Jajniki Angeliny i mózg Terlikowskiego

Raczkowski pokazuje publicystę w gronie zwierząt układających prostą układankę. Terlikowski zwycięża przed małpą i kurą. Wielki to sukces, ale czy nie na wyrost?

Angelina Jolie prewencyjnie poddała się zabiegowi usunięcia jajników, aby uchronić się przed rakiem. Ma ona zdiagnozowaną mutację genu BRCA1, która niesie wysokie prawdopodobieństwo zachorowania na raka. Podobnie jak dwa lata temu, rzecz nie uszła krytyce prawicowych publicystów, o czym pisałam w tym tekście. Tomasz Terlikowski na portalu Fronda.pl ogromnie martwi się o amerykańską aktorkę z powodu jej decyzji dotyczącej JEJ ciała. Wiemy już, że ludzie tego pokroju roszczą sobie prawo do ciał wszystkich kobiet na świecie, nawet tych za oceanem.

Terlikowskiego owszem, przejmują jajniki Jolie. Do tego stopnia go przejmują, że wpada w popłoch na myśl o ich zmarnowaniu. Wszak straszliwa to buta chronić się przed śmiertelną chorobą, kiedy zyskiem jest para flaczków. I teraz te biedne flaczki leżą gdzieś w krematorium, a przecież mogłyby tak pięknie obrastać rakiem! Ale nie tylko o jajniki tu chodzi. Terlikowskiego troska idzie dalej. W swoim tekście niepokoi się przede wszystkim o mózg Angeliny. Sam tytuł wiele znaczy: „Kiedy Angelina Jolie amputuje sobie mózg?”. Według jego logiki, rak może zaatakować ten narząd, dlatego z pewnością również zostanie przez aktorkę wycięty!

Jakiś czas temu widziałam rysunek Marka Raczkowskiego, w którym pokazuje on publicystę w gronie zwierząt układających prostą układankę. Raczkowski pozwala w swoim dziele zwyciężyć Terlikowskiemu przed małpą i kurą. Zaiste wielki to sukces, ale czy nie dany publicyście na wyrost? Tekst o Angelinie może budzić wątpliwości. Jakże to bowiem możliwe, że Terlikowski nie wie, że bez jajników można żyć, a bez mózgu się nie da?

Marek-Raczkowski

Marek Raczkowski, Gazeta.pl

Sto lat bez samotności

945163_380043968770696_1518197175_n

Kiedy byłam mała, sama sobie robiłam kanapki do szkoły, sama sprawdzałam zeszyty. Drogę do szkoły pokonywałam bez pomocy, sama szukałam skrótu przez tory. Pająki, strachy oswajałam. Koszmary senne przepędzałam, w poduszkę płakałam też sama. Pęczniejące w głowie lęki sama uciszałam. Gorączkę w zmoczonej od potu pościeli sama chłodziłam. Rękę w topieli sama do siebie wyciągałam. Przez zboczeńcem w nocy sama uciekałam. Na stromych schodach w ciemności drżącą ręką sama szukałam klucza. Chcąc włączyć światło, w rozprute gniazdko sama włożyłam palce. Sama jęknęłam do siebie z bólu i sama wciągnęłam haust.

Ale potem coś się zmieniło. Najmniejsze dotknięcie duszy budziło zwątpienie w nicość. Jak to: sama?! Wśród nich! W niekończących się, pełnych znaczenia snach! Wśród cichych, niesłyszalnych oddechów! W gwarze wiekuistej ciszy! W sobie, we mnie, w środku. Gdzie żyje, tętni tłum.

Sławek, lat 67. Rak kości. Trochę się zżyma. Mówi, że lekarze są głupi. Nie wiedzieli, jak jego ból uśmierzyć. A to takie proste było, takie proste! Teraz już nie boli.

Elżbieta, lat 46. Wychodzi z szuflady, odgarnia włosy odrosłe po chemii. Tyle czasu, tyle zdarzeń, a ona tam uduszona! Najważniejsze, że teraz jest lepiej. Teraz oddycha. Rak płuc.

Jolka, lat 33. Też rak. Napchała sobie gałganów do brzucha, żeby pustkę wypełnić. Tyle jej powycinali! Śledzionę, nerkę, miłość. Ojciec się do niej nie przyznawał, na pogrzeb nawet nie przyszedł. Zamiast ojca, te gałgany ma chociaż.

