Matka Polka pokalana

Ktokolwiek stworzył ten świat, musi być w szoku widząc gatunek, który osobnikom z założenia żyjącym w celibacie wypłaca dwa miliardy rocznie, a samotnym matkom 77 złotych na dziecko

Jeszcze Polska nie zginęła, póki się rodzimy. Póki one rodzą. Wśród opryskliwych pielęgniarek i burkliwych lekarzy, upokorzone, z ogolonymi łonami, z przyklejonymi do brzuchów kardiotokografami, unieruchomione z bólu, wbijające sobie ze strachu paznokcie w dłonie, zlekceważone bohaterki wszech czasów. Przedstawicielki jedynego gatunku na świecie, dla którego własne przetrwanie stanowi dalszy plan.

Matki.

Niezgrabne, roztargnione, z mlekiem w cyckach, z rozczochraną spoconą głową, nieprzytomne z bólu, wydzierające się na pół miasta, aż się ludzie śmieją. Kwoki, mleczarnie, chodzące inkubatory. Grube bele, dupy szafy. Kłopotliwe w pracy, na urlopach macierzyńskich, na chorobowych, bezużyteczne, niewpasowane, z tym swoim inwentarzem nigdzie nie zapraszane. Z tą hałastrą męczące. Roszczeniowe „wózkowe”, bezczelnie pchające swoje wielkie niewygodne dupska w ten nasz zgrabny, fotoszopowy, ultranowoczesny świat.

One się nie ubierają w mundury, nie bawią się wojnę. Sztandarami nie machają. Ojczyzny naszej pól krwią nie roszą. Nie walczą. W powstaniach nie giną. Ich blizny nie pochodzą z przegranych powstań, ich blizny to świadectwo wygranej. Im nikt nie przyznaje orderów na uroczystościach, rocznicach wybuchu wojny, przegrania powstania, przewrotu, przeskakiwania przez płot, wyzwolenia, obalenia, podpisania i świadectw patriotyzmu. Ale to one w bólu wydawały na świat kolejne pokolenia, w schronach, w obozach, w domach, na obskurnych porodówkach, w przepełnionych szpitalach, w trudnych czasach kryzysu, stanu wojennego, internowania i mleka na kartki. To dzięki nim jesteśmy.

Tej logiki ludzkość nie potrafi pojąć. To prawda zbyt ciężka, jakby się „dwa razy dwa” tak skomplikowało, że żaden mózg na świecie tej zasady rozwiązać nie może. Ludzie latają w kosmos, obliczają dwusetne miejsce po przecinku liczby pi, a fundamentalnej oczywistości o zachowaniu gatunku nie potrafią zrozumieć. I wmawiają tym, od których zachowanie gatunku zależy, że ich rola jest DRUGORZĘDNA. Że jeszcze muszą bardzo się starać, żeby oprócz tej DRUGORZĘDNEJ roli, spełnić setki innych ról.

Więc one, Matki, wymagają od siebie cudów, że nie tylko wydadzą na świat potomstwo, nie tylko będą dbać, karmić, chronić, sprzątać, zarabiać, całe swoje życie poświęcą, ale jeszcze się odchudzą, jeszcze się wypindrzą, jeszcze się wyświęcą, jeszcze będą skakać wokół męża i całej jego rodziny, ze zszytym tyłkiem po porodzie będą smażyć kotlety, gdy przyjdzie obejrzeć wnuka. One się muszą podobać, rozstępy usuwać, wagę zrzucać, cellulit leczyć. Żeby tylko nie psuć humorów, żeby innym było miło, żeby nie przeszkadzało, że się po dziecku „rozlazły”, że karmią piersią w sklepie, że przewijają w knajpie. Muszą być grzeczne, fajne, gładkie, szczupłe, uśmiechnięte i święte.

Ktokolwiek stworzył ten świat, musi być w szoku widząc gatunek, który osobnikom z założenia żyjącym w celibacie wypłaca dwa miliardy rocznie, a samotnym matkom 77 złotych na dziecko. Ktokolwiek stworzył ten świat, umiera ze śmiechu słysząc, kogo ten gatunek prosi o pozwolenie na in vitro, żeby móc się rozmnażać. Gdyby zwierzęta, te wszystkie królowe matki w swoich ulach dowiedziały się, kto dyktuje warunki w naszym świecie – postukałyby się swoimi odnóżami w głowę. Bo w ich ulu nie ma miejsca na taki absurd.

