Mężczyzna mojego (spieprzonego) życia

I nagle go dostrzegam. Oto moje Życie siedzi z miną oniemiałą, obok Królowa Blondu strzela wzrokiem spod doklejanych rzęs, bez głębszego zrozumienia nadchodzącej katastrofy jej – jakże fajowo zapowiadającego się wieczoru…

z17389624Q,MIlosc

Wracam z pracy, odbieram Igorka z przedszkola, Rozalkę ze szkoły, mijam skrzyżowanie, na skróty przez osiedle, idę wzdłuż witryny tej miłej kawiarni, do której nigdy nie mam czasu wstąpić, bo wiecznie z tymi dziećmi, albo przedszkole, albo szkoła, albo zakupy, albo obiad, albo do roboty szybko, a z roboty jeszcze szybciej. A tam grają jazz i w babskie wieczory podają urzędniczkom kopiaste desery, tak żeby nigdy w życiu nie schudły i zawsze już mogły godzinami podczas pracy utyskiwać na swoją nadwagę. I tam właśnie dostrzegam, w towarzystwie bogini blond, znajomą sylwetkę mężczyzny mojego spierdolonego życia. A uwieszone na mnie dzieci skaczą z radości jak małpy, rozpoznając tak długo nieoglądanego tatę. Tęsknota zaczęła już w nich pomału kipieć – każdego wieczora, gdy próbowałam ukołysać je czytaniem bajek i za diabła nie mogłam, bo ciągle o niego pytały.

No to bach! Mają go! W całej okazałości. Plus blondie w ekstrasie. Wchodzimy, kochani. Jedziemy po bandzie. Ja nie mam z kim zostawić dzieci, żeby wyjść gdziekolwiek, a tu tymczasem taka impreza! Hej, dzieciaki! Macie ochotę się zabawić? Pewnie że mają ochotę. Czemu nie? I idziemy przez knajpę, moje Życie siedzi z miną oniemiałą, Królowa Blondu strzela wzrokiem spod doklejanych rzęs, bez głębszego zrozumienia nadchodzącej katastrofy jej – jakże fajowo zapowiadającego się wieczoru.

A ja mam w dupie ich wieczór, ja się nie mogłam dodzwonić do niego przez dwa tygodnie, ja nie mogę się doczekać kasy na czesne, ja nie mam na buty dla dzieci. I tak, w pełnej krasie nagromadzonej furii, sadzam zachwyconego Igorka na jednym ojcowskim kolanie, rozpromienioną Rozalkę na drugim i zakręcając piruet ulgi, lżejsza o dwadzieścia dziewięć kilo, wychodzę z knajpy, łapię Zetkę do Gdyni i też jadę posłuchać jazzu.

Na żywo.


Fragment powieści w przygotowaniu.

Kliknij w okładkę, aby zamówić Furię Mać!

cover_01_finit

Z nerwów chce mi się płakać, mamo

Mija mnie facet na rowerze z dzieciakiem, po chwili szarpie się z tym rowerem i dzieckiem, bo rozgrzebali ścieżkę, kładąc kanalizację. On pcha ten rower między ogrodzeniem budowlanym a hałdą piachu, nie mieści się, włazi na hałdę, buty całe w błocie.

– Polska, kurwa! – klnie.

Sylwia Kubryńska - WO (4)

fot. Dawid Groński/Agencja Gazeta

Matka pyta, co słychać.

Co słychać? Całe życie próbowałam się tego nauczyć i nie wiem do dziś. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak się odpowiada na pytanie: „Co słychać?”. Może to, że zostawiłam Kubę w kinie i przez godzinę paliłam papierosy na zewnątrz? A może to, że kupiłam mu wielką torbę cukierków i twój wnuczek, mamo, twoja krew, potomek polskich katolików, patriotów do szpiku kości, będzie teraz czcił szatana, częstując innych czcicieli szatana cukierkami?

A może po prostu nic nie mówić?

