Taniec

I choć odchowałaś już dzieci, potrafią sobie zrobić kanapkę i umyć zęby przed snem, to jednak wciąż masz jeszcze jedno dziecko. I to dziecko, słysząc, że gdzieś tam zachciewa ci się tańców, wysyczy do słuchawki…

Przyjechała Olka Rybak! Z Anglii. Ta ze studiów moich, nigdy nie dokończonych. I kiedy przyjechała, pojechałyśmy na Stare Miasto, żeby usiąść razem w jakiejś knajpce, wypić małą wódeczkę i zjeść śledzia. Ale śledź wraz z wódeczką urosły do kilku wódeczek i kilku śledzi i nagle Ola podskoczyła na krześle knajpianym i krzyknęła: chodźmy potańczyć!

I zerwała się z entuzjazmem, a ja, owszem, też w pierwszej chwili zerwałam się z entuzjazmem. Ale zaraz, za chwilę, Boże, ile ten entuzjazm trwał, sekundę może? – opadłam z powrotem na krzesło i wyszeptałam z lękiem, że muszę zadzwonić do męża.

– Muszę zadzwonić.

Wcale nie powiedziałam, że do męża, bo przecież każdy wie, gdzie MUSI zadzwonić żona, gdy wpadnie jej do głowy pomysł pójścia na tańce. Wiadomo ogólnie, to jest prawda powszechna i znana, przecież nie musi taka żona zadzwonić na przykład, do przyjaciółki. Do przyjaciele też nie. Do matki w żadnym wypadku. Ani do ojca. Nie musi dzwonić na policję, ani do prezydenta. Do nikogo nie musi dzwonić po nic, absolutnie do nikogo, tylko DO MĘŻA.

I ten telefon nie jest wcale telefonem entuzjastycznym, dzięki któremu żona dzieli się radością, że oto, po wielu miesiącach, a może nawet latach, pójdzie sobie poskakać przy muzyce. Że oto, po wstępnym odchowaniu drobnej dzieciarni, po tysiącu nocy nieprzespanych, po karmieniu piersią, nie mówiąc już o dziewięciomiesięcznym targaniu brzucha, trzech miesiącach porannych nudności, opuchliźnie, bólach krzyża, po tym wszystkim – potańczy sobie.

Że po PORODZIE, po kilku porodach, po tych aktach największego w biologi hardkoru, jego ukochana kobieta, powtarzam: UKOCHANA – na jedną noc zapomni o tym wszystkim, na jedną noc odetnie się od swoich powinności, od roli służebnicy.

Że po ostatniej harówce w pracy, po zamknięciu projektu, nad którym siedziała po godzinach, po tym wszystkim, kobieta, którą – jak on utrzymuje: kocha – właśnie ta kobieta zafunduje sobie taki luksus jak śmiech. Bo najprawdopodobniej przez tę całą noc będzie się śmiała. Będzie jej wesoło.

Tu żadnego entuzjazmu nie ma. Ale też nie ma tam – żeby ktoś nie pomyślał! – czystej intencji zapobiegania troskom. Bo też żadnych trosk tu nie oczekujemy. Mąż, który odbiera telefon od żony z informacją tego formatu, bynajmniej nie dziękuje żonie za wiadomość. Nie jest jej wdzięczny, że pomimo kilku wódeczek na starówce nie zapomniała powiadomić go o swoich planach, aby się nie martwił. O NIE. Proszę nie oczekiwać w tej rozmowie żadnej wdzięczności. Żadnych tam tego typu zjawisk emocjonalnych. Nie dopatrujmy się także zwykłej ludzkiej komunikacji. Że niby razem mieszkamy, to sobie mówimy, gdzie jesteśmy, ot tak, dla bezpieczeństwa, dla jasności, dla spokoju. Bez żadnych kwasów. Pomyłka.

Cały ten proces, cała ta operacja z telefonem, to już od początku, już na wstępie, już w tym momencie, gdy opadam na krzesło i mija bezpowrotnie mój entuzjazm – to JUŻ jest właśnie kwas. To jest kwas, kurwa, solny.

I choćbym nie wiem, jak ćwierkała, choćbym nie wiem, jak tłumaczyła, że najnormalniej w świecie, ja: wolny człowiek, człowiek nie obciążony żadnym wyrokiem, żadnym aresztem, człowiek żyjący w wolnym kraju, bez godziny policyjnej, bez partoli na rogatkach, taki człowiek właśnie chce sobie pójść z Olą potańczyć. Choćbym nie wiem, jak ćwierkała – usłyszę po drugiej stronie drewniany głos absolutnego, kosmicznego wręcz niezadowolenia.

Niezadowolenie jeszcze da mi szansę, wszak niezadowolenie samym swoim istnieniem daje szansę, tym że jest jeszcze TYLKO niezadowoleniem, czymś w rodzaju: opanuj się, przywołuję cię do porządku i tak dalej. Każda żona wie, co oznacza cienka granica niezadowolenia, która bardzo szybko, niezauważalnie wręcz potrafi przejść w stan dużo bardziej kategoryczny, a mianowicie w stan focha.

Stan focha to już nie jest stan niezadowolenia, to już jest poważna rzecz, rzecz utrzymująca się długo i bardzo boleśnie. Stan focha jest karą za twój głupi pomysł z tańcami, za to, że sobie pomyślałaś, że nie masz żadnego wyroku, podczas gdy masz przecież wyrok zajebisty, wyrok nieodwracalny i to nie jest, kochana, żaden wolny kraj, a ty nie jesteś żadnym wolnym człowiekiem, bo ty jesteś ŻONĄ.

Twoje małżeństwo to dyby, to palący w mózgu karny drucik, ten sam, który cię palił lata temu, który kazał ci biec z powrotem do domu, gdy zostawiłaś w nim dziecko. I choć to dziecko już jest duże, już umie sobie zrobić kanapkę i samo myje zęby, to jednak jest tam jeszcze drugie dziecko, dziecko nigdy nie dorośnięte, nigdy nie utulone, nigdy nie nakarmione, nigdy nie zadowolone. Dziecko nieprzejednane, kapryśne, w swej definicji kategoryczne. I to dziecko, słysząc, że zachciewa ci się tańców, że jest ci tam jednak zdecydowanie za wesoło, to dziecko wysyczy ci do słuchawki:

– To może się, kurwa, wyprowadź.