Wujek Janek, lat 66, zawał. Wciąż przynosi mi ryby z połowu. Upiera się, żeby pić wódkę po nocy. Jemu nie zaszkodzi, a ja do pracy rano! Raz mnie o mało nie zatruł. Na pogrzeb cudem zdążyłam.

Krysia, lat 60. Zmarła nagle. Przychodzi i się uśmiecha. Siada do stołu, patrzy łagodnie i kręci głową. Nie martwcie się, powtarza. Udławiłam się – tłumaczy. To nic poważnego.

Berghi, 1,5 roku. Przyszła, jak Jolka – przed śmiercią. Nic nie mówiła, bo nie umiała mówić. Wspięła się na piec, poparzyła stopy. Uciekała od kogoś. Na drugi dzień, gdy zginęła, zrozumiałam od kogo.

Noemi, najstarsza, milczy. Jeszcze nie przyszła, choć od dwóch dni jest u Nich. Pewnie się ogarnia, rozpakowuje walizki. Ale to długo nie potrwa. Nie miała zbyt wielu rzeczy w hospicjum. Czekam więc, zapraszam. Czy przyjdziesz, Noemi, po swoje bursztyny?

10 powodów, dlaczego warto pisać*

Nie mówię, że nie mam lodówki. Owszem, mam. Ale pustą!

his-girl-friday-newsroom-typewriter

Wiele osób zadaje mi pytanie, ile zarobiłam na książce. Rozumiem to doskonale. Zanim się człowiek chwyci za pióro, powinien wiedzieć, czy warto. Otóż odpowiadam. Warto. Z całej duszy warto. Nie ma nic bardziej intratnego od pisania. Wiem co mówię, zwłaszcza od wczoraj. Bo wczoraj dostałam tego maila:

Szanowna Pani, mamy dobre wieści w sprawie szansy na częściowe rozliczenie za Pani powieść „Last Minute”. Otóż 3 marca był w Pani wydawnictwie komornik. Zajął przedmioty (m.in. biurka, komputery, lodówkę) i oszacował ich wartość na 3.110 zł.

Z poważaniem

Kancelaria Adwokacka.

A nie mówiłam? Abstrahując od szacunku wartości i czterech lat wysyłania wymyślnej korespondencji, listów ponaglających, wezwań do zapłaty, ciągania się po sądach – z całym przekonaniem jednak warto pisać. I nie mówię już o wymienionych, zajętych przez komornika na mój rachunek biurkach i komputerach. Biurka i komputery to mnie, drodzy państwo, nie obchodzą. Mam jedno biurko i wystarczający na nim bałagan. Mam jeden komputer i wystarczająco dużo przy nim roboty. I nie mówię też, że nie mam lodówki. Owszem, mam. Ale pustą! A kto powiedział, że zajęta przez komornika lodówka jest również pusta? Kto wykluczył bogate jej wyposażenie? Kto napisał w powyższym mailu, że w zajętej lodówce nie ma wysokogatunkowych trunków? Nikt. Nikt wykluczyć nie może tego, że w warszawskim wydawnictwie, w zaklejonej komorniczą taśmą lodówce, czeka na mnie zimny browar.

—————————————————————————-

* Nie ma żadnych 10 powodów, dlaczego warto pisać. Powiem więcej: nie ma żadnych powodów, dla których warto pisać.

Pajac towarzyski

Zakładasz uniform w jaskrawe groszki, przyklejasz do twarzy czerwony nochal. Boże, jakie ty masz poczucie humoru!

5XqLssnHQC60F5T3Wpri_clown_crying

Znasz to? Kiedy ktoś cię obraża i się z ciebie śmieje, a ty kompletnie nie wiesz, co z tym zrobić, więc śmiejesz się razem z nim i wmawiasz sobie, że w ogóle to ciebie nie rani? Ale jednak trochę rani, jednak coś uwiera, więc jeszcze próbujesz powiedzieć, że ci przykro.

– Przykro mi.

– Nie, nie jest ci przykro. Wyluzuj, masz śrubę na swoim punkcie. Na żartach się nie znasz. Nie rób scen.

