie ja, nie byłby narażony na choroby zakaźne, na trzydniówki, jelitówki, zło, nienawiść, wojnę. Gdyby nie ja, nie urodziłby się i nie cierpiał nigdy, gdyby nie, kurwa, JA.

Muszę wyjść. Muszę uciec. On śpi, pewnie jeszcze będzie trochę spał, zostawiam go na kanapie, podsuwam krzesło, żeby nie spadł, i postanawiam zniknąć. Wyciągam swoje dżinsy i patrzę na nie z tęsknotą. Patrzę i wspominam, jak kiedyś, jakieś tysiąc lat temu zakładałam dżinsy i wychodziłam gdzieś. Tak o. Po prostu. WYCHODZIŁAM.

Nie wiem już, jak to jest, kiedy się wychodzi. Kiedy się idzie. Kiedy się czegoś nie dźwiga. Nie wiem, jak to jest, kiedy się wchodzi po schodach swobodnie, podskakując beztrosko na stopniach. Nie wiem, jak to jest, kiedy się po prostu dokądś zmierza i nie myśli, że o tej i o tej coś tam, a potem jeszcze coś tam i to, i tamto, szybko, najszybciej na świecie, bo się nie zdąży. Nie wiem, co to jest wolność i się już nie dowiem. Umarłam, umarło moje JA. Teraz już do końca życia będę matką, będę z tym dzieckiem zrośnięta na zawsze, na zawsze z tym zawiniątkiem na brzuchu, na wypiętym lewym biodrze, na plecach, w głowie.

Muszę wyjść, muszę złapać oddech, bo się uduszę i będę uduszoną matką. Mój Boże, nawet po śmierci już nie będę sobą, tylko matką, komunikat prasowy, nie żyje MATKA, znaleziono zwłoki MATKI, osierociła niemowlę, zostawiła dziecko, MATKA, MATKA, MATKA. Nie ma mojego imienia, nie ma nazwiska, jest tylko ta funkcja, rola mojego życia, stygmat, klatka, sznur. A gdzie tam sznur! Obroża i smycz, zaciskająca się kolczatka na mojej szyi: matka. Spróbuj uciec, spróbuj się oddalić, twój chip się odzywa dotkliwie, jak igła w głowie, czujnik sterowany przez kogoś tam z góry, przez jakiegoś psychopatę boga, który mną steruje, nie – nie mną, moim ciałem, moim umysłem, tylko nie mną, bo mnie już nie ma. Stawiam kroki na trotuarze, czuję się jakby mnie zrzucili z samolotu. Gdzie ja jestem? Jak to się robi? To jest jakiś świat? Nic nie wiem, nie rozumiem, nie pasuję. Rozglądam się po tych ulicach, które niby kiedyś znałam, a teraz są zupełnie inne, obce, puste, mimo że pełne tłumów.

Co ja tu w ogóle robię i – przede wszystkim – JAKIM PRAWEM? Ktoś mi dał może przepustkę na to chodzenie po świecie?! Ktoś pozwolił, wydał kwit może? Co ty tu robisz, zdają się pytać twarze zgorszonych ludzi, czego tu szukasz? Ten świat to nie twoje miejsce, ten świat to miejsce tyidziecka. Nie masz prawa być odrębnym człowiekiem, jesteś zrośnięta z tamtą istotą, jesteś matkodzieckiem, jesteś dwuorganizmem, i tylko jako taki masz prawo się po ulicach szwendać. Myślę, żeby zadzwonić do tego taksówkarza i powiedzieć mu, oto właśnie potrzebuję pomocy, potrzebuję taksówki, żeby na sygnale SPIERDALAĆ. Tymczasem, on powie: a gdzie dziecko, umarło czy co, bez oka też można żyć, proszę nie oszukiwać, bez dziecka nigdzie nie jedziemy, bez dziecka, proszę pani, pani nie istnieje. Przyspieszam tempo, a igła wbija się w miękką tkankę mózgową, boleśnie, kategorycznie:

WRACAJ.

Wracaj, MATKO, do swojej celi, twój czujnik piszczy. Wracaj, to rozkaz najbardziej kategoryczny ze wszystkich. Wracaj, nigdzie nie pójdziesz, ani do koleżanki, ani do fryzjera, ani do kosmetyczki, ani na żaden pieprzony samotny spacer, ani na randkę, ani do lasu, ani nigdzie. Wracaj, piszczy czujnik, on się na pewno już obudził! A ja już faktycznie świruję, nie wracam, tylko biegnę co sił. Kto by pomyślał, całe dwadzieścia minut ucieczki, trochę ponad kwadrans gigantycznej zrywy i oto proszę, jak działa doskonały system psychopaty boga, zapieprzam jak sterowany robocik do swojego więzienia, do nigdy nie ustającej niewoli.