I nie ma już dyskusji, nie ma dalszych negocjacji, bo słuchawka ZOSTAŁA RZUCONA. Nie ma dyskusji, zostawiam zdumioną koleżankę na wyślizganych przez nigdy nie śpiących letnich spacerowiczów kocich łbach starówki, biegnę na przystanek, biegnę do autobusu, który na sygnale zawiezie mnie do domu. Biegnę co sił, jak najprędzej potrafię, mój Boże, czemu nie mam rakiety kosmicznej. Muszę przecież jak najszybciej nadrobić to strasznie zło, które właśnie wyrządziłam, żeby jakimś cudem tamten potworny foch utulić.

I wiem, że jak już będę w domu, to będzie i tak za późno, by ugasić pożar, który sama tak pochopnie, tak bezmyślnie rozpaliłam. Teraz, owszem, potańczę, ale potańczę według innej muzyki, niż tamta w klubie. Bo taniec żony jest tańcem męża, a to on nadaje rytm. 

Wracam autobusem do domu, siedzę przy oknie, żegnając się z niecnym planem potancówki, pełna wyrzutów sumienia, pełna poczucia winy. I jakoś nie widzę tego, nie czuję, nie dochodzi do mnie sens sprawy, meritum konfliktu: a właściwie po co ja wracam? Co ja mam tam takiego do zrobienia? Co jest tak pilnego, że muszę zrezygnować z tańców i być natychmiast w domu? Nie przychodzi mi do głowy wcale odpowiedź na to pytanie, bo pewnie gdyby przyszła, gdyby taka odpowiedź przyszła, to może, kto wie, może jednak bym wcale do tego domu nie wróciła?

Nie wiem jeszcze, że foch, o który rozbił się pomysł na zabawę, że ten foch to zasłona dymna, parawan zasłaniający odpowiedź na pytanie: po co ja właściwie MUSZĘ wrócić?

Wyprzedzam, drodzy państwo, wyprzedzam wasze domysły, wyprzedzam samą siebie i czynię syntezę, potworny skrót drogi rozpiętej między pytaniem a odpowiedzią.

Otóż zapierdalam na autobus i gnam co sił w nogach do domu, rezygnując z towarzystwa koleżanki, którą widzę raz na pięć lat, po to, żeby jak najszybciej się położyć obok – nawet nie męża – ale obok jego ciała.

Zapierdalam po to, żeby LEŻEĆ obok ciała podrygującego podczas snu: hk, hk, hk.


Fragment powieści „Mama”. Książka ukaże się w maju nakładem wydawnictwa Prószyński i spółka

Fajne zwłoki młodego mężczyzny

Billboardy z płodami to już tylko kopia. Echo największego przewału wszech czasów, jakim jest trup na krzyżu, który nie tylko nie straszy, ale ma wywoływać pozytywne emocje. Pozytywne emocje. Zakatowane zwłoki. Aż się chce wrzasnąć, ludzie, do kurwy nędzy, czy wyście oślepli?

Dorosłej osobie trochę nie przystoi robić rzeczy absurdalnych. A jednak to dorosły człowiek robi najbardziej absurdalne rzeczy na świecie i tłumaczy dzieciom, że to jest właściwie. Przykład? Pierwszy przykład jest tak jaskrawy, że aż się boję od niego zaczynać. Boję się wystraszyć ludzkość potęgą absurdu. Zacznę więc miękko. Delikatnie. Po kolei. 

Pamiętam, jak kiedyś przyszła moda na Che Guevarę. Z jakiegoś powodu nagle świat zachodni zachłysnął się legendą Che i jął nosić emblematy, podobizny, a nawet tatuaże z podobizną rewolucjonisty. Na własne uszy słyszałam pełne zachwytu deklaracje mojej przyjaciółki, która zapierając się całe życie przed wykonaniem trwałego rysunku na ciele, oznajmiła wreszcie: chyba, że Che. Korporacje handlujące telefonami komórkowymi zachłysnęły się legendą i reklamowały swoje produkty używając podobizny twórcy kubańskiego komunizmu. Świat oszalał na punkcie płyty jakiegoś zespołu hiszpańsko-języcznego nagrywającego peany na cześć comandante. Jakoś nikomu nie przeszkadzał fakt, że efekt rewolucji ich bohatera jest mizerny, na Kubie panuje nieludzka polityka, ludzie ledwo przędą, polityczni wrogowi są latami bestialsko więzieni, brak wolności słowa i wolności obywatelskiej już dawno przesłonił brak bieżącej wody w kranach. Rozsypujący się kraj trawi reżim, który osławiona legenda opiewana przez oszalały Zachód właśnie wprowadziła.

I nikomu nie przyszło na myśl, że gdyby Hitler miał kumpla, jakiegoś młodego przystojnego, zbuntowanego Niemca, który by uwielbiał chodzić w moro, nosiłby łobuzerski zarost i jakąś odjechaną czapkę ze swastyką, ale pech by go nieco wcześniej zabrał z tego świata, jego gloryfikowanie byłoby równym absurdem, co świr na punkcie Che Guevary na początku dwutysięcznych lat.

W tym samym czasie powstała również moda na trupie czaszki z piszczelami na modłę pirackich symboli. Moda wdarła się nie tylko na półki z odzieżą dla dorosłych. Pirackie symbole opanowały świat dziecięcych ubranek, tych słodkich, różowych czapeczek, kaftaników, skarpetuni. Piraci słynęli z bezwzględnych rozbojów, mordów i gwałtów. I właśnie ich flagi królowały na tych słodkich, maleńkich ubrankach. I to takie super było.

Patrzyłam ze zdumieniem, do czego świat jest zdolny i zastanawiałam się na serio, ile czasu musi upłynąć, żeby H&M zaczął sprzedawać skarpetunie w swastyki. Kiedy to się stanie? Czy tak długo musimy czekać, ile nam się wydaje?