Codziennie rano wypisuję sobie w terminarzu parę słów, które mają wypływać z mojego wnętrza, ze studni mózgu. Przypomina mi to owszem studnię, ale pełną smoły. Gdy już mi się uda wreszcie coś z niej wyłowić, jest to na przykład stary kalosz smutku. Znoszony gumofilc lęku. Strzęp niechęci. I gałgan z dna gardła, supeł na krtani. To właśnie słychać. Pogadamy? Zawijam się w rulon, w naleśnik. Mamo, masz może jakiś dobry przepis na naleśniki? Pogadamy o przepisach kulinarnych. Weźmy na tapetę, na przykład mąkę. Wodę. Dwa jajka. I olej do smażenia naleśników. Olej do smażenia naleśników jest wspaniały. Kupuj olej do smażenia naleśników. Będziesz mi mówiła bardzo długo i nużąco, jak się robi ciasto, a ja się tymczasem zawinę, odetnę się, ucieknę, wyłączę, tylko po to żeby zebrać siły na nowy konflikt. Bo przecież obie doskonale wiemy, że ten sztucznie neutralny temat przeobrazi się za sekundę w wojnę atomową. W końcu i tak się pokłócimy. Jestem pewna, że nawet kiedy zaczniemy rozmawiać o naleśnikach, znajdziemy powód do kłótni. Ja się z matką kłócę nawet przez sen. Przez sen, w którym matka wiesza mi krzyże nad łóżkiem, a ja charczę psami.

Zawsze, za każdym razem okazuje się, że trzeba było wyłączyć telefon. Albo chociaż wyciszyć. Zanim zadzwoni, zanim zapiszczy SMS. Ja nie umiem rozmawiać przez telefon, nie umiem rozmawiać przez SMS, nie umiem rozmawiać przez komunikator. Nie umiem rozmawiać twarzą w twarz. Nie umiem rozmawiać tak, żeby się nie pokłócić. Dokładnie tak samo, jak trzydzieści osiem milionów ludzi w tym kraju.

***

Idę ulicą i przyglądam się twarzom. Zacięte usta, odwrócone oczy. Ludzie nie patrzą sobie w oczy. Ja też odwracam wzrok. Tak mnie wszystko wkurwia, że aż mnie boli. Bolą mnie ramiona, plecy, boli mnie głowa. Boli mnie życie, boli mnie ten tłum na ulicach, tłum z zaciętą miną, jedną, homogeniczną, wielką maską nieprzychylności. Mija mnie facet na rowerze z dzieciakiem, po chwili szarpie się z tym rowerem i dzieckiem, bo rozgrzebali ścieżkę, kładąc kanalizację. On pcha ten rower między ogrodzeniem budowlanym a hałdą piachu, nie mieści się, włazi na hałdę, buty całe w błocie.

– Polska, kurwa! – klnie.

Boli mnie ta Polska, kurwa. Bolą mnie ludzie w windzie, milczący nieznajomi nie mówiący „dzień dobry”. Boli mnie każdy poranek, każdy przedmiot, którego muszę dotknąć. Boli mnie telefon, boli mnie wyświetlacz ze zdjęciem chłopca, którego kiedyś zostawiłam w kinie. Boli mnie ekran, na którym codziennie pojawiają się nazwiska wszystkich osób, z którymi nie mogę, nie chcę, nie umiem rozmawiać. Boli mnie ranking najlepszych książek, wśród których nie ma mojej. Boli mnie Grand Press, którego nigdy nie dostałam, boli mnie każda nagroda, którą dostają inni, a ja jej nigdy nie dostanę. Boli mnie X i boli mnie Y. Boli mnie Fronda i boli mnie Natemat. Boli mnie mama i tata. Moher i leming. I ten język nienawiści obu stron, zaciekłe skakanie sobie do krtani. Bolą mnie oczy od patrzenia w monitor, gdzie wyskakują kolejne wyroki na mnie, na moją wrażliwość, na moją nigdy nie wykiełkowaną radość życia.

Jestem taka zła, jestem taka wściekła, że z nerwów chce mi się płakać, mamo. To słychać.


