Śmierć drzewa

Żeby to opisać, muszę zapomnieć o wszelkich narzędziach artystycznego wyrazu, o emocjach i uczuciach też. Kiedyś studiowałam dziennikarstwo. Zajęcie dla rozplotkowanych psychopatów.
Może to się przyda?
A więc:

W piątek, trzynastego września dwa tysiące dziewiętnastego roku, między wsią Świętosław a miejscowością Szwecja (woj. zachodniopomorskie) – został nagle wstrzymany ruch samochodowy. Na drogę wyjechał wysoki pojazd z ogromnymi metalowymi łopatami. Ustawił się wzdłuż linii przydrożnych brzóz i sosen. Mężczyzna wstrzymujący ruch miał minę tępą. Drugi, obsługujący pojazd – w ogóle nie istniał. W kabinie siedział pozbawiony myśli i uczuć kształt, który nawigował maszyną. Człowiek-zombie.

Łopaty dźwignęły się z dotychczasowego znieruchomienia. Uniosły się na wysokość pni, po czym wbiły się z całą mocą w miękką glebę otulającą pierwsze, najbliższe drzewo. To była brzoza.
Brzoza drgnęła z przerażenia, po czym zachwiała się wytrącona z równowagi nagłym podważeniem korzenia. Łopaty zacisnęły się. Silnym i beznamiętnym trzaskiem cięły korzenie boczne. Wreszcie z wnętrzności ziemi wyrwały drzewo. Pozostała po nim wyszarpana dziura, jak po wyrwaniu serca. Brzoza chwiała się jeszcze w uścisku łopat, po czym została odrzucona na bok i poćwiartowana.

Łopaty zajęły się następnym drzewem.

W pierwszym zatrzymanym pojeździe siedziała siostra ze starszym bratem. Siostra powiedziała, że nie może na to patrzeć. Brat poradził, by zamknęła oczy. Posłuchała.
Zza zamkniętych powiek dochodził do niej już tylko beznamiętny szczęk maszyny wyrywającej z ziemi kolejne serca. Przepraszam, drzewa.
I strach. Wielki, drżący, milczący strach.

– Czemu oni to robią? – spytała cicho.
– Pewnie mają zamówienie. Z firmy szwedzkiej, która robi meble. Wycinają nasze lasy, bo przecież nie będą wycinać swoich. Tacy głupi nie są.
– Długo to będzie trwało…?

Brat nie wiedział. Albo po prostu nie powiedział, żeby jej nie ranić. Bo to trwało wieczność.

Nagle wiatr machnął samochodem, machnęło też dźwigiem z łopatami. Pierwsze auto – to z siostrą i bratem ruszyło. Dziewczyna otworzyła oczy. Zobaczyła stos poćwiartowanych pni. I te dziury w ziemi.
Narzędzie zbrodni stało obojętnie na uboczu, czekało na kolejne egzekucje.

Nagle dotarło do niej, że los brzozy dosięgnie i te drzewa, w których mieszkają kruki. Piękne, wielkie ptaki, które zadziwiają ludzki gatunek swoją magiczną inteligencją. Właśnie przed chwilą tańczyły nad koronami swoich domów. Młode wykonywały akrobacje w powietrzu, popisując się przed rodzicami. Co się z nimi stanie? Czy człowiek-zombie zastanawia się, ile w wyrywanym drzewie jest gniazd?

Zerwał się wicher. I deszcz.
– Niebo płacze – powiedział starszy brat.
I faktycznie płakało.

Ulewa wzmagała się z każdą chwilą. Pojazd ledwo trzymał się drogi, tak wiało. Gdy znów szarpnęło, brat zaklął zaniepokojony. Ale niewzruszona siostra, w której oczach płonęła teraz tylko wściekłość, nie odrywając wzroku od osi rozpętanego przez siebie huraganu, odparła tylko:
– Dasz radę.