Tylko przekraczam próg budynku i już go słyszę. Wtedy biegnę tak, że przewracam poustawiane na korytarzu sprzęty. Potykam się o jakiś dziecięcy rowerek, o czyjąś suszarkę do bielizny. Nie patrzę, nie myślę, lecę po schodach, a im bliżej jestem, tym silniejsze bombardowanie, tym boleśniejszy napalm poczucia winy na mnie spada. Roztrzęsiona, acz skupiona niczym wiązka lasera, jak to się dzieje u diabła, otwieram zamek u drzwi, wpadam do mieszkania, widzę z daleka te małe rączki wyciągnięte w próżnię po MATCE i czuję siłę wyrzutu z jego strony: dlaczego mnie zostawiłaś, dziwko!?

Sekundę później trzymam go i wyję jak zwierzę, wyję nad własnym kurewstwem, nad moim odczłowieczeniem, nad jego krzywdą. Już nigdy, mówię mu, już nigdy, a on się wtula i wierzy, ufa w stu procentach, że już nigdy…


Premiera „Mamy” w EMPIK Junior, Warszawa, ul. Marszałkowska 116/112, 23 maja, godzina 19.00. Zapraszam.

Jesteś moja, czyli miłość psychopaty

Ojciec zdaje się coś tam na wzór miłości lepić. Ta „miłość” pojawia się w jego sypialni, do której zanosi córkę…

Najdrozsza_750x200Skończyłam pisać książkę o samotnej matce wychowującej syna. I jakby w odpowiedzi na moją „Mamę”, natychmiast wpadł mi w ręce prebook „Moja najdroższa” Gabriela Tallenta – historia o samotnym ojcu wychowującym córkę. Pierwsze skojarzenie: ta sama samotność. Odizolowanie od społeczeństwa, brak pomocy, oczekiwania. I w obu przypadkach: brak miłości. Jak dół niezasypany, ziejąca, żarłoczna dziura pochłaniająca każdy kolejny dzień życia dziecka. Nigdy nie odzyskane dzieciństwo.

Na okładce „Moja najdroższa” wydawca obiecuje opowieść o okrucieństwie wyrządzanym z miłości. Z jakiej, kurwa, miłości? Czy ktoś tu jeszcze wie, co to w ogóle jest? Czy już wszyscy pomylili miłość z żądzą posiadania? Ta książka ma zły tytuł. Nie powinien brzmieć „moja najdroższa”, ale „absolutnie moja”. Ta mojość to największa przeszkoda w byciu rodzicem. To ślepa uliczka, w której człowiek przestaje być człowiekiem, bo nie umie zrozumieć, że nikt, nawet własne dziecko – do niego nie należy.

Ojciec z tej powieści potyka się o samotność każdego dnia, ale z niczego – bo sam nigdy miłości nie dostał – próbuje skleić jakieś dobro, wciąż walczy o choćby skrawek tego uczucia. Wydaje się coś tam na wzór miłości rzeźbić. Ta „miłość” pojawia się więc w jego sypialni, do której zanosi córkę, by zaspokoić swoje potrzeby. Ta „miłość” ma się niby przejawiać w jego – jakże fałszywym – określaniu swojego dziecka mianem „Kruszynko”.

Nie lubię amerykańskiego patosu, przesada napawa mnie podejrzeniem o fałsz. W „Mojej najdroższej” jest wszystko, co potrzebne do wstrząśnięcia czytelnikiem. Gwałt, przemoc, bicie, wyzwiska, tortury. Jakby autor chciał powiedzieć nam do czego zdolny jest mężczyzna skazany na samotność. A ja widzę to inaczej. Bo moja „Mama” przecież jest kobietą, a w niej też wyją czarne wilki. Myślę, że każdy z nas, bez względu na płeć, ma w sobie demona. Demon żywi się pustką, żyje w głębokiej przepaści, wyrwie po braku. Braku miłości. Ten brak to zło.

Taniec

I choć odchowałaś już dzieci, potrafią sobie zrobić kanapkę i umyć zęby przed snem, to jednak wciąż masz jeszcze jedno dziecko. I to dziecko, słysząc, że gdzieś tam zachciewa ci się tańców, wysyczy do słuchawki…

Przyjechała Olka Rybak! Z Anglii. Ta ze studiów moich, nigdy nie dokończonych. I kiedy przyjechała, pojechałyśmy na Stare Miasto, żeby usiąść razem w jakiejś knajpce, wypić małą wódeczkę i zjeść śledzia. Ale śledź wraz z wódeczką urosły do kilku wódeczek i kilku śledzi i nagle Ola podskoczyła na krześle knajpianym i krzyknęła: chodźmy potańczyć!