Fragmenty mojej najnowszej książki Furia mać! Więcej na Wysokie Obcasy

Zamów książkę w promocyjnej cenie:

cover_01_finit

Dzień Matki

Rano wstaję wcześnie, a i tak za późno, ze wszystkim za późno, ze wszystkim do tyłu, ile by się nie robiło, zawsze stos…
100-najwazniejszych-zdjec-swiata.-matka-tulaczka

fot. Dorothea Lange

– Panie Boże, jestem matką, to strasznie trudne, wszyscy mnie wokół oceniają, krytykują, pilnują każdego kroku. Znikąd pomocy, tylko same uwagi. Matka mnie ocenia, ciotka krytykuje, teściowa wiesza na mnie psy. Jedna mówi, że mam dokarmiać, inna, że nie wolno. Zupki trzeć z marchewką, albo dawać koper. Prasować ubranka, każde z osobna, bo bakterie.
Wczoraj wywiadówka, dziś jelitówka. Nie wiem, w co ręce włożyć, szłam z dzieckiem na ręku, przewróciłam się, nikt nie pomógł wstać. W tramwaju wszyscy klną, dzieciak słyszy, a ja się boję im zwrócić uwagę. Nikt nigdy nie zwraca, a co dopiero matka z dzieckiem. Wystarczy, że oczami przewracają, jak dziecko zapłacze. Nawet jak się wydziera, to i tak nic nie mogę zrobić, nakarmić nie wolno, bo kierowca wyrzuci, bo piersi na wierzchu.
Do lekarza kolejka na trzy godziny, w pracy krzywo patrzą, że znów na zwolnieniu. Mówią, że jestem gruba, że już nie taka ładna. Muszę schudnąć, więc zasuwam wieczorami na bieżni i tracę przytomność. Biegam z wózkiem i nosidełkiem na rolkach, wszystko mnie boli, chyba mam żylaki. Nic już nie jem, bo skaza białkowa i ten cellulit, włosy mi wypadają. Nie chcę być gruba.
Chciałabym robić zdjęcia, malować, coś zrobić dla siebie, ale nie mam czasu.
W dzienniczku uwagi, nauczycielka zadaje dzieciakowi zadania do domu, tyle że muszę trzy godziny z nim siedzieć, a drugi dzieciak się drze. Jak coś złego, to zawsze mówią, że matka nie dopilnowała. Nikt nigdy nie mówi, że ojciec nie dopilnował.
Rano wstaję wcześnie, a i tak za późno, ze wszystkim za późno, ze wszystkim do tyłu, ile by się nie robiło, zawsze stos.
Lekarka mówi, że to depresja, muszę brać leki, bo zrobię coś złego. Nie chcę robić nic złego.
W zeszłym tygodniu trzasnął mi kręgosłup, nie mogłam wstać, ale wstałam…
Czy mógłbyś mi jakoś ulżyć?
– Spierdalaj.

Klauzula na wibratory

Z fizjoterapeutami idzie wam koncertowo, ale zostawiacie furty! Wybiegi! Uchylone drzwi dla grzesznic, którym prócz rozpasania w lędźwiach, po głowach hula MASAŻ!

kobiety

Posłowie PiS złożyli projekt zmiany w ustawie o zawodzie fizjoterapeuty. W projekcie jest przewidziana klauzula sumienia dla tego zawodu. Jako przykład zastosowania klauzuli i powodu odmowy wykonania masażu, podano m.in. wkładkę domaciczną u kobiety. Posłanka Bernadetta Krynicka i wiceminister Tombarkiewicz mogą być dumni z pomysłów. Ja jednak wietrzę tu niedociągnięcia i to poważne.

Partio PiS! Rządzie Polski! Czekajcie. Nie tak prędko. Dobrze wam idzie, ale jednak zostawiacie luki! Owszem, pomysł z klauzulą sumienia dla fizjoterapeutów jest genialny. Jednak nie wolno wam spoczywać na laurach. Nie stać was na bylejakość. Jak moralność to moralność. W końcu jesteście jej strażnikami. Z masażystami idzie wam koncertowo, ale zostawiacie furty! Wybiegi! Uchylone drzwi dla grzesznic, nierządnic i zwykłych dziewuch, którym prócz rozpasania w lędźwiach, po głowach hula MASAŻ!