Ktoś wie lepiej od ciebie jak ci jest. Znasz to skądś, gdzieś to już słyszałaś. Znana strofa wkleja się w poemat życia. Kiwasz głową, faktycznie, chyba mam śrubę na swoim punkcie, nie znam się na żartach. WYDAWAŁO mi się. No to bach, obrażajcie mnie wszyscy jak leci, śmiejcie się ze mnie do rozpuku, teraz już nic nie powiem, nie zaoponuję, udowodnię wam i sobie, że nie mam śruby na swoim punkcie i na żartach się super znam. Następnym razem bardziej się postaram, następnym razem nie będzie mi przykro, gdy będzie mi przykro!

I to wcale nie znaczy, że sobie pójdziesz w swoją stronę ze swoim „przykro”, trudno, więcej tak nie będzie. Ależ będzie! Będzie po tysiąckroć. Bo przecież pozwalasz na to, bo właśnie tak jest fajnie, śmiesznie, dowcipnie. Bo nie umiesz nie pozwalać. Nie nauczyłaś się. Nauczyłaś się za to, hahaha, śmiać. Więc znosisz ze śmiechem tę przykrość, twierdząc, że w ogóle jej nie doświadczasz. Bo przecież jesteś ponad. Ponad swoje uczucia, ponad rozpadlinę w duszy, ponad to, że świat ci się rozjeżdża, obsuwa, że tracisz pewność siebie, gaśnie ci ten płomyczek, który i tak ledwo się tlił.

Dasz się zabić za to, żeby ktoś poświęcił ci trochę uwagi. Żeby nie być przeźroczystą. Wolisz być śmieszna, niż przeźroczysta. Jesteś pajacem towarzyskim. Zakładasz uniform w jaskrawe groszki, przyklejasz do twarzy czerwony nochal. Boże, jakie ty masz poczucie humoru! Jesteś połyskującą zabawką, koniem na biegunach, karuzelą w wesołym miasteczku, jesteś całym wesołym miasteczkiem! Śmiech to twoja zbroja, ucieczka od łez, o których pamięć boleśnie uwiera, o których nie możesz zapomnieć.

Masz sześć lat. Twoja mama chce zabrać cię do swojej pracy, ale ty się ociągasz, bo tam jest ten dziwny człowiek. Kierownik, którego wszyscy lubią, bo ciągle żartuje. Jest podobno bardzo śmieszny. Nie masz pojęcia, co to znaczy, na czym ta śmieszność polega, bo ciebie nie śmieszy w ogóle. Ty się go boisz. I mówisz mamie, że się boisz. Wtedy mama ci tłumaczy, że to absurd, w ogóle się nie boisz, bo on jest przecież taki wesoły, nie ma się czego bać. Zastanawiasz się nad tym, jak możesz się aż tak mylić, czemu drętwieje ci całe ciało ze strachu przed tym starym facetem, skoro mama mówi, że nie.

– Nie boisz się.

Musi coś w tym być, na pewno WYDAWAŁO ci się, że się boisz. Wtedy postanawiasz, że w razie czego powtórzysz to, co mówiła mama. Bo to musi być prawda. I faktycznie, gdy już jesteście w biurze, przychodzi ten kierownik i pochyla nad tobą twarz skrzywioną w jakimś dziwnym nieszczerym grymasie, myślisz sobie, że nie wolno ci się bać, bo on tylko „żartuje”. A żartuje ściśle na twój temat, bo taka jesteś śmieszna, nieśmiała i zastraszona, że „chyba zaraz się sfajdasz”. Nie tarzasz się ze śmiechu, jak inni w tym pomieszczeniu, jeszcze tego nie umiesz, jeszcze się nie nauczyłaś, na to jeszcze przyjdzie pora. Tymczasem przełamujesz dławiący strach i podnosisz oczy, żeby rozprawić się z tym potworem, który przecież wcale nie jest straszny, nie może być straszny, skoro mama mówi, że się go nie boisz to się nie boisz, więc podnosisz załzawiony wzrok i dukasz przez ściśnięte gardło:

– Nie boję się ciebie.

Następuje drętwa cisza, śmiech pracowników zamiera, pojęcia nie masz co się wydarzy, a wydarzy się na pewno coś złego, to już czuć w powietrzu, w powietrzu, które nagle przecina głośne (za głośne!):

– CO?!

Teraz już oczy opuszczasz, nie chcesz właściwie nic mówić, nie chcesz w ogóle istnieć, ta przeźroczystość nie jest taka zła, ty w tę przeźroczystość być chciała zapaść, ale niestety, to niemożliwe, bo wciąż jesteś, wciąż twoje ciało na tym biurowym fotelu się kuli.