I zerwała się z entuzjazmem, a ja, owszem, też w pierwszej chwili zerwałam się z entuzjazmem. Ale zaraz, za chwilę, Boże, ile ten entuzjazm trwał, sekundę może? – opadłam z powrotem na krzesło i wyszeptałam z lękiem, że muszę zadzwonić do męża.

– Muszę zadzwonić.

Wcale nie powiedziałam, że do męża, bo przecież każdy wie, gdzie MUSI zadzwonić żona, gdy wpadnie jej do głowy pomysł pójścia na tańce. Wiadomo ogólnie, to jest prawda powszechna i znana, przecież nie musi taka żona zadzwonić na przykład, do przyjaciółki. Do przyjaciele też nie. Do matki w żadnym wypadku. Ani do ojca. Nie musi dzwonić na policję, ani do prezydenta. Do nikogo nie musi dzwonić po nic, absolutnie do nikogo, tylko DO MĘŻA.

I ten telefon nie jest wcale telefonem entuzjastycznym, dzięki któremu żona dzieli się radością, że oto, po wielu miesiącach, a może nawet latach, pójdzie sobie poskakać przy muzyce. Że oto, po wstępnym odchowaniu drobnej dzieciarni, po tysiącu nocy nieprzespanych, po karmieniu piersią, nie mówiąc już o dziewięciomiesięcznym targaniu brzucha, trzech miesiącach porannych nudności, opuchliźnie, bólach krzyża, po tym wszystkim – potańczy sobie.

Że po PORODZIE, po kilku porodach, po tych aktach największego w biologi hardkoru, jego ukochana kobieta, powtarzam: UKOCHANA – na jedną noc zapomni o tym wszystkim, na jedną noc odetnie się od swoich powinności, od roli służebnicy.

Że po ostatniej harówce w pracy, po zamknięciu projektu, nad którym siedziała po godzinach, po tym wszystkim, kobieta, którą – jak on utrzymuje: kocha – właśnie ta kobieta zafunduje sobie taki luksus jak śmiech. Bo najprawdopodobniej przez tę całą noc będzie się śmiała. Będzie jej wesoło.

Tu żadnego entuzjazmu nie ma. Ale też nie ma tam – żeby ktoś nie pomyślał! – czystej intencji zapobiegania troskom. Bo też żadnych trosk tu nie oczekujemy. Mąż, który odbiera telefon od żony z informacją tego formatu, bynajmniej nie dziękuje żonie za wiadomość. Nie jest jej wdzięczny, że pomimo kilku wódeczek na starówce nie zapomniała powiadomić go o swoich planach, aby się nie martwił. O NIE. Proszę nie oczekiwać w tej rozmowie żadnej wdzięczności. Żadnych tam tego typu zjawisk emocjonalnych. Nie dopatrujmy się także zwykłej ludzkiej komunikacji. Że niby razem mieszkamy, to sobie mówimy, gdzie jesteśmy, ot tak, dla bezpieczeństwa, dla jasności, dla spokoju. Bez żadnych kwasów. Pomyłka.

Cały ten proces, cała ta operacja z telefonem, to już od początku, już na wstępie, już w tym momencie, gdy opadam na krzesło i mija bezpowrotnie mój entuzjazm – to JUŻ jest właśnie kwas. To jest kwas, kurwa, solny.

I choćbym nie wiem, jak ćwierkała, choćbym nie wiem, jak tłumaczyła, że najnormalniej w świecie, ja: wolny człowiek, człowiek nie obciążony żadnym wyrokiem, żadnym aresztem, człowiek żyjący w wolnym kraju, bez godziny policyjnej, bez partoli na rogatkach, taki człowiek właśnie chce sobie pójść z Olą potańczyć. Choćbym nie wiem, jak ćwierkała – usłyszę po drugiej stronie drewniany głos absolutnego, kosmicznego wręcz niezadowolenia.

Niezadowolenie jeszcze da mi szansę, wszak niezadowolenie samym swoim istnieniem daje szansę, tym że jest jeszcze TYLKO niezadowoleniem, czymś w rodzaju: opanuj się, przywołuję cię do porządku i tak dalej. Każda żona wie, co oznacza cienka granica niezadowolenia, która bardzo szybko, niezauważalnie wręcz potrafi przejść w stan dużo bardziej kategoryczny, a mianowicie w stan focha.

Stan focha to już nie jest stan niezadowolenia, to już jest poważna rzecz, rzecz utrzymująca się długo i bardzo boleśnie. Stan focha jest karą za twój głupi pomysł z tańcami, za to, że sobie pomyślałaś, że nie masz żadnego wyroku, podczas gdy masz przecież wyrok zajebisty, wyrok nieodwracalny i to nie jest, kochana, żaden wolny kraj, a ty nie jesteś żadnym wolnym człowiekiem, bo ty jesteś ŻONĄ.