Mówicie, że przypilnujecie porządku, dobrej zmiany? Ha! A co, pytam, z fotelami masującymi?! Co z przyrządami z Rossmana, konikami z IKEI, trawiastymi gąbkami na cellulit? Czy laserowemu umysłowi posłanki Bernadetty Krynickiej nie umknął aby ten potężny problem? Czy w moralności wiceministra Marka Tombarkiewicza, nie zagnieździł się aby szatan, co uśpił świętą czujność? Zagnieździł się! I na zgubę naszą, masujące przedmioty po wolnym rynku krążą. A te rozpustnice kobiety, wysuwając środkowy palec w kierunku błogosławionego rządu, będą się walać po fotelach w media marktach! Bezwstydnice, będą się bawić! Będą się CIESZYĆ! Biada!

Nie mówicie, że zrobicie fotele na receptę. Na receptę jest już pigułka antykoncepcyjna i co? Przebiegłe baby w domowych zaciszach konstruują z niej bomby atomowe. Recepta to słaby zasiek. Ja bym wbudowała rentgena. Przenikające na wskroś systemy testujące zawartość klientki. Ma ona w środku niecny metal, czy nie? Hę? Jak ma, to sorry. Zero masażu. Niech ją Stefan wymasuje. I dziecko zrobi.

A więc rentgen. Rentgen w fotelu, rentgen w gąbeczce, rentgen w masujących przyrządach. Wszelkiej maści wibrujące uciechy należy objąć klauzulą. Bezzwłocznie, natychmiast, na koszt podatnika. Tak nam dopomóż PiS.

Nie ma żadnej obrony życia. Jest atak na życie

Nie podoba mi się, że mówimy dziś o aborcji. Bo tu wcale nie chodzi o aborcję. Tu chodzi o życie. O decydowanie, kto ma żyć. O manipulację totalną. O rząd dusz

270452_1884636911635_2775895_n

Nazywam się Sylwia Kubryńska i jestem feministką. Jeśli ktoś nie wie, co to oznacza, niech sobie wrzuci w Wikipedię. Dla ułatwienia powiem tylko, że feminizm oznacza równość. Równe prawa dla kobiet i mężczyzn. Równe traktowanie. Brak dyskryminacji ze względu na płeć.

W tym kraju nie ma równego traktowania. Jest za to spora grupa kobiet, która gardzi feminizmem. To są te kobiety, którym nawet nie chce się wrzucić tego hasła do Wikipedii. One siedzą dziś w Sejmie. To one decydują o naszym losie. To one powtarzają za kościołem te farmazony o aborcji i rozszarpanych zygotach,  zabierając jednocześnie tym, co zygotami już nie są, prawo do życia. Te kobiety nie reprezentują interesów kobiet w Polsce. One reprezentują interesy grupy mężczyzn, którzy mają pieniądze, władzę, wygodne samochody, ale kompletnie nic wspólnego z życiem rodzinnym. Jeśli szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów bez zażenowania płaszczy się przed  biznesmenem w sutannie, który otwarcie gardzi kobietami, gardzi ludźmi, to jak mamy się czuć?!

Nie podoba mi się, że mówimy dziś o aborcji. Bo tu wcale nie chodzi o aborcję.  Tu chodzi o życie. O decydowanie, kto ma żyć. O manipulację totalną. O rząd dusz. Ale my jesteśmy silnymi i świadomymi swoich praw – praw człowieka, praw do życia – kobietami. Nie łykamy patriarchalnych bzdur o słabej niewieście, która nie ma nic do powiedzenia w sprawie własnego życia. Nie łykamy tych obłudnych działań w celu rzekomej obrony życia. Nie ma żadnej obrony życia. Jest atak na życie. Jest pogarda wobec życia. Bo nikogo tu nie obchodzi święta poczęta zygota. Nikogo nie obchodzą dzieci narodzone. Nikogo nie obchodzi zgwałcona nastolatka, czy kobieta, dla której ciąża oznacza śmierć. Wymaga się od niej najwyższej ofiary, by obronić wartości, których tak naprawdę nie ma.

