Niezwykłe przygody duszy, czyli co nas czeka po śmierci

Po śmierci dusza błąka się przez dwa dni. Co robić w tym czasie? Ja jadę na plażę nudystów. Nie będę paradować w ciuchach, skoro nie mam ciała

grzechy

Nie ma takiej śmierci, która przychodzi zbyt późno. Nie ma śmierci, która przychodzi w czas. Śmierć zawsze przychodzi rychło, zawsze znienacka i zawsze w pośpiechu. Każde więc utyskiwanie na złe życie można złagodzić świadomością doczesności. Spokojnie, już niedługo. Bez nerwów, to zaraz. Jeszcze parę dni, miesięcy, lat. Zleci jak z bicza strzelił. A potem? Czytałam na portalu Fronda niezwykłe doniesienia w tej kwestii. Zanim jednak opowiem o tych rewelacjach, pozwolę sobie tylko przytoczyć krótką charakterystykę portalu Fronda. Dużo seksu, mało miłosierdzia, słowem ostra jazda. Ostatnio poleciłam Ewce, która podobno już kiedyś otarła się o pismo, twierdząc, że była to publikacja konserwatywna o monumentalnej powadze. Teraz weszła na portal, zobaczyła na tak zwanej jedynce artykuł o braku dyspensy dla sklepów mięsnych w piątek oraz o szkodliwości jogi dla umysłu i wyraziła opinię, że to niemożliwe, że na pewno ktoś podstępnie wykupił konserwatywne pismo o monumentalnej powadze i z konserwatywnego pisma o monumentalnej powadze robi sobie monumentalne jaja.

Tymczasem żadnych jaj! To wszystko serio! Sklepy mięsne nie powinny sprzedawać parówek w piątek, joga szkodzi, a po śmierci dusza błąka się przez dwa dni. Bo o tym właśnie przeczytałam ostatnio na portalu Fronda.

Śmierć wydobywa dusze z ciała. Dusza opuszcza więc ciało i… robi co dusza zapragnie. Przez dwa dni. Dwa dni totalnego luzu, chodzi gdzie chce. Pytanie, gdzie ma chodzić przez te dwa dni? Na co się zdecydować? Ja żyjąc, mam podczas weekendu niezłą zagwozdkę. A przecież to tylko jeden z wielu weekendów. A jedyne dwa dni luzu po życiu? Boże, jak dobrze, że czytam Frondę, mam czas się przygotować na melanż mojej wiekuistości!

Fronda pisze, że różnie z tym bywa. Niektóre dusze udają się w miłe miejsce, inne błąkają się wokół domu. Jasna sprawa. Są tacy, co w wolnej chwili od razu walą do Zakąsek i Zapitek, są tacy co wolą domówkę. Jest przecież szansa na stypę. Jest szansa, że stypa przeciągnie się dwa dni. Chcę w niej uczestniczyć! A jak mam uczestniczyć, chcę uczestniczyć świadomie! Chcę sporządzić zawczasu plan! Chcę dopełnić formalności! Ostatnio nie wpuszczono mnie na Blog Forum Gdańsk, bo nie dopełniłam formalności. Była to pierwsza w moim życiu impreza, na którą mnie nie wpuszczono. Pierniczę imprezy, na które mnie nie wpuszczają.  Pierniczę Blog Forum Gdańsk. Ale czy mogę pierniczyć imprezę w życiu pośmiertnym? Czymże jest Blog Forum w porównaniu z własną stypą? Nie mogę tego przegapić. Frondo, gdzie mam wysłać zgłoszenie? Gdzie kliknąć? Umrzeć może każdy głupi. Każdy głupi może być martwy. Ja chcę być martwa świadomie! Ale jak się już zarejestruję, gdy już się tam znajdę – niech się dzieją rzeczy wiekuiste! Niech się urywają żyrandole! Niech brzmi muzyka! Najlepsza muzyka na świecie! Bananowy song! Taneczny wąż! Korowód barwnych piór! Przysięgam, nie ma takiej konferencji na Ziemi, która by zakończyła się podobnym melanżem. Nie ma takich mieszanek piwa z sokiem, które równałyby się do moich trunków! Piwo z sokiem to jest, moi drodzy, napój dla przedszkolaków. Ja będę serwować absynt! Wódkę z ogniem. I czysty spirytus.

Basen. Ale nie jakiś tam basen z wodą! Basen ma być z szampanem! Będę skakać do basenu z okien sypialni. Z pierwszego piętra. Zawsze chciałam skoczyć z pierwszego piętra do basenu, tylko bałam, że się zabiję. Teraz skoczę.

Pytanie, jaka będzie pogoda? To ważne. Wolę umrzeć latem, zahaczę o plażę. Jak ktoś chce mieć pogrzeb w Pcimiu Dolnym, jego sprawa. Ja biorę pompowane krokodyle i jadę nad morze. Do Dębek. Tam można opalać się na golasa. Z dwóch ofert: tekstylnej i naturystycznej, zawsze wybieram tę drugą, nawet po śmierci. Co z tego, że nie będę mieć ciała? Tym bardziej! Jak nie mam ciała, to na co mam niby założyć kostium kąpielowy? Dusza jest konsekwencją naszego żywota. Będę więc rozbrykaną nagą duszą przewalającą się po piaskach nadbałtyckich plaż.

Ale czas brykania się kończy. Kończą się  dwa darowane dni, jak kończy się weekend. Zaczyna się szare życie po życiu. Czas mrocznych pokus. Mroczne pokusy żywota to betka w porównaniu z opisanym przez Frondę cyklem straszliwych zmagań z mocami piekielnymi, które nastąpią po dwóch dniach pośmiertnych kanikuł. Pierwsza rzecz: towarzystwo. Za życia towarzystwo zawsze musi się napatoczyć, a i po śmierci towarzystwo okazuje się również niezbędne. Czytam, że spotkanie duchowe (z danym towarzystwem) przebada skłonności duszy nabyte w tym życiu – czy lgnie ona bardziej ku Aniołom i świętym poprzez cnotliwe życie, czy też poprzez swoje niedbalstwo lub niewiarę dopasowała się bardziej do towarzystwa duchów upadłych.

Nic mi nie mówcie! Już widzę, gdzie wpadłam! Nie żyję od trzech dni, a sprawy ani na jotę się nie zmieniają. Wszystko po staremu. Melanż, plaża, złe towarzystwo. I kolejne poziomy trudności w zdobyciu zbawienia, określane tajemniczym mianem: mytarstwa powietrzne. Przerzuciłam hasło przez wyszukiwarki i okazało się, że muszę iść na terapię. Serio mówię. Tylko porządna terapia wybawi mnie od potępienia. Jeśli bowiem demony mają mnie w kółko oskarżać o jakieś grzechy, muszę mieć żelazną psychikę i nauczyć się mówić: NIE. Zresztą ta metoda jest skuteczną bronią również w doczesnym życiu. I znów analogia. Człowiek się rodzi, ma trochę wolnego, trochę się zabawi, a w tak zwanym międzyczasie ktoś mu wywierci w brzuchu jakąś winę. I tylko wiara może tu pomóc. Rzecz jasna, wiara w siebie.

Zaczynam się zastanawiając, po co ta śmierć? Po śmierci nic się nie zmienia. Jedni mają dobrze, inni mają źle. Pokusy są, jak były. Lęki, jak były, są. Szczęście – tak samo. Towarzystwo – według uznania. I tak i siak. Raz tak, raz siak. Kiedy to się zmieni? Otóż pewnego dnia. Pewnego dnia cały ten poddany zepsuciu świat dobiegnie końca i zaświta trwające na wieczność Królestwo Niebieskie. Pytanie, czy zniknie Piekło? Ależ skąd! Piekło po sądzie dopiero się wzmocni. Piekielne lochy wypełnia się skazanymi, szatan wzrośnie w siłę. Gra toczy się dalej. Tylko level wyższy. A może ten sam?

Niedawno przeczytałam w jednym z Dzienników Pilcha, że poleca do trumny Rzeczpospolitą, lektura podobno umożliwia zmartwychwstanie. Ja do trumny biorę Frondę. Fronda nie umożliwia zmartwychwstania. Ona je gwarantuje.

Śmiertelny grzech cudzołóstwa. Ze sobą

Gdy z ambony padło hasło o grzechu cudzołóstwa, natychmiast przestałam się nudzić…

poncz

Uwielbiam kościoły. I nie chodzi mi wcale o tę rozhisteryzowaną wspólnotę, ale o miejsce. Niezwykłe, mroczne świetliste, pachnące kamieniem, majestatyczne schronienie przed czasem. Ale czy tylko o czas mi chodzi? Czy o rzeczywistość równoległą? Zaraz do tego dojdziemy.

Człowiek w codziennej gonitwie dostaje niepojętego szału, gdy coś go zmusza do zwolnienia tempa. Jest to taki efekt rozpędzonej machiny, która – przyhamowana – zaczyna się gotować. Miałam kiedyś żółtą Skodę Rapid. Wszystko było z nią dobrze, dopóki mknęła z prędkością przekraczającą sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Jak się nieco zwolniło, jak się toczyło w korku, ta diablica natychmiast się gotowała. Ściśle – gotowała się woda w jej chłodnicy. Mój Boże, ile razy gotowała się woda w chłodnicy Skody Rapid! Tysiąc, milion butelek z wodą do uzupełnienia w rozjuszonych przewodach przetoczyło się wraz ze mną przez Polskę wzdłuż i wszerz. Stara siódemka na trasie Olsztyn – Gdańsk znała już ten wóz. Znała tego wozu znój. Znała tego znoju efekt. Parująca jak lokomotywa żółta strzała wybuchała przy każdym metrze ograniczenia prędkości. Podskakująca nad buzującym wnętrzem maska, niczym pokrywka od czajnika, dawała wyraz zniecierpliwienia maszyny. Należało zjechać na pobocze, przez zgniecioną szmatę kurek od syczącego układu chłodniczego ostrożnie odkręcić, rozpalone zwoje przewodów chłodzić kolejnymi litrami nigdy nie wyczerpanego płynu, nigdy nieugaszone pragnienie rozpaczliwie i doraźnie próbować gasić. A potem pruć bez zatrzymania, bo każde zwolnienie, przyhamowanie, groziło ponownym pomrukiem zniecierpliwienia, które z pomruku wnet przechodziło w charakterystyczny stukot bałwaniącego się pod maską wrzątku.

I ten bałwaniący się wrzątek to dzisiaj moja krew. To moja krew, która po latach od sprzedaży Skody Rapid, na jej pamiątkę i na jej podobieństwo osiąga stan wrzenia przy najmniejszym przyhamowaniu. Kolejka na poczcie. Korek. Winda. Ślamazarna koleżanka na schodach. Nie odbierany po trzech sygnałach telefon. Zawieszony komputer. Ładująca się strona internetowa. Brak odpowiedzi na SMS po trzech minutach.

Ukrop, gejzer, lawa. Rozpalone zniecierpliwieniem tętnice pękają od nadmiaru ciśnienia. Wzburzona krew rozrywa ich ściany. Jestem pędzącym wulkanem. I jako pędzący wulkan tęsknie rozmyślam o tym, jak by to było, gdybym ugrzęzła gdzieś na dłużej. Nie na trzy minuty, nie na kwadrans. Nie w kolejce na poczcie. W kolejce na poczcie to ja mogę maila sprawdzić. W kolejce na poczcie to ja mogę post napisać. W windzie to ja mogę fryzurę poprawić. W korku to ja mogę makijaż zrobić. Za ślamazarną koleżanką idąc mogę dawno odkładany telefon do urzędu skarbowego wykonać. Podczas nieodbieranego przez trzy sygnały telefonu, to ja mogę przerzucić prasę. Przy zawieszonym komputerze, to ja mogę SMS-a napisać. Podczas oczekiwania na odpowiedź, to ja mogę MILION innych rzeczy zrobić! Milion innych rzeczy, jak milion butelek wody studzi buzującą machinę mojego zniecierpliwienia.

A gdyby tego miliona rzeczy nie było? Gdyby ten milion butelek wyparował? Gdybym, zostawiona na pustyni bezczynności, miała tak trwać przez, dajmy na to godzinę? Godzinę! Nie trzy minuty, nie kwadrans. Godzinę. Bite sześćdziesiąt ołowiowych minut bez szans na wysłanie maila, przerzucenie poczty, przeczytanie artykułu, zrobienia makijażu, czy trefienia włosów. Pytacie, gdzie tak można ugrząźć? Gdzie nic nie robić, tylko czekać na koniec, na uwolnienie?

W kościele.

W kościele na nieskończonej bezczynności spędziłam całe dzieciństwo. Całe dzieciństwo i połowę wczesnej młodości. Na oko licząc, jakieś tysiąc niedziel i diabli wiedzą, ile rekolekcji. Plus pierwsze piątki miesiąca. I święta. Zatem półtora tysiąca godzin nic nie robienia. Półtora tysiąca godzin siedzenia i patrzenia przed siebie. Myślicie, że apokaliptycznie wrzałam? Że buzowałam jak czajnik po kętrzyńskich świątyniach? Nigdy. Nie zagotowałam się ani razu. Ba! Nie to, że się nie zagotowałam. Ja się nawet nie nudziłam.

Jeśli wytłumaczymy mój brak niecierpliwości dziecięcą ciekawością, to jednak po dwóch, trzech, no czterech latach teoria powinna się wyczerpać. Każda bowiem niedziela była taka sama, malowidła i rzeźby w kościele niezmienne, kopia Matki Boskiej Ostrobramskiej przy prawej nawie bez zmian, kopia matki Boskiej Częstochowskiej w lewym ołtarzu nieruchoma jak kamień. Każda rysa i cień na twarzach świętych przestudiowane, nazwane i zapamiętane. Każdy witraż i na każdym witrażu postać – przepatrzona, przeanalizowana, w wielu kombinacjach wyobrażona. Anioły zaznajomione. Bożonarodzeniowe choinki zeskanowane, żłóbki z bydlętami i dzieciątkiem wnikliwie obejrzane. Wielkanocne grobowce przebadane, zmartwychwstania ogarnięte. I żadnych niespodzianek.

A jednak zero nudy.

Owszem, może z początku był ten moment wahania, ta chwila zagubienia, gdy nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Ale gdy z ambony padło hasło o grzechu cudzołóstwa, o bezeceństwie uciech cielesnych, o sromocie samogwałtu (Chryste Panie, co za słowo!), natychmiast przestałam się nudzić. Moja wyobraźnia wybuchła. I każdą mszę jej poświęciłam. Każdą minutę z godziny bezczynności przekułam w intensywny czas wzmożonych rozmyślań. A miałam mnóstwo zaległych spraw do przemyślenia. Co gorsza, za diabła nie dało się z nikim o nich pogadać! Od wieków są sprawy, o których we wczesnej młodości nie da się gadać. Ale w moim przypadku nie dało się po stokroć. A na pewno nie tak, jak ja bym chciała. Tak śmiało? Tak obrazowo? Tak namiętnie? Tak straceńczo? Tak bezecnie? Tak opętańczo? Tak ostatecznie?

Tak. Tak śmiało, tak obrazowo, tak namiętnie, tak straceńczo, tak bezecnie, tak opętańczo, tak ostatecznie.

O sprawach absolutnych nie można myśleć w korku. Ani na poczcie, między SMS-em a postem. Sprawom absolutnym należy się czas. Miejsce. Zaduma. Anielskie skrzydła. Przestrzeń. Wizje. Barwy. Światło. Mrok. Dreszcz na plecach, chłód tęsknoty, żar pożądania. Rzeczywistość równoległa. Tajemnica. Objawienie. Absolut.

Seks jest sprawą absolutną. Co najmniej przez półtora tysiąca godzin niedzielnych, świątecznych, pierwszopiątkowych i rekolekcyjnych mszy myślałam o seksie. Przez półtora tysiąca godzin rozkładałam kwestię namiętności na czynniki pierwsze. Moja wyobraźnia pruła bezkres otaczającej mnie przyzwoitości. Moje myśli darły na strzępy przyjętą wokół cnotliwość. Skulone w kościelnej ławie plecy drżały z podniecenia. Kotary rzęs skrywały załzawione z rozkoszy źrenice. Szary pozór wełnianego beretu przykrywał kłębowisko najbezwstydniejszych myśli świata. Między mysimi warkoczykami rozgrywały się sceny iście orgiastyczne. Boże, co ja tam wyprawiałam! Jak ja się tam kotłowałam! Jak ja się nie prowadziłam! Ile ja z siebie rzeczy zdarłam!

Najpierw te zwykłe, popielate wdzianka, te szaliczki, paltociki, kołnierzyki, te rajstopy z dzianinki, te gryzące sweterki. Potem bawełniane podkoszulki i takież galoty. Szybko się jednak ta garderoba wykruszyła, bo jak już wspomniałam – wyobraźnia moja poleciała w kosmos. Tak więc już na kolejnej mszy miałam na sobie, a raczej z siebie w duchu zdzierałam koronki i falbanki. Najpierw w kolorze beż. Przyzwoicie, po maminemu. I pończochy na duży pas z klinami po bokach. Matka się nie pokapowała, bo buduar swój miała w zwyczaju rozciągać po całym mieszkaniu tu i ówdzie bez nadmiernej dyscypliny. Nigdy nie wiedziała, gdzie wetknęła kabaretki, jakże więc mogła wpaść na to, że jej dwunastoletnia córka paraduje do kościoła w odsądzonej od czci i wiary bieliźnie?

Potem było coraz śmielej. I coraz frymuśniej. I coraz barwniej. Otóż weszłam w fazę czerwieni. Z filmów, z literatury, z paryskich zapisków Emila Zoli, z lupanarów piwnic teatralnych, z hemingway’owych opowieści o dziwkach moteli amerykańskich i z tego jednego jedynego pokazu striptizerki w Miejskim Ośrodku Kultury w Kętrzynie, kiedy to babcia z dziadkiem, nieświadomi do szczętu, zabrali mnie na fundowaną przez zakład pracy imprezę familijną. Otóż na tejże familijnej imprezie – ku przerażeniu babci – wybiegła na scenę tancerka w czerwonych koronkach i jednym śmiałym ruchem je zrywając, pokazała, jak to dziadek, chichocząc euforycznie, określił: „broszkę”.

Z czerwieni przeszłam gładko do czerni. Każda szanująca się wszetecznica przechodzi w pewnym momencie z czerwieni do czerni, bo czerwień to tylko przygoda, a czerń ma w sobie wszystko. A wszystko to zarówno duch i ciało, tajemnica i bezwstyd, radość i mrok, obietnica i dramat, wierność i zdrada, powaga i żart, cnota oraz śmiertelny, niewybaczalny grzech cudzołóstwa.

Ja wprawdzie cudzołożyłam tylko z samą sobą, w żadnym cudzym łożu się przez te zielone lata nie znalazłam, jednak moje wycieczki mszalne osiągnęły taki pułap, że z cudzołożenia mogłam śmiało robić profesurę. Ale ja nie zamierzałam na profesurze z cudzołożenia kończyć. Ja chciałam z cudzołożenia dostać nagrodę Nobla! Będąc więc już w czarnej bieliźnie, rzuciłam się w wir wynalazków. To ja w wieku lat trzynastu opracowałam stringi! To ja wymyśliłam przeźroczyste staniki z tiulu! To ja zaprojektowałam koronkowe gorsety z przytroczonymi paseczkami na pończochy! To ja wreszcie wymyśliłam pończochy samonośne! Przymocowane gumką recepturką do chudego jak gałąź wierzby uda. Pończochy, rzecz jasna, z pojedynczym szwem z tyłu. Zasady trzeba znać od dziecka. Ja znałam. Ja miałam matkę w takich pończochach. Kto miał matkę w takich pończochach, głupoty, choćby w kościelnej ławie, nie palnął. Ja nie palnęłam. Ja w pończochach z pojedynczym szwem odstawiałam swój pierwszy striptiz w życiu. Pokaz erotyki, teatr jednego widza. A może dwóch? Kto wie, może nawet i tysiąca? Kto wie, czy tylko ja siebie na tej wyobrażonej scenie oglądałam? Czy nie widział mnie tam chór Aniołów? Świętych? Czy nie widziały mnie Matki Boskie? Częstochowska czarna i jaśniejąca ostrobramska? Postacie biblijne z witraży czy na pewno mnie nie spostrzegły? Czy nie widział mnie wreszcie sam Bóg? Czy nie widział mnie Chrystus Pan? Czy z grobu zmartwychwstały na potajemnie wykradzioną matce frymuśną bieliznę się nie napatoczył? W szale potępieńczym rzuconą pończochą czy nie oberwał?

Nie wiem. Są rzeczy dla mnie niepojęte, wiara przede wszystkim.

Wiem tylko, że obudzona śpiewem kapłana: „Idźcie, ofiara spełniona!”, miałam pozornie tę samą co wszyscy, ale jakże inną odpowiedź: „Bogu niech będą dzięki”.

Drzwi wyrwane z zawiasów

Anna Przybylska broniła prywatności jak lwica. Teraz już nie broni. Wyciąga się więc wszystko: rodzinę, lekarza, księdza, Pana Boga i drzwi z zawiasów

1234412_616916131693047_5790341_n

Tyle się dzieje, że nie nadążam wszystkiego przemilczeć. Najpierw intensywnie przemilczałam konflikt pewnego pisarza z pewną feministką. Boże, jak ja to przemilczałam! Intensywność mojego milczenia niemal dorównywała intensywności żenady tej sprawy. Niemal. Bo jednak wciąż nie dorównywała. Tym dramatyczniej nie dorównywała, że przedmiotową żenadę podsycały wszystkie media świata. Dopóki rzecz wyciekła w jednym ścieku, miałam jeszcze szanse. Jeszcze moje milczenie mogło odnieść sukces. Jednak nie. Z jednego ścieku wyciekło zaraz dalej, do drugiego, do następnego, aż falą sensacji zebrało się w rzekę zalewając rozpaczliwie broniącą się ciszę.

Nawet jak się człowiek chce odciąć, zawsze znajdzie się ktoś, kto go w rzekę sensacji wciągnie. Milczysz, ale inni nie milczą. Nie mówisz, ale inni krzyczą. Nie piszesz, ale inni pytają. A, co myślisz? Co sądzisz? Jak, he, he, oceniasz? Jak he, he, oceniasz ich dokonania łóżkowe? Kto na górze, kto na dole? Kto winien? Kto komu? I jak?!

Ej, dajcie taśmę! Nie nagraliście siebie w łóżku? Nic straconego. Są jeszcze podsłuchy. Redaktor z gazety Wprost się w tym specjalizuje, zadzwońcie do niego. Widziałam w empiku, książkę wydał, zna się. Niech was też nagra. Niech kelnera wyśle. Może już wysłał? Niech upubliczni! Wrzuci na Youtube! Na Facebook! Twitter! Niech wszyscy zobaczą jak to było dokładnie. Kto na górze, kto na dole. Kto winien. Kto komu i jak.

Pamiętacie takie pismo „Przekrój”? Co tydzień można było przeczytać na wstępie, o czym Przekrój nie pisze. I właśnie tam widzę tę sprawę. Ale „Przekroju” już nie ma. Pewnie właśnie dlatego go nie ma, że takiej sprawy by nie opisał. Głupi Przekrój. Jak bardzo mi brakuje tego głupiego Przekroju!

Niecały tydzień temu pojawiła się w mediach wiadomość o śmierci aktorki Anny Przybylskiej. Smutna wiadomość. Tragiczna. I jak każda tragiczna wiadomość w tym kraju, natychmiast przeoblekła się w interes. I to wcale nie interes społeczny, bo o profilaktyce i diagnozie raka trzustki niby się mówi, ale ciszej, z boku, na marginesie. Prawdziwy interes jest inny. Ponadwymiarowy, ideologiczny, wszechpotężny. A nazywa się: klikalność. Media kręcą lody na tej śmierci. Od niemal tygodnia nie schodzą z pierwszych stron portali doniesienia o jej okolicznościach. I guzik kogo obchodzi, że Anna Przybylska broniła prywatności jak lwica. Teraz już nie broni. Wyciąga się więc wszystko: rodzinę, lekarza, księdza, Pana Boga i drzwi z zawiasów. Jest interes w tym, żeby rozpaplać, jak Przybylska cierpiała i co ściskała przed śmiercią. Że „wyła z bólu” i „ściskała przed śmiercią różaniec”. Brakuje już tylko zdjęcia umierającej aktorki, ale widok jest tak dokładnie opisany przez „zaufanego” lekarza i „zaufanego” księdza, że ta śmierć stała się wstrząsająco publiczna. A różaniec nieboszczki załatwia przy okazji interesy prawicowych mediów. Wystarczy dać tytuł „Niech jej ziemia lekką będzie” (Fronda), dokleić modlitwę i wysmażyć swoją propagandę.

Wczoraj przeczytałam, że ciekawscy pogrzebnicy tak bardzo chcieli zobaczyć nieżyjącą, że wyłamali drzwi z zawiasów. Przybylska, póki żyła, trzymała te drzwi rozpaczliwie. Teraz już nie może.

Wysokie Obcasy i szampan dla krokodyla

Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale żeby przekazać wam bardzo ważną rzecz…

obcasy

Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem, czy będę wielkości znaczka pocztowego, czy jak dwa znaczki. Nie wiem, czy w środku, czy na końcu. Nie wiem nic, wiem tylko że w najbliższą sobotę po raz pierwszy w życiu pojawię się w papierowych Wysokich Obcasach. Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale by przekazać ważną informację:

Marzenia się spełniają.

Ja osobiście już trochę boję się marzyć, bo nie ma marzenia, które by mi się nie spełniło. A bynajmniej nie jestem szczęściarą. Nie jestem też jakąś wyjątkową optymistką. Nie mam nigdzie znajomości, ani wpływowej rodziny. I nie mam wybitnego talentu.

A i tak się spełniają.

Pięć lat temu ciągnęłam po gdańskim dworcu wielką walizkę z próbkami powieści i czekałam na pociąg do Nieba. Pociąg przyjechał i zabrał mnie najpierw do Warszawy, potem do Krakowa, a uwierzcie kochani, ani Warszawa, ani Kraków z Niebem nie mają nic wspólnego. Chodziłam zatem od wydawnictwa do wydawnictwa, tłumacząc wszystkim w chorobliwym zapale, dlaczego warto zainwestować w mój talent. Oszczędzę wam szczegółów, bo na samą myśl o tym zdejmuje mnie paraliżująca żenada do dziś.

Wreszcie zaniechałam procederu. Zrozumiałam, że nie dam rady fizycznie obskoczyć wszystkich redakcji w Polsce. Wróciłam zatem do Gdańska i jęłam wysyłać maile. Nie pytajcie mnie, ile maili wysłałam. Ta liczba, a raczej relacja tej liczby do liczby odpowiedzi, to wspomnienie zbyt bolesne. Nie był to jednak czas lizania ran. Najboleśniejsze miałam jeszcze przed sobą. Najboleśniejsze miało dopiero przyjść. W odpowiedzi, na którą tak czekałam. W odpowiedzi z wydawnictwa od pewnego krytyka literackiego. W odpowiedzi, która brzmiała tak:

„Banał, nuda i pretensjonalny język”.

O Boże, ile było w tym racji! O Matko, jaki to był banał O Jezu, jaka to była nuda! O Chryste, jak pretensjonalny język! Redaktorze bezimienny, który napisałeś tego maila! Gdzie jesteś?! Odezwij się! Jestem ci dozgonnie wdzięczna. Jestem ci dłużna. Chcę ci podziękować, na wódkę zaprosić.

Człowiek bowiem sam tego nie zobaczy. Trzeba wyjść z ram, żeby ujrzeć obraz. Trzeba opuścić kołowrotek, żeby przestać się w nim kręcić. Trzeba dostać takiego maila, żeby zaniechać banału, nudy i pretensjonalnego języka.

A przynajmniej nie dostawać już takich maili. Oczywiście, maile są. Są w najlepsze. Jak się maili nie dostaje, to dopiero jest paraliż. Jak się nie ma hejterów, to dopiero jest marazm. Człowiek poznaje swoją wartość przez liczbę ganiących go krytykantów. Ja uwielbiam swoich. Dostaję od nich epistoły ze wskazówkami, pogróżkami, rozczarowaniem „Nie idź tą drogą!”. „Tym razem przesadziłaś”, „Lubiłem twój blog i teraz się zawiodłem!”, „Nigdy nie wrócę!”, „Spodziewałem się mniej populistycznego bełkotu.”

Ile razy ze sobą zerwaliśmy! Ile już było rozstań! Ile było powrotów! I wciąż jesteśmy, na dobre i na złe, a właściwie tylko na złe. No nic, trzeba iść dalej. Trzeba wydać książkę. Ten krótki błysk w życiu każdego debiutanta, gdy przychodzi umowa z wydawnictwa. Ta para skrzydeł zwinięta a drżąca z gotowości do lotu! Jezu! Boże! Matko! Czy istnieje numer telefonu, którego nie wybrałam tamtego dnia, gdy podpisałam umowę na wydanie książki?! Czy jest jakiś adres mailowy, na który bym nie wysłała tej cudownej nowiny! Moja książka! Na półce! W empiku! W księgarni Jawor! W Bibliotece Miejskiej! Na Allegro! W Merlinie! W Amazonie! Kuźwa, nie wiem, gdzie jeszcze! Świat przestanie się kręcić, świat się zatrzyma! Nic nie będzie, jak kiedyś! Koniec smutków, koniec frustracji! Już jutro, za chwilę nastanie wiekuiste szczęście! Wyjdzie drukiem moja książka! Spełni się moje marzenie.

A teraz matematyczna zagadka. Ostrzegam, trudna! Ile to jest: prawa autorskie plus dwa tysiące sztuk oficjalnego nakładu, plus niewiadoma – dodruk, zamknąć nawias, razy dwa złote za egzemplarz, plus odsetki z czterech lat?

Podpowiadam: paradoksalnie, nie jest to liczba dodatnia. Jak nie wierzycie, zadzwońcie do kancelarii adwokackiej. Oni mają sporo takiej arytmetyki.

Marzenia się spełniają. Spełniają się, aż strach. Marzenia są jak krokodyle. Wykluwają się małe, urocze jak broszki, a potem mnie zjadają. Nic, trudno, trzeba iść dalej. Ja idę. A raczej siadam. Siadam i piszę, a moje krokodyle nadgryzają mnie po cichu.

W sobotę pojawię się w Wysokich Obcasach. Wstanę rano, wezmę rower i pojadę do kiosku. Kupię sobie Gazetę Wyborczą i butelkę szampana. Gazeta dla mnie. Szampan dla krokodyla.

Najlepszy dzień w moim życiu

Z każdego spotkania wynosimy plan uwiedzenia wszystkich mężczyzn tego świata

faceci

Tysiąc razy spotkałam Ewkę i Wołoską, za każdym spotkaniem objawienie. Objawienie objawień. Niewyczerpana studnia olśnienia. Głębia głębi. Wanna Archimedesa.

Za każdym razem wszystkie wynosimy z tych wspólnych spotkań teorię podboju kosmosu. Receptę na szczęście doczesne. Receptę na szczęście wieczne. Złoty środek na bezrobocie. Przełom w ekonomii. Sens życia. Plan uwiedzenia najwspanialszych mężczyzn świata. Algorytm na udany z nimi związek. Konspekt szczęśliwego z nimi rozwodu. Filozofię radosnej samotności, jaką jest ten wspaniały stan, gdy już najwspanialsi mężczyźni tego świata sobie pójdą. Albo raczej: gdy już z nimi zerwiemy (ale o tym za chwilę). Dalej. Projekt stuprocentowej pomyślności w interesach. Biznesplan multimilionerek. Scenariusz najpsotniejszych wakacji świata. Kamień filozoficzny. Święty Graal.

I żeby was nie zmylił geniusz naszych odkryć! To nie są efekty mozolnych obliczeń, ślęczeń nad tabelami, zawiłych wykresów, czy wyczerpujących badań. O nie! To są, moi Państwo, bardzo proste sprawy. Proste sprawy wynikające z życia codziennego. Niech mi ktoś powie, że w życiu codziennym nie można dokonać odkryć. Niech mi ktoś powie, że Archimedes wchodził do wanny od wielkiego dzwonu. Niech mi ktoś powie, że autor podwalin nauk fizycznych, Isaac Newton siedział pod jabłonią z jakiejś potężnej niecodziennej przyczyny! Niech mi ktoś wreszcie powie, że wybawca ludzkości, Aleksander Fleming, w pocie czoła zapuścił laboratorium do tego stopnia, że mu próbki spleśniały!

Największe wynalazki tego świata powstały przez przypadek, na skutek wygodnictwa, lenistwa i niechlujstwa. Na skutek nic nierobienia. Albo – jak w przypadku moim, Ewki i Wołoskiej – na skutek nieposkromionej zabawy. Spotykamy się w różnych okolicznościach, ale te okoliczności zawsze są preludium wszetecznej zabawy. Podczas wściekłych imprez opracowujemy przełomowe teorie. Przerobiłyśmy już wszystko. W kwestii związków jesteśmy absolutnymi ekspertkami. One są ekspertkami w dziedzinie moich związków, a ja mogę właściwie już robić doktorat na ich związkach. Jeśli zaś chodzi o związki innych ludzi na tej planecie – wszystkie zrobiłyśmy na nich profesurę.

Psychologia. Analiza zachowań od kołyski po dziś dzień. W małym palcu. A raczej: w trzech małych palcach. Wszystko mamy rozpracowane. Punkt po punkcie usprawiedliwiłyśmy swoje i nieswoje (prawdę mówiąc: tylko swoje) odchyły.

Kariera. Jakże paraliżujące rozwiązania powstają w naszych kuchniach! Nie ma komisji rekrutacyjnej, która (gdyby tylko się w którejś kuchni pojawiła) nie padłaby trupem z zachwytu nad ustaloną przez nas strategią.  Odpowiedź na każde pytanie? Odpowiedź?! Riposta cięta jak brzytew, nóż w sercu konkurentów z całego świata! Ile stanowisk zajęłyśmy! Ile szczebli kariery przeskoczyłyśmy! Ile awansów! Inna sprawa, że zwalniamy się z pracy na potęgę. W kwestii konstruowania wypowiedzeń jesteśmy mistrzyniami.

Mistrzyniami jesteśmy także w zrywaniu. Wciąż zrywamy. Nie ma osoby na tym świecie, z którą byśmy w nie zerwały. Zrywamy krwawo! Bojowo! Bezlitośnie. Z satysfakcją i dumą. Albo nie. Z OBOJĘTNOŚCIĄ! Jezu, jakie my jesteśmy okrutnie obojętne! Jak my obojętnie przez wiele godzin o przedmiotach swej obojętności rozprawiamy!

- W dupie mam.

- Pieprzę.

- Olewam.

- W ogóle się nie przejmuję.

- Daj spokój, nie gadajmy już o tym.

- Ani słowa.

- Najlepiej milczeć.

- Najlepiej olać.

- Olewasz?

- Jasne. W dupie mam.

I tak do późnej nocy. Olewamy wszystko. Na wszystko jesteśmy obojętne. Zwłaszcza na to (na tego), z czym (z kim) zrywamy. Ważną funkcję w obojętności pełni tzw. Plan Po Zerwaniu (w skrócie PPZ). Jest to rozbudowany harmonogram zachowań i zajęć, które powinny nastąpić po dokonaniu lodowato obojętnego zerwania. Konstruowanie PPZ-ta nie jest łatwe, w ferworze obojętności można bowiem zapomnieć o rzeczach kluczowych, jak na przykład:

1. Zgłoszenie na policję wszelkich prób odebrania wiary w siebie

2. Codzienne słuchanie piosenki Maleńczuka pt. „Kocham się”

3. Zakup obłędnego ciucha (co z tego, że kolejnego?)

4. I butów (nie będę tego komentować).

Konstrukcja tego planu często wymaga obecności Wołoskiej.  Ona ma umysł analityczny, nic się nie zapodzieje. Nic nie umknie. Żadna frajda, żadna przyjemność z PPZ-ta się nie wysmyrgnie. Kiedyś napiszę o tym bardziej szczegółowo, tymczasem muszę wreszcie dojść do meritum.

Koniec! Dość tych opowieści! Puenta jest gdzie indziej! Puenta jest, rzecz jasna, umiejscowiona w przyszłości. W przyszłości, której nie znamy, dopóki się nie spotkamy. A trzeba pamiętać, że nie ma takiej dziedziny, z którą byśmy sobie nie poradziły. Nie ma takiego pola, na którym byśmy poległy. Nawet (zwłaszcza!) z przewidywaniem przyszłości dajemy radę. Proroctwa to nasz konik! Wróżenie to nasza profesja. I teraz puenta. Ciężka, bo ciężka, ale jest. Oderwana od orbity tego tekstu, ale jest. Zaskakująca i bez związku, ale JEST. Otóż Najlepszy Blog na Świecie jest nominowany do Blog of Gdańsk 2014. I co? Nie mam pojęcia! Niech Ewka zajrzy w gwiazdy. Niech Wołoska przetrze szklaną kulę. Niech przerzucą fusy. Niech policzą płatki gerbery. Niech skalkulują rachunek prawdopodobieństwa. Niech mówią, czy wygram, bo nie wiem, czy robić imprezę?

I teraz Ewka, marmurowym głosem, z tym swoim zodiakalnym absurdem:

- Wygrasz. Na pewno kiedyś wygrasz. Czytałam twój horoskop. Napisali, że JUTRO jest najlepszym dniem w twoim życiu.

Ludzie! Kiedy będzie jutro?! Wołoska twierdzi, że jutro nie nadejdzie nigdy. Czy to możliwe, że może nadejść dziś?

———————————————————————————————–

Właściwa puenta jest jeszcze gdzie indziej. Chodzi o to, że możecie temu mojemu JUTRU pomóc i zagłosować klikając tu (prawa kolumna 20-sty od góry):

NBnS

Bez względu na wynik – JUTRO jest impreza.

Modlitwa do świętego Krzysztofa z BMW

Działalność gospodarcza jest prosta. Trafia się klient, jesteś w euforii. Wypruwasz żyły, zapożyczasz się, potem wystawiasz fakturę i to jest koniec twojej historii…

270452_1884636911635_2775895_n

Tak długo mnie nie było, że na moim blogu osiadł kurz spamu. A wszystko przez to, że pracuję intensywnie. Ale fakt, nie jest to wyklejanie tirów. Pisałam już o wyklejaniu tirów? O facecie, który mnie orżnął na dziesięć tysięcy, gdy wykleiłam mu naczepę dwanaście i pół metra długości, w błękitne rekiny? Historia o tyle dramatyczna, że wydarzyła się natychmiast po moim brawurowym założeniu działalności gospodarczej, gdy byłam goła i niewesoła, dziecko we mgle, dwoje dzieci na utrzymaniu, przychodów zero. Minus ZUS bandycki i opłaty za dzierżawę wychłodzonego jak mięsna zamrażarka lokum.

Siedziałam tedy w dwóch kufajkach i w przestrzeniach wewnętrznych trzęsłam się jak opuszczony ratler, przyjmując jednocześnie wyraz zachwytu i optymizmu na twarzy. Witałam zbłąkanych naciągaczy i oblewałam ich nieskończonym, diabli skąd wziętym, ciepłem. Agencja reklamy. Dzień dobry. Czym mogę służyć?

Trafił mi się człowiek w zielonym BMW, w którym dyndał święty Krzysztof, patron kierowców wszystkich BMW tego świata. Człowiek z BMW dał duże zlecenie, wyklejenie tira dwanaście i pół metra długości folią samoprzylepną z nadrukiem o niezapomnianej tematyce głębi oceanu. Zaufałam mu ze względu na świętego Krzysztofa, wszak obecność świętego jest jak notarialna pieczęć.

Ale święty Krzysztof nie jest patronem zziębniętych naiwniaków w desperacji przed bezrobociem zakładających działalność gospodarczą dochód zero minus ZUS. Jakiego patrona mają naiwniacy? Jakiego patrona mają bezrobotni w samobójczej desperacji zakładający firmę? Święty Krzysztofie, mógłbyś być naszym patronem? Mógłbyś na chwilę spuścić z troskliwego oka kierowcę BMW?

Święty Krzysztof gwiżdże na działalność gospodarczą jednoosobową. Nie ma się co dziwić. Działalność gospodarcza w Polsce to prosta sprawa. Trafia ci się klient, zlecenie, jesteś w euforii, wypruwasz żyły, zapożyczasz się, wystawiasz fakturę i to jest koniec twojej historii.

Dobra, trudno, żyje się dalej. Trzeba faceta z BMW spłacić. I codziennie rano, pędząc do roboty z foliami samoprzylepnymi, myśleć ciągle to samo. Ciągle tą jedną myśl przemyśliwać w tę i nazad. Jedną, a uwierającą jak kamień. Myśl, a właściwie pytanie. Pytanie pełne bezsilnej złości, niezrealizowanych planów, pasji, nadziei i zdumienia:

- Co ja tu, kurwa, robię?!

Człowiekowi niełatwo jest zrozumieć co on tu, kurwa, robi. Człowiek może sobie takie pytanie powtarzać jak mantrę, ale odpowiedzi nie zna. Człowiek w przestrzeniach wewnętrznych może się trząść jak zmarznięty ratler, ale wewnętrznych przestrzeni nie opuszcza. Trzęsie się więc, ale przecież biega, biega jak w kołowrotku. A póki biega (choćby w kółko), zdaje mu się, że w tej bieganinie jest jakiś sens.

Żeby ujrzeć obraz, trzeba opuścić jego ramy.

Ale człowiek ram nie opuści, człowieka z tych ram musi coś wyrzucić, wystrzelić brutalnie a boleśnie. Tak mnie z ram witryn oklejanych folią samoprzylepną wystrzeliło zapalenie mózgu. A myśl „co ja tu kurwa robię”, zamieniła się w paniczną refleksję obijającą się o szpitalne ściany:

- Co ja tam, kurwa, robiłam tyle czasu?!

Bo czas się teraz gwałtownie skurczył, czas się sprał, zbiegł się jak wełniana czapka na obolałej głowie.

Nie wyklejam już tirów, ani witryn. I liczę każdą straconą minutę. Stracone minuty to ZUS, który trzeba odjąć od przychodu. Stracone minuty to nigdy nie zapłacona faktura za rekiny z folii samoprzylepnej. Stracone minuty to bieg zziębniętego ratlera. To kołowrotek bezsensu.

Liczę je skrupulatne i modlę się do świętego Krzysztofa, nie mojego patrona, by po odjęciu straconych minut starczyło mi czasu na to, żeby żyć.

Turkusowy komplet z satyny

We wszystkich moich śmierciach mieszka Jolka. Jolka ma piegi, jasne włosy, duże usta i bliznę na policzku

Dziś rano umarłam. Już jako trup zjadłam cztery aspiryny, choć wiem, że to marnotrawstwo. Ale co tam marnotrawstwo! Przecież samo umieranie jest marnotrawstwem. Marnotrawstwem jest również pakowanie turkusowego kompletu z satyny do trumny. Jeśli umieram ja, niech umierają ze mną wszystkie moje kiecki, buty, wstążki i kapelusze. Niech skonają moje berety i turbany. A przede wszystkim niech umierają aspiryny, ibupromy i apapy, cały arsenał leków przeciwbólowych.

Śmierć poranna jest bodaj najczęściej występującą śmiercią w moim życiu. Następuje natychmiast po otwarciu powiek. Leżąc w trumnie porannego stuporu, stworzyłam już dwa miliony wierszy i pół tysiąca opowiadań. Oczywiście, żadnego nie uwieczniłam na piśmie. Śmierć poranna jest zbyt straszna, by ją opisywać.

We wszystkich moich śmierciach mieszka Jolka. Jolka ma piegi, jasne włosy, duże usta i bliznę na policzku po upadku w niemowlęctwie. Lekką nadwagę, z którą walczy od zawsze. Jest piekielnie inteligentna, uwielbia czytać, ma cięty humor. Gdy zapomina, że jest ode mnie starsza, lubi bawić się ze mną we fryzjera. Kwadrans ona, kwadrans ja – siadamy na zmianę na fotelu i czeszemy się nawzajem. Rozmawiamy wtedy o szkole, o chłopakach, o stukniętych koleżankach i nawiedzonych nauczycielach. Obgadujemy wszystkich jak leci. I śmiejemy się nieprzytomnie. Próbuję na jej włosach stworzyć coś, co się nazywa „kłosek”. Sto razy zaczynam, wciąż mi się nie udaje. Z jednej strony jest jakieś uwypuklenie, warkoczyk uparcie wychodzi krzywo.

- Masz krzywą głowę! – wyrokuję wreszcie. Jolka podnosi rękę, dotyka głowy i wyczuwa guza.

Przypominam sobie ten sen. Śnił mi się dużo wcześniej, jeszcze przed zabawą we fryzjera. We śnie Jolka przyszła do mnie, położyła mi głowę na udach kuląc się przed jakimś strachem. Pytam, co się dzieje, ale ona nie odpowiada. Na głowie nie ma jasnych włosów, jasne włosy gdzieś przepadły. Widzę tylko ciasno zawiązany, połyskujący w ciemności turkusowy turban. Mimo grubej warstwy tkaniny na głowie, czuję od niej lodowaty chłód.

- Jola, czemu jesteś zimna? – pytam. Znów cisza. A nogi mam tak zdrętwiałe, że się budzę. Otwieram oczy, Jolki już nie ma. Nie ma jej od dawna. Została mi po niej tylko ta mała, poranna śmierć.

klosek