Byłam kiedyś w Berlinie. Po upadku muru, po zrobieniu porządku przez niemiecki kraj, po złagodzeniu pamięci po dawnym terrorze na terenach dawnego NRD. Tak się tam zrobiło miło i fajnie, że w punkcie granicznym zwanym Checkpoint Charlie, który był nie tak dawno strategicznym miejscem życia w lodowcu komunizmu, miejscem przerzutu leków, prasy, informacji, ludzi prześladowanych – tu właśnie nagle powstały kolorowe stragany, na których, uwaga, główną atrakcją były ruskie gwiazdy czerwone, naszywki z sierpem i młotem, podobizny Stalina i różne takie. Szło jak woda.

I nikomu nie przeszkadzało, że tamten reżim niczym się nie różnił od faszyzmu, ba, komunizm miał więcej ofiar, niż faszyzm, co straszniejsze – komunizm nadal zbiera śmiertelne żniwo na świecie. I że przecież nikt nie handluje swastykami w Auschwitz, bo to byłby skandal.

Wszystkie te paradoksy bledną jednak przy tym największym, tym globalnym, tym najbardziej totalnym, o którym ostrzegałam na początku tekstu. Bo póki jakiś spłachetek świata dostaje pierdolca z powodu niewytłumaczalnego, pół biedy. Ale co zrobić, jak żyć, co myśleć, kiedy cały świat, powtarzam, cały świat pozwala na to, żeby wszędzie, powtarzam, wszędzie, nie tylko w umówionych miejscach przeznaczonych na takie perwersje, ale wszędzie: na drogach, na ulicach, w urzędach, w szkołach, ba! – w przedszkolach – umieszczać na WIDOKU podobiznę przedstawiającą (czasem niezwykle sugestywnie, wręcz dosłownie) zwłoki młodego mężczyzny rozpostarte na krzyżu?

Czy ktoś z dorosłych tu zgromadzonych zadał sobie kiedykolwiek pytanie, co się dzieje w głowie dziecka, które nagle widzi zwłoki młodego mężczyzny rozpostarte na krzyżu? O którym słyszy, że został ZAMORDOWANY w taki sposób, że go PRZYBITO do drewnianego krzyża i postawiono na górze, w upale, aby powoli SKONAŁ!? Nie? Nikt się nad tym nie zastanawia? Nikt nie myśli, co w tej małej głowie musi się dziać, gdy w letni poranek, kombinując jak to się dzieje, że ptak lata, czy o co chodzi z tym motylkiem, wyłania się nagle obraz wiszącego na drewnianej konstrukcji trupa z otwartą raną w sercu, który będąc jeszcze żywym człowiekiem umierał trzy dni na tej konstrukcji, na przemian dusząc się, krwawiąc, usychając na słońcu, by wyzionąć ostatni dech po dźgnięciu go dzidą przez żołnierza?

Czymże są przy tym te popowe popłuczyny, jak billboardy z fotoszopowanymi płodami, które rzekomo pochodzą z aborcyjnych zabiegów? To już tylko kopia. To już echo pomysłu. Nędzna podróbka największego przewału wszech czasów. Wmówić ludzkości, że to jest OK. Że to WYWOŁUJE POZYTYWNE EMOCJE.

Trup. Na krzyżu. Pozytywne emocje. Wiara. Nadzieja. Miłość. Aż się chce wrzasnąć, ludzie, do kurwy nędzy, czy wyście oślepli? Czy wy macie coś z głową? A jednak. Cały świat się na to zgadza. Mało tego! Świat tego wymaga! Świat nakazuje! Trupa trzeba powiesić WSZĘDZIE. Wszędzie. Nad kołyską. Nad nienarodzoną duszą. Do brzucha. Do macicy. W dupę go niedługo wsadzi.

Przecież na kształt historii z komunistycznymi emblematami, w myśl pamięci o pirackich czaszkach na kaftanikach – co tu dużo gadać, właśnie tak samo zostanie wprowadzona, unormowana, a nawet nazwana DOBRĄ rzeczywistość, w której na każdym rogu będzie wisiał zakrwawiony płód rzekomo wyrwany z kobiecych (kurewskich!) trzewi. Swoją drogą, czy ktoś ze zgromadzonych tu dorosłych widział kiedyś płód w np. ósmym tygodniu ciąży? Dla porządku (ale kto by dbał o taki porządek) powiem tylko: on tak nie wygląda. Nie ma nic wspólnego z obrazami z billboardów. Wygląda jak żelek Harribo. Tylko jak to pokazać na billboardzie? Kogo by to zainteresowało? Lepiej walnąć zdjęcia porozrywanych ciał dzieci. I poczekać, aż się ludzie oswoją. I zgłupieją, tak jak zgłupieli od oglądania trupa na krzyżu.

I przyjdzie taki czas, przyjdzie, przyjdzie, kiedy ludzkość runie na kolana przed zakrwawionym płodem z plastiku, a płód z plastiku zagości w przedszkolach i na porodówkach. Tam, w atmosferze bajkowej, wśród krasnoludków i spersonifikowanych zwierzątek będzie wisiał na ścianie – kto wie, może za szyję? – i krwawił wyrwany z łona dzidziuś, a personel z nabożnym przejęciem będzie tłumaczył dzieciom, że widząc to, muszą się uśmiechać, bo to jest DOBRE.

I już nikomu nigdy nie przyjdzie do głowy taki skandaliczny pomysł, by zwłoki dzidziusia ze ściany zdjąć.

***

Tekst pochodzi z książki „Mama”. Powieść ukaże się w maju 2018.

Nie szukaj mnie więcej i nie dzwoń, tej nocy stałam się wiedźmą

Z całej siły kopnęłam w świętą szybę. Szyba rozleciała się koncertowo i niech żałuje każdy, kto tego nie widział. Tysiące szklistych kawałków poleciało z hukiem w otchłań nocy, a ja wleciałam bez przeszkód do wieży kościelnej z wesołym pozdrowieniem: Hej, Bóg! 

 

Zasnęłam nagle, przywieziona przez taksówkarza o imieniu Michał do domu, sama jakaś rozgorączkowana, roztrzęsiona i taka słaba, że ledwo dotarłam do łóżka. I przyśnił mi się sen.