W latach 60-tych w Polsce przeprowadzono 500 tys. zabiegów przerywania ciąży. Podobnie w kolejnych dziesięcioleciach. To daje co najmniej milion winnych aborcji. A najprawdopodobniej, 1,5, dwa miliony. Pomnóżmy to przez ten okres, kiedy aborcja była legalna. Ile to będzie ludzi? Macie kalkulatory? Sporo, co? To gdzie są ci ludzie? Może w szeregach rządu, wśród kobiet w moherowych beretach, a nawet w kościele.  I oni dziś się nawrócili i swoje sumienie chcą oczyścić naszym prawem do życia. Oni każą zgwałconej nastolatce rodzić, bo mają złe sny!

Od początków kościoła  w Polsce kobieta ma podrzędną rolę w społeczeństwie. Chcę wam, kobiety uzmysłowić, że tysiąc lat to w dziejach ludzkości epizod. Najwyższy czas skończyć z tym epizodem. Nie pozwolimy, aby epizod stał się naszym przyzwyczajeniem. Nie pozwolimy, aby nam i naszym córkom wmówiono, że są słabe i gorsze. Nie jesteśmy ani gorsze, ani tym bardziej słabe. Bo trzeba nadludzkiej siły, aby przeżyć tyle lat upokorzeń i bólu, jaki zgotował nam patriarchat i przetrwać. I powiedzieć DOŚĆ. My mówimy DOŚĆ!

Gdańsk/Ustawka/Protest przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej

Skrzydła, zboczeniec i lew

Dziecko wyłazi z becika, otrząsa się, skacze na poręcz i przybiera postać kota. Jaki to gatunek? Myślę gorączkowo, muszę sprawdzić w googlach, ale teraz nie mam czasu, bo dzieciak mi ucieknie, więc łapię kota i ciągnę z powrotem do łóżeczka…

Najpierw latałam. Latałam właściwie przez większość swojego dzieciństwa, dopóty, dopóki nie zaczął mnie gonić zboczeniec.

Ale po kolei. Moje latanie nie było zwykłym lataniem – jak ptak. Nie było też w żaden sposób skażone techniką, żadnymi wspomagaczami typu motolotnia, spadochron, czy nie daj Boże, samolot. Ja nauczyłam się latać w taki sposób, jak się pływa. Stylem żabki. To proste. Wystarczy się nieco wysilić, zwłaszcza na początku, gdy człowiek musi pokonać barierę grawitacji. Zazwyczaj ten moment jest dość trudny, pojawia się lęk i chwilowy brak wiary w siebie, ale to mija. Mocny, zdecydowany ruch ramion, miarowe odepchnięcie nogami mas powietrznych daje imponujący efekt. A potem już się zapomina o strachu, o zasadach fizyki, o wszystkim. Potem się ogląda świat, potem się podziwia widoki.

Z początku latałam na małych przestrzeniach, na przykład w pokoju. W szkole. Na strychu. Kicałam po sprzętach, lądowałam na piecach kaflowych i szczytach szaf. Szybko mi się to jednak znudziło,  zaczęłam więc skakać z okien ku suchego przestworowi oceanu. Tam była odpowiedź na pytania o sens życia. Tam była cała radość i zachwyt, jakiego tak trudno dopatrzyć się na jawie. Tam była prawda, jakiej potem każdy człowiek próbuje odkryć  po siódmym kieliszku. Nie odkrywa. Nie odkryje. Po alkoholu źle się śpi, po alkoholu się nie lata.

Ja spałam trzeźwa jak anioł i wciąż latałam. Ludzie dreptali po chodnikach miast, jeździły tramwaje, autobusy, ciężarówki. Tam i ówdzie przejechał jakiś rower i wszystko toczyło się swoim rytmem. A ja latałam. A ja patrzyłam na przestrzenie między dachami, ja widziałam iglice kościołów. Drzewa i gołębie wśród liści, jeziora, lasy i rzeki. Tak sobie latałam beztrosko, gdy przyszedł ten cholerny zboczeniec. Facet w prochowcu, twarz zakryta, idzie za mną, a ja nagle nie latam. Biegnę jak szczur do klatki schodowej zdyszana, przerażona, niema. Nie umiem już latać, już jestem za ciężka, za słaba, za głupia. Już jestem kobietą, której życiową misją nie są widoki, radość i zachwyt, ale ucieczka. Ukrywanie siebie, umykanie do klatki przed facetem w prochowcu. Facet w prochowcu jest wielki i groźny, facet w prochowcu jest mocny i straszny. Ja słaba. Ja żadna. Ja marna.