Może zamiast religii w szkołach, powinno się po prostu puszczać filmy przyrodnicze? Może dzięki temu ludzie pojmą, kim w naturze jest Matka? Może wtedy zostawią ją w spokoju? Uszanują? Zaufają jej mądrości, jej instynktom? Może nie będą kontrolować jej sumienia? Nie będą pouczać? Zejdą z jej głowy, wyjdą z macicy? Pozwolą o sobie decydować? Nie będą stać na straży moralności, przestaną nakazywać, zabraniać, moralizować?

Może wtedy skończy się odwieczny szantaż historią o dziewicy, której anioł zwiastował ciążę. Ten paradoks matki niepokalanej, służebnicy PAŃSKIEJ, kobiety nieskończenie pokornej. Ta cwana presja wymyślona przez tych, którzy ze strachu przed wyrzuceniem z ula, odwrócili porządek świata. Może wreszcie zrozumiemy, dzięki komu przetrwaliśmy. Czy dzięki wojnom, które nas zabijają? Czy dzięki powstaniom, które przegrywamy? Czy dzięki polityce, z którą sobie nie radzimy? Czy dzięki Bogu, którego nikt nie widział?

Czy dzięki Matce.

100-najwazniejszych-zdjec-swiata.-matka-tulaczka

fot. Dorothea Lange

————————————————————————————-

Tekst jest fragmentem książki, którą właśnie przygotowuję. Książka wyjdzie jesienią tego roku.

Kobieta (nie)skończenie doskonała

Wieki, pokolenia niesprawiedliwości i co? Dwudziesty pierwszy wiek, feminizm, walka i co? I idziesz do kuchni z miną zaciętą, bierzesz garnek i strugasz ziemniaki

1149044_10200527491931514_933542343_n

Wracasz z pracy, on wraca z pracy, zderzacie się w drzwiach, a on pyta:

– Co na obiad?

No i oczywiście szlag cię trafia, bo jak to: co na obiad?! Kiedy, gdzie miałaś go upichcić? W biurze, na klawiaturze?! A może po drodze, w tramwaju, na światłach? Z dzieckiem na kolanach, w przedszkolu, w szkole, na wywiadówce? Z dwóch dań złożony, zupa krem, z ptysiami, zestaw surówek i rolada? Plus przystawki może? Deser piętrowy? Jezu, jesteś taka zmęczona, padasz na twarz, a on: co na obiad?! Matka go rozpieściła, przysięgam, masz ochotę zabić jego razem z mamuśką, babką i całą zgrają ciotek, które się nad nim trzęsły całe życie, które mu frykasy pod nos podstawiały, a na koniec wypuściły z wyłożonego puchem gniazda, żeby teraz bezczelnie, roszczeniowo zadawał takie pytania! Żeby wyskakiwał z czymś takim, kiedy przecież jesteś styrana, tak samo jak on, albo i może nawet bardziej! Żeby w swoim nieskończonym egoizmie zawarł cały szowinizm i patriarchat, i ani krzty empatii!

Wieki, pokolenia pieprzonej niesprawiedliwości i co? Dwudziesty pierwszy wiek, feminizm, walka i co? I co?! I idziesz do kuchni z miną zaciętą, bierzesz garnek i strugasz ziemniaki. I tylko po głowie tłucze ci się tamta chwila, którą nie wiadomo czemu tak dobrze zapamiętałaś, tamten moment, w którym ojciec powiedział, że ta kobieta, która go kręci, kobieta idealna, kobieta NIESKOŃCZENIE doskonała – wcale nie zajmuje się struganiem kartofli!

O Boże, ile w tobie żalu, ile w tobie złości, gdy masz ochotę zadzwonić do ojca i wydrzeć się do słuchawki: – To dlaczego mi kazałeś strugać kartofle?! To dlaczego wychowałeś mnie na kobietę SKOŃCZENIE niedoskonałą?!

Ale nie dzwonisz, nic nie mówisz, nie krzyczysz, masz minę zaciętą i robisz obiad. Twój bunt jest ZA MAŁY, żeby pokonał poczucie winy, poczucie obowiązku, no bo faktycznie, kurwa, co na obiad?! To twoja działka, twój kawałek życia. Twoje królestwo kartoflane, odziedziczone po matce, która też strugała kartofle, bo ON pytał: co na obiad, a jak się okazało, niestety w ogóle go to nie kręciło.