—————————————————-

Wszystkie cywilizacje upadały kolejno na skutek suszy. Susze pojawiają się, gdy zostaną wycięte (wyrwane) drzewa. Drzewa dbają o cyrkulację wody między ziemią a powietrzem. Gdy nie ma drzew, wysycha gleba, a na niebie nie mają z czego zbierać się chmury. Deszcze ustają, ziemia pęka. Powoli umierają kolejne gatunki, aż wreszcie głód i nędza dopada samego człowieka. Który nade wszystko chciał mieć nowe meble z Ikei.

kruk1.jpeg
Nagle dotarło do niej, że śmierć dosięgnie i te drzewa, w których mieszkają kruki…

Dokumenty proszę

Ten świat mnie rozwala. Wyszłam na rower, jadę do parku, na ławeczce siedzą dzieci. Taki klimat jak z piosenki Elektrycznych Gitar. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły. Usiadły na ławeczce i krzyczą słowa, których je rodzice nauczyli. I nagle podchodzi do nich facet i jednemu z dzieciaków, temu najgrubszemu (stary motyw, gruby ma przesrane) wymierza potężny cios w plecy. 

Gruby akurat nic nie mówił. Ale dostał. Od obcego mężczyzny, który tylko taką formę rozmowy uznaje. Mówię, uspokój się pan, bo na policję zadzwonię. A ten do mnie z ryjem, że co ja chuliganów bronię. Pan jest elegancki, ma lakierowane butki i wyprasowaną koszulę. Zatem chuliganem, mimo agresji – nie jest. To dzwonię. 

  • Komisariat jakiś tam (Wrzeszcz? Biała? Z lokalizacji mogę przypuszczać, bo na pewno nie ze słuchawki. Ani stopnia, ani nazwiska, nic.)
  • Mężczyzna zaatakował dziecko w parku. Tu i tu. 
  • Jaka ulica?
  • Hallera.
  • Numer. 
  • To park jest. 
  • Proszę podać numer. 
  • Na mapie sobie sprawdźcie, ja tu numerów nie widzę. 
  • Proszę podać numer, Hallera jest długa.

Wytężam wzrok, odczytuje numer z jakiegoś bloku nieopodal. A oni pytają tym razem o park. Jaka jest NAZWA PARKU?!

  • Ile jest parków przy tym numerze?? – wkurzona już jestem. Tymczasem kolejne pytanie pada. O moje nazwisko. Facet w lakierkach spieprza. Podaję swoje dane. Funkcjonariusz zapisuje leniwie, po czym znów pyta o numer. 
  • Ten facet ucieka, pospieszcie się. 
  • Pani nie mówi, co mamy robić. 
  • Dlaczego?
  • Co: dlaczego?

Facet uciekł. 

Dzieciaki go gonią, policja się zjawia po pół godzinie. Ja stoję jako świadek, opowiadam jak było, tymczasem policjant wygrzebuje się z szoferki i mówi do mnie ospale: 

– Dokumenty proszę. 

Komisariat policji na Białej we Wrzeszczu. Duży samochód mieli. Drogi. Na kodżakach jechali przez park. Gówno zrobili. 

Dla zobrazowania moich emocji wobec policji w Polsce zamieszczam zdjęcie „Izby dziecka” na Strzyży. Takie oto Auschwitz czeka dziecko, które do niej trafi. 

GGPOlq6ERyqWj9JX58qMPg_thumb_3f6
fot. Ewelement. 

Guovssahas

Od kiedy pamiętam, od pierwszych chwil mojej świadomości na tej ziemi, co nie ukrywam, z miejsca przyprawiło mnie o przerażenie – wszyscy wokół byli dziećmi. 

I mama. I tata. I panie w przedszkolu. I panie w szkole. Babcia najmniej. Ale dziadek za dwoje. 

Wszyscy. 

Wszyscy. 

Każdego dnia doświadczałam tego faktu z coraz większym poczuciem niemocy i beznadziei. Przepaść czarnej rozpaczy jęła wypełniać moje serce. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Przecież skoro są dziećmi, trzeba się nimi opiekować! Trzeba się nimi zająć, wyręczyć, poprowadzić! Trzeba im pieluchy zmieniać, prasować skarpetki! Trzeba ich lulać i tulić, nawet jak są okrutni. Mówią, że dzieci są okrutne. Wiedzą, co mówią.