Zboczeniec wracał tak uparcie, że wyparł całkowicie latanie. Wbił mnie w ziemię klątwą nielota, zabrał mi moc moich ramion. Jak w tej baśni o Czarownicy Diabolinie, której zazdrosny kochanek odciął skrzydła, gdy spała. Która bez skrzydeł straciła moc. Ja też straciłam moc. Bałam się zasnąć każdej nocy, wiedząc że znów będę uciekać, że będę się bać, że strasznie będę wstydzić. Bo trzeba wiedzieć, że gdy uciekałam, zawsze te drzwi do klatki były zamknięte, wtedy biegłam do następnej klatki i tam też było zamknięte, a gdy szukałam schronienia w trzeciej – dziwnym zrządzeniem sił robiłam się goła. I ludzie, których kiedyś oglądałam z góry – teraz patrzyli na moje nagie ciało, patrzyli z naganą, z odrazą i gniewem. A ja skurczona, wpół zgięta, pokracznie osłaniałam swoje wstydliwe miejsca i kluczyłam w kierunku jakiegokolwiek schronienia.

I tak, w tej sromocie dorosłam. Ale dorosła nie stałam się silna. Skrzydła mi nie odrosły, ubrania mnie nie zakryły. Tylko ten lęk w prochowcu ciągle za mną podążał. A panorama świata, panorama uczuć – wciąż niedostępna.  Aż przyszła kolejna noc. Dziwny i straszna, lecz trochę też miła. Jak film, jak teatr, w którym niby gram rolę, a jednak to się dzieje naprawdę.

Tej nocy urodziłam dziecko. Dziecko, którego się nie spodziewałam. O którym, być może – zapomniałam? Którego nie znałam, o którym nie wiedziałam wiele, prócz tego, że oto – bach i jest. Jest i rób coś z tym. Matko Polko, zajmuj się i martw. Dźwigaj, karm i kochaj. A ja nie kochałam. Ja patrzyłam z boku i oceniałam. Jak wygląda? Ile waży? Normalnie? Kto wie, skoro nie mam wagi? Trzeba iść do innych kobiet, do matek Polek, przeciętnych normalnych, które rodzą normalne dzieci i NORMALNIE się nimi zajmują. Patrzę za parawan, jest tam jakaś matka, ona też ma dziecko, ale jej dziecko jest jakieś mniejsze. Dużo mniejsze. Wszystkie są mniejsze. Tylko moje wielkie. Ogromne. Niezwykłe. Nienormalne.  I nie wiem, co z tym dzieciakiem teraz. Co teraz? Chowam się zakłopotana, boję się, co powiem rodzinie. Co powie lekarz? Ale, ale. Tylko patrzcie! To dopiero początek! Wielkie dziecko wychodzi z becika, otrząsa się, skacze na poręcz i przybiera postać zwierzęcia. Kota! Dzikiego, wielkiego i w prążki. Kawał drapieżnika. Jaki to gatunek? Myślę gorączkowo, że muszę sprawdzić w googlach, ale teraz nie mam czasu, co ludzie powiedzą, po porodówce skacze kot?! Druga rzecz, że dzieciak mi za chwilę całkiem ucieknie, więc łapię go na ręce i ciągnę z całej siły z powrotem do łóżeczka. Ale nie mogę, bo kocisko, gepard to, tygrys, czy lew? – jest większe ode mnie, w dodatku drapie i gryzie! Fukam na niego, bądź grzeczny, ale on na mnie gwiżdże i wcale grzeczny nie będzie. Nie będzie! On ma pazury i zęby, on ma mięśnie ze stali. On ma złotą sierść. On pieprzy kołyskę i becik!