W tym śnie taksówkarz o imieniu Michał przyprowadził mnie do swojego wielkiego domu, w którym podał mi jakieś zioło, być może lekarstwo, a być może truciznę, jedno jest pewne: to nie była aspiryna.

Sam też wziął, jak sądzę.

Stał się wtedy jakiś taki młody, szczeniacki, coś jak student, pilny uczeń, chudy nerd, taki patyczak, najlepszy z matmy, każdy zna ten typ. No więc nerd, eks taksówkarz Michał i ja zaczęliśmy mówić w jakimś niezrozumiałym dla nikogo języku i to było szalenie zabawne. Byłam tak bardzo oczarowana tym, że mówię w innym języku, że nie zauważyłam, jak ktoś nowy do tego domu przyszedł. A to był chyba jego brat. A może syn? Już taki dorosły, grubszy od własnego ojca, roślejszy. Starszy na pewno.

I wtedy Michał mnie szturchnął, dał znak, że muszę się schować, że jestem tu persona non grata, powinnam więc zabrać swoje rzeczy i wracać do siebie. Ale ja nagle nie mogłam zrozumieć ani słowa z tego dziwnego języka, coś mnie nagle wybiło z pojmowania tej, przed chwilą tak logicznej i zrozumiałej mowy. Ciągle go nie rozumiałam, kręciłam głową, ale posłusznie wstałam i poszłam w ślad za nim.

On schodził do jakichś piwnic, do lochów, podziemi, gdzie być może miał swój własny świat, światek narzędzi, śrub i towotu, tych wszystkich męskich rzeczy i czynności, które się przed kobietami ukrywa w piwnicy, w garażu, gdzieś poza tym pięknym i kolorowym, kwiatuszkowym ustrojeniem życia.

Gdy tak schodził, znów coś do mnie powiedział, ale tym razem powiedział coś bardzo niepokojącego, poczułam lęk, że ja naprawdę nic nie rozumiem, co on do mnie mówi i że to moje niezrozumienie wynika właśnie z lęku. To strach zabrał mi mowę, zabrał NAM mowę, zabrał nam dopiero co rodzącą się przyjaźń. Dlatego ja nic nie rozumiem, a ja chcę rozumieć. Zawołałam więc do niego stanowczo: nic nie rozumiem!

A on spojrzał spokojnie, uśmiechnął się i powiedział, chodź. Minął lęk. I zrozumiałam. Zapragnęłam pójść za nim posłusznie w tę odchłań piwniczną, za cudem przyjaźni, więzi. Ale w tym momencie okazało się, że ja nie mam tam wcale pójść z nim, ale mam się tam UKRYĆ, jak mysz, jak niewolnica, jak ktoś kogo ma nie być, a ja przecież chcę być.

I zobaczyłam, a raczej usłyszałam kroki, takie kategoryczne groźne kroki, stuk obcasów Pani Nauczycielki, która jest bardzo niezadowolona, że ja tam jestem w tym domu i która mnie zaraz zdzieli linijką przez tyłek.

  • O, proszę! – powiedziała teatralnie Pani Nauczycielka. – Proszę, proszę, oto jest. Aferka.

Pojęłam, że to ja jestem tą Aferką, a ja wcale nie chcę być żadną Aferką, ja chcę być sobą i robić co chcę i nie mam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek aferki z żadnej strony. I że wcale nie zamierzam się tłumaczyć, bo nie ja tu jestem uczniem, nerdem najlepszym z matmy, ulubieńcem Pani Nauczycielki, która jak ma ochotę to stawia piąteczkę, a jak nie, to wali linijką przez tyłek.

  • To ja lecę! – postanowiłam.

Chyba nawet tego nie powiedziałam głośno, a jeśli, to tylko do siebie. I wzbiłam się pod sufit pełen jakichś rur i stelaży, barier nie do pokonania. Poczułam, że to może być pułapka, że ja jednak od tej aferki nie ucieknę, że mnie zaraz Pani Nauczycielka drapnie i każe się tłumaczyć, co ja tu śmiem w ogóle robić, taka NIEPRZYGOTOWANA?

A ja nie mogę, nie chcę, ja swoje egzaminy mam pozdawane, albo też pooblewane, trudno, koniec. Jest jak jest, nie muszę być najlepsza w klasie, to nie ja, to nie moje, to może tego kujona Michała sprawa, ale ja, wybaczcie, w to nie wchodzę.

Spojrzałam w górę, w te zasieki rur, stelaży, kominów. I nagle ujrzałam szczelinę, wąską, trudną do wślizgnięcia się, tym bardziej, że przecież tak dawno nie latałam, nawet nie pamiętam jak się steruje, nie mówiąc już o tym, że przecież nie pomagam sobie ramionami, nie mogę się rozpędzić.

Wygięłam ciało – które się stało nagle nagie, pozbawione wszystkiego, co może stawiać opór – i zgrabnie prześlizgnęłam się wśród sprzętów w ową szczelinę. A potem znów. I znów.

I wyleciałam.

A jak wyleciałam, rozpostarłam ramiona szeroko, bardzo szeroko, każdy ruch czując coraz bardziej zdecydowanie, jakby każdy mój ruch przynosił coraz więcej wiary w siebie, w moje latanie, z którym się przecież urodziłam, a o którym na śmierć zapomniałam.

Okazało się, że trzymam w ręku jakieś narzędzie, możliwe że to był młotek, a może wiertarka, a może jakiś po prostu kawał żelastwa? Chciałabym wiedzieć, co to było, choć to pewnie nie ma żadnego znaczenia, tym bardziej, że natychmiast po stwierdzeniu obecności tego narzędzia postanowiłam się z nim rozstać i wyrzucić go precz, w dół, na ziemię.

Oceniłam szybko, czy nikogo w dole nie ma, żeby nikogo tym po głowie nie zdzielić i trach, już byłam wolna.