Wszyscy. 

Wszyscy.

Koledzy w szkole, koleżanki z klasy. Pani dyrektor. Facet z radia, facetka z telewizji. 

Wszyscy. 

Jestem zorzą polarną. Rozpędzonym wiatrem słonecznym rwącym ku błękitowi atmosfery, by na nim grać. Struna po strunie rozpiętej na wielowymiarowych gryfach, na nieskończonej przestrzeni klawiatur. Gram melodię, wybijam rytm. Mój głos niesie się po szmaragdowym niżu biegunowym wprost od rozpaloności Słońca. Moja temperatura to zmiana. Nigdy nie zbadana niewiadoma emocji. 

Wczoraj rzucałam krzesłem, dziś zanurzam się w wannie. Zamykam dłońmi przestrzeń niewidzialną, gdzie ukryta jest moja dusza. W niej rozgrywają się kompozycje geniuszu świadomości o milionie imion. Sylwia. Noemi. Guovssahas. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Nie ma już płci. Nie ma już ego. Nie ma już małej opiekunki dzieci świata. Jest tylko wodorowa reakcja łańcuchowa. Zieleń. Błękit. Czerwień. Biel. 

Wolność. 

Zadzieram głowę i z otwartymi ustami patrzę w Niebo. Pomruk burzy przeszywa moje ciało. 

Gdy się urodziłam wszyscy byli dziećmi.

Nadal są. 

Niech sobie będą. 

nemezis.me

fullsizeoutput_ad
Gdy się urodziłam, wszyscy byli dziećmi…

Stowarzyszenie Pięknych Kobiet – warsztaty

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat

Obudził mnie własny śmiech. Mam zdarte gardło. Poważnie. Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło. Słyszałam kiedyś, że można płakać przez sen, ale żeby się tak śmiać? Do zdarcia? Do wybudzenia?

A jednak.

Mam gruby jak cegła słownik symboli Kopalińskiego. Znalazłam go kiedyś na ławeczce we Fromborku. Nie pytajcie, czemu akurat tam. Spadł z kosmosu niechybnie. Kopernik mi zrzuciła. A ja rzeczy z kosmosu szanuję. I używam słownika nader często. Zaraz po przebudzeniu sprawdzam. Księżyc. Wilk. Kot. Rzeka. Zaćmienie słońca. Rubin. Wszystko coś znaczy, zwłaszcza we śnie. Znaczenia moich snów są zwykle negatywne. Kłopoty, zmartwienia, choroba. Bieda. Nędza. Śmierć. 

Gdy to czytam, zwykle parskam śmiechem, bo wszystko przez Kopalińskiego wymienione dawno już jest za mną. Co mnie finansowe tarapaty? Co mnie tam choroba? Co mnie śmierć? To już było. Drugi raz nie umrę przecież.

Ale Radości w słowniku nie ma. Takie rzeczy się nie zdarzają. Śmiech nie może być symbolem niczego z tej prostej przyczyny, że w tej szerokości geograficznej nie występuje. Jak czegoś nie ma, to nie ma. Tymczasem budzi mnie. Do rozpuku.

Siadam na łóżku z tym zdartym gardłem i przypominam sobie scena po scenie, co mnie tak rozśmieszyło. Latam w Dolnym Wrzeszczu nad Placem Wybickiego. A tam dzieci. Dużo dzieci. W dzieciakach jest pełno radości. Jakaś roztańczona dziewczynka mówi do narzekającej baby: pani do szpitala się uda, a nie. Dupę zawraca.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

Kobieta idzie do pracy i utyskuje. Że ją strzyka i boli, że źle, że się nie chce.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

A ja latam. I w locie umieram ze śmiechu. To takie proste. I takie śmieszne. I takie oczywiste. Ile kobiet dziś przyszło do pracy? Ile z nich narzeka? Ile do szpitala się nie udało?

I dupę zawraca?

Dzieci są takie mądre. Tak prosto wszystko widzą. I tyle w nich radości!

Kiedyś prowadziłam dwumiesięczne warsztaty dla dorosłych. Dwie osoby się obraziły. Kilka nie miało czasu. Rozmyło się, rozjechało.