Twoje małżeństwo to dyby, to palący w mózgu karny drucik, ten sam, który cię palił lata temu, który kazał ci biec z powrotem do domu, gdy zostawiłaś w nim dziecko. I choć to dziecko już jest duże, już umie sobie zrobić kanapkę i samo myje zęby, to jednak jest tam jeszcze drugie dziecko, dziecko nigdy nie dorośnięte, nigdy nie utulone, nigdy nie nakarmione, nigdy nie zadowolone. Dziecko nieprzejednane, kapryśne, w swej definicji kategoryczne. I to dziecko, słysząc, że zachciewa ci się tańców, że jest ci tam jednak zdecydowanie za wesoło, to dziecko wysyczy ci do słuchawki:

– To może się, kurwa, wyprowadź.

I nie ma już dyskusji, nie ma dalszych negocjacji, bo słuchawka ZOSTAŁA RZUCONA. Nie ma dyskusji, zostawiam zdumioną koleżankę na wyślizganych przez nigdy nie śpiących letnich spacerowiczów kocich łbach starówki, biegnę na przystanek, biegnę do autobusu, który na sygnale zawiezie mnie do domu. Biegnę co sił, jak najprędzej potrafię, mój Boże, czemu nie mam rakiety kosmicznej. Muszę przecież jak najszybciej nadrobić to strasznie zło, które właśnie wyrządziłam, żeby jakimś cudem tamten potworny foch utulić.

I wiem, że jak już będę w domu, to będzie i tak za późno, by ugasić pożar, który sama tak pochopnie, tak bezmyślnie rozpaliłam. Teraz, owszem, potańczę, ale potańczę według innej muzyki, niż tamta w klubie. Bo taniec żony jest tańcem męża, a to on nadaje rytm. 

Wracam autobusem do domu, siedzę przy oknie, żegnając się z niecnym planem potancówki, pełna wyrzutów sumienia, pełna poczucia winy. I jakoś nie widzę tego, nie czuję, nie dochodzi do mnie sens sprawy, meritum konfliktu: a właściwie po co ja wracam? Co ja mam tam takiego do zrobienia? Co jest tak pilnego, że muszę zrezygnować z tańców i być natychmiast w domu? Nie przychodzi mi do głowy wcale odpowiedź na to pytanie, bo pewnie gdyby przyszła, gdyby taka odpowiedź przyszła, to może, kto wie, może jednak bym wcale do tego domu nie wróciła?

Nie wiem jeszcze, że foch, o który rozbił się pomysł na zabawę, że ten foch to zasłona dymna, parawan zasłaniający odpowiedź na pytanie: po co ja właściwie MUSZĘ wrócić?

Wyprzedzam, drodzy państwo, wyprzedzam wasze domysły, wyprzedzam samą siebie i czynię syntezę, potworny skrót drogi rozpiętej między pytaniem a odpowiedzią.

Otóż zapierdalam na autobus i gnam co sił w nogach do domu, rezygnując z towarzystwa koleżanki, którą widzę raz na pięć lat, po to, żeby jak najszybciej się położyć obok – nawet nie męża – ale obok jego ciała.

Zapierdalam po to, żeby LEŻEĆ obok ciała podrygującego podczas snu: hk, hk, hk.


Fragment powieści „Mama”. Książka ukaże się w maju nakładem wydawnictwa Prószyński i spółka

Fajne zwłoki młodego mężczyzny

Billboardy z płodami to już tylko kopia. Echo największego przewału wszech czasów, jakim jest trup na krzyżu, który nie tylko nie straszy, ale ma wywoływać pozytywne emocje. Pozytywne emocje. Zakatowane zwłoki. Aż się chce wrzasnąć, ludzie, do kurwy nędzy, czy wyście oślepli?

Dorosłej osobie trochę nie przystoi robić rzeczy absurdalnych. A jednak to dorosły człowiek robi najbardziej absurdalne rzeczy na świecie i tłumaczy dzieciom, że to jest właściwie. Przykład? Pierwszy przykład jest tak jaskrawy, że aż się boję od niego zaczynać. Boję się wystraszyć ludzkość potęgą absurdu. Zacznę więc miękko. Delikatnie. Po kolei. 

Pamiętam, jak kiedyś przyszła moda na Che Guevarę. Z jakiegoś powodu nagle świat zachodni zachłysnął się legendą Che i jął nosić emblematy, podobizny, a nawet tatuaże z podobizną rewolucjonisty. Na własne uszy słyszałam pełne zachwytu deklaracje mojej przyjaciółki, która zapierając się całe życie przed wykonaniem trwałego rysunku na ciele, oznajmiła wreszcie: chyba, że Che. Korporacje handlujące telefonami komórkowymi zachłysnęły się legendą i reklamowały swoje produkty używając podobizny twórcy kubańskiego komunizmu. Świat oszalał na punkcie płyty jakiegoś zespołu hiszpańsko-języcznego nagrywającego peany na cześć comandante. Jakoś nikomu nie przeszkadzał fakt, że efekt rewolucji ich bohatera jest mizerny, na Kubie panuje nieludzka polityka, ludzie ledwo przędą, polityczni wrogowi są latami bestialsko więzieni, brak wolności słowa i wolności obywatelskiej już dawno przesłonił brak bieżącej wody w kranach. Rozsypujący się kraj trawi reżim, który osławiona legenda opiewana przez oszalały Zachód właśnie wprowadziła.

I nikomu nie przyszło na myśl, że gdyby Hitler miał kumpla, jakiegoś młodego przystojnego, zbuntowanego Niemca, który by uwielbiał chodzić w moro, nosiłby łobuzerski zarost i jakąś odjechaną czapkę ze swastyką, ale pech by go nieco wcześniej zabrał z tego świata, jego gloryfikowanie byłoby równym absurdem, co świr na punkcie Che Guevary na początku dwutysięcznych lat.

W tym samym czasie powstała również moda na trupie czaszki z piszczelami na modłę pirackich symboli. Moda wdarła się nie tylko na półki z odzieżą dla dorosłych. Pirackie symbole opanowały świat dziecięcych ubranek, tych słodkich, różowych czapeczek, kaftaników, skarpetuni. Piraci słynęli z bezwzględnych rozbojów, mordów i gwałtów. I właśnie ich flagi królowały na tych słodkich, maleńkich ubrankach. I to takie super było.

Patrzyłam ze zdumieniem, do czego świat jest zdolny i zastanawiałam się na serio, ile czasu musi upłynąć, żeby H&M zaczął sprzedawać skarpetunie w swastyki. Kiedy to się stanie? Czy tak długo musimy czekać, ile nam się wydaje?

Byłam kiedyś w Berlinie. Po upadku muru, po zrobieniu porządku przez niemiecki kraj, po złagodzeniu pamięci po dawnym terrorze na terenach dawnego NRD. Tak się tam zrobiło miło i fajnie, że w punkcie granicznym zwanym Checkpoint Charlie, który był nie tak dawno strategicznym miejscem życia w lodowcu komunizmu, miejscem przerzutu leków, prasy, informacji, ludzi prześladowanych – tu właśnie nagle powstały kolorowe stragany, na których, uwaga, główną atrakcją były ruskie gwiazdy czerwone, naszywki z sierpem i młotem, podobizny Stalina i różne takie. Szło jak woda.

I nikomu nie przeszkadzało, że tamten reżim niczym się nie różnił od faszyzmu, ba, komunizm miał więcej ofiar, niż faszyzm, co straszniejsze – komunizm nadal zbiera śmiertelne żniwo na świecie. I że przecież nikt nie handluje swastykami w Auschwitz, bo to byłby skandal.

Wszystkie te paradoksy bledną jednak przy tym największym, tym globalnym, tym najbardziej totalnym, o którym ostrzegałam na początku tekstu. Bo póki jakiś spłachetek świata dostaje pierdolca z powodu niewytłumaczalnego, pół biedy. Ale co zrobić, jak żyć, co myśleć, kiedy cały świat, powtarzam, cały świat pozwala na to, żeby wszędzie, powtarzam, wszędzie, nie tylko w umówionych miejscach przeznaczonych na takie perwersje, ale wszędzie: na drogach, na ulicach, w urzędach, w szkołach, ba! – w przedszkolach – umieszczać na WIDOKU podobiznę przedstawiającą (czasem niezwykle sugestywnie, wręcz dosłownie) zwłoki młodego mężczyzny rozpostarte na krzyżu?

Czy ktoś z dorosłych tu zgromadzonych zadał sobie kiedykolwiek pytanie, co się dzieje w głowie dziecka, które nagle widzi zwłoki młodego mężczyzny rozpostarte na krzyżu? O którym słyszy, że został ZAMORDOWANY w taki sposób, że go PRZYBITO do drewnianego krzyża i postawiono na górze, w upale, aby powoli SKONAŁ!? Nie? Nikt się nad tym nie zastanawia? Nikt nie myśli, co w tej małej głowie musi się dziać, gdy w letni poranek, kombinując jak to się dzieje, że ptak lata, czy o co chodzi z tym motylkiem, wyłania się nagle obraz wiszącego na drewnianej konstrukcji trupa z otwartą raną w sercu, który będąc jeszcze żywym człowiekiem umierał trzy dni na tej konstrukcji, na przemian dusząc się, krwawiąc, usychając na słońcu, by wyzionąć ostatni dech po dźgnięciu go dzidą przez żołnierza?

Czymże są przy tym te popowe popłuczyny, jak billboardy z fotoszopowanymi płodami, które rzekomo pochodzą z aborcyjnych zabiegów? To już tylko kopia. To już echo pomysłu. Nędzna podróbka największego przewału wszech czasów. Wmówić ludzkości, że to jest OK. Że to WYWOŁUJE POZYTYWNE EMOCJE.

Trup. Na krzyżu. Pozytywne emocje. Wiara. Nadzieja. Miłość. Aż się chce wrzasnąć, ludzie, do kurwy nędzy, czy wyście oślepli? Czy wy macie coś z głową? A jednak. Cały świat się na to zgadza. Mało tego! Świat tego wymaga! Świat nakazuje! Trupa trzeba powiesić WSZĘDZIE. Wszędzie. Nad kołyską. Nad nienarodzoną duszą. Do brzucha. Do macicy. W dupę go niedługo wsadzi.

Przecież na kształt historii z komunistycznymi emblematami, w myśl pamięci o pirackich czaszkach na kaftanikach – co tu dużo gadać, właśnie tak samo zostanie wprowadzona, unormowana, a nawet nazwana DOBRĄ rzeczywistość, w której na każdym rogu będzie wisiał zakrwawiony płód rzekomo wyrwany z kobiecych (kurewskich!) trzewi. Swoją drogą, czy ktoś ze zgromadzonych tu dorosłych widział kiedyś płód w np. ósmym tygodniu ciąży? Dla porządku (ale kto by dbał o taki porządek) powiem tylko: on tak nie wygląda. Nie ma nic wspólnego z obrazami z billboardów. Wygląda jak żelek Harribo. Tylko jak to pokazać na billboardzie? Kogo by to zainteresowało? Lepiej walnąć zdjęcia porozrywanych ciał dzieci. I poczekać, aż się ludzie oswoją. I zgłupieją, tak jak zgłupieli od oglądania trupa na krzyżu.

I przyjdzie taki czas, przyjdzie, przyjdzie, kiedy ludzkość runie na kolana przed zakrwawionym płodem z plastiku, a płód z plastiku zagości w przedszkolach i na porodówkach. Tam, w atmosferze bajkowej, wśród krasnoludków i spersonifikowanych zwierzątek będzie wisiał na ścianie – kto wie, może za szyję? – i krwawił wyrwany z łona dzidziuś, a personel z nabożnym przejęciem będzie tłumaczył dzieciom, że widząc to, muszą się uśmiechać, bo to jest DOBRE.

I już nikomu nigdy nie przyjdzie do głowy taki skandaliczny pomysł, by zwłoki dzidziusia ze ściany zdjąć.

***

Tekst pochodzi z książki „Mama”. Powieść ukaże się w maju 2018.

Nie szukaj mnie więcej i nie dzwoń, tej nocy stałam się wiedźmą

Z całej siły kopnęłam w świętą szybę. Szyba rozleciała się koncertowo i niech żałuje każdy, kto tego nie widział. Tysiące szklistych kawałków poleciało z hukiem w otchłań nocy, a ja wleciałam bez przeszkód do wieży kościelnej z wesołym pozdrowieniem: Hej, Bóg! 

 

Zasnęłam nagle, przywieziona przez taksówkarza o imieniu Michał do domu, sama jakaś rozgorączkowana, roztrzęsiona i taka słaba, że ledwo dotarłam do łóżka. I przyśnił mi się sen.

W tym śnie taksówkarz o imieniu Michał przyprowadził mnie do swojego wielkiego domu, w którym podał mi jakieś zioło, być może lekarstwo, a być może truciznę, jedno jest pewne: to nie była aspiryna.

Sam też wziął, jak sądzę.

Stał się wtedy jakiś taki młody, szczeniacki, coś jak student, pilny uczeń, chudy nerd, taki patyczak, najlepszy z matmy, każdy zna ten typ. No więc nerd, eks taksówkarz Michał i ja zaczęliśmy mówić w jakimś niezrozumiałym dla nikogo języku i to było szalenie zabawne. Byłam tak bardzo oczarowana tym, że mówię w innym języku, że nie zauważyłam, jak ktoś nowy do tego domu przyszedł. A to był chyba jego brat. A może syn? Już taki dorosły, grubszy od własnego ojca, roślejszy. Starszy na pewno.