Teraz przypominałam sobie swoją technikę latania, a przypominając sobie, na bieżąco odczuwałam satysfakcję i radość, która wlewała się w moje zastygłe dotąd mięśnie. Lecę! Lecę, śmiałam się do siebie i coraz silniej pokonywałam powietrze, coraz wyżej wznosiłam się, ponad domy, dachy, ulice. Było tak pięknie wokół, tak kolorowo i bajecznie, a ja zostawiłam gdzieś tam swoje zmęczenie, swoją niewiarę, swój lęk, swoje powinności. W ogóle się nie bałam ani przez moment, każde kolejne wzniesienie roznosiło mi serce z euforii. I tak mknęłam, aż nastała noc.

Wtem ujrzałam kościół.

Była to piękna biała wieża, cała przeszklona, z widocznym z daleka ołtarzem oświetlonym świecami.

Bóg!

Musimy się przywitać, postanowiłam z miejsca, ale jeszcze przez sekundę ważyłam decyzję, jak mam się do niego dostać. Czy stłuc szybę ramieniem, czy z kopa? Bo z kopa może być to odebrane jako niegrzeczne, ale też, proszę mnie zrozumieć, nie zamierzam pokaleczyć ramienia.

Postanowiłam więc z kopa. Jesli Bóg jest miłością, to też nie chce moich ran. Jeśli jest miłością – zrozumie. Obróciłam się więc w locie jak ptak, uniosłam tułów i z całej siły kopnęłam w świętą szybę. Szyba rozleciała się koncertowo i niech żałuje każdy, kto tego nie widział. Tysiące szklistych kawałków poleciało z hukiem w otchłań nocy, a ja wleciałam bez przeszkód do wieży kościelnej z wesołym pozdrowieniem:

  • Hej, Bóg!

W odpowiedzi ołtarz zapłonął gniewnym ogniem, w którym było coś z dumy i nieprzystępności. Ogień ten zdawał się mi czegoś zazdrościć, coś ograniczać, na coś się nie zgadzać. Że może nikt tu się ze mną nie będzie kolegował? Bo jestem czarownicą, czy kim tam, w jego mniemaniu, kto zgadnie? I mnie też, choć z daleka, dosięgnął ten płomień, zapiekło gdzieś w środku, we wnętrzu mojego nagiego ciała bolesnym zarzewiem. A paszoł na chuj! – oburzyłam się, kląc po rosyjsku i natychmiast opuściłam ten niegościnny przybytek.

A gdy już byłam poza wieżą, odwróciłam się, spojrzałam na te białe, pozornie przyjazne ustrojstwo, wyciągnęłam w jego kierunku ramię i z tego, pozbawionego przecież jakiekolwiek broni ramienia, wystrzeliłam salwę niszczycielskich pocisków. Biała wieża wybuchła gwałtownie na pomarańczowo i zapłonęła jak wielka latarnia. A ja energicznie wzbiłam się jeszcze wyżej, najwyżej i zobaczyłam bezkres czarnego nieba usianego miliardem gwiazd.

I to był najpiękniejszy widok w moim życiu.

Bo poczułam wolność i lekkość, nieprzynależność do niczego i do nikogo. Stałam się sobą, tylko sobą, bez żadnej roli. Bez stanowiska, jaka jestem i co MUSZĘ. Bez przeznaczenia. Bez konieczności. Bez określenia, jakie zajmuje miejsce i do czego można mnie zastosować. Bez zaprzęgnięcia w czynności, powinności, system. Bez funkcji: uczennica, bez funkcji: żona, bez dodatku: wierna.

Bez misji: MAMA.

Tylko ja. I moje prawdziwe imię.

Samolocik

Pamiętasz, jak byłam kartką papieru?

Można było po mnie pisać, drzeć mi skórę

Piórem.

 

Ale ja chciałam latać.

Złożyłeś mnie w samolocik

Wysłałeś przez okno.

 

I rozbiłam się w małej cichej katastrofie

Jednej z tysiąca moich małych cichych katastrof

Tysiąca i jednej

Jedynej

nocy.

 

Nie opuszczaj mnie.

Nie wypuszczaj przez okno, choć tupię nogami, że tak bardzo chcę.

 

Nie opuszczaj mnie.

Znajdź wśród drzew

Na szutrowej ścieżce

 

Rozłóż, wygładź

I napisz

Jeszcze jeden, jedyny, ostatni z tysiąca

list.

Cannelloni z buraka, czyli Żony Hollywood

Mają w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam we dwoje. I pływają naraz w tych osiemnastu basenach, bo przecież w jednym basenie pływać się nie da

Moja mama mówiła na to, że ktoś się „wygina”. Myślę, że to jest bardzo trafne określenie. Oddaje ono dokładnie to, co dana osoba robi ze sobą, ze swoim ciałem, ze swoim językiem, twarzą, osobowością.

Siedzi – dajmy na to – naprzeciwko was, ale jakby nie do końca siedzi, można powiedzieć, że niby to siedzi, niby to się kręci, niby to się trochę kładzie, a może nawet niby to tańczy. Trudno określić, co ta osoba robi w kwestii siedzenia.

Patrzy. Ale jednak nie patrzy. To znaczy niby patrzy, ale nie wiadomo gdzie. Język jest tu bezradny, bo jakże określić tak nieprecyzyjne patrzenie? Takie patrzenie, niepatrzenie? Ty niby widzisz, ten ktoś ma oczy, temu komuś się nawet wiele wokół tych oczu dzieje, a jednak oczy te zgasłe, nieprzytomne, nieczujne, puste. Wzrok rozbiegany, strzelający po ścianach, wokół, tu, tam, wszędzie, po wierzchu. Tylko nie wprost, tylko nie w duszę, tylko nie w prawdę.

Dalej. Można by się rzucić do określania stanu relacji, w jakim ta osoba się znajduje, ale tu też zasieki. Bo niby to rozmawia, a jednak nie do końca. Niby to mówi, ustami rusza, ale dokądś bieży, którędyś umyka, trochę coś w waszym języku, za chwilę to przeplata jakąś kompilacją innych języków, splata kompilacje, wyciąga z nich własne twory, znów coś tam dodaje, okrasza, zniekształca i właściwie nie wiadomo, co powiedziała, ale jednak musiała powiedzieć, bo przecież tak dużo to kosztowało, tyle energii, czasu, prychania, skrzywień, strzelania oczami, trzepotania rzęsami, wydymania warg!