Kiedyś prowadziłam godzinne warsztaty dla dzieci. Miesiąc później spotkałam w Biedronce dziewczynkę. Podeszła do mnie i powiedziała: –  A ja napisałam tę książkę!

Napisała. I będzie pisać. Zostanie artystką z tą unikatową umiejętnością, której nie ma dziś prawie nikt. Z umiejętnością, która sprawia, że jej książkę czyta się jednym tchem. A nie. Dupę zawraca.

Dla tych, co dupę zawracają są nagrody literackie. Dla tych, co piszą czytelnie: są Czytelnicy. Wybór należy do was.

Złapałam za telefon, napisałam kilka esemesów do matek. I już mam dwie chętne! Tak, tak. Tylko bezrefleksyjni ryzykanci ignorują swoje sny. Ja nie mogę aż tak ryzykować. Mnie się śnią śmierci i tarapaty. Kopaliński dupy nie zawraca. On wie, co pisze.

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat.

Rusza rok szkolny. Dajcie sobie spokój z tymi hałaśliwymi basenami. Nie szukajcie zajęć po omacku. Ja się zajmę waszymi pociechami. Nauczę ich, jak odbić rzeczywistość w twórczości. Jak trudne emocje wyrzucić na kartkę papieru. A potem zagiąć panią od polskiego, która, owszem, może i się uczyła pisać, ale nadal nie umie.

Czas przeszły nigdy nie dokonany.

Już załatwiam salę. Szczegóły podam wkrótce. Tymczasem piszcie do mnie, zgłaszajcie. Biorę każdego dzieciaka. Im mniej umie, tym lepiej. Tabula rasa. Czysta kartka. Napiszemy na niej baśń tysiąca i jednej nocy. E tam, tysiąca. Miliona miliardów.

Nieskończoność możliwości ludzkiego umysłu.

To właśnie wasze dziecko.

———————————————————————–

Organizator – Spółdzielnia Literacka „BaBa” Sylwia Kubryńska, Stowarzyszenie Pięknych Kobiet.

Termin – Od października 2019.

Miejsce – Gdańsk Wrzeszcz albo Sopot.

Cena – Nie wiem, jeszcze szukam wsparcia, zależy ile dzieci, powiem po kaszubsku: nie pokrzywdzę. 

Zgłoszenia: redakcja@baba.com.pl

PS. Jeśli jesteś dorosła, a siedzi w tobie dzieciak – przyjmę.

PS2. Facetów uczyć nie będę, ich ego jest nie do przeskoczenia nawet dla tych, co potrafią latać. No chyba, że to będzie Szaman Mako.

PS3. nemezis.me

IMG_0534
Co mnie śmierć? Drugi raz nie umrę przecież… (fot. Ewelement)

 

 

 

Kobieta niedoskonała

To ja. Właśnie dziś. Śniła mi się szmaragdowa sukienka. Kosztowała 77 zł. A ja pieniędzy plik po stówach w ręku trzymam i nie mogę zapłacić. Sprzedawca pyta, na jakie imię odłożyć. Podaję imię. Nie, nie to. 

Podaję inne. 

Szmaragdowa sukienka jest moja. Wiem to na pewno. Ale nie mogę jej dostać, bo wciąż myślę o tej JESZCZE BARDZIEJ SZMARAGDOWEJ. O tej doskonalszej. O tej, którą szkoda, że ta tutaj nie jest. Znacie to? Wiecie o co mi chodzi? Super kiecka, szkoda, że nie szersza, ale trudno. SCHUDNĘ. Albo: leży idealnie, szkoda że nie TROCHĘ INNY KOLOR. Ale dobra. Niech będzie. 

Tymczasem moja sukienka ze snu mówi: nie. Jak ci nie pasuje: spadaj. I pieniędzmi tu nie szastaj, to nic nie da. Jak się nazywasz? No właśnie. Zastanów się, czy ci się twoje imię podoba. 