Ale gdzieś w głowie tłucze się też druga myśl. Tylko jakoś przez całe życie nie dałaś jej dojść do głosu. Przez całe życie udaje ci się ją stłumić. Choć coś niepokoi, coś drapie i uwiera. Bo tak naprawdę, co było w tym pytaniu. Szowinizm? Roszczenia? Naprawdę? Naprawdę! Ty to usłyszałaś, ty to wiesz, ty nie dasz sobie teraz wmówić, bo przecież w twojej krwi płynie ten kompleks, ta nadinterpretacja. To poczucie, że jedno, krótkie rzeczowe pytanie ma wywołać zryw i działanie. Bo: „co na obiad” oznacza, że MA BYĆ OBIAD! I to twoje DNA z matki, babki, ojca i siedmiu ciotek, to powinowactwo służalcze i przekonanie, że musisz wszystko, że to twój obowiązek, że, heloł, tu ktoś jest głodny! – to nie pozwoli ci się na przykład zatrzymać. Na przykład nie gnać do lodówki. Nie chwytać, na przykład, za garnek. Nie robić zaciętej miny. Nie strugać kartofli wcale. Nic nie robić. Tylko zapytać:

– A co proponujesz?

————————————————————————————-

Tekst jest fragmentem książki, którą właśnie przygotowuję. Książka ma wyjść na jesień. Październik. Skorpion.

„Dżisas, kurwa, ja pierdolę”

Jestem opanowana, jestem kulturalna, zaraz pójdę do kierownika sklepu i rozkażę tego klienta wyrzucić na zbity pysk!

zzz

To się stało w sklepie. W kolejce do kasy. Przede mną stał starszy facet, jakaś kosmiczna pierdoła, guzdrzący się niemiłosiernie gość. Coś tam w nieskończoność liczył, wybierał, szukał, pakował, rozpakowywał, no cuda robił, podczas gdy ja literalnie wychodziłam z siebie i wędrowałam po ścianach. O Jezu, jak ja się wściekałam. Moje wewnętrzne przestrzennie wypełniła kipiąca czarna smoła. Zabić! Udusić! Rozszarpać! Nie, sorry, jestem opanowana, jestem kulturalna, zaraz kurwa pójdę do kierownika tego sklepu i rozkażę mu klienta wyrzucić na zbity pysk! Ja się spieszę! Ja nie mam czasu na gmeranie po zapchlonych kieszeniach przez flegmatycznych typów! Ludzie! Jest dwudziesty pierwszy wiek! Są statki kosmiczne i kosmiczne prędkości! Samoloty ponaddźwiękowe! Pendolino! Światłowody! Karty z czipem, pay pass-y! Gdzie, do cholery, jest miejsce na takie guzdralstwo? Gdzie czas na ściubienie bilonu? Nie ma! Nie ma, ja się nie zgadzam! Ja się gotuję, ja wrę!

I planuję wściekle, zapalczywie rozmyślam, co zrobię gdy to się już wreszcie skończy. Gdy z tego sklepu wyjdę. Karmię się tą myślą, pożeram ją, chłonę. Napiszę. O Jezu, jak ja napiszę! Na Facebooku napiszę! Ludzie! Znajomi moi! Też tak macie? Też stoicie w wiekuistych kolejkach za marudzącymi dziadami i babami? Przecież! Pamiętacie Adasia Miauczyńskiego? Pamiętacie jego dramat w kolejce po gazetę? I te baby wybierające to i śmo, rozciągające mu przed nosem gacie? Dżisas, kurwa, ja pierdolę! Och, jak ja napiszę! Och, jak mnie świat zrozumie! Och, jak mnie poprze! Jak się wszyscy razem festiwalowo wkurwimy na te nieprzystające do naszych rozpędzonych osobowości cielęta!

I czując moc wyimaginowanej wspólnoty, z ładunkiem atomowym w oczach podnoszę wzrok i tym wzrokiem zamierzam zabić ofiarę. Niech skona. Niech się w swojej ciapowatości rozpadnie. Niech się z tych klusek nie pozbiera. Niech sczeźnie na zawsze pod ciężarem mojego tytanowego spojrzenia.

Patrzę.