– Co powiedziałaś?!

– Nie… – zaczynasz, ale daleko ci do końca zdania, koniec zdania jest gdzieś na innym archipelagu, za przepaścią, w piekle. A ty do tego piekła musisz zstąpić, bo ten potwór nad tobą wisi i rozkazuje ci powtórzyć GŁOŚNO własny wyrok.

– Nie… nie boję się… ciebie.

Świecie zaczarowany, czemuś wtedy nie prysł w niebyt?! Czemuś się nie stracił, nie zniknął? Czemu klątwa, która cię naznaczyła od pierwszych dni, klątwa lejących się po policzkach łez – nie przepadła? Bo ta klątwa nie przepada nigdy. A ty dalej musisz trwać. Nawet wtedy, gdy z żartującego kierownika, którego krzywą twarz widzisz tylko ty, bo przecież całe biuro się skręca ze śmiechu z jego żartów, a sekretarki piszczą, gdy on im strzela ze staników, no więc z tego wesołego dowcipnisia wyłazi nagle gniewny typ, który już w ogóle nie żartuje, tylko ściąga brwi i podnosi głos:

– Jak ty się do mnie odzywasz, smarkulo?!

Lecą ci łzy po policzkach, nic już ich nie zatrzyma. A mama strofuje. Tak nie można. Nie można tak. Kiedy ktoś żartuje, trzeba się śmiać.

W poszukiwaniu (1)

Ile w życiu włożyłam energii w to, żeby ktoś inny poczuł się fajniejszy niż jest w rzeczywistości, żeby komuś się zdawało, że jest zabawny i odkrywczy! Żeby jeszcze bardziej się puszył, żeby puszenie swoje widział zasadnym, żeby się w swym puszeniu umacniał! Energia włożona w nakręcaniu czyjejś zgrywy kosztuje podwójnie. Raz, że w człowieku przewala się niechęć i znudzenie, a niechęć i znudzenie trzeba czymś przykryć, zatuszować, zataić. Zataja się więc przyklejonym uśmiechem, imitacją zachwytu i nieszczerą uwagą. Jezu, jak ja słucham! Tak słucham, że wszystkie moje myśli uciekają gdzie pieprz rośnie, do bezpiecznego schowka własnych spraw. Więc ładuję mauzera własnej na siebie niezgody, wymierzam do tych biednych myśli i krzyczę: Ej, dokąd to? Wracać! Słuchać! Uśmiechać się! Udawać, że ciekawe!

I udaję, że ciekawe, że ktoś właśnie odkrył Arkadię, że otworzył szósty czakram, że wyłożył dwumian Newtona. Ale nie odkrył nawet Biedaszek, nie zbliżył się do prawdy i nie wyciągnie pierwiastka z szesnastu. Wypchał się watą, nadął azotem, a ja tymczasem spalam cały swój zapas magnezu, żeby tylko nie dopuścić do tego, by poczuł się sobą.

Pierdolę.

Jesteś fajną dupcią, czy suką? Sprawdź!

Jeśli nie znalazłaś siebie wśród typów „dupy”, najprawdopodobniej jesteś „suką”

suka-doberman

Od lat słyszę przeróżne określenie pod adresem kobiet, ostatnio modnym i szalenie medialnym określeniem stała się „suka”. Do „suki” jeszcze wrócimy, ale chcę przeanalizować najczęściej występujące określenie kobiety, mianowicie: „dupa”. „Dupa” występuje w środowiskach zarówno młodzieżowych, jak i wśród czterdziestolatków, w sferach nizin społecznych, a także wśród elity. Nie ma znaczenia, czy robotnik, czy literat, mówi: „dupa”. „Dupa” ma zatem imponujące notowania w statystyce i to od lat. Obserwuje się następujące odmiany tego określenia:

  1. Dupcia (młoda kobieta)
  2. Niezła dupa (ładna kobieta)
  3. Ale dupa! (piękna kobieta)
  4. Swoja/moja dupa (kobieta w związku)
  5. Stara dupa (kobieta dojrzała).