Kobieta za parawanem głową kręci, ale jakoś bez nagany, raczej z podziwem. To ci dopiero! – mówi. – Ty miałaś taką moc?!

Ja miałam taką moc. Zawsze, od dziecka miałam moc. Ktoś mi po drodze wmówił, że facet w prochowcu miał większą. A weźcie faceta w prochowcu postawcie przed tygrysem? Dajcie go do lwa. Kto kogo będzie gonił? Kto po klatkach będzie się chował? Kto, gdy tygrys zedrze zeń płaszcz, na golasa będzie biegał? Kto zgięty wpół, jedną ręką niezdarnie zasłoni swe wstydy i będzie kluczył po mieście? Błagam! Pośmiejmy się.

I siadam rozbawiona i zupełnie goła obok kota na poręczy. Już nie boję się faceta w prochowcu, nie boję się niczego. Nie wstydzę się ani trochę. Mam dzikość w sercu, mam pazury i zęby. Przytulam się do miękkiego futra swojego „dziecka”, mojego „zwierza”. On jest mój, on jest częścią mnie, on mi nie grozi, on mnie obroni.

Wczoraj znów latałam. Wyskoczyłam przez okno połaciowe, co jest największym wyczynem. Coś jak bungee, tylko bez lin. Najpierw się wdrapałam na dach, odbiłam się od framugi okna, a potem: hop! – pofrunęłam. Leciałam nad Stocznią Gdańską, nad łbami żurawi, wzdłuż gdańskiej Starówki,  nad wieżą Mariacką, nad łbami żurawi, nad morze. Widziałam ludzi w wiosennych ciuchach i kwiaty wśród traw. Widziałam świat wzdłuż i wszerz, to co widzialne i to, co nie. Widziałam moje sny. Widziałam moje życie.

12932576_1186859328005026_2085088500317797483_n

 

Polowanie na króliczka, czyli rozprawa o lęku

Do Sejmu trafił projekt ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Jest szansa na wprowadzenie go w życie, bo komuś wciąż się wydaje, że kobiety są królikami…

krolik2

Jadę rowerem przez pola, wjeżdżam do lasu, a przy leśnej drodze stoi facet. Z gęby zawadiaka, coś pomiędzy draniem a łachudrą. Nikogo wokół tylko ja i on. I gdy mnie spostrzega, wyciąga rękę i dłonią pokazuje gest „na stopa”. Wpadam w ogromną wesołość i z szerokim uśmiechem wołam do łobuza: – Mam pana zabrać?! Wtedy on, także z uśmiechem odpowiada: – Tak! Na bagażnik!

Nie mam bagażnika. Mam za to świetny nastrój, bo oto słońce, oto rower, oto dowcipny człowiek. Jadę dalej, zostawiając za sobą faceta z jego żartami, jadę przepełniona zachwytem i śmieję się sama do siebie. Jestem w lesie. Słyszę śpiew ptaków. Życie jest piękne.

I nagle uświadamiam sobie, że coś jest inaczej. Nie tak jak zawsze. Nie tak, jak było kiedyś…

***

W parku Safari pod Władywostokiem jest zwyczaj karmienia drapieżników żywymi zwierzętami. Tygrys regularnie dostaje biegające pożywienie, które zmusza go do polowania. Owce i kozły wpuszczane na teren drapieżnika uciekają co sił w nogach. Ale nie mają szans. Któregoś dnia dzieje się jednak coś zdumiewającego. Kozioł, wpuszczony do zagrody tygrysa, zamiast ofiarą, staje się kumplem. Partnerem. Zwierzęta razem się bawią, spacerują, śpią na jednym legowisku. Ostatnio kozioł ośmielił się nawet trykać tygrysa rogami. Jak to możliwe, że potencjalna ofiara, z natury słabsza, mniejsza, niby bezbronna, ma taki wpływ na los swój i oprawcy? „Nikt nie nauczył tego kozła, że powinien bać się tygrysów” – twierdzą władze parku.