I on podnosi wzrok. Owszem, patrzy mi w oczy. Nie umiera. Nie kona. Nie czeźnie. On się, drodzy Państwo, uśmiecha. Uśmiecha się! Bezinteresownie pozdrawia mnie w ten piękny, majowy poranek, na zakupach śniadaniowych, gdzieś w środku mojego galopującego życia. Nic nie wie o moim straszliwym problemie, który właśnie wyżarł mi cały zapas magnezu w tkankach, który boleśnie mną miota po ścianach marketu i którym zamierzam krwawo hejtować na forach. Patrzy łagodnie, kiwa głową na do widzenia i odchodzi. Pogodny, spokojny staruszek.

Odbicia

Świat narracji jest ciasny, mieści tylko jednego boga: „Ja”. „Ja” na każdym profilu Facebooka, na każdym blogu, w każdej dyskusji. Na zdjęciach, których już nie robimy nikomu poza sobą. Ja i moje selfie. Ja i moje płatki śniadaniowe. Ja i mój iPhone. Ja i mój genialny tekst

bride-in-mirror

Poznałam ją pięć lat temu. Skomentowała na forum literackim moje opowiadanie Babie Lato. Skomentowała pozytywnie. Wymieniłyśmy się mailami. Nasza korespondencja trwała ponad rok, zanim się spotkałyśmy w Warszawie. Aneta przyjechała na to spotkanie aż z Paryża.

To ona mnie leczyła z pierwszych traum porecenzjowych, to ona podnosiła z pierwszych porażek literackich. Przeczytała moją książkę, zanim jakiekolwiek wydawnictwo raczyło otworzyć plik. Redagowała ją. Poprawiała oczywiste błędy. Była moim wsparciem w tamtym burzliwym czasie, gdy próbowałam przebić głową front szuflady. I wtedy, w tamten deszczowy dzień, gdy przyjechałam do Warszawy na spotkanie z wydawcą i pocałowałam klamkę, bo prezes chory – ona się zjawiła! Jedyne oparcie, nie przejmuj się, będzie dobrze, chodź pójdziemy na piwo – to była właśnie ona.

Też napisała powieść. Pewnego dnia przesłała mi ją do recenzji. Ale byłam zbyt zajęta sobą, żeby się nad tym pochylić. Przerzuciłam parę pierwszych rozdziałów i przestałam czytać. Wydawało mi się to wszystko skomplikowane i niezrozumiałe. Jak mogło to być dla mnie zrozumiałe, skoro byłam tak zajęta swoją „twórczością”? Żaden początkujący pisarz nie ma wystarczająco dużo empatii i cierpliwości, by czytać skrypty innego początkującego pisarza. Uwierzcie mi. Hemingway zapytany, co sądzi o książce debiutującego Gila Pendera, odparł: nie znoszę jej. Młody pisarz zaskoczony zapytał:

– Czytałeś ją?

– Nie.

– To skąd wiesz, że jej nie znosisz?

Nie znosił jej z dwóch powodów. Jeśli by mu się nie podobała, zrozumiałe. Ale jeśli by mu się podobała – nie znosiłby jej po stokroć. Nigdy nie pytaj pisarza, co sądzi o twojej twórczości.

Aneta była ponad to. Przeczytała wszystko, co wyszło spod mojego pióra i nie szczędziła pochwał. Mnie nie starczyło sił. Mnie nie starczyło nawet chęci. Powieść Anety została gdzieś porzucona, w załączniku, w czeluściach poczty mojej i dwudziestu trzech wydawnictw. Bo do tylu Aneta wysłała swoją propozycję. Bez skutku.

Latem, w 2013 roku dostałam wiadomość od Anety. A raczej od jej córki, która napisała z Anety konta na Skype. Aneta zmarła. Nagle, niespodziewanie i niewytłumaczalnie. Nie obudziła się.

To może byłby koniec tej historii, historii, którą opowiadam ja, narcystyczna autorka własnych opowieści. Bo przecież jeszcze do wczoraj nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby jednak odkopać w starej poczcie ten porzucony i zapomniany załącznik, żeby z minimalną uwagą przeczytać choćby kilka stron napisanych przez kogoś, kto ślęczał miesiącami nad każdym „genialnym” bzdetem, który powstał w mojej głowie. Bo przecież to, co powstaje w głowie autora zawsze musi być genialne – głównie dla niego samego. Świat narracji jest ciasny, mieści tylko jednego boga, jeden absolut, jeden geniusz: „ Ja”. „Ja” na każdym profilu Facebooka, na każdym blogu, w każdej dyskusji. Na zdjęciach, których już nie robimy nikomu innemu poza sobą. Ja i moje selfie. Ja i moje historie. Ja i moje nowe buty. Ja i moje płatki śniadaniowe. Ja i mój iPhone. Ja i mój genialny tekst.

Wczoraj byłam w Empiku. Oglądałam książki na półkach, mając oczywiście z tyłu głowy partykularną myśl, że gdzieś leży moja „Last Minute”. Nie leżała. Za to leżała inna książka. Poznałam po tytule. Zatrzymałam się przy niej, wzięłam do ręki. Jezu, duchy. Duchy rządzą tym światem. Na tylnej stronie okładki zdjęcie Anety. Krótka biografia. Streszczenie powieści. Wydawnictwo: Krytyka Polityczna. Duch Anety doczekał się swojej półki. Powieść wyszła drukiem.

Nie wyspałam się dziś. Czytałam do późna książkę. Książka jest świetna, nie można się oderwać. Dużo lepsza od mojej. Jej tytuł to „Odbicia”. Odbicia historii i czasu.

aneta-modelska-odbicia-okladka-krytyka-polityczna-2014-10-20

W pętli oczekiwań

Oczekiwania są zawsze dużo fajniejsze od spełnienia. Ładnie to obrazuje przykład klasycznej najebki, w której zwykle oczekuje się, że tym razem żadnego kaca nie będzie

24906_1234590940892_6056160_n

Jest wiele niepojętych powodów, dla których w danej chwili nie chcemy sobie psuć dobrego samopoczucia. Dobre samopoczucie TERAZ jest zawsze dużo ważniejsze od dobrego samopoczucia POTEM. Ładnie to obrazuje przykład klasycznej najebki, w której chwila dobrego samopoczucia jest tak ważna, że nikogo nie zniechęca perspektywa dwudziestu czterech godzin złego samopoczucia w dniu następnym. Nie ma takiego kaca, który by przyhamował rubaszność sprzed świtu. Powiem więcej. Zawsze oczekuje się, że tym razem żadnego kaca nie będzie. Dziś jest mój dzień! Dużo nie wypiłem! Spoko!

Podobnie jest z dryfowaniem w nieświadomości. A raczej z uporczywą niechęcią do zadawania pytań, by broń Boże, nie zawieść oczekiwań. Oczekiwania regularnie robią z nas jełopów, ale nic to. Bądźmy dobrej myśli. Oczekujmy cudów.

Załóżmy, że strasznie nam się podoba pewien brunet (blondynka?) spod Wrocławia. Tak nam się podoba, że jesteśmy w stanie zarwać trzy dni i trzy noce, ciągnąć się pociągiem na drugi koniec Polski po to, by brunetowi (blondynce?) zrobić niespodziankę. Niestety tak nam zależy na dobrym samopoczuciu podczas owego romantycznego desantu, że nie przyjdzie nam do głowy, by przed podróżą upewnić się, czy ów (owa) ma na spotkanie ochotę? Czy na pewno ma czas? Może umarła? A może wyjechał do Skierniewic? Do wojska go zwinęli? Jest chora? Coś tam? Właściwie wszystko jest możliwe, ale my nie dzwonimy w piątek rano, tylko w pewności zaklętej jedziemy. Siedzimy w przedziale nieruchomo, najchętniej byśmy telefon i laptop wyłączyli, żeby żadna wątpliwość, żaden zdradliwy SMS, rozczarowujący do bólu mail, czy telefon – nie zdmuchnął tego płochliwego ptaka, jaką jest nasze chciejstwo.

A wystarczy zadać pytanie. I już nawet nie pytanie do bruneta, czy blondynki, pal ich diabli. Chodzi raczej o pytanie do siebie: o co ci właściwie chodzi? O co ci chodziło wtedy, gdy pojechałaś do Warszawy na spotkanie z wydawcą, który tego dnia właśnie zachorował i zapomniał cię o tym powiadomić? Czemu nie zadzwoniłaś, żeby się upewnić, czy oby na pewno spotkanie jest aktualne? Można było oddać bilet w kasie i pójść na gofry do Sopotu. Ale twoje oczekiwania kazały ci się tłuc za 120 złotych przez 6 godzin w jedną stronę, odbić się od drzwi biura prezesa z bolesnym wzrokiem sekretarki na plecach, postać dwa kwadranse pod pomnikiem Kopernika na deszczu i upić się z rozpaczy na Krakowskim Przedmieściu. O kacu nie wspomnę.

O co ci chodziło, gdy pojechałaś do Krakowa z walizką pełną rękopisów z zaklętym przekonaniem, że znajdzie się tam ktoś, kogo one zainteresują? Co masz z tego, że nie zadajesz nigdy pytań, proszę Państwa, a jakie Państwo przeznaczyli honorarium za te wszystkie moje wspaniałe odczyty, prelekcje i konferencje, których propozycjami mnie Państwo raczyli zaszczycić?

To ja ci teraz powiem, o co chodzi. Chodzi o iluzję. Zaczarowanie rzeczywistości. Wyobrażenie, że tak się stanie, jak ty oczekujesz. Że gdzieś w świecie czeka na ciebie zabójczy brunet, z którym przeżyjesz niezapomniane chwile, prześliczna blondynka, która cię uwielbia i za tobą strasznie tęskni. Że wydawca czeka w pąsach i w zachwycie na twoją powieść, że wystawcy na Targach Książki oniemieją czytając twoje wiersze, że te wszystkie kulturalne instytucje na pewno ci zapłacą za to, że przyjedziesz i zrobisz im show, a przynajmniej zwrócą koszty podróży, bo przecież napisali ci w mailu, że jesteś nadzwyczaj fajna. A skoro jesteś taka nadzwyczaj fajna, to chyba nikt nie zrobi w balona, co?

Owszem, zrobi. I bardzo dobrze o tym wiesz. Ale przecież tu chodzi o to, żeby tej prawdy nie wyartykułować. Żeby ją odsunąć. Oddalić, rozłożyć na drobne fiaska, którymi się potem obdzieli przyjaciół, rodzinę, ludzi na peronie, polityków, korupcję, deszcz i okrutny los. Tylko że ani rodzina, ani znajomi, ani ludzie na peronie, nawet politycy, korupcja, deszcz czy okrutny los – nie mają nic wspólnego z tą prawdą. A prawda jest taka, że większość oczekiwań to wytwór twojej wyobraźni, a rzeczywistość ma cię w dupie. Większość ludzi ma większość ludzi w dupie. Warto sprawdzić, czy przypadkiem ciebie wśród tych drugich nie ma.

Wolisz nie sprawdzać. Wolisz tłuc się pociągami, tramwajami, wolisz ciągnąć za sobą ciężką walizkę przez trzy dzielnice obcego miasta, nie dojadać, wydawać ostatnie pieniądze na bilet, spieszyć się, spieszyć tam gdzieś, gdzie nikt na ciebie nie czeka. Ale przecież ty nie wiesz, że nie czeka, bo nie masz czasu się dowiedzieć, bo lecisz, biegniesz, działasz, jesteś w ruchu, w obiegu, w zaangażowaniu wielkim, w procesie, w zamęcie, a przede wszystkim w przekonaniu, że w tej chwili masz ciągle jeszcze wielkie oczekiwania.

Zamiast pójść na gofra.

Kubryńska w krainie czarów

Zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy zatęskniłam do czasów bez prądu. Wracam do domu wieczorem i…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nawet nie wiem, kiedy to się zaczęło. Po prostu w pewnym momencie się zadziało. Najpierw w sprawach błahych, nieistotnych. Ot, po prostu jakaś zachcianka z rana spełniała się wieczorem. Kto by na to zwracał uwagę? Rzecz przypadkowa, nielogiczna. Mówisz do siebie przy śniadaniu: ciekawe co u Zenka. Dawno się nie widzieliśmy. I bach, dzwoni Zenek. Albo zastanawiasz się, jak tu skombinować parę dych na wieczór i przychodzi zwrot podatku. Dobra. Żadnej magii w tym nie ma. Ale kiedy na przykład mówisz nad ranem, że musisz wreszcie (wreszcie!) zadzwonić do redakcji i namówić ich (przekonać!), na publikację twoich tekstów w wersji papierowej, choć wiesz dobrze, że to niełatwe, każdy by tak chciał, trzeba by wymyślić naprawdę coś wyjątkowego, jakiś paraliżujący pomysł przedstawić, jakoś to uargumentować, a te argumenty muszą być z tytanu – i tak sobie myślisz cały ranek, po czym odkładasz sprawę na później, bo przecież nie ma hop siup, tak się pstryknięciem palcami nic nie wymyśli, na to trzeba mieć głowę wolną, trzy dni na zadumę i patrzenie w chmury, a potem jeszcze tydzień na bolesne próby i błędy, wykuwanie dłutem w kamieniu genialnych fraz, w pocie czoła to mozół, Jezus Maria. Odkładasz zatem sprawę i idziesz po drożdżówkę, po czym wracasz, siadasz do komputera i odbierasz taki oto mail:

– Cześć, Sylwia, chciałabym zaproponować ci stałą rubrykę w wersji papierowej naszego pisma.

Albo, jeśli załóżmy, nad ranem rozmawiasz ze znajomą przez telefon i, by rozwiać szarość poranka, bąkniesz coś o takim kolorowym pomyśle, jakim jest wydanie nowej książki, bo przecież od dawna to za tobą łazi, od dawna cię gniecie i tylko fakt, że wydawanie książki to smok siedmiogłowy nie do pokonania – cię przed tym całym procesem wstrzymuje. Ty już to znasz, ty wiesz jak to wygląda, nieprzespane noce, rozdygotane myśli, mokra od potu poduszka. Wysyłanie dwóch tysięcy maili do zaklętych milczeniem wydawnictw i upokarzające telefony. Odrzucenie! Chimeryczność! Widzieliście „Poznasz przystojnego bruneta”? Jak nie widzieliście, to zobaczcie. Obejrzyjcie i raz na zawsze wyleczcie się z pisania książek. Przynajmniej na razie. Ale kiedyś, owszem. Kiedyś, w przyszłości trzeba będzie napisać. Koniecznie. Jak będzie więcej czasu. Bo do tego trzeba strasznie dużo czasu. Rzeka czasu, ocean cierpliwości. Siedem gór i wodospadów. Za miesiąc. Za rok. Dwadzieścia lat. Dwadzieścia pięć.

I tak sobie mówisz, słuchawkę odkładasz i zajmujesz się wypełnianiem PIT-u. Zapominając na śmierć, że ty już TO powiedziałaś! Powiedziałaś, amen, nie ma odwrotu! Słowo się rzekło i gdzieś w rzeczywistości równoległej obraca w czyn! A ty sobie beztrosko PIT wypełniasz! Ty sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic, pod nosem przekleństwa na Ministerstwo Finansów rzucasz! A tymczasem na poczcie tupie nogą mail z wydawnictwa. A w nim przekaz, że oto, droga Pani, sprawy same się pozałatwiały. Góry i rzeki się same pokonały. Rwące strumienie, wodospady i oceany się rozstąpiły. Dżin z butelki wyleciał i siedmiogłowego smoka udusił. Chimerę zdławił. Uporczywe, nigdy nie zaistniałe milczenie rozwiał. Upokarzające, nigdy nie wykonane połączenia telefoniczne – rozłączył. A książka? Voilà! Gotowa. Tylko powiedzieć: tak.

Teraz już zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy opowiadałam Basi, jak to fajnie kiedyś było, gdy mi prąd odłączyli. Świeczki w Lidlu kupiłam, w kominku napaliłam. Straszne siupy. Nawet na blogu o tym napisałam. Ha, ha, ha. Mówię ci, Basia, warto było. Człowiek bez prądu docenia rzeczy niedocenione. Człowiek się staje wartościowszy. Przestaje pracować jak wariat, na chmury patrzy. Na księżyc i zorzę polarną. No, same plusy. Świetna sprawa. Mam mówić dalej? Mam tłumaczyć, co zastałam po powrocie z pracy?

Nie wiem, jak długo te czary będą działać. Zanim jednak się skończą, kupcie jutro Gazetę. Jeśli w jutrzejszym wydaniu Wysokich Obcasów będzie felieton w rubryce Kubryńskiej, to znaczy że jeszcze działają.

Domyśl się!

– O co chodzi?, – O nic!. Odpowiedź ta jest zagadką ludzkości, nierozwikłanym wielomianem zmiennej. Nikt nie wie, co się pod tym kryje. Wiadomo tylko, że coś się kryje…

9a659e6669ed70c1626f2200c9670544

Ludzie generalnie mówią do siebie zagadkami. Gdy o coś chodzi, to ogólnie wiadomo, że nie wiadomo, o co. Jest taki dialog, dość powszechny: ”O co chodzi?, – O nic!”.  Odpowiedź ta jest zagadką ludzkości, nierozwikłanym wielomianem zmiennej. Nikt nie wie, co się pod tym kryje. Wiadomo tylko, że coś się kryje. Coś? Bezmiar znaczeń! Najczarniejszy pod słońcem X, szydercza niewiadoma, której żadne obliczenia nie wyjaśnią, żadne wykresy nie wskażą, żadne układy równań, ani wyciąganie pierwiastków – nie odkryją. Każda, najżmudniejsza próba dochodzenia kończy się tym samym, bolesnym dźgnięciem:

– Domyśl się!

Weź się domyśl. Weź się z tej plątaniny pretensji, że JESZCZE się nie domyśliłeś – wydobądź. Nie da się.Tym bardziej się nie da, że powietrze tężeje od ołowianego focha. Jeszcze się nie domyśliłeś? Co może oznaczać, że jeszcze się nie domyśliłeś?! To może oznaczać wszystko! Całe zło tego świata! Że masz w dupie. Że nic cię nie obchodzi. Pewnie. Każdy by tak chciał. O, jak fajnie jest mieć wszystko w dupie! Czemu ja nie mam wszystkiego w dupie? Czemu mnie musi wszystko obchodzić? Wszystko na mojej głowie! Ciężar życia na moich barkach! Ale, jasne. Ktoś musi nie mieć w dupie, żeby w dupie mógł mieć ktoś. W końcu wiadomo, kto tu jest moralnym zwycięzcą. W końcu wiadomo, kto ma sumienie. Bo chyba nie ty. Jakbyś miał sumienie, to byś się domyślił. Jakbyś miał odrobinę przyzwoitości, to byś chociaż się domyślił, czego domyślać się możesz! W którą stronę swój domysł skierować? Za jakiego rodzaju domysł się brać? Nie wiesz? To nie mamy o czym rozmawiać!

Tak to mniej więcej wygląda. Dlatego ja nie będę do was mówiła zagadkami. Jeśli pytacie o co chodzi, od razu mówię. Proszę bardzo. Skoro już muszę to powiedzieć, trudno. Kawa na ławę. Jakby nie można było się domyśleć. Ale skoro już nie możecie się domyśleć, to już lepiej zamknijcie laptopy, wyłączcie komórki. Zostawcie wszelkie urządzenia, za pomocą których czytacie ten blog. Idźcie sobie na trawkę, nad rzeczkę. Popuszczajcie sobie kaczuszki. Zagrajcie sobie w kometkę. Bez łaski. Sama sobie poradzę! A prawda jest taka, że aktualnie jestem w dupie kosmicznej. Tak się mówi, bo to niby śmieszne, ale właściwie nikt jeszcze nie widział kosmicznej dupy i nikt do końca nie wie, na czym ta śmieszność polega. Ja też nie widziałam, ale bynajmniej nie napisałam tego, żeby było śmiesznie, bo mi wcale nie jest do śmiechu! Może wam jest do śmiechu?! Pewnie, śmiejcie się! Dobrej zabawy. A ja tymczasem jestem w dupie kosmicznej. Wyję pod stołem. Leci na mnie sufit. Słońce ma kolor czarny. Kartka A4 waży tonę. Zapisanie kartki A4 znaczy wysiłek równy wyryciu w kamieniu własnego testamentu. Wrzucenie na blog zapisanej kartki A4 graniczy z zejściem śmiertelnym z powodu wycieńczenia. Ale spoko, poradzę sobie. Mówicie o ołowianym fochu? Nie rozśmieszajcie mnie. Ja cała jestem z ołowiu! Kiedyś byłam wesołą blondynką, a dziś jestem ołowianym odlewem blondynki! I przez kogo? No, zabijcie mnie, w życiu nie zgadnę. Wy też nie zgadniecie? To super, możecie sobie pogratulować. Pójść na trawkę kaczki puszczać. Fajnie. Ekstra. Winszuję. Kurwa, zaraz oszaleję z wrażenia. Dalej nie wiecie o co chodzi? To sorry, ale ja nie będę wam mówiła.

Domyślcie się.