Obudziłam się cała głupia. I z tym planem w głowie: jak zrobić, żeby się polepszyć. Dzisiaj będę mądrzejsza. Dzisiaj będę miłosierniejsza. Dzisiaj to już w ogóle, kurde, w boga się zmienię. Boginię. Boguistą. 

Tak, to dziś jest ten dzień, w którym zbawię świat. 

To DZIŚ. Dziś się stanie. 

A tu pada deszcz. Deszczowy dzień na zbawienie świata? Serio? Ktoś widział deszcz w raju? Na tych okładkach publikacji świadków Jehowy, na tych „Strażnicach” i „Przebudźcie się”, widzieliście kiedyś DESZCZ? Ja nie. Ale dobra. Niebadane są fantazje bogów. Może i deszcz. Nie mam czasu zresztą na dywagacje, deszcz nie deszcz, muszę świat zbawiać. W końcu jestem dziś o krok od doskonałości. To już teraz. Stanie się. Za chwilę. 

Szmaragd to taki kolor różny. Jasny szmaragd jest bodaj najdoskonalszy. Sukienka z mojego snu nie była jasna. I w jakieś esy floresy, z zieleni w błękit, dynamicznie, bez stałości. Cała jakby ruchoma, zmieniająca się bez przerwy, niby aura. Nie było w niej nic z tej stałości kamienia szlachetnego, z tej marmurowej niezłomności, jaką jest drogocenna skała. A jednak miała ten kolor. To imię. Szmaragd. 

Zawsze chciałam mieć imię z kamienia. Bo czyż nie kamień nosimy od narodzin u swojej szyi, na zawsze, do śmierci? Wszak to nie jest nasz pomysł, żeby się tak nazywać. Ktoś nam to imię nadaje i potem się męcz. Że ci się nie podoba. Że masz inny pomysł. Że nie jesteś wcale Ania, ale Ewa właściwie. Albo Jasmin. Albo, jeszcze lepiej: NIKOL. 

A ja mam imion tysiąc! I wszystkie ulotne jak dym. Dziś Sylwia, jutro Noemi. A pojutrze nie wiem jeszcze. Moje imiona to sukienki, których mam w szafie tak dużo, że wkrótce z pewnością szafa wybuchnie i wyrwie południową ścianę kamienicy, w której mieszkam. Stanie się to w samym środku najbardziej niewłaściwego dla wybuchów szaf czasie i rozpocznie lawinowy cykl wybuchów wszystkiego na całym świecie, co efektem domina wywoła koniec świata. 

Tak. 

Tak właśnie myślą mężczyźni, gdy drżącym głosem pytają: ile masz tych sukienek?

Sukienki kobiet najpierw ich zachwycają, a potem, gdy ośmielone zachwytem kobiety rozkręcają swoje możliwości – zaczynają przerażać. Aż wreszcie i ostatecznie powodują koniec świata. 

A ja tymczasem jestem zajęta kupowaniem kolejnej kiecki za 77 i koniec świata byłby za chwilę nastąpił, gdyby ten subiekt nie odmówił transakcji. 

 Mam jeszcze kartę – mówię, ale facet jest nieugięty. Nie, to nie facet. Facet chce ją sprzedać. To ona. 

To MOJA ciemno-szmaragdowa, niestała, niedoskonała, zanieczyszczona błękitem sukienka. To ona odmawia. I będzie w tym uporze, dopóki jej nie zaakceptuję. 

Boże, jak ja dziś wyglądam! Dałabym zdjęcie, ale mi się nie chce. Liczę na waszą wyobraźnię. Siedzę jak zombi, patrzę tępo na deszcz, włos w nieładzie, oczy w słup. Nawet ten tekst mi nie idzie. A ja zbawiać świat się wybieram. Ha, ha, ha. 

Nic mi się nie chce. 

Zadzwoniłam do Ewelement, ale jej się z kolei gadać nie chce. To w zestawieniu z moim „nic” nieźle się spięło. Przeprowadziłam więc żywy monolog o doskonałości liczby 7, której druga siódemka w doskonałości przecież tylko przeszkadza, a ona na to odpowiedziała:

– Kot mi wlazł do talerza. 