***

Mój dziadek był oprawcą przez wiele lat. Stosował przemoc w rodzinie i nie zamierzał tego zmieniać. Korzystał, bo babcię nauczono się bać. Babcia dźwigała więc życie i piątkę dzieci na plecach, a gdy jej mąż wracał pijany, uciekała po kątach. Ale któregoś dnia obudziła się w niej natura. Jej wrodzona siła, którą tak skrzętnie z niej wypatroszono. Tak więc, gdy dziadek wrócił pijany do domu i próbował swojego polowania, babcia wzięła świeżo zawekowane słoiki z porzeczkami i zaczęła nimi rzucać w dziadka. Dostał kilka strzałów w głowę i tym samym zakończył swoje podskoki. Zmniejszył się o pół metra, skurczył ku ziemi i tak pokonany pozostał w cieniu na zawsze.

***

Najczęstszym porównaniem dotyczącym relacji płci jest porównanie do polowania. Ściśle: polowania na króliczka. Prasa kolorowa lubuje się w tej idiotycznej metaforze, wszelkie potknięcia partnerskie tłumaczone są JEGO potrzebą łowów. Zdezorientowane kobiety, odrzucone przez facetów z powodu szczerości, dowiadują się, że: „no coś ty, głupia, nie wiesz, że dla niego najważniejsza jest pogoń za króliczkiem?! Bądź króliczkiem, a zatrzymasz mężczyznę. Bądź ofiarą, a zatrzymasz kata!”

Tylko po co ci ten kat?

—————————————————————————-

Jadąc rowerem w oliwskim lesie poczułam coś innego niż zazwyczaj. A tak naprawdę nie poczułam tego. Czego? Lęku. Nie czuję lęku przed groźnie wyglądającym mężczyzną, który mnie zaczepia, „atakuje”. Nie czuję tak dobrze znanego strachu, który kiedyś kazał mi spuścić wzrok i spierdalać na tym rowerze co sił w nogach. Nie. Do tego stopnia tego nie czuję, że nawet mi nie przychodzi do głowy. I co się dzieje? Morda łachudry zamienia się w miłą twarz. Krwiożerczy tygrys staje się kumplem. Myśliwy przestaje polować.

Bo ja nie jestem żadnym króliczkiem! Ani ja, ani żadna kobieta. Owszem, zrobiono z nas króliczki, przyczepiono zabawne uszy i kazano uciekać. Ale ta pogoń jest sztuczna. Do tej pogoni nakłania nas kultura, wychowanie, społeczeństwo, religia. Ktoś każe nam udawać maleństwo. Słabą dziewczynkę, która nie umie podjąć decyzji. Matkę Boską niepokalaną, która nic nie może. W przeciwieństwie do Matki Natury. Bo czy wśród zwierząt istnieje taki teatr? Czy wadera jest słaba? A może lwica? Samica kruka? Nie. Bo ani basior, ani lew, ani kruk nie są zakompleksionymi samcami, którzy trzęsą portkami przed mądrością samic.

Jak myślicie, dlaczego kobiety palono na stosie? Dlaczego wciąż tyle energii wkłada się w ich ujarzmienie? Ze strachu. Przed naszą energią, przed naszą intuicją, mądrością i niezłomnością. Wszak to kobieta jest matką. To dzięki niej istniejemy. To ona daje nowe życie. To ona znosi największy ból świata, po czym wstaje i działa. To ona potrafi robić mnóstwo rzeczy na raz. To ona ma dystans. To ona ma moc. Bez niej was NIE MA. Bez niej jest DUPA.

Do Sejmu trafił znów projekt ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Tym razem jest szansa na wprowadzenie go w życie. Za dokonanie aborcji, choćby ciąża była efektem gwałtu, choćby płód był uszkodzony nieuleczalnie – może grozić nawet pięć lat więzienia. Komuś na górze się wydaje, że kobiety są królikami i bez problemu można im urządzić średniowiecze. Tymczasem zapomniano, że kobiety to bardzo silne istoty, które mają świadomość i moc. Uważajcie więc wszyscy, rzekomi obrońcy życia, kontrolujący nasze ciała posłowie, patriarchowie dyktujący nam kodeks moralny. Nie jesteśmy żadnymi pieprzonymi króliczkami. I jak będzie trzeba, dostaniecie słoikiem w łeb.