I wtedy Michał mnie szturchnął, dał znak, że muszę się schować, że jestem tu persona non grata, powinnam więc zabrać swoje rzeczy i wracać do siebie. Ale ja nagle nie mogłam zrozumieć ani słowa z tego dziwnego języka, coś mnie nagle wybiło z pojmowania tej, przed chwilą tak logicznej i zrozumiałej mowy. Ciągle go nie rozumiałam, kręciłam głową, ale posłusznie wstałam i poszłam w ślad za nim.

On schodził do jakichś piwnic, do lochów, podziemi, gdzie być może miał swój własny świat, światek narzędzi, śrub i towotu, tych wszystkich męskich rzeczy i czynności, które się przed kobietami ukrywa w piwnicy, w garażu, gdzieś poza tym pięknym i kolorowym, kwiatuszkowym ustrojeniem życia.

Gdy tak schodził, znów coś do mnie powiedział, ale tym razem powiedział coś bardzo niepokojącego, poczułam lęk, że ja naprawdę nic nie rozumiem, co on do mnie mówi i że to moje niezrozumienie wynika właśnie z lęku. To strach zabrał mi mowę, zabrał NAM mowę, zabrał nam dopiero co rodzącą się przyjaźń. Dlatego ja nic nie rozumiem, a ja chcę rozumieć. Zawołałam więc do niego stanowczo: nic nie rozumiem!

A on spojrzał spokojnie, uśmiechnął się i powiedział, chodź. Minął lęk. I zrozumiałam. Zapragnęłam pójść za nim posłusznie w tę odchłań piwniczną, za cudem przyjaźni, więzi. Ale w tym momencie okazało się, że ja nie mam tam wcale pójść z nim, ale mam się tam UKRYĆ, jak mysz, jak niewolnica, jak ktoś kogo ma nie być, a ja przecież chcę być.

I zobaczyłam, a raczej usłyszałam kroki, takie kategoryczne groźne kroki, stuk obcasów Pani Nauczycielki, która jest bardzo niezadowolona, że ja tam jestem w tym domu i która mnie zaraz zdzieli linijką przez tyłek.

  • O, proszę! – powiedziała teatralnie Pani Nauczycielka. – Proszę, proszę, oto jest. Aferka.

Pojęłam, że to ja jestem tą Aferką, a ja wcale nie chcę być żadną Aferką, ja chcę być sobą i robić co chcę i nie mam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek aferki z żadnej strony. I że wcale nie zamierzam się tłumaczyć, bo nie ja tu jestem uczniem, nerdem najlepszym z matmy, ulubieńcem Pani Nauczycielki, która jak ma ochotę to stawia piąteczkę, a jak nie, to wali linijką przez tyłek.

  • To ja lecę! – postanowiłam.

Chyba nawet tego nie powiedziałam głośno, a jeśli, to tylko do siebie. I wzbiłam się pod sufit pełen jakichś rur i stelaży, barier nie do pokonania. Poczułam, że to może być pułapka, że ja jednak od tej aferki nie ucieknę, że mnie zaraz Pani Nauczycielka drapnie i każe się tłumaczyć, co ja tu śmiem w ogóle robić, taka NIEPRZYGOTOWANA?

A ja nie mogę, nie chcę, ja swoje egzaminy mam pozdawane, albo też pooblewane, trudno, koniec. Jest jak jest, nie muszę być najlepsza w klasie, to nie ja, to nie moje, to może tego kujona Michała sprawa, ale ja, wybaczcie, w to nie wchodzę.

Spojrzałam w górę, w te zasieki rur, stelaży, kominów. I nagle ujrzałam szczelinę, wąską, trudną do wślizgnięcia się, tym bardziej, że przecież tak dawno nie latałam, nawet nie pamiętam jak się steruje, nie mówiąc już o tym, że przecież nie pomagam sobie ramionami, nie mogę się rozpędzić.

Wygięłam ciało – które się stało nagle nagie, pozbawione wszystkiego, co może stawiać opór – i zgrabnie prześlizgnęłam się wśród sprzętów w ową szczelinę. A potem znów. I znów.

I wyleciałam.

A jak wyleciałam, rozpostarłam ramiona szeroko, bardzo szeroko, każdy ruch czując coraz bardziej zdecydowanie, jakby każdy mój ruch przynosił coraz więcej wiary w siebie, w moje latanie, z którym się przecież urodziłam, a o którym na śmierć zapomniałam.

Okazało się, że trzymam w ręku jakieś narzędzie, możliwe że to był młotek, a może wiertarka, a może jakiś po prostu kawał żelastwa? Chciałabym wiedzieć, co to było, choć to pewnie nie ma żadnego znaczenia, tym bardziej, że natychmiast po stwierdzeniu obecności tego narzędzia postanowiłam się z nim rozstać i wyrzucić go precz, w dół, na ziemię.

Oceniłam szybko, czy nikogo w dole nie ma, żeby nikogo tym po głowie nie zdzielić i trach, już byłam wolna.

Teraz przypominałam sobie swoją technikę latania, a przypominając sobie, na bieżąco odczuwałam satysfakcję i radość, która wlewała się w moje zastygłe dotąd mięśnie. Lecę! Lecę, śmiałam się do siebie i coraz silniej pokonywałam powietrze, coraz wyżej wznosiłam się, ponad domy, dachy, ulice. Było tak pięknie wokół, tak kolorowo i bajecznie, a ja zostawiłam gdzieś tam swoje zmęczenie, swoją niewiarę, swój lęk, swoje powinności. W ogóle się nie bałam ani przez moment, każde kolejne wzniesienie roznosiło mi serce z euforii. I tak mknęłam, aż nastała noc.

Wtem ujrzałam kościół.

Była to piękna biała wieża, cała przeszklona, z widocznym z daleka ołtarzem oświetlonym świecami.

Bóg!

Musimy się przywitać, postanowiłam z miejsca, ale jeszcze przez sekundę ważyłam decyzję, jak mam się do niego dostać. Czy stłuc szybę ramieniem, czy z kopa? Bo z kopa może być to odebrane jako niegrzeczne, ale też, proszę mnie zrozumieć, nie zamierzam pokaleczyć ramienia.

Postanowiłam więc z kopa. Jesli Bóg jest miłością, to też nie chce moich ran. Jeśli jest miłością – zrozumie. Obróciłam się więc w locie jak ptak, uniosłam tułów i z całej siły kopnęłam w świętą szybę. Szyba rozleciała się koncertowo i niech żałuje każdy, kto tego nie widział. Tysiące szklistych kawałków poleciało z hukiem w otchłań nocy, a ja wleciałam bez przeszkód do wieży kościelnej z wesołym pozdrowieniem:

  • Hej, Bóg!

W odpowiedzi ołtarz zapłonął gniewnym ogniem, w którym było coś z dumy i nieprzystępności. Ogień ten zdawał się mi czegoś zazdrościć, coś ograniczać, na coś się nie zgadzać. Że może nikt tu się ze mną nie będzie kolegował? Bo jestem czarownicą, czy kim tam, w jego mniemaniu, kto zgadnie? I mnie też, choć z daleka, dosięgnął ten płomień, zapiekło gdzieś w środku, we wnętrzu mojego nagiego ciała bolesnym zarzewiem. A paszoł na chuj! – oburzyłam się, kląc po rosyjsku i natychmiast opuściłam ten niegościnny przybytek.

A gdy już byłam poza wieżą, odwróciłam się, spojrzałam na te białe, pozornie przyjazne ustrojstwo, wyciągnęłam w jego kierunku ramię i z tego, pozbawionego przecież jakiekolwiek broni ramienia, wystrzeliłam salwę niszczycielskich pocisków. Biała wieża wybuchła gwałtownie na pomarańczowo i zapłonęła jak wielka latarnia. A ja energicznie wzbiłam się jeszcze wyżej, najwyżej i zobaczyłam bezkres czarnego nieba usianego miliardem gwiazd.

I to był najpiękniejszy widok w moim życiu.

Bo poczułam wolność i lekkość, nieprzynależność do niczego i do nikogo. Stałam się sobą, tylko sobą, bez żadnej roli. Bez stanowiska, jaka jestem i co MUSZĘ. Bez przeznaczenia. Bez konieczności. Bez określenia, jakie zajmuje miejsce i do czego można mnie zastosować. Bez zaprzęgnięcia w czynności, powinności, system. Bez funkcji: uczennica, bez funkcji: żona, bez dodatku: wierna.

Bez misji: MAMA.

Tylko ja. I moje prawdziwe imię.

Samolocik

Pamiętasz, jak byłam kartką papieru?

Można było po mnie pisać, drzeć mi skórę

Piórem.

 

Ale ja chciałam latać.

Złożyłeś mnie w samolocik

Wysłałeś przez okno.

 

I rozbiłam się w małej cichej katastrofie

Jednej z tysiąca moich małych cichych katastrof

Tysiąca i jednej

Jedynej

nocy.

 

Nie opuszczaj mnie.

Nie wypuszczaj przez okno, choć tupię nogami, że tak bardzo chcę.

 

Nie opuszczaj mnie.

Znajdź wśród drzew

Na szutrowej ścieżce

 

Rozłóż, wygładź

I napisz

Jeszcze jeden, jedyny, ostatni z tysiąca

list.