Siąpi tak, że nie wiem, czy w ogóle gdzieś wyjdę. Ale kupiłam sobie niedawno parasolkę w groszki. I jest nowa dostawa w lumpie…

Idę. Kupię sobie sukienkę. W końcu jak długo ten świat może istnieć?

 

PS. nemezis.me

Promienie czarnego światła

Emanuję samym dobrem. Chyba że trzeba, to jeszcze złem.

Miałam napisać tylko to jedno zdanie (a właściwie dwa), ale jak już podłączyłam te kable, te hasła powpisywałam, cały ten mozół za mną – chciałoby się rozkręcić nieco.

Dobro i zło. Coś, czego w naturze nie ma. Czy kiedy lew rozszarpuje łanię, jest zły? Te pojęcia zostały wymyślone po coś, a jak coś zostało wymyślone po coś, z miejsca wydaje się podejrzane. Sama natura nie wymyśla, nie musi. Jest taka zasada. Jak przestaję myśleć, to od razu wiem. Tak właśnie jest ze wszystkim, ale człowiekowi się wydaje, że musi coś tam kombinować straszliwie, bo niby od tego ma mózg. Czasem racja, czasem warto się zastanowić. W szachy jak się gra, na przykład. Ale żeby wymyślić dobro i zło, trzeba mieć w tym gruby interes. Palcami wytykać nie będę. Oni wiedzą.

Człowiek jest jak kamień. Czasem szlachetny. Czasem nawet diament. Miałam ostatnio sposobność widzieć diamenty. I powiem wam o nich coś, czego zwykły śmiertelnik nie wie. W dzisiejszych czasach ludzie rzadko myślą o kamieniach szlachetnych. Do diamentów nawet nie podchodzą, bo się boją, że ich cena zje. Albo coś. Nie wiem. W modzie jest biżuteria doskonale żadna, taka co, nie daj Boże, nie wywoła emocji.

A ja lubię. Wchodzę do jubilera, każę pokazać najpiękniejszy pierścionek z – na przykład – diamentami. Przymierzam go, podnoszę do światła. Sprzedawca zasypuje mnie propozycjami rabatów, a ja tymczasem mam ten swój taniec z kamieniami.

Potem zaczynam marudzić. O jeszcze większy rabat, rzecz jasna. O to, że nie wiem, czy pasuje. Zmniejszyć by trzeba. Coś tam. Zakładam okulary, zaczynam badać szlif, jak rasowy znawca. No nie wiem… Hm. Jest piękny, ale… Zawieszam głos i daję sprzedawcy szansę na szczerość. Teraz dowiem się wszystkiego. Co tam ewentualnie jest jakie.

No i wreszcie, gdy już wszystko o sobie wiemy, bierzemy ten nasz pierwszy mały ślub, a raczej: zaręczyny. Odkładam pierścionek na ladę i mówię: – Muszę to przemyśleć. Proszę dla mnie go przechować do, dajmy na to, środy.

– Na jakie imię?

Ha. Kochani. Na jakie imię! Najpiękniejsze! Najbardziej stosowne! Najszykowniejsze! Na takie, żeby ten subiekt wiedział, że ja i kamień, to jedno.

Nie powiem wam, na jakie imię, bo same swoich macie pewnie aż nadto. I każda inne przecież. I wszystkie te pierścionki za milion na was czekają, byście do nich przyszły, byście z nimi potańcowały, byście je na te swoje właściwe imiona poodkładały do środy. I byście do środy były the Lords of the Rings.

Słabo?

Wróćmy do diamentów. Czego ludzie o nich nie wiedzą? Powiem tak: niczego. Ale mnie chodzi konkretnie o taką rzecz, że ludzie nie wiedzą o tym, że diamenty świecą na czarno. Diamenty świecą czarnym światłem.

Wiem, bo widziałam. Mało tego, mam świadków. A propos świadków, jest to historia o dwóch kobietach, które mnie ostatnio odwiedziły zupełnym przypadkiem. Poznałyśmy się w Mistrzyni i Małgorzacie. Jedna z nich zapragnęła kupić moją książkę, ale taką, której akurat nie miałam w tej mojej pyciej księgarence. Jakoś tak się złożyło, że jej nie było. Zaproponowałam, żeby mnie odwiozły do domu, w domu mam. Pojechałyśmy. Stanęłyśmy pod domem. Mówię, może wejdziecie na herbatę? A nie znamy się przecież wcale. One dwie grzeczne, urzędniczki. Ale już ze mną parę minut spędziły. I mówią tak.

Kobieta nr 1: – Pranie wywiesiłam, siedem pralek, na deszcz idzie. A, ch… z praniem.

Kobieta nr 2: – Mam małego psa w domu. Nie powiem, że ch… z psem. Ale ch… tam.

Wicher mojego jestestwa porusza tym Kosmosem. Weszły. I wtedy właśnie zeszło na te diamenty. I Magda, ta od psa, również widziała ich czarne światło. Czarne światło istnieje.

Czemu diamenty świecą czasem na czarno? Bo oddają mrok, jaki przez nie przechodzi. Zwracają to, co dostają.

Człowiek jest jak kamień. Bywa że szlachetny. Bywa że diament. Dobro i zło nie istnieje. Jest tylko zwierciadło. Blask zwróconych promieni i zimne jak lód odbicie mroku.

PS. nemezis.me

IMG-1578

 

Psychopacki

fullsizeoutput_231Jestem redaktorem naczelnym gazety! Ha! Ha! Hahaha!

Już tłumaczę, jak do tego doszło. Najpierw sen. Stoję w kolejce do niemieckiego kasjera (NIEMIECKI KASJER), w kieszeni mam coś pochowane, w zasadzie: kradnę. W Niemczech. Trzeba mieć jaja jak byk, żeby w Niemczech coś zwędzić. A ja proszę. Stoję na bezczela, patrzę w oczy temu niemieckiemu oficerowi geszeftu i przemycam jakieś pierdypały z ichniejszego tysiąca i jeden drobiazgów. 

No, ale, myślę: dobra. Po cholerę mi kraść, zaraz gestapo zawołają i mnie w tym niemieckim więzieniu będą torturować. Dziękuję. Stać mnie. Co ja tam nakradłam? I wyjmuję na ladę coś, co wygląda jak termometr, tylko że pompowany. Pompowany termometr? Ciśnieniomierz? Zawału dostanę? Dobra, dalej. Co wyciągam jeszcze? Tu się zdziwicie: RYZĘ PAPIERU do drukarek. Ryza. Wyjęta z kieszeni. Luz. 

Pierwsza myśl: po cholerę mi ryza papieru? No i GŁOS z góry, TEN głos, wiecie:

– PRZYYYDA CI SIĘ.

Dalej poszło szybko. Ryza papieru do drukarek oznacza potrzeby drukarskie, coś mam drukować, a co innego można drukować na formacie A4, jak nie gazetę? Jakieś urzędowe flaki z olejem, albo… No i powstała dziś Ona, moja pierwsza, jedyna, numer jeden, własna gazeta, którą lecimy pewnie raz na tydzień i w ogóle mam pomysłów MILION. 

Ciekawostka. Jak na rasową artystkę przystało, zrobiłam błąd redaktorski. Czy jakiś tam. W każdym razie: błąd jest z przytupem. W tytule gazety. Jak już wydrukowałam pierwszy nakład i zrobiłam mu zdjęcie, to na tym właśnie zdjęciu ujrzałam siebie w pełnej krasie. Nie napiszę, bo nie chcę wam zabierać zabawy. 

Niemniej: uf! Leżę z kolportażem. 

PS. Miałam pisać o zupełnie czym innym! O tym, że na przeciwko Ważka Cafe jest facet, co ma sklepik z winami, nawet z bezalkoholowymi też. Wpadam do niego czasem, on mi (przed trzynastą!) wina nalewa (bezalkoholowego, hehe) do wysokiego kieliszka i… gadaaamy, gadaaamy o takich na przykład zaskakujących rzeczach, jak sny. Facet, który gada o snach. Zważcie. 

PS2. U niego też będzie kolportowana gazeta. 

PS3. On jeszcze o tym nie wie. Nie mówcie. 

PS4. nemezis.me