Jeżeli któreś z powyższych określeń zostało kiedyś zaadresowane do ciebie, postaw przy nim krzyżyk. Pamiętaj, że krzyżyki są ruchome i przesuwają się w dół w miarę upływu czasu. Jeśli jednak nie znalazłaś siebie wśród powyższych typów, najprawdopodobniej jesteś „suką”. Wśród „suk” wyróżniamy następujące typy:

  1. Zimna suka (kobieta, która nie chce być „dupą”)
  2. Głupia suka (kobieta, która ma inne zdanie)
  3. Wredna suka (kobieta stanowcza)
  4. Po prostu: suka (obiekt seksualny, może nie mieć majtek pod spodniami)
  5. Feministka.

Na koniec zrób ten sam quiz facetowi, który używa powyższych określeń. W miejsce „suki” wstaw: „pies”. Miłej zabawy!

Sześć sekund wielkiej miłości

Siedzę nad talerzem, a po sali krząta się ON. I maniakalnie na mnie patrzy. Albo chce mnie zabić, albo się ze mną przespać

handsome-waiterJeśli ktoś patrzy ci prosto w oczy dłużej niż sześć sekund, to znaczy, że chce cię zabić, albo się z tobą przespać. Ten facet nie patrzył mi w oczy sześć sekund. Ten facet patrzył mi w oczy bity miesiąc każdego dnia mojego pobytu w tajskiej restauracji.

Nie wiem, jak u was, ale tu nad Bałtykiem istnieje albo przystań rybacka ze świeżym dorszem w okresie połowu i śledziem po kaszubsku, albo dla odmiany restauracja tajska. Ta ostatnia ma to do siebie, że jest bliżej mojego domu. Dlatego w każdy dzień zgarniania jakiegokolwiek honorarium, pindrzę się odświętnie i ruszam do tajskiej restauracji na wyśmienitą zupę TOM YUM KOONG. Zupa ta ma wszystkie zupy pod sobą i składa się z miliona przecudownych smaków. Dzieją się tam niestworzone rzeczy, niebo z piekłem w jednej misce, totalna apokalipsa, którą zwykle muszę gasić potężną butlą wody z cytryną. Oprócz egzotycznych traw i tajemniczych grzybów, w zupie tej hojnie pływają krewetki tygrysie, co zawsze przyprawia mnie o przyjemną iluzję pławienia się w luksusie. Co z tego, że są to krewetki z hurtowni mrożonek, ja widzę wykwintne rarytasy zanurzone w kokosowym niebiańsko-piekielnym eliksirze.

No więc i tym razem trafiam do tajskiej restauracji, i tym razem zamawiam zupę, i tym razem siedzę nad tym wiekuistym daniem. A tymczasem po sali krząta się kelner. I maniakalnie na mnie patrzy. Patrzy tak, że nie sposób być obojętnym. Jest niewiele rozwiązań tej sytuacji. Albo facet chce mnie zabić, albo się ze mną przespać. Jeśli chce mnie zabić, muszę myśleć ściśle precyzyjnie. Co mi grozi? Jakim sposobem zginę? Jak zabić może ktoś taki jak kelner? Luksusowa krewetka tygrysia na wpół przełknięta staje mi nagle w gardle pionowo. Boże, to przerażająco logiczne. Otruje mnie! Mało tego. On już mnie otruł. Patrzę w miskę na tajemnicze grzyby. Diabli ich, tajskich grzybiarzy, wiedzą co to jest. Żeby to jeszcze sromotniki były, człowiek by wiedział, na czym stoi. Ale to jakieś farfoclowate cudaki, psie porosty, skąd mam wiedzieć, jak szybko ścinają z nóg? Czy wyjdę stąd żywa? Czy dojdę do parkingu? Kiedy zaczną się męczarnie? Czy morderca zaplanował śmierć na miejscu, czy rozłożoną w czasie? Czy jego stanowczy, świdrujący wzrok coś ma mi powiedzieć? Jaki komunikat w tym gapieniu się mam wyłapać? Czy – wreszcie – dalej jeść?

Spróbujcie nie jeść. Spróbujcie w największym głodzie zamówić swoje ulubione danie, rzecz absolutnie obłędną w smaku i z niej zrezygnować. Proszę bardzo. Gratuluję. Ja osobiście w takiej sytuacji gwiżdżę na śmierć. Wolę umrzeć zatruta, niż umrzeć z głodu. Chrzanię. Jem.

A on patrzy. Mija stolik z hałaśliwą rodzinką, kłania się gościom, zbiera zamówienia, ba! nawet coś w notesie pisze, ale ciągle PATRZY! I zważywszy, że jest zabójczo przystojny, decyduję się wreszcie na pogodzenie z wariantem drugim. On chce się ze mną przespać. To pewne. Co w końcu dziwnego, ze chce się ze mną przespać jakiś obcy młody mężczyzna? Statystycznie rzecz biorąc każdy młody mężczyzna chce się przespać z jakąś obcą kobietą. W moim życiu natknęłam się na tłumy młodych mężczyzn, którzy chcieli się przespać z obcą kobietą. Ale czy każdy z nich się tak gapił?!

Płacę, wychodzę, to wariat. Piekielnie przystojny, ale wariat. Psychopata. Świr. Nigdy więcej tu nie wrócę. Do końca życia będę zasuwać na przystań do Sopotu, żeby zjeść rybę. Postanowione.

Ha, ha, dobre sobie. Spróbujcie do końca życia zasuwać na drugi koniec Trójmiasta! Gdy macie pod nosem ambrozje! I tylko dlatego, że morderczo przystojny kelner uważa was za obłędną piękność! Tak, sorry, nie będę owijać w bawełnę. Musi tak uważać, skoro się tak gapi. Pokażcie mi faceta, który nie może oderwać wzroku od kobiety, tylko dlatego, że coś tam. Nie ma mowy. Poraziłam go urodą. I gracją. Może zupę jadłam wyjątkowo? Może emanowałam aurą? Nie wiem, nie wiem, nie zrezygnuję z krewetek tygrysich za żadne skarby świata. Idę tam znów. Niech sobie patrzy.

Wchodzę, rozglądam się, jest. Stoi przy barze. I, oczywiście, od baru się odrywa, podchodzi do stolika, uśmiecha się. I świdruje mnie wzrokiem, aż czuję w szpiku kostnym. Mój Boże! Tysiące głębi niewysłowionych! Tygrysie nie są krewetki, tygrysi jest on! Oczy jak dwie przepaści, a w nich moje konanie! I co ja mam teraz zrobić? Jak wzrokiem własnym odpowiedzieć na taki wzrok? Co w spojrzeniu wyrazić, o co spytać?!

Dlaczego tak patrzysz, pytam w myślach rozpaczliwie.

– Jest zupa z krewetkami? – mówię na głos.

Umieram z zachwytu, krzyczą jego oczy.

– Oczywiście – mówi on.

I tak sobie rozmawiamy, dwoje rozbitków na kawałku Azji, na magicznej wyspie morza Andamańskiego, na zawsze obcy kochankowie. Mówimy językiem nikomu niepojętym, dla nas najprostszym na świecie. Niby zwykłe słowa, a tyle znaczeń! Pieczona kaczka: płonę z pożądania. Chrupiący kurczak: usycham z tęsknoty. Wołowina w sosie: bez ciebie się rozpadam. Ryż jaśminowy: na drobne!

Miesiąc trwał ten romans. On mnie karmił krewetkami, ja mruczałam z rozkoszy. Ja mrugałam rzęsami, on patrzył. To był piękny związek. Nigdy się nie pokłóciliśmy, nie było żadnych scen. Zero zazdrości i niesnasek. Żadnych rozczarowań. Do tego pamiętnego dnia, kiedy zechciałam zapłacić za rachunek kartą.

Długo wpatrywał się w dokument. Myślałam, że upaja swoje oczy pięknem mojego imienia (przez ten miesiąc nasze imiona owiane były tajemnicą). Myślałam, że może teraz wreszcie zechce mi mówić na „ty”? W końcu jesteśmy już od miesiąca w związku! Tyle patrzenia nie może sczeznąć na wiecznym „paniowaniu”! Ale nie. Nie przeszliśmy na „ty”. Nie przeszliśmy wtedy, ani nigdy potem. Bo gdy on wreszcie oderwał wzrok od mojej karty, podniósł ręce do góry jak jakiś młokos i nagle triumfalnie wykrzyknął:

– Już wiem, skąd panią znam! Prowadziła pani w zeszłym roku warsztat dziennikarski!

A potem uniósł głowę i z dumą rzekł:

– Byłem tam pani studentem.

————————————————————————————

Ten tekst, a także mnóstwo innych znajdziecie w Magazyn Be

Historię dedykuję Wołoskiej, która mnie kiedyś poinformowała o tym, że gdy ktoś patrzy w oczy dłużej niż sześć sekund, chce zabić, albo zaciągnąć do łóżka. Ta wiedza pozwoliła mi przeżyć ów piękny romans.