A gdy się jednak próbujecie dokopać sensu, gdy się jednak uprzecie wyciskać treść, okazuje się, że, owszem, gdzieś przemknęła, ale tak zaszyfrowana, tak zakodowana tajnymi hasłami w innych językach, że przepadła nieodgadniona, albo może i nie przepadła, może i się pojawiła, ale zawiera właściwie tylko coś na kształt: „och”.

Albo: „ee”.

I to właśnie można wypatrzeć i wysłuchać na kanale TVN, śledząc cykl programów pt. „Żony Hollywood”.

I pewnie bym nie wpadła na to, żeby sprawić sobie tego rodzaju rozrywkę i wytrzymać jeden z odcinków tej wstrząsającej relacji (chociaż próbowałam, jednak mam w sobie coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, tego samego, co mnie chroni przed kupowaniem karnetu na wesołe miasteczko w Kaletce, biletu do cyrku, czy na kabaret Kryszaka) – gdyby nie zaproszono bohaterów programu do programu innego, jaki, owszem, ku własnemu zdumieniu, zdarza się mi się oglądać, a mianowicie do niejakiego Masterchef.

Nie to, że jestem jakimś samorodnym, niespełnionym talentem kulinarnym, bo kto mnie zna, wie, że zawsze będę tak kombinować, żeby nie robić obiadu. Nie to też, że mnie jakoś kręcą zawody w obrabianiu kaczki. Mam jednak pewną słabość do Magdy Gessler, która robi w jeszcze innym programie tak przepiękną jatkę tym nadętym, zdzierającym kasę za własne nieudacznictwo polskim restauratorom, że nie mogę sobie odmówić przyjemności przebywania w jej towarzystwie, choćby przy okazji.

Tu warto podkreślić, że osobę kombinującej tak, żeby nie robić obiadu, serio frustruje spustoszała mapa przyzwoitych restauracji, w których nikt nie chce cię zrobić w tak zwanego chuja, nikt nie sadza cię przy brudnym stole, nikt nie wciska ci czegoś zamiast czegoś, nikt nie dolewa ci żadnych substytutów, nikt cię nie truje, nie dyma i na koniec nie przynosi bezczelnie bandyckiego rachunku za to wszystko.

No więc zobaczyłam żony Hollywood w Masterchef, który oglądałam ze względu na Kuchenne Rewolucje. Taka akrobacja. A niby do cyrku nie chadzam. A tu cyrk. Przy stole siedzi podstarzała para obwieszona diamentami. Facet nieco łysiejący, na resztce włosów ma balejaż. Na szyi wisior. Złoty. Koszula rozchełstana. Wygląda jak poważnie zniszczony Don Wasyl, tylko że gorzej.

Obok babka składająca się z dekoltu i warg. Wargi są tak napompowane, że zdaje się czuć zagrożenie wystrzelenia spod napiętej skóry jakiejś galaretowatej substancji wprost na podawane wykwintności. Kobieta operuje dziwnym językiem, jak sądzę: AMERYKAŃSKIM i choć wcale niedawno opuściła Polskę, za diabła nie może sobie przypomnieć, jak jest po polsku: jedzenie.

Tym językiem zwierza się, że oto mają u siebie w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam odpoczywać na weekend, do tych osiemnastu basenów – rzecz jasna – we dwoje. Jak rozumiem, bo tego już bohaterka nie wyszczególniła, a jednak mnie to ciekawi, pływają naraz w tych osiemnastu basenach podczas jednego weekendu, bo przecież w jednym, choćby nie wiem jak dużym i bajeranckim basenie pływać się nie da. W głowie się nie mieści, że są na świecie ludzie, którzy pływają w jednym basenie. To jak opowieść z krajów Trzeciego Świata, lepiej to zostawmy!

Przy okazji nasuwa mi się ostatnia aferka z sesją zdjęciową pewnej celebryckiej pary (kobieta zrobiła karierę na sprzątaniu, a facet kiedyś grał [średnio] w piłkę), która postanowiła podzielić się swoim kompleksem pod tytułem: o jeny, jak nas kręci kasa, tarzanie się w złocie, pieniądze, pieniądze, musimy to pokazać! I nastrzelali fotek na osiemnaście stron pod hasłem: królowa i lokaj bzykają się w Bombaju. Czy gdzieś tam.

No, ale do rzeczy. Pies. O tym nie można zapomnieć. Siedzi ten biedny pies przy stole, skrępowany jakimiś cudacznymi fatałaszkami, karany niepowstrzymywanymi pocałunkami i wyściskiwaniem – no i musi zżerać „special diet”, czyli… canelloni z buraka. A jak nie, to skaczący nad nim kucharze wylecą z programu.

Nie je.

Szanuję ogromnie pisarzy, którzy potrafią opisać rzeczywistość bez używania brzydkich słów. Ja też się bardzo staram. Staram się od lat i jest coraz lepiej. Ostatnio naprawdę idzie mi dość niesamowicie. Mam jednak słabsze chwile. Czasem nie mogę. Wtedy sobie tłumaczę, że te słowa nie są brzydkie, tylko adekwatne. No więc adekwatnie zakończę ten tekst.

JA PIERDOLĘ.

Szkoła. Czyli jak zabić ciekawość

Kiedy człowiek usłyszy ciekawą historię, szuka więcej. Jednak dzieci w szkole niczego szukać nie będą. Dlaczego? Bo muszą wkuć czterdzieści pięć dat na sprawdzian, a kiedy im się nie uda, zostaną obrażone. I na hasło „historia” zrobi im się niedobrze. To bardzo ZŁE DZIECI.

Uczę się. Uczę się, uczę się, uczę się! Boże, jak ja się uczę! Nadrabiam całe dekady szkół rozmaitych, do których nigdy nie przyszło mi uczęszczać. Nadrabiam lekcje, na których nigdy nie byłam, nadrabiam radość, jakiej nigdy w naszych systemach oświatowych nie doznałam.

Uczę się jak dziecko, jak świeżo stąpający po ziemi źrebak. Uczę się całą parą, garściami czerpiąc zachwyt, karmiąc nim swoją ambicję, a raczej: ciekawość.

Chcę wiedzieć! Chcę umieć! Boże, jakie to piękne. Jakie to dobre. Jakie przyjemne! A nawet jeśli trudne, to cudne. Tym cudniejsze, im trudniejsze! Bo przecież każda DOBRA zabawa ma w sobie elementy zawiłości.

Gdy porzuciłam pracę biurwy, postanowiłam, że już nic w życiu nie będę robić z przymusu. No chyba że będą mi kazać esesmańcy. Ale dopóki nie ma esesmańców, dopóki ja jestem tu szefem, a przecież nic i nikt nie może mi zabronić być szefową własnego życia – nie zmuszam się do niczego. Ojciec mi powtarzał, że jeśli będę robić w życiu to, co kocham, nigdy nie będę pracować. Szkoda, że ludzie tak późno to rozumieją.

Zaczęłam – jak wiadomo – od pisania. W pisanie uciekałam od ciężkiej rzeczywistości już w wieku pacholęcym. To tam pojęłam, że ta forma autoterapii jest dla mnie sportem ekstremalnym, swoistą jazdą na nartach po czarnym jak smoła stoku dzieciństwa.

No więc z najlepszych możliwych rozrywek wybrałam tę, o której nikt nie wiedział, do której nikt się nie mógł przyczepić, nikt nie mógł skomentować, nikt nie zdołał podciąć skrzydeł. Ani matka, ani ciotka Jadźka, ani facetka od matmy. Nikt się nie mądrzył, nikt nie powiedział nic przykrego, nikt też nie sarkał, że weź się za lekcje. Bo jak można się przywalić do dzieciaka, który w kółko ślęczy nad zeszytem? A że w zeszycie smoki? Labirynty ucieczek z domu? Wyszukane określenia na głupotę starych? Plany zniszczenia systemów? Opisy pierwszych fascynacji, tudzież rozczarowań? Świat wykręcony na drugą stronę, odbity w szalonych lustrach?

To był unik doskonały. O tyle jednak wadliwy, że gdyby nie musiał być unikiem, byłby PEŁNYM rozwojem. Sama definicja go więc dyskwalifikowała. Bo czemu dziecko musi się ukrywać ze swoją pasją? Czemu ma udawać, że nie pisze, tylko – załóżmy – notuje wykładniki potęg? Swoją drogą, wiecie co to w ogóle jest? A wiecie co to: „notacja wykładnicza”? W życiu, moi drodzy, niezbędna. Ja od ukończenia szkoły nie miałam z tym do czynienia NIGDY. Dlatego czas spędzony w sali 47 mojego liceum, w miejscu, gdzie doznałam jednej z największych traum dzieciństwa, zapamiętam do końca swojego życia jako najgorszą, bo potwornie nieprzyjemną formę jego marnowania.

Bo gdybym nie musiała robić tego, co mnie nie interesuje, zaczęłabym pisać książki w wieku lat dziesięciu. I różne inne rzeczy dla mnie interesujące robić. Na przykład: mówić obcymi językami. Śpiewać. Tańczyć. Grać na scenie.

Ale trzeba było wkuwać daty historyczne, coś, co z szalenie interesującej dziedziny robi rzecz tak nudną i odstręczającą, że przez kolejne lata z trudem człowiek się przełamuje, żeby to zgłębić. Trzeba było nie lada mózgu, żeby wymyślił system tak zniechęcający do czegoś tak interesującego. Bo przecież zdawałoby się, rzecz jest niezwykle prosta: opowiedzieć, co się kiedyś ważnego wydarzyło. Opowiadamy sobie codziennie. Niektóre opowieści są niezwykłe. Czasem wydarza się naprawdę w cholerę ciekawych rzeczy. Jeśli więc jest to ciekawa opowieść, to człowiek sam potem wertuje książki i wikipedię, żeby posprawdzać szczegóły. Kiedy obejrzę film o jakiejś postaci, o wydarzeniu, wojnie, powstaniu, czymkolwiek, natychmiast rozpoczynam poszukiwania odpowiedzi na bombardujące mnie pytania. A kiedy to było dokładnie? A po czym? A czemu? A co?

Gwarantuję jednak, że dzieci w szkole niczego szukać nie będą. Tak się składa, że nie będą zainteresowane. Dlaczego? Bo muszą wkuć czterdzieści pięć dat na sprawdzian, a kiedy im się nie uda tego zapamiętać, zostaną obrażone. I tak na hasło „historia” zrobi im się niedobrze. Bardzo ZŁE DZIECI.

Ja miałam koszmary. Przez wiele lat śniły mi się te absurdy szkolne, ten idiotyczny system zniechęcania do poznawania świata. Dopiero po latach, po terapii, udało mi się z tym zawalczyć. I teraz się uczę. Dopiero teraz. Wstaję rano i nie mogę się doczekać lekcji.

Najpierw język obcy. Rosyjski. Tak mi we krwi na bałałajkach grał. Tak mi tęskno było. Jakbym się przez wiele lat dusiła niepełnym oddechem. A ja chcę oddychać. I nie czekać już ani chwili dłużej!

Ale zaraz, zaraz, przecież obiecałam sobie, że niczego nie będę robić z przymusu! Jak się nauczyć języka, jak chodzić na lekcje, jak być pilną, jak robić postępy i… do niczego się nie zmuszać? Odpowiedź zawsze daje intuicja. Żadnych kursów! Żadnych lekcji w dusznej sali z nauczycielem nudziarzem! Żadnych zeszytów, żadnych podręczników! Już to miałam. Już miałam nawet tego dosyć! Ja chcę się uczyć w sposób nieskażony systemem. Znaleźć kogoś o głębokiej duszy rosyjskiej, kto we mnie rozpali miłość do tego języka, z kim będę na nowo poznawać świat od tej nowej, rosyjskiej strony, do kogo będę tęsknić tak, jak tęskni moja dusza do języka moich przodków.

Szukałam jeden dzień. Tam gdzieś w świecie zawsze jest ktoś, kto na was czeka. Tam w świecie jest zawsze ktoś, kto czeka na mnie. Wystarczy zapytać. Wysłać komunikat. Szukam cię. A ty się znajdujesz. Bo przecież szukasz mnie.

Od pół roku moje życie jest na pół rosyjskie. Kiedy mówię w tym języku podobno jestem inna. Podobno po polsku nie jestem taka. Zresztą sama to czuję. Wiem. Po rosyjsku jestem miękka, otwarta, nieoceniająca, niekłótliwa. Rozśpiewana. Tak, rozśpiewana, od kiedy usłyszałam od mojej rosyjskiej mentorki, jak śpiewa w taksówce „Żestokaja ljubow” i poczułam, jak mój głos się budzi z wieloletniego, jeszcze z dzieciństwa zawstydzonego milczenia.

Ile języków znasz, tyle razy jesteś człowiekiem – powiedział Goethe, w jeszcze innym języku, w tym dokładnie, którego będę się uczyć od następnego marca. Bo teraz uczę się śpiewać.

I naprawdę nie mogę doczekać się kolejnej lekcji.

Wiem, że nic nie wiem. A właściwie tego też nie wiem

Im dłużej żyję, tym bardziej nic nie wiem. Im bardziej nic nie wiem, tym ciekawiej mi się żyje

Kilka tygodni temu spędzałam radosny czas ze Szwagrem, który powiedział mi coś, co zupełnie zablokowało moją działalność na tym blogu. Mianowicie, gdy próbowałam go namówić na karierę pisarską, bo przecież nie ma lepszej kariery na świecie, zwłaszcza w Polsce, niż zbijanie kokosów z szalenie lukratywnej profesji literackiej, gdzie autor dostaje od książki całe dwa pięćdziesiąt, serio, nie wiadomo co potem z kasą robić, odłożyć, przepić, czy co – on mi odparł takie oto słowa:

– Nie wiem, czy chcę, żeby inni wiedzieli, co mam do powiedzenia.

I tak sieknęło, że zamarłam do dziś. Właściwie straciłam całą parę twórczą, a przynajmniej blogerską, bo przecież blog to platforma ekshibicjonizmu myśli, obnażanie siebie, swoich bliskich i przyjaciół, w tym – bardzo przepraszam – także Szwagra.

Blog to zajęcie dla Narcyza, który jest w stu procentach przekonany, że świat zapiera dech z ciekawości, co ów dziś ma do powiedzenia. A tymczasem chodzi sobie po świecie ktoś taki, kto – uwaga! – nie to, że nie ma talentu, nie to że nie umie pisać, wręcz przeciwnie, błyskotliwa fraza, tylko że nie chce, żeby inni to czytali. Nie chce, żeby inni wiedzieli, co u niego w głowie. Nie widzi potrzeby. Nie będzie się dzielił. Koniec.

Są takie słowa, które wertują perspektywę. Zapadają w pamięć, paraliżują dotychczasowe nawyki. Warto takich słów posłuchać, przemyśleć je. Pomału, ze zgrzytem nienaoliwionych zębatek, zaczyna się wtedy obracać koło świadomości. I z utartej powszechnie wiary w to, że lepiej gadać, niż słuchać, można wydobyć zupełnie inną prawdę.

Szok i niedowierzanie. A jednak. Ten, kto mówi, traci energię. Oddaje ją innym. Dzieli się. Odrywa od siebie części swoich doświadczeń i wpycha komuś w głowę. Jeśli równocześnie nie potrafi słuchać – nie dostaje nic w zamian. Wychodzi z pustką. Wie tylko to, co sam powiedział. Nie usłyszał nic, oprócz swoich racji.

Ten, kto słucha, zyskuje energię. Przyswaja, wzbogaca swój wewnętrzny świat. Nawet, jeśli nie zgadza się ze słowami, które słyszy – wynosi wiedzę o mówcy. O relacji, jakie mówca buduje. O emocjach. O własnych reakcjach na emocje czyjeś. O tym kawałku kosmosu, jakim jest międzyludzka zależność.

Dlaczego miałby tę wiedzę gdzieś wypuszczać?! Żeby co?!

Nawet teraz, kiedy to piszę, nie wiem, czy słusznie robię. Bo czy kogoś to obchodzi? Czy poza wstępniakiem, ktoś przeczyta całość? Dlaczego miałby chcieć? I, kluczowe pytanie: dlaczego ja miałabym się tym dzielić?

Im dłużej żyję, tym bardziej nic nie wiem. Im bardziej nic nie wiem, tym ciekawiej mi się żyje. Filozofia daje wolność, otwiera umysły. Gdyby zamiast religii, która uczy ciasnych dogmatów, dać tym dzieciakom pofilozofować, może byśmy byli szczęśliwsi? Odwracanie perspektyw może być cudowną zabawą. Coś, co jest utarte, błaga wręcz o świeżość. Po takim liftingu pojawia się ulga i radość. Tak jak wtedy, gdy zrozumiałam, że jak się komuś nie podobam, to to jest przecież jego problem.

Jakiś czas temu usłyszałam od bliskiej znajomej, że nie jest w typie swojego faceta. Bardzo ją to martwiło. Bo on lubi blondynki, a ona jest szatynką. Skąd wiadomo? Kiedyś komuś powiedział. Czy między nimi źle się dzieje z tego powodu? Skądże. Kochają się, jest super. Tylko że ona nie jest w jego typie. Oczywiście, on chce z nią być, świata poza nią nie widzi. Tylko że ona nie jest w jego typie. No, zmartwienie. Może by tak włosy zafarbować? Może obciąć? Może jeszcze coś innego? A może go poprosić, by ZMIENIŁ typ?!

Zapytałam wreszcie, czy w tej całej beznadziei jest jakieś światełko w tunelu. Na przykład: czy on jest w typie jej?

– Oczywiście! – odparła bez namysłu. – On jest idealny, bardzo mi się podoba.

– Podobają ci się jego włosy?

– Tak!

– Oczy, nos?

– Bardzo!

– Gdy na niego patrzysz, odczuwasz radość?

– Tak!

To kto się lepiej bawi?