Turkusowy komplet z satyny

We wszystkich moich śmierciach mieszka Jolka. Jolka ma piegi, jasne włosy, duże usta i bliznę na policzku

Dziś rano umarłam. Już jako trup zjadłam cztery aspiryny, choć wiem, że to marnotrawstwo. Ale co tam marnotrawstwo! Przecież samo umieranie jest marnotrawstwem. Marnotrawstwem jest również pakowanie turkusowego kompletu z satyny do trumny. Jeśli umieram ja, niech umierają ze mną wszystkie moje kiecki, buty, wstążki i kapelusze. Niech skonają moje berety i turbany. A przede wszystkim niech umierają aspiryny, ibupromy i apapy, cały arsenał leków przeciwbólowych.

Śmierć poranna jest bodaj najczęściej występującą śmiercią w moim życiu. Następuje natychmiast po otwarciu powiek. Leżąc w trumnie porannego stuporu, stworzyłam już dwa miliony wierszy i pół tysiąca opowiadań. Oczywiście, żadnego nie uwieczniłam na piśmie. Śmierć poranna jest zbyt straszna, by ją opisywać.

We wszystkich moich śmierciach mieszka Jolka. Jolka ma piegi, jasne włosy, duże usta i bliznę na policzku po upadku w niemowlęctwie. Lekką nadwagę, z którą walczy od zawsze. Jest piekielnie inteligentna, uwielbia czytać, ma cięty humor. Gdy zapomina, że jest ode mnie starsza, lubi bawić się ze mną we fryzjera. Kwadrans ona, kwadrans ja – siadamy na zmianę na fotelu i czeszemy się nawzajem. Rozmawiamy wtedy o szkole, o chłopakach, o stukniętych koleżankach i nawiedzonych nauczycielach. Obgadujemy wszystkich jak leci. I śmiejemy się nieprzytomnie. Próbuję na jej włosach stworzyć coś, co się nazywa „kłosek”. Sto razy zaczynam, wciąż mi się nie udaje. Z jednej strony jest jakieś uwypuklenie, warkoczyk uparcie wychodzi krzywo.

- Masz krzywą głowę! – wyrokuję wreszcie. Jolka podnosi rękę, dotyka głowy i wyczuwa guza.

Przypominam sobie ten sen. Śnił mi się dużo wcześniej, jeszcze przed zabawą we fryzjera. We śnie Jolka przyszła do mnie, położyła mi głowę na udach kuląc się przed jakimś strachem. Pytam, co się dzieje, ale ona nie odpowiada. Na głowie nie ma jasnych włosów, jasne włosy gdzieś przepadły. Widzę tylko ciasno zawiązany, połyskujący w ciemności turkusowy turban. Mimo grubej warstwy tkaniny na głowie, czuję od niej lodowaty chłód.

- Jola, czemu jesteś zimna? – pytam. Znów cisza. A nogi mam tak zdrętwiałe, że się budzę. Otwieram oczy, Jolki już nie ma. Nie ma jej od dawna. Została mi po niej tylko ta mała, poranna śmierć.

klosek

Deszcz

Ktoś przesunął korkiem od wina po krawędzi kryształowego kieliszka. I nagle z nieba spadły dziesiątki ciem. Martwych ciem

Jeżeli chodzi o mnie, to u mnie wreszcie pada deszcz. Kropla za kroplą opisuje ten dzień. Myślę z soczystą satysfakcją o tych wszystkich wyschniętych roślinach, które terroryzowały mnie przez całe lato ostentacyjnym usychaniem, a dziś doczekały się ratunku ze strony natury. O ile ich ostentacyjne usychanie miało zmiękczyć me serce, o tyle nie trzeba być orłem, żeby wiedzieć, że pod tą szerokością geograficzną prędzej czy później grzmotnie nawałnica. Dlatego bieganie z konewką zawsze zdawało mi się zajęciem podejrzanym i akceptuję je tylko ze względu na moją babcię Stasię. Babcia Stasia podlewała kwiaty na działce i biegała z konewką do kętrzyńskiego jeziorka, z którego wyłowiła pewnego razu prawdziwą pijawkę, pijawkę z krwi i kości, a raczej z samej krwi, której się tak ożłopała, że przybrała postać swojej nadętej amazońskiej kuzynki. Ja, wówczas kilkuletnia, chłonęłam świat jak gąbka, wchłonęłam także pijawkę, o której snułam fantazję tak śmiałe, że w końcu napisałam pierwsze w życiu opowiadanie i dostałam piątkę. Opowiadanie oczywiście o pijawce.

Nie pamiętam jak to leciało, wiem tylko że musiało być dramatycznie, w moim życiu wszystko miało dramatyczny wymiar, tym dramatyczniejszy, że związany z głębokim, choć niejasnym poczuciem obowiązku wobec literatury. Tak więc pierwsze moje literackie kroki mały ścisły związek z podgromadą pierścienic, co gorsza skutkowały piątką z polskiego, co już ostatecznie zagmatwało mi życie. Uwierzyłam bowiem, że mam dar opowiadania, mało tego, mam dar opowiadania o podgrupie pierścienic, a co za tym idzie najprawdopodobniej mam też dar opowiadania o motylicy wątrobowej, o tasiemcu bąblowcowym, o pająkach i ćmach. I poszłam na studia biologiczne.

Jezu, gdzie ja zabrnęłam, miałam pisać o deszczu!

Po latach, gdy już wszelkie znaki na niebie i ziemi wyjaśniły mi, że moje opowieści dotyczące stawonogów, ich tchawek i odnóży w najmniejszym stopniu nie zajmują ludzkości, popełniłam błąd na miarę własnego uporu i dramatyzmu. Opowiedziałam historię ciem tropikalnych. Na randce.

Historia tropikalnych ciem zaczyna się nawet całkiem interesująco, zaczyna się bowiem wieczorem na imprezie z ośmiorniczkami zakrapianymi winem, a pokażcie mi delikwenta, który na randce z nieznajomą opiera się historii zaczynającej się na jakiejś tropikalnej wyspie, wieczorem, przy winie i ośmiorniczkach? Ha! No to jesteśmy na tej wyspie, przy winie, przy krwistych dźwiękach portorykańskiej gitary, wśród zapachu rozgrzanych dopiero co zaszłym słońcem ciał, ciał smolistym winem rozbujanych w takt krwistej samby i, zdawałoby się, delikwent jest już nasz.

Życie jednak pokazuje, że człowiek będący na prostej drodze do sukcesu zrobi wszystko, żeby sobie tę drogę skomplikować i sukcesu uniknąć. Tak było i w tamten wieczór, gdy siedząc na tarasie z moją świeżo złowioną randkową zdobyczą, piłam piwo, patrzyłam na księżyc i snułam opowieść z Puerto Rico. Robiło się coraz gęściej, sprawy zarówno na moim tarasie, jak i na tarasie portorykańskim zmierzały do celu, gdy nagle któryś z wyspiarskich gości (nie pamiętam, czy to była ona czy on) przesunął korkiem od wina po krawędzi kryształowego kieliszka. Z kieliszka wydobył się dźwięk nie tyle krwisty, co taki tam, ot, pisk szkła pocieranego korkiem, na tyle jednak donośny, że rozpalona do czerwoności gitara zgasła. I nagle z nieba spadły dziesiątki ciem.

Martwych ciem.

Damy, rzecz jasna, jęły piszczeć, a ćmy spadały dalej. I spadały, aż nastała cisza. Sto martwych owadów leżało pokotem u smagłych stóp pięknych kobiet, niczym ofiary nocy. Jednak nad ranem, gdy boy hotelowy przyszedł oporządzić taras, nie było już truchła ani jednego owada.

Tu też jeszcze miałam duże szanse. Mogłam bowiem podążyć w stronę duchów i metafizycznych znaków, biblijnych przypowieści itp., czym z pewnością delikwenta bym zaczarowała („Boże, jaka ona jest odjechana!”). Potem już tylko dwa dni udawania obojętności, dwa dni nieodbierania telefonu i facet jest mój. Tymczasem? Tymczasem ja, zgodnie z przeklętą wrodzoną szczerością, rzecz wyjaśniłam naukowo. I przepadłam z kretesem.

Korci mnie, żeby w tym miejscu urwać i pójść oglądać deszcz, ale byłoby to z mojej strony kolejnym dramatycznym błędem. Ja tu sobie siedzę, patrzę przez okno na świat i myślę, że w tym momencie pół ludzkości łamie głowę nad rozwiązaniem mojej zagadki, czemu ćmy po usłyszeniu pisku spadły nocą na taras? Ale wszyscy gwiżdżą na moje ćmy, wszyscy gwiżdżą na mój ornitologiczny romans, bo jak świat światem, o ile między Lolą a Rico nie zaiskrzy więź, o tyle pies z kulawą nogą opowieści nie wysłucha.

Moje ćmy spadły gwałtownie, jakby szło o kwestię życia i śmierci. Wysoki dźwięk zadziałał jak alarm bombowy z przekładem na polski: „padnij!”. Jaki związek ma wysoki ton pocieranego korkiem szkła ze śmiertlenym zagrożeniem dla nocnych motyli? Co sobie ubzdurały, żeby spadać na taras? Czemu akurat w jednym momencie, pionowo jak martwe? Pytałam retorycznie i po dramatycznej pauzie pełnej napięcia, wygłosiłam wreszcie odpowiedź.

Znacie tę krępującą ciszę, gdy kończycie fascynującą historię, a wasz słuchacz kwituje ją „aha”? I w tym „aha” zawiera się wszystko to, czego byśmy w żadnym „aha” usłyszeć nie chcieli. Jest to mieszanka ugrzecznionej cierpliwości z domieszką ulgi, że wreszcie opowieść dobiegła końca, jest też jakiś rodzaj zdumienia, że w ogóle miała miejsce, a przede wszystkim jest to skrzętnie ukryte pod maską konwenansów zdanie: „laski to jednak są popierdolone.”

Zostałam więc ze swoimi ćmami na tarasie, na który dziś pada deszcz, a krople opowiadają ten dzień, kolejny dzień niegasnącej nadziei, że ktoś gdzieś na świecie mnie zrozumie i któregoś deszczowego dnia dokończy moją opowieść.

Facebook i INNE

Przepraszam, że nawiązuję kontakt z Panią przez Facebook, ale nie zdążyłem Pani złapać po wyjściu z gabinetu. Jestem weterynarzem. Żałuję, że kazałem Pani zapłacić za szczepienie tego kota…

126310_rudy_kot_snieg

Siedzę gapiąc się w monitor, miotana wyrzutami sumienia za niepisanie epopei i grzebię bezmyślnie w Facebooku. Coś mi mówi, że jak porządnie pogrzebię, to coś wreszcie znajdę, jakieś światło, wskazówkę życia, głęboką myśl, sens, metaforę, frazę, cokolwiek, co mnie ze stuporu wyrwie, obudzi, drogę ku spełnieniu wskaże. Grzebię zatem, oglądam śmieszne filmy o kotach, pusto rechoczę, zrazu myślę, że nigdy sensu nie znajdę, już nabieram pewności, że pustka moim życiem zawładnęła, i nic, tylko koty w pudełkach, gdy wreszcie cudem jakimś trafiam! Trafiam na coś, co moje życie odmieni!

Szukajcie a znajdziecie, słowo ciałem się stało. Moje życie od lat pędzi w wielu kierunkach, a wszystkie niewłaściwe. Ciemność przed oczami przerywaną psotami kotów rozjaśnić może jeno przypadek. Albo upór w upartym grzebaniu w Facebooku, w poszukiwaniu sensu. Oto jest. Gdzie? W skrzynce odbiorczej. W zakładce INNE. Wiecie, że jest taka zakładka? Wiecie o jej tajemnej zawartości? Macie pojęcie, że w zakładce INNE pokutują od lat nieprzeczytane wiadomości? Rozdygotane od czekania, pełne wyznań i cennych porad? Wiecie o tym? Ja nie wiedziałam do dziś! Do dziś chodziłam ślepa na ludzką szczodrość cudownych słów! Ociemniała na szczerość serc! Sceptyczna i cyniczna, pełna nieufności! Głupia! I, oczywiście, jak zwykle, w plecy z kasą. Bo co się okazuje? W zakładce INNE (czarciej zapadce!) znajduję, na przykład list takiej oto treści:

„Przepraszam, że nawiązuję kontakt z Panią tą drogą, ale nie zdążyłem Pani złapać po wyjściu z gabinetu, najprędzej udało mi się znaleźć Panią na tym portalu. Jestem weterynarzem. Żałuję, że kazałem Pani zapłacić za szczepienie kota, było to niewłaściwe. Dlatego w dogodnej chwili, bardzo proszę wrócić po zwrot pieniędzy”.

Ha! No pewnie że niewłaściwe! Niewłaściwe jest branie pieniędzy za szczepienie takiej łajzy! Każdy wie, co to za ziółko! Każdy, co czytał tego bloga, już dawno się przekonał! Dlatego zgadzam się z weterynarzem i jego biciem się w pierś. Niewłaściwe, tym bardziej, że to było szczepienie na wściekliznę. A ten popapraniec jest wściekły z natury! Nic mu ta szczepionka nie pomogła! Nic się nie zmieniło! To było niewłaściwe! Niewłaściwe po stokroć, bo pamiętam, jaka to była kwota! Niemała! Co ja mówię. Spora! To był całkiem przyzwoity kawałek pieniądza! To była właśnie ta suma, której wielokrotnie pod koniec każdego miesiąca poszukiwałam w kieszeniach wszystkich zimowych płaszczy i zakurzonych torebek! Kiedy był ten post? W styczniu 2013. Jezu, od ponad półtora roku klepię biedę, a tam gotówka czeka! Idę! Idę po odbiór pieniędzy. Kocham zakładkę INNE.

To nie wszystko. Kolejna wiadomość to oferta zarabiania na blogu. Ha! Wystarczy tylko napisać post chwalebny pod adresem napojów gazowanych. Słuchajcie, napoje są super! Kupujcie gazowane napoje! Kupujcie całe zgrzewki! Ja osobiście też bym kupowała, ale wydałam całą kasę na szczepienie kota.

Co jeszcze tam mamy? Wyznanie miłości. Ha! Dalej. Łzy po przeczytaniu książki. Mojej książki! Nie wiem, czy są to łzy wzruszenia, czy śmiechu. Biorę w ciemno. Dalej. Jakiś wątek z imprezy, na której podobno byłam. Propozycja spotkania z tajemniczym nieznajomym. Ha! Dalej. Poparcie w sporze, którego nie pamiętam. Ha! Dalej. Znów śmiech (albo łzy ze śmiechu) z powodu jakiegoś mojego tekstu. Oferta pracy! Co z tego, że sprzed dwóch lat? Ha! Czytam wszystko jak leci, a wiadomości jest dużo. I szukam wciąż tego jednego, jedynego postu, tego, co zmieni moje życie, po przeczytaniu którego już nigdy nie będzie tak samo. Tak samo źle, oczywiście.

Wreszcie! Jest! Remedium na przekleństwo mojego życia! Lek na migrenę! Nieznana ludzkości tajemnica ukryta w zakładce INNE. Cudowny sposób, dzięki któremu moje życie odmieni się raz na zawsze. Bardzo prosta sprawa, że też wcześniej na to nie wpadłam. Sami zobaczcie:

„Sylwio kochana, przedwczoraj przysiadłam do Twojego bloga, dziś dotarłam do wpisu o migrenie. W drodze do tego wpisu zdążyłam zapałać do Ciebie żywą sympatią, wiec podzielę się z Tobą lekarstwem, które mnie uwolniło od potwornych migren. A mianowicie – jest to dieta:

  1. Bezglutenowo
  2. Bezmleczno
  3. Bezmięsno
  4. Bezcukrowa.”

Super. Wdrażam. Gdzie można kupić coś, co nie rzuca cienia?

Zabić gnoja, czyli hejt w sieci

W komentarzach zawsze są jakieś życzenia. Życzy się męczarni, chorób, zdychania na raka…

Kierowca, który poturbował dwadzieścia trzy osoby na Monciaku w Sopocie prawdopodobnie nie będzie skazany za przestępstwo (czytaj tu). Jest chory psychicznie i musi być leczony w zakładzie zamkniętym. Jego choroba, mówiąc oględnie, nie przypadła do gustu internautom, którzy zdecydowanie woleliby żeby mężczyzna był:

  1. Zdrowy
  2. Pijany
  3. Pod wpływem narkotyków
  4. Skazany na śmierć.

Niestety, żadne z tych życzeń nie chce się spełnić. Byłoby fajnie, ale nie da rady. Trudno się więc dziwić furii społeczeństwa. Nic nie idzie po naszej myśli. Ani on zdrowy, ani pijany, ani naćpany, ani skazany na śmierć. Pozostaje nam tylko jedno. Zabić gnoja przez internet. Pozostaje nam już tylko hejt.

Warto zauważyć, że nie tylko w tym kontrowersyjnym przypadku nasze oczekiwania się nie spełniają. Właściwie pod każdą publikacją w sieci jest z tym krucho. Czy to będzie publikacja o kierowcy z Monciaka, czy o roztargnionym ojcu, czy o zbyt troskliwej matce, czy o australijskiej żabie, wszystko jedno. Dlatego hejt musi być i będzie. Warto się w nim podszkolić. Jak go sformułować, co zawrzeć, żeby był wystarczająco dosadny? Są pewne zasady, które trzeba znać. Tak więc, zanim napiszemy jakikolwiek komentarz (również pod tym artykułem), pamiętajmy aby:

  • Ostro się sprzeciwić. Bo wszystko, co właśnie przeczytaliśmy to stek bzdur. My za to jesteśmy chodzącą encyklopedią i znamy się na: polityce, historii, prawie, ekonomii i naukach ścisłych. W dziedzinie medycyny jesteśmy orłami. Z psychiatrii nikt nas nie zagnie.
  • Wykorzystać znaki przestankowe. Wykrzykników proponuję stosować jak najwięcej, warto też na stałe wcisnąć Caps Lock. Liczą się też zwroty wyrażające bezbrzeżne oburzenie. Wulgaryzmy polecam przeplatać wielokropkiem. Zabieg, ze względu na brak możliwości swobodnego rzucania mięsem na forach, wzmaga emocje i podnosi wartość komentarza.
  • Używać szyderczych określeń, typu: „główka makówka” na przemian z określeniem „zakuty łeb”. Tego rodzaju akrobacje dezorientują adresata, a jednocześnie przyprawiają o zawrót wspomnianej pustej głowy. Niech tam, w końcu to nasza jedyna forma ekspresji!
  • Obrażać. Ale nie tylko autora, czy bohatera tekstu! To za mało. Warto obrazić przy okazji: księży, prokuratorów, urzędników, dziennikarzy, rodzinę, przyjaciół, matkę i sąsiada. Feministki, biegaczy, rowerzystów, Jurka Owsiaka. PO i PiS. Obrońców życia poczętego i obrońców życia narodzonego. Wszystkich. Proponuję tu uniwersalny pomocniczy zwrot, np.: „wszawe psy”.
  • Należy przedstawić wszelkie (nieważne czy prawdziwe) koneksje adresata z Putinem, z listą Wildsteina, z Wermahtem i z Urzędem Bezpieczeństwa. Zaleca się połączyć te koneksje z Donaldem Tuskiem. Nadaje to komentarzowi klarowności buntowniczej, która poparta społeczną aprobatą (wiadomo czyja wina) ma szansę zrobić prawdziwą furorę.
  • Wypomnieć żydowskie pochodzenie. To się zawsze sprawdza. Pamiętam cenną przestrogę komentatora pod wywiadem z pewnym poetą o imieniu Jakub. Autor komentarza grzmiał: „Sprzedadzą Polskę te pejsate oszołomy!”. Nawet jeśli bohaterem artykułu jest gekon pręgowany – też nie należy mu darować. Z pewnością ukrywa gdzieś zabłąkany semicki gen.
  • Oskarżyć o homoseksualizm. Wciąż sobie cenię komentarz niejakiego Rafi, od którego dowiedziałam się, że: „Jestem tłustą lesbą, której rodzice nie kochali, a brat po głowie łopatką bił”. Jedno zdanie, a skarb. Wątek można jeszcze rozbudować o pierwiastek polityczny, tudzież penitencjarny. Przykład z bloga Jasia Kapeli, prawdziwa hejterska perełka: „lewacki cwel”.
  • Gardzić. Pogarda jest największą torturą, a przecież po to tu jesteśmy, żeby torturować. Słowem kluczem, wytrychem naszej internetowej twórczości jest nieskończona odmiana przymiotnika „głupi”. Pamiętam interesujące rozwiązanie pewnego hejtera, który pod harmonogramem wystawek błysnął taką racą: „Głupi artykuł, nie mówiąc o autorze.”
  • Życzyć. W każdym szanującym się hejterskim komentarzu są życzenia. Zazwyczaj życzy się męczarni, zemsty, chorób, zdychania na raka. Przykład z autopsji: „życzę ci żebyś zdechła, pierd…na suko”. W skrajnie jadowitych przypadkach można życzyć rozumu. Rozumu życzą hejterzy wyniośli, sami siebie stawiający na poziomie wyżyn intelektualnych, czego z uwagi na wymienione wyżej treści, nie sposób im odmówić.
  • Ferować wyroki. Oczywiście, tylko wyroki śmierci. Bynajmniej nie chodzi tylko o to, żeby „zabić gnoja”. Wszak szanująca się nienawiść zawsze żąda krwi. Jeśli zatem chcemy być prawdziwymi hejterami, katujmy, dźgajmy, wieszajmy, sadzajmy na krześle elektrycznym, topmy, ćwiartujmy, strzelajmy z kuszy, nabijajmy na pal, kamienujmy i palmy na stosie. W końcu żyjemy w kraju katolickim.

Deklaracja wiary dla wszystkich!

Niech każdy zawód ma swoją klauzulę. Każdy bez wyjątku, nawet ten najstarszy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przestańcie się tak wzbraniać! Przestańcie oponować! Jesteście przeciwko deklaracjom wiary? Błąd. Deklaracja wiary może być całkiem fajna. Zależy jak na to spojrzeć. Zaraz wszyscy się denerwują, że to, tamto, jakieś zakazy, nakazy, poglądy. A ja widzę to inaczej. Ja chcę się przekonać. Nie mówię: nie. Wprowadźmy deklarację wiary. Poczujmy to. Zastosujmy ją we wszystkich dziedzinach życia. We wszystkich zawodach. Nie to, że lekarze, nauczyciele mieliby klauzulę sumienia. Niech wszyscy ją mają! Architekci, prawnicy, księgowi. Informatycy, kadrowi, poeci. Kierowcy, magazynierzy, sprzątacze. Spawacze, hydraulicy, spadochroniarze. Stop!

Zatrzymajmy się przy ostatnim. Dla przykładu. Żebyście zrozumieli. Spadochroniarz niewierzący musi dostosować się do zasad fizyki, w tym prawa grawitacji, zależności masy ciała do oporów powietrza, prędkości lotu samolotowego, zachmurzenia, takich tam. Ekwipunek musi taszczyć, w ekwipunku też dziada z babą nie brakuje. Niekończąca się to krzątanina. Koszty! Czas! Zajęte miejsce w samolocie! Same problemy. A spadochroniarz wierzący? Nie zawraca sobie głowy obliczeniami. Bierze modlitewnik i fru! Powiedziałabym, „z górki”.

Pilot. Po ostatnim locie awionetką, po prostu zazdroszczę deklaracji wiary pilotów wierzących. Wiecie, ile się człowiek musi nawypisywać współrzędnych przed lotem? No i te kontrole, te łączenie się z wieżą, po polsku, po angielsku, sierra papa, ja – brzoza, to tamto. Wskaźniki, ciśnienie, wiatr taki, sraki, turbulencje. Mgła! Tymczasem pilot z deklaracją wiary wsiada, pacierz mówi i leci. Luz.

Listonosz? To właściwie skandal, że jeszcze nie ma deklaracji wiary dla tego zawodu! Ja osobiście przyjmowałabym do pracy tylko listonoszy wierzących! Zaraz sami przyznacie mi rację. Dlaczego? Listonosz po podpisaniu deklaracji wiary doręcza tylko i wyłącznie listy o miłości. Wszak Bóg jest miłością. A co innymi listami? Co, na przykład, z listami z ZUS-u? Otóż żaden nie ma prawa dojść do adresata. Koniec kropka. Ale nie to, że gdzieś odłoży! Żadnego odkładania! Wierny listonosz ma obowiązek każdy list świecki zniszczyć! Bezpowrotnie. Rytualnie. Z pasją. Niszczarką pociąć wzdłuż i wszerz. Strzępki oddać psom na pożarcie. Psów odchody spalić. Co z popiołem? Nie doręczać! Popiół… no nie wiem… wyrzucić? Nie, wyrzucić to za mało. Wyrzucić to można ewentualnie popiół po kartce post-it z telefonem do Cześka Jackowskiego. Ale popiół po przesyłce z ZUS-u trzeba WYPIERDOLIĆ.

W ten sposób, legalnie i w imię Wyższych Spraw, piorunem pozbędziemy się wszelkich idiotycznych przesyłek z Ikei, z banku, z krajowego rejestru długów, z urzędu skarbowego, od komornika, z policji, ze straży miejskiej, diabli wiedzą skąd jeszcze. Niech spadają. Albo będą pisać o miłości, albo niszczarka, pies, piec i wypierdalać.

Sami widzicie. Tylko parę przykładów, a jak fajnie się zrobiło. Dlatego, gdziekolwiek pracujecie, bez zbędnej zwłoki wdrażajcie deklarację wiary. Niech każdy zawód ma swoją klauzulę. Każdy bez wyjątku, nawet ten najstarszy.

Ja osobiście, nad czym ubolewam, nie mam możliwości podpisać żadnej deklaracji. Z bardzo prostego powodu. Nie mam czasu. Muszę pracować. Skądś ten podatek kościelny trzeba wytrzasnąć.

Wódka, Pampers i Katarzyna

Zrozumiałam, że on nie przyjdzie nigdy…

wod

Boże, ile człowiek w życiu głupot narobił!  Ile durnowatych słów wypowiedział, ile napisał! Ile kretyńskich sytuacji stworzył! W ilu sytuacjach kretyńsko się zachował! Siedzę i liczę i pamięci nie wierzę. Przykładowo, taki obrazek. Czekam na Cześka Jackowskiego. Z wódką w zamrażalce. Potem z wódką na stole. Znów w zamrażalce. Znów na stole. Z kryształowymi kieliszkami (jakby obecność kryształowych kieliszków na stole miała ściągnąć niedoczekanego gościa, jakby kieliszki mogły zakląć tę pustkę) oraz z pstrągiem w galarecie z pobliskiego marketu. Po czterech godzinach oczekiwania wódka traci szron, a ja tracę cierpliwość. I oto film, klatka, trzask! rzucam wódką o ścianę! W dupie cię, Cześku Jackowski, mam! Tylko spróbuj przyjść! Tylko spróbuj zadzwonić do tych drzwi! Precz! Nie otworzę! Nie wpuszczę! Psem poszczuję! Wygnam, przepędzę, wzgardzę! Nie dzwoń, milcz! Odejdź!

Nikt nie dzwoni.

I nagle olśnienie. Czesiek Jackowski nie przyjdzie. Ani teraz, ani za piętnaście minut. On nie przyjdzie nigdy. A żelazną konsekwencją rozbicia wódki o ścianę jest wódki brak. Tu należy zaznaczyć, że brak wódki w tej sytuacji oznacza brak jakichkolwiek rozrywek.  Sprawa tak jasna jak bolesna. Jedyny rozweselacz tego wieczoru właśnie wsiąka w parkiet. Pobliski market zamknięty. Ja siedzę wśród szkieł. Obok mnie mop.

Inny przykład. Zbieram przez pół roku opakowania po dziecka pampersach i wycinam promocyjne misie, żeby wysłać na konkurs i wreszcie coś w swoim życiu  zmienić. Może jakąś kuchenkę, pralkę, albo wycieczkę do Tunezji wygrać? I tak gromadzę sześćdziesiąt osiem pampersowych misiów, wkładam je do koperty i na sztywnych nogach idę na pocztę, żeby wysłać, kres ubóstwu i szaremu życiu położyć. I owszem, wysłałam. Dumna i blada wracam z poczty i już widzę, jak w Tunezji przewracam się na drugi bok na plaży Morza Śródziemnego, wokół lazur, obok parasolka zanurzona w odmętach miętowego mojito, raj, raj i rozkosz. A jeśli wygram samochód?! Nie mam prawa jazdy! (Wtedy jeszcze nie miałam, potem, po czterech morderczych próbach trafiłam wreszcie na egzaminatora miłośnika literatury i tak go zagadałam w temacie „Blaszanego Bębenka”, że wszelkie karygodne błędy mi wybaczył i dał z litości ocenę pozytywną). Pal sześć, pomyślałam sobie wracając z tej poczty, potem się będę martwić. Hasło to przyświecało mi całe życie stając się ostatecznie mottem, maksymą, aforyzmem, sensem mojego życia, moim być albo nie być z naciskiem na to drugie. Potem się będę martwić. Potem się będę martwić. Potem się będę martwić… Jezu, nie napisałam na kopercie nadawcy!

I teraz oto jesteśmy w kolejnej przygodzie. Sopot. Godzina czwarta rano, wychodzę ze Spatifu. Sama! Gdzieś w czeluściach knajpy zakotwiczyła moja koleżanka Kaśka, ale za diabła nie może stamtąd wyjść. Stoję przed spatifowymi schodami, stukam stopą o sopocki bruk i wpatruję się w drzwi. Owszem, drzwi wypuszczają różnych delikwentów, owszem, delikwenci chętnie dotrzymują mi towarzystwa, ale czwarta rano ma to do siebie, że ja już towarzystwa mam – mówiąc delikatnie – odrobinkę dosyć.

Moja doba dzieli się na dwie części. Jedna z nich to wesoła część popołudniowo-wieczorna, w której jestem osobą nad wyraz towarzyską, w której jestem wprost duszą towarzystwa, w której wykonuję setki zapraszających telefonów do znajomych i nieznajomych, w której kocham cały świat i z całym światem tańczę na barze. To ta łaskawa część życia, gdy „jakoś to będzie”, a właściwie to „wszystko będzie dobrze”, bo generalnie „jest super!”. A im dalej w noc, tym lepiej. Do pewnego momentu. Do zaćwierkania pierwszej narwanej ptaszyny. Do bladości pierwszej odsłony świtu. Do turkotu pierwszej porannej eskaemki. Wtedy właśnie, wychodząc z wesołego mroku nocy wchodzę w mrok o stokroć gęściejszy. W zimny, ponury mrok alienacji. W gąszcz kolców. W drugą część doby.

Czwarta rano jest tą godziną, która bezwzględnie należy do drugiej części doby.

A ja jestem tą osobą, która o czwartej rano stoi pod Spatifem bez cienia niedawnego szampańskiego nastroju. A każda minuta zagłębiania się w czwartą rano, moją nocną papuśność przekuwa w dzidę nienawiści. I tak stoję i nabieram żółci, czekając na cholerną Kaśkę, wyobrażając sobie, co jej zrobię jak wreszcie wyjdzie, albo inaczej! co jej zrobię jak zaraz tam do tego Spatifu wejdę i za włosy z żyrandola ściągnę.

Poszłabym. Ale mi się nie chce wchodzić do tej wszawej (godzinę temu jeszcze cudownej) knajpy, nie chce mi się przeciskać wśród delikwentów oferujących swoje mętne towarzystwo, przez spoconą ciżbę podchmielonych pseudoartystów, przez ćwierkającą gawiedź roznegliżowanych pseudoartystek, po prostu nie chce mi się włazić po schodach!

Najlepiej pójdę sama do domu. Pójdę, złapię pociąg i nigdy, przenigdy się do tej lafiryndy nie odezwę. Będzie dzwonić, pisać, a ja nic. Kamień, mur, posąg. Zostawiłaś mnie dziwko pod Spatifem, teraz skoml!

Dobra, najpierw zadzwonię. Zadzwonię i zbesztam. Ostatnia szansa. A potem już kamień, mur, posąg. I dozgonne skomlenie.

Wyciągam komórkę, szukam. Katarzyna… Katarzyna… O ludzie! Opętana generacjo rodziców lat siedemdziesiątych! Czyście oszaleli?! Czyście się zmówili?! Czy władza ludowa dawała jakiś bonus za nazwanie córki: Katarzyna?! Pralkę? Kuchenkę? Wycieczkę do Tunezji?! A może cholerny samochód?!

Siedemnaście Katarzyn na karcie SIM. I siedem w pamięci urządzenia. Wściekłość nie pozwala mi się zastanowić. Wybieram pierwszą z brzegu i dzwonię. Po kilkunastu przeraźliwie wkurzających sygnałach, Katarzyna odzywa się podejrzanie zaspanym głosem: „halo?”. Jedna moja półkula mózgowa szepcze, że znam ten głos z zupełnie odmiennych okoliczności. Druga półkula hodująca bujnie wzrastającą wściekłość, szepty te dławi. Pierwsza jeszcze przez ułamek sekundy walczy podsyłając mi sygnały skojarzeń z pracy. Druga sygnały niweczy i furię podkręca. I tak, o godzinie czwartej rano, wśród pokrzykiwań rozbawionych sopocian, wywarczałam przez zęby do mojej zdumionej szefowej Katarzyny Skrzypkowej takie oto zapytanie:

- I gdzie ty, kurwa, jesteś?!

Jak Polacy traktują swoje kobiety?

Dobry traktuje kobietę dobrze, a zły źle. Jeśli zatem kobieta trafi do dobrego Polaka, ma szczęście

UbojniaDrobiu_reklamamodelka (1)

Trudno powiedzieć, czy ta kobieta ma szczęście. Nie jest to wolny wybieg, no i ten ubój…

Dziś byłam świadkiem rozmowy, która zaczęła się od tematu „jak muzułmanie traktują swoje kobiety?”. Temat zdawałoby się – mucha nie siada. Zwłaszcza, że rozmówcom wyraźnie zależało na tym, by ewentualne złe traktowanie kobiet przez muzułmanów napiętnować. Ale, ale, ktoś zaraz powiedział. Nie samymi muzułmanami człowiek żyje. Ustalmy jak inne narody traktują swoje kobiety. Wątek ten zacny, ktoś nawet stwierdził że feministyczny, pruł jak wartka rzeka przez wszystkie muzułmańskie kraje, aż po lądy islamem nieskażone, po cały świat.  I tak rozmowa zawędrowała od Turcji przez Tunezję i Egipt, by wylądować na starym kontynencie amerykańskim, bo ktoś zabłysnął przeczytaną gdzieś rewelacją, że ze wszystkich narodowości to chyba Indianie najlepiej traktowali swoje kobiety. Z wigwamów sprawa nieoczekiwanie wylądowała w Europie środkowej, bo jakiś rozmówca stwierdził, że zamiast szukać po świecie, powinniśmy przecież przyjrzeć się samym sobie i zastanowić się, jak to robią Polacy?

I tu towarzystwo prychnęło jak jeden mąż. Bo wiadomo jak Polacy traktują kobiety. He, He, He.

Polacy mianowicie traktują kobiety różnie, nie zawsze fajnie, może też nie tak najgorzej, zależy od Polaka. Wszyscy się zgadzają, co do tego, że dobry i mądry Polak traktuje kobietę dobrze. A zły i głupi: źle. Szczęście ma zatem kobieta, która trafi do dobrego Polaka.

Zastanawiam się, czy powinnam w ogóle napisać jakiś komentarz do tej „feministycznej” dysputy. Być może powinnam, skoro usłyszałam tę rozmowę w dwudziestym pierwszym wieku, w środku Europy i wśród wykształconych ludzi. Być może powinnam, skoro sformułowanie o „traktowaniu kobiet” przewala się wciąż po naszym codziennym języku. No faktycznie powinnam, jeśli posłowie partii reprezentującej nasze społeczeństwo, mówią, że czasem trzeba „sprowadzić kobietę na ziemię” i „nie pozwalać jej na zbyt wiele”.

Ale co ja mogę jako kobieta? Nie Polak ani Turek? Nie ten, od którego coś zależy? Co ja mogę? Najwyżej mogę mieć prośbę. Bądźcie dobrymi Polakami i traktujcie dobrze swoje kobiety. Oraz psy.