Klątwa różowego pokoju

Wiedziałam, co w tym pokoju będzie się za chwilę dziać. Wzięłam spray i zamazałam ten róż…

Zawsze chciałam mieć swój pokój. Będąc dzieckiem siedziałam całymi dniami na strychu, urządzałam sobie kąciki za kanapą, chowałam się za parawanem. Różnych pomysłów się imałam jak odciąć się od ludzkości, aż wreszcie postanowiłam przelać krew.

Był mroźny dzień, jakiś jubel dorosłych, pełno ludzi w chacie, a wśród nich dwoje dzieci: ja i Rafał. Rafał był moim przyjacielem od pierwszej klasy. Zżynał ode mnie na wszystkich klasówkach, a ja pożyczałam od niego kasety. Szybko się okazało, że nasza edukacja rozjeżdża się jak genom człowieka i szympansa, wiedzieliśmy więc, że po zakończeniu podstawówki będziemy musieli się rozstać. Tym intensywniej przeżywaliśmy swoją przyjaźń. Siedzieliśmy więc tego dnia pod stołem i spijaliśmy wino z kieliszków, gdy nagle (pod wpływem wina?) wpadłam na pewien pomysł. Pomysł był karkołomny, a jego wdrożenie w czasach, kiedy gwizdało się na dziecięcą perswazję, jeszcze bardziej karkołomne. Niemniej uwierzyłam w sukces i przekułam go w czyn. Przedpokój w naszym mieszkaniu był niezwykle obszerny i długi. Uznałam, że tak długi i obszerny przedpokój to pomyłka. Dlatego należy z tego przedpokoju wydzielić część i przerobić ją na kuchnię. Z dotychczasowej kuchni zaś – uwaga! – trzeba zrobić mój pokój.

Wiązało się to z rozkuciem hydraulicznych łączeń, a także przeinstalowaniem całego skomplikowanego gazowego systemu. Wiązało się to także z rozbiciem i zamurowaniem paru ścian. Jednak stało się. Po upływie kilku miesięcy zdobyłam swój kąt. Dziś myślę, że tamten sukces wdrożenia w życie pomysłu dziabniętego dziecka zdeterminował wszystkie moje późniejsze dążenia. Od tamtej pory uwierzyłam w sprawczość swojego uporu i nie uznawałam porażki. Wszelkie niepowodzenia zaczęłam traktować jako odwleczenie w czasie nieuchronnego sukcesu.

Ale wróćmy do mojego pokoju. Bo już go mam. Jest cały wytapetowany w jasny róż, pod ścianą stoi kanapa, naprzeciwko piec akumulacyjny (w całym mieszkaniu były piece na węgiel, a kuchnia starym zwyczajem nie była ogrzewana), dalej przy drzwiach drewniany regał i to chyba koniec atrakcji. Nie mówcie, że to mało! Nie mówcie, że skromnie! Ja tam nic skromnego nie widziałam. Dla mnie to był przepych! Wszechświat. Absolut szczęścia. Raj razem z piekłem. Czemu z piekłem? Zaraz do tego dojdziemy.

Otóż wraz z nastaniem nieokiełznanej niezależności, natychmiast wybuchł okres dojrzewania, a z nim bunt. Różowe ściany? Sorry. Ja chce mieć ściany czarne! A przynajmniej graffiti. Zdobyłam więc farbę w sprayu i zamazałam róż w apokaliptyczne hasła. Jakbym wiedziała, co w tym pokoju będzie się za chwilę rozgrywać. Jakbym to czuła i wszystkim, którzy próg tego piekła przekroczą, rezolutnie dała znak.

Najpierw był Piotrek. Przyszedł z gitarą. Usiadł na kanapie i zaczął grać serenady o miłości. A potem dał mi narysowany ołówkiem mój portret. Rafał udusił się ze śmiechu pod ścianą, a ja patrzyłam nieruchomo w martwy punkt licząc jak zwykle na to, że unikanie wzrokiem Rafała uratuje mnie przed histerycznym dygotem wesołości. Zawsze tak było, na lekcjach też. On mnie rozśmieszał, a ja zamieniałam się w kamień, pod którym wrzała lawa histerycznego śmiechu. Milimetr, jedno drgnienie powietrza dzieliło mnie od parsknięcia. Niestety, tym razem drgnienie nastąpiło i chłopak spłonął w bezlitosnym ogniu szyderstwa.

– Rafał, nigdy nie znajdę przez ciebie chłopaka! – mówiłam z wyrzutem. Każdy bowiem delikwent, który wchodził do mojego pokoju, skazany był na bolesną zagładę. Dopóki spotykałam się z nim w mieście – ok. Ale dzień wizyty był dniem apokalipsy. Rafał wiedział dokładnie, o której mam randkę i zjawiał się jak duch. Był gorszy od surowych rodziców, gorszy od utyskujących dziadków. Gorszy nawet od starszej siostry, której każdego mojego chłopaka „było żal”. Przejść żywym przez weryfikację Rafała graniczyło z niemożliwością. Za każdym razem, gdy przychodził adorator, zamknięci wśród buntowniczych ścian, wspólnie dokonywaliśmy egzekucji.

Mój pokój stał się pokojem zerwań. W nim opadał cały czar, tląca się fascynacja, pierwsza sympatia. Coś kazało mi bronić niedawno zdobytego terytorium i wyrzucałam wszystkich na pysk. Pamiętam Kangura. Poważna sprawa. Facet grał na perkusji i śpiewał w zespole licealnym. W rockowym zespole! Dziewczyny mdlały na jego widok. Ja też byłam gotowa mdleć. Spotykaliśmy się ku mojej euforii przez niecały miesiąc pod szkołą i wszystko wskazywało na to, że znalazłam miłość. Ale chłopak postanowił zrobić się romantyczny, podciął włosy, kupił kwiaty i zapukał do miejsca kaźni. Mam dalej opowiadać?

Klątwa działała długo. I zawsze tak samo. Przychodził absztyfikant, odbierał wiadomość i kwiaty zamiast w moich dłoniach, lądowały na jego trumnie. Aż do pewnego dnia. Do chwili, gdy podczas codziennego wielogodzinnego pierdaczenia o dupie Maryni, między jednym ukrywanym przed matką papierosem a łykiem skrywanego przed matką piwa, Rafał nagle wypalił:

– Mam dla ciebie chłopaka!

Siłę rażenia tych słów czuję do dziś. Do dziś mam prąd na plecach na samo ich wspomnienie. Pamiętam dokładnie wszystkie okoliczności tamtej chwili. Wielkie, jasne okno, kwitnące kasztany za nim, gruchający śpiew gołębi. Róż na ścianach, czarne graffiti i „Psycho Killer” z magnetofonu kasetowego.

To była moja pierwsza miłość. Pierwsza miłość na zabój. Huragan wewnętrzny, totalny kataklizm. Nie wiedziałam nic o tym „chłopaku”, a już go pokochałam! Już oszalałam na jego punkcie i zawisłam w próżni oczekiwania. Wszystko, te kwitnące kasztany, te gołębie na drzewach i muzyka Talking Heads, wszystko stało się moją rozdygotaną tęsknotą.

– Kto to jest?
– Hanzi.

Kimkolwiek był Hanzi, umarłam dla niego. Mógł mieć czarcie kopyta i rogi na głowie, to nie miało znaczenia. Ale nie miał ani kopyt, ani rogów na głowie. Był całkiem ładnym chłopcem z romskim rodowodem. Tylko że wtedy nikt tak nie mówił, wszyscy mówili raczej „Cygan”. Razem z Hanzim. Hanzi śmiał się z tego głośno, bo Hanzi w ogóle lubił się śmiać. Poza tym uwielbiał pływać i tańczyć. To ostatnie szło mu dość niesamowicie, wygrywał prestiżowe konkursy tańca towarzyskiego w warmińskich turniejach i zdobywał nagrody. A gdy spotkałam go po raz pierwszy, zupełnym „przypadkiem” aranżowanym przez Rafała, rzucił mimochodem, że jutro jest turniej, więc jeśli chcę popatrzyć, to mogę wpaść.

O nieskończona ilości zrzucanych i nakładanych na przemian kiecek! Losie przeklęty niedowartościowanej nastolatki, zlituj się nad milionem dorastających kobiet! Te ołowiane minuty wpatrywania się w lustro, ta niema bezradność wobec milczącej tafli! Turkusowa, czy czerwona, czerwona, czy turkusowa?! Czerwona, czy turkusowa, pytam!? Turkusowa, czy czerwona, kurwa mać?! Idę na śmierć. Idę na ścięcie. Kto na ścięcie ubiera się w sukienkę? Kto na ścięcie zakłada turkusy? Mam tylko jedno wyjście: biały kaftan. Nie idę, pieprzę. Zostaję w pokoju zagłady, w swojej rzeźni. Jak się nazywał ten chłopak od ołówkowych portretów? Jak miał na imię ten piewca serenad? Może zadzwonię i spytam: hej, Piotrek, turkusowa, czy czerwona?!

Nie, przecież Piotrek nie żyje.

W końcu wychodzę. Zlewam się z tłumem, patrzę z daleka na wyszywane złotem kiecki tancerek i chowam za widzów swoją zgrzebną kreację. To nie czerwień, to cegła! Chyba mnie porąbało, żeby założyć ten łach! Jak ja wyglądam, mój Boże! Powietrze drży od rumby, Hanzi w diamentowych atłasach. Nie patrzy na mnie, nie widzi, całe szczęście. Miłość we mnie ryczy, miłość mnie zżera do omdlenia. Ale przecież nie mogę się tak pokazać! Na turnieju tanecznym, gdzie błyszczy od klejnotów, ja w tym ceglanym przyodziewku? Odwracam się, uciekam na zewnątrz. Cała się trzęsę, trzęsienie znoszę papierosem. Nagle ktoś mnie łapie za ramię. Hanzi ma jeszcze kropelki potu na czole i cieszy się jak dziecko. On i jego tancerka zajęli drugie miejsce. Atłasowy smoking połyskuje na śniadym ciele.

– Co robisz jutro? Mogę wpaść?

Nie myślę. Nie mówię. Coś za mnie odpowiada „no jasne”, a potem rozstępuje się ziemia. Zanim pochłonie mnie piekło, usłyszę jeszcze: „ładna sukienka!”, a potem, gdy on już pobiegnie z tancerką na plażę, pomału wygrzebię się, obsypię z siebie piach, wyciągnę skręcony z nerwów żołądek i martwym głosem przekażę swojemu umysłowi, co mnie czeka:

– On do mnie przyjdzie jutro.

Tysiąc zabitych ciał w mojej rzeźni, w moim pokoju zerwań. Trupy pod sufit i wykpione męskie łzy.

– On do mnie przyjdzie jutro.

Czarne hasła zagłady na różowym tle. Krew na ścianach, stosy wyrwanych serc. I moje cyniczne: – Zostańmy przyjaciółmi. Zostańmy przyjaciółmi! Jak straszne jest to zdanie, gdy zadajesz cios!

– On do mnie przyjdzie jutro.

Nie spałam całą noc. Wśród histerycznych rzucawek, w przepoconym prześcieradle postanowiłam, że tym razem nie zerwę. Nie zerwę z nim, dam radę. Choćby nie wiem jak w tym przeklętym pokoju wydał mi się drętwy. Choćby jego śniada cera z połyskującym atłasem zgasła na popiół. Choćby ten uśmiech sczezł na jego twarzy. Choćby zechciał zagarnąć mi pokój i wynieść na plecach. Choćby Rafał stanął na rzęsach.

Nie zerwę.

Z tym euforycznym postanowieniem pognałam do szkoły. Po szkole coś mnie przywiało do domu. Chyba te skrzydła, które mi nagle u ramion wyrosły. Te same, co mnie utrzymywały nad ziemią jeszcze przez kilka godzin. Do osiemnastej. Bo Hanzi miał przyjść o szesnastej. Dwie godziny jeszcze czekałam. A potem moje skrzydła zniknęły i trzasnęłam z hukiem o podłogę mojej celi śmierci.

Nie przyszedł nigdy. Nie wiem, czy mój przyjaciel mnie zdradził i ostrzegł Hanziego? Czy Hanzi po prostu gwizdał na tę gościnę? A może bał się usidlenia? Mój dom, mój pokój jak klatka na błyszczącego ptaka, w jego pojęciu mógł na niego dybać? Owszem, spotykaliśmy się, najczęściej przypadkowo, na plaży, w dyskotece, pod szkołą, na turniejach tańca. Za każdym razem rozstępowała się pode mną ziemia, a chwilę potem skrzydła unosiły mnie pod niebo. Piekło i raj. Szczęście i rozpacz. Te dwa stany szarpały mną przez cały długi rok naszego związku. Tymczasem ze ścian zniknęły mroczne graffiti, krew ofiar obeschła. Nikogo już nie chciałam mordować, z nikogo nie zamierzałam szydzić. Hanzi nie rysował portretów, serenad nie śpiewał. Nie przynosił też kwiatów. Raz jeden w życiu, wybłagany kwadrans poświęcił mi na naukę rumby. Wchłonęłam ją jak gąbka, błyskawicznie bez zbędnych potknięć, wiedziałam bowiem, że nigdy więcej się to nie powtórzy. Nigdy więcej mój rozpędzony Romeo nie zatrzyma się na chwilę, by wydreptać w miejscu cztery takty.

Wreszcie zniknął. Nie było go przez miesiąc. Nigdzie. Ani na dyskotece, ani na plaży, ani pod szkołą. Nie było go w niebie, nie było go w piekle. Nie było go na ziemi. Rozpłynął się w powietrzu, odjechał z taborem cygańskim, oderwał się od parkietu i starł w diamentowy pył. Jedyne, co po nim zostało, to ta rumba, raz dwa trzy cztery, raz dwa trzy cztery, raz dwa… .

Nagle wrócił! Pojawił się tak jak zniknął, bez ostrzeżenia. Wyrwał mnie z otchłani obsesyjnych tęsknot, w samym środku mojego terytorium. W moim pokoju! Podniosłam głowę i oczom nie wierzyłam. Stał właśnie tu, gdzie stopa jego dotąd nie stanęła. Gdzie przez bity rok za żadne skarby nie mogłam go ściągnąć.

– Cześć – powiedział i usiadł na kanapie. Miał na twarzy coś zupełnie do tej pory niebywałego, coś pomiędzy zakłopotaniem a żalem. Żalem nad ofiarą, którą za chwilę zabije. W jej własnej pułapce.

– Nie miałaś na ścianach graffiti? – rozejrzał się. I nie czekając na odpowiedź, dodał: – Słyszałem, że miałaś. Coś w rodzaju „Nie dotykaj mnie, bo zabiję”?

– Tak – przyznałam.

– „Jesteśmy próżni i ślepi”?

– Tak.

– To idealnie do mnie pasuje.

Był jeszcze moment ocalenia. Była szansa ratunku. Matka mówiła – zrywaj pierwsza! Przecież i tak już wiesz. Ale co z tego, skoro nadzieja umiera ostatnia? Najpierw więc zabijam siebie, oddając tym idiotycznym pytaniem nóż w ręce mordercy:

– To znaczy?

A potem czekam, aż skona moja nadzieja. I oczywiście nie słyszę, że to nie znaczy to, co myślę. Nikt nie zaprzecza i nikt nie daruje. Pod ścianą nie siedzi kumpel i nie chichocze. Mnie też jakoś nie do śmiechu. A komu w tej chwili żarty w głowie? Kto zabijając, robi sobie jaja?

– Zostańmy przyjaciółmi.

Morderca ma mój nóż. Musi zadać cios.

kliknij

Charlie Hebdo, czyli rzecz o nieskończoności głupoty

Celem zdaje się być tu wywołanie wkurwu i sprawdzenie, kto i jak długo ten wkurw wytrzyma. Tylko po co?

copertina-charlie-hebdo-5

Jesteś już Charlie Hebdo?

Kto jeszcze nie jest Charlie Hebdo? Już wszyscy są? Super. To nasza kolejna europejska pop-wojna. Wojenka na Facebooku. Co jakiś czas wybucha w naszych komputerach jakaś, a my bohatersko klikamy lajki i wstawiamy emoty. Jesteśmy już prawdziwymi weteranami. Tym razem to jednak bardzo ważna sprawa. Nie, nie chodzi o śmierć dwunastu osób. Śmierć się gdzieś pogubiła. Wiadomo, tu zginęło tyle osób, w Afryce jeszcze więcej. Nikt nie będzie przecież tego liczył, bo nie o śmierć tu chodzi.  To walka o „wolność słowa”.

Na czym ta wolność słowa polega? Z czym identyfikuje się cała Europa? Na przykład z rysunkami przedstawiającymi orgię trójcy świętej (kopulujący Jezus ma jeszcze ślady po ukrzyżowaniu), zaślinionego rabina całującego się z nazistą na tle bramy Arbeit Macht Frei, czy wreszcie obnażonego Proroka Mahometa w pozycji modlitwy – z wypiętym tyłkiem i wiszącymi genitaliami. Celem zdaje się być tu wywołanie wkurwu i sprawdzenie, kto i jak długo ten wkurw wytrzyma. Tylko po co?

Kiedy miałam pięć lat, jakiś dzieciak w piaskownicy obraził moją mamę. Nie wiem czemu to zrobił, prawdopodobnie z głupoty. Albert Einstein powiedział: tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej. Wracając do piaskownicy – niewiele myśląc, złapałam za cegłę i próbowałam wymierzyć swoją sprawiedliwość. Całe szczęście, jakaś kobieta mnie obezwładniła. Brodatych terrorystów jednak nikt nie obezwładnia. Brodaci szaleńcy dalej mają cegłę w ręku. I dalej obraża się ich matkę – w ich przypadku Mahometa.

Nie wiem jaki jest pomysł krajów europejskich na zalew brutalnego islamu. Na razie widzę tylko totalną bezradność, karykatury Mahometa, bezrefleksyjne poparcie dla pisma o poziomie polskiego „NIE”, zagrywki z piaskownicy i komcie na Facebooku. Terroryści są dalej na wolności. Nie śmieją się z rysunków. Mają lepsze powody do śmiechu.

Einstein powiedział: tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota. Czy wszechświat jest skończony, nie wiem. Ale świat wkrótce może być. Dzięki nieskończonej głupocie.

Wróg publiczny, czyli Pampers Gate od dupy strony

Wciąż zastanawiam się, jak wyglądała ta scena w restauracji i pytam Agnieszkę Kublik: czemu pani nie powiedziała nic tej kobiecie, która przewijała dziecko? I chyba wiem, czemu…

pieluszka-odparzenie-pupa-550Jeszcze niedawno pisałam, że kraj nasz został podzielony na czterdzieści milionów państewek, które toczą między sobą wojnę z powodu Halloween. Nie wiedziałam, że ta wojna to żadna wojna, że najgorsze przed nami, że przed nami batalia, Apokalipsa na skalę światową z powodu o wiele poważniejszego, mianowicie z powodu… pieluchy.

Wojnę wywołał artykuł Agnieszki Kublik, która podczas kolacji z zagranicznymi znajomymi we włoskiej knajpie, zobaczyła pampersa. Pampers podobno był z niespodzianką, co zdecydowanie podniosło ważność komunikatu. Po artykule zawrzało, a właściwie wyklarowało się, komu ostatecznie można z czystym sumieniem dowalić. Po wstępnych nieśmiałych kopniakach w temacie publicznego karmienia piersią (bo przecież w dzisiejszych czasach cycki są absolutnym tabu) i psioczeniu na hałaśliwe, bo niewychowane bachory w miejscach publicznych, padł wreszcie żelazny argument do ostatecznej pogardy i wyklęcia tej rozpasanej i nieznośnej grupy społecznej – opisanej już wcześniej przez profesora Mikołejko w artykule „Wózkowe, najgorszy gatunek matki” – a więc matki z małymi dziećmi.

Chciałoby się rzec, czyście oszaleli, jednak nie wypada. Nie wypada pukać w czoło pod adresem eleganckiego towarzystwa z polskich „włoskich” knajp, w których odwrotnie niż we włoskich  knajpach, dzieci są niemile widziane. Odwrotnie niż we włoskich, hiszpańskich, angielskich i niemieckich. Te wymieniłam, bo tam byłam. I tam widziałam całe chmary dzieciaków, które nikomu nie przeszkadzały. I widziałam też przewijaki w toaletach i dostosowane dla dzieci foteliki i specjalne menu dla maluchów. Ale to nie było w naszej eleganckiej Polsce, w której poglądy o niestosowności macierzyństwa pączkują jak bazie na wiosnę.

Pampers w knajpie spędza dziś sen z powiek redaktorów czołowych mediów, setkom blogerów i tysiącom komentatorów, którzy nie przebierają w słowach nienawiści, oburzenia i zacietrzewienia. Nie, nie psie gówna na placach zabaw, nie chamstwo i bluzgi dorosłych przy dzieciach, i nie brak warunków dla matki z dzieckiem w miejscach publicznych. Teraz wrogiem jest sama matka z dzieckiem. Która powinna siedzieć w domu, albo łazić na obsrany przez psy plac zabaw. Na pewno nie po restauracjach. Restauracja to eleganckie miejsce bez przewijaków, ze schodami bez podjazdu, z eleganckim towarzystwem z Ameryki i mdlejącą na widok pampersa dziennikarką.

Chciałabym jednak zauważyć, że choć bywam w knajpach od dziecka, w życiu nie spotkałam się z parującym pampersem nad talerzem, żaden z moich znajomych się z tym nie spotkał i konia z rzędem, kto z was, czytelnicy, to przeżył. Coś mi mówi, że nie jest to wcale powszechne zjawisko społeczne wymagające interwencyjnych artykułów, żaden palący problem do opisania w gazetach, żadna plaga. Tylko pojedynczy incydent. W odróżnieniu od: braku warunków dla matek z dziećmi, psich gówien na placach zabaw i publicznego bluzgania przy dzieciach, które to pojedynczymi incydentami nie są. Wiele razy zwracałam uwagę dorosłym i młodzieży, aby ze względu na małe dziecko w pobliżu nie darli gęby ogłaszając całemu światu, że: „Kurwa, ja pierdolę, wyjebane mam jak chuj”.

Nikt mnie nigdy nie poparł.

Wracając do pampersa. Bo wciąż nie pojmuję, czemu służy ta wojna. Wciąż zastanawiam się, jak wyglądała naprawdę ta scena we włoskiej restauracji i pytam panią Agnieszkę Kublik: czemu pani nie powiedziała nic tej kobiecie ? Czemu pani nie zwróciła uwagi, że zaraz pani zemdleje? Zwymiotuje? Opisze to w Gazecie Wyborczej i wywoła wojnę przeciwko matkom (bo choć ojciec też był obecny, pani – feministka – go oszczędziła)? Może dlatego, że jako matka doskonale pani wie, że kobieta, mając na głowie dwójkę maluchów, zero warunków do przewijania, zero stopni na zewnątrz i atopowe zapalenie skóry z odparzeniami w perspektywie, które leczy się kilka tygodni – ma w takiej chwili panią i pani eleganckie towarzystwo z Ameryki głęboko w dupie. Kładzie dzieciaka gdzie może i przewija.

Zakichany kraj, zakichane i miasta, i wioski

Polska to męczeński naród, dlatego gdy nie może przegrać żadnej wojny, nie może paść ofiarą straszliwego zamachu, spisku międzynarodowego i innych potworności – choruje i kaszle

b398ebd3000302494b2a4c6c

To nie jest koniec historii! Ta historia się nie skończyła i diabli wiedzą, jak długo jeszcze będzie się rozgrywać w moim wymęczonym ciele. Od trzech tygodni zmagam się z zapaleniem oskrzeli galopującym w stronę zapalenia płuc i mam wrażenie, że przestanę kaszleć dopiero jak umrę.

Otóż było tak. Z rozgrzanego jak piekarnik przedziału, z gęstego od wykaszlanych przez pasażerów PKP wirusów i bakterii powietrza, wystrzeliłam nad ranem w wilgotny mrok poranka na gdańskim dworcu, poczułam charakterystyczne łamanie w kościach i w mig zrozumiałam, że jestem w przysłowiowej czarnej dupie.

Nie, wróć. To, że jestem w czarnej dupie musiałam rozumieć już wcześniej. Dużo wcześniej. W czarnej dupie, to ja się, moi drodzy, odnalazłam już na lotnisku Frankfurt Hahn. A ściśle: w kolejce do odprawy samolotu relacji Frankfurt Hahn – Katowice. A może jeszcze wcześniej? Może czterdzieści/trzydzieści/dwadzieścia lat wcześniej, gdy urodziłam się w kraju nad Wisłą?

Żeby to zrozumieć, musimy wrócić do początku. Do dnia mojego wyjazdu do Niemiec. Zresztą, pojęcia nie mam, gdzie jest ten początek, wiem tylko, że już na dworcu w Gdańsku wszyscy kaszlali. W pociągu z Gdańska do Katowic również wszyscy kaszleli. Wszyscy kaszleli też w kolejce do odprawy samolotu do Frankfurtu. W drodze powrotnej identycznie. Dzień przed moim wyjazdem do Niemiec, w urzędzie. Na stacji benzynowej. W sklepie. W aptece też – strasznie. Ogólnie rzec biorąc: na każdym metrze kwadratowym tego kraju słychać zgodny, zduszony charkot.

Mój naród jest męczeński, heroiczny, dlatego gdy nie może przegrać żadnej wojny (bo jej nie ma), nie może wykrwawić się w żadnym powstaniu, nie może paść ofiarą straszliwego zamachu, spisku międzynarodowego i innych potworności – choruje na potęgę. I kaszle. A kaszląc – zaraża te niefrasobliwe jednostki, które jeszcze nie kaszlą. Kaszląc: zgięty w pół stroni od lekarzy, bo przecież musi w swojej tragicznej martyrologii heroicznie zapierdalać. Widział ktoś rannego żołnierza, który się haniebnie zwija z pola bitwy, by wyzdrowieć? O nie. Nasz naród hańbą się nie splami. Nikt tu zdrowieć nie zamierza. Każdy w chorobie solidarnie tkwi. Po wymęczonym charczeniem dniu, w malignie idzie do apteki. Za ciężkie pieniądze kupuje syropy. Suplementy diety. Pigułki do ssania. Saszetki do płukania. Czopki i maści do wsadzania. Zawartość reklamówki taszczy do domu pojękując głośno, że źle, drogo, ciężko, wyjścia nie ma. Że chętnie by pod kołdrę wlazł, ale jak tu pod kołdrę wejść? Pod kołdrę to sobie może wejść taki i owaki, co życia nie zna. A polski patriota życie zna. Życie to nic przyjemnego. Trzeba więc iść, walczyć, zarażać, bo kraj, firma, rodzina – padnie, zginie, rozsypie się w pył. Jeszcze Polska nie zginęła, póki my kaszlemy. Lekarz? Jaki lekarz? Kto ma czas do lekarza chodzić? I tak wszyscy w Polsce dzielnie kaszlą dalej .

W takich Niemczech nikt nie kaszle. Byłam tam ponad tydzień. Wysiadłam z samolotu i nic. Żadnych przerywników, zduszonych zgłosek, świszczących wstawek. Żadnych salw charkotu, żadnych ciągnięć nosem. Nic. Nie wiem, nie uogólniam. Może i jest tam gdzieś jakiś zabłąkany kaszlący Niemiec? Może gdzieś w czeluściach swojego domu dusi się bronchitem? Może mięczak, zupełnie nieheroicznie leży pod kołdrą? Fakt, że w żadnym miejscu publicznym go nie słychać. Nie słychać go ani w autobusie, ani na parkingu, ani w aptece, ani w hipermarkecie, ani w drogerii, ani w restauracji, ani w barze szybkiej obsługi, ani w kwiaciarni, ani w pralni. Na spotkaniu rodzinnym też nie. U znajomych: ani śladu. Nawet w szpitalu go nie ma. Do szpitala chodziłam codziennie, przez kilka oddziałów, bity tydzień. Nikt tam nie kaszlał.

Dlatego śmiem przypuszczać, że  jestem chora od trzech tygodni na zapalenie oskrzeli galopujące w kierunku zapalenia płuc, ponieważ zaraziłam się w tu, w Polsce. W kraju, który znajduje się w światowej czołówce reklam i sprzedaży leków na kaszel. Dostępnych bez recepty.

Mroczna przepowiednia. Horoskop na 2015 rok

Mam przepowiednię. Proroctwo na nowy, 2015 rok. Nie wyczytałam go z gwiazd, ani z fusów, nic nie wymyśliłam. Po prostu wiem. Dokładnie wiem. Co gorsza, przepowiednia nie jest dobra. Rok 2015-sty to prawdziwy Czas Apokalipsy. Tragicznego absurdu i straszliwych niedorzeczności. Kliknijcie w zdjęcie i przeczytajcie, co was czeka:

z17198027Q,Wrozba

Piekło, ku…a, piekło. W skrócie PKP

W przedziale pięciu facetów. W pociągu tysiąc stopni. Co mam robić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP?

2d047cea-e51a-4d73-9ef4-bb0f5c0f571c_470x

Nie to że wyjechałam i zarzuciłam pisanie. O nie. Plan był taki, że wyjeżdżam, aby pisać! Wzięłam nawet laptopa! Ale nie wzięłam baterii. A w pociągu nie ma kontaktów w ścianach. A jak są, nie działają. Niewiele w pociągu polskim działa, ale jedno działa na pewno i totalnie. Ogrzewanie.

Ogrzewanie, drodzy państwo, działa w polskim pociągu zero-jedynkowo. Oznacza to, że albo panuje tropikalny żar, albo arktyczny ziąb. Kiedyś jechałam w styczniu pociągiem relacji Kętrzyn – Suwałki, w którym ogrzewanie działało w skali 0:1 w obrębie zera. Z tym, że było to zero absolutne. Dla mniej zorientowanych, zero absolutne jest dużo poniżej tego zwykłego ziemskiego zera i jest to ściśle temperatura panująca na Jowiszu.

Jechałam wtedy opatulona w kożuch z barana, wbita w wełnę w panicznym bezruchu, każdy bowiem najmniejszy gest powodował ducie lodowatego wiatru po skutym mrozem organizmie. Każda minuta tej podróży wypełniona była coraz głębszym zapadaniem się w kożuch. Coraz bardziej kategorycznym bezruchem. Coraz cięższym milczeniem. Gdyby wtedy zadzwoniła moja komórka, w życiu bym jej nie odebrała, odebranie komórki mogłoby bowiem skutkować złamaniem ręki niczym pęknięcie pokrywy lodowej na tafli zanikającego życia. Ale rzecz jasna, żadna komórka nie zadzwoniła, bowiem zarówno ona sama, jak każdy człowiek zamierzający do mnie zadzwonić – zamarzli. Świat zamarzł, świat zamienił się w krainę lodu, szyby w oknach odmalował szron, sople przyozdobiły klamki, śnieg przykrył podłogę i toaletę. A wszystko to za sprawą magicznej organizacji zwanej PKP.

I za sprawa PKP właśnie, doznałam ostatnio zupełnie odwrotnego, choć tak samo skrajnego doświadczenia. Jechałam z Katowic do Gdańska. Z Katowic do Gdańska jest kawał drogi, rezolutnie wykupiłam więc kuszetkę na samej górze. I rezolutnie – pamiętając dotkliwą zmarzlinę w PKP na trasie Kętrzyn – Suwałki, by przeżyć, wzięłam kożuch.

No i teraz szybko. Na górnej półce obok leży facet, który waży jakieś 260 kilo, chrapie od pierwszego momentu podróży, a gdy tylko przestaje chrapać – zaczyna kaszleć. Na półce niżej leży drugi facet. Kaszle. Pode mną: znów facet. Chrapie. Na samym dole dwie osoby dotkliwie kaszlą. Obie rodzaju męskiego. W sumie pięciu facetów. Po minucie stwierdzam, że w przedziale, oprócz gęstego jak śmietana zapachu testosteronu, miliona bakterii, panuje temperatura tysiąc stopni. Nie, nie minus. Nie ma takiej skali. Tysiąc może być tylko na plus. Plus jak diabli. Piekielny plus katowickiego pieca hutniczego. Ściągam kożuch i wciskam w kąt między nogami i sufitem. Kożuch pali w nogi. Wszystko pali we wszystko. Spodnie, bluza, koszulka i podkoszulka. Palą mnie skarpetki, palą mnie majtki. Fizelina podszywająca się pod szumną nazwą „pościel”, którą wykupiłam w ramach dodatkowych kosztów do biletu. Parzy.

Co mogę zrobić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP? Pokrętła w PKP służą tylko i wyłącznie do tego, żeby sterczeć. Nic się nimi nie da wyregulować, a już na pewno nie temperaturę. To może otworzyć drzwi? Hałas doprowadza do szału, a na korytarzu też skwar. To co? Może wyciągnąć laptopa i pisać tekst na blog? Błagam, darujcie! Wyobrażacie sobie, że ja w tym piekle, przy akompaniamencie chrapania i kaszlu (faceci na dole: kaszel suchy, facet 260: kaszel mokry), wyciągam laptopa i zaczynam szukać niedziałającego kontaktu? Nie! Nie mogę! Każdy ruch, niczym tamten z pociągu relacji Kętrzyn – Suwałki, paraliżuje! Ale tym razem paraliżuje ogniem! Jezu, ludzie! Czy przez trasę Katowice – Gdańsk rozpostarła się pustynia? Równik może przebiega? Czy cały węgiel Górnego Śląska został wrzucony do kotła tej lokomotywy?! Czy elektrownie całych Katowic zasilają kaloryfery tego pociągu?! Tak. Tak. Nie ma już prądu na laptopa. Cały poszedł na ogrzewanie. A ja nie mogę nawet skleić jednej frazy. Nic nie mogę. Mogę tylko:

  1. Udusić się
  2. Dostać udaru
  3. Zwariować
  4. Rozebrać się.

Rozebrać się! Ten szatański plan opętał mnie od pierwszej myśli. No, ale jak mam się rozebrać? Pięciu facetów i ja się rozbieram?! W pociągu?! Ten obok leży, owszem niby śpi, ale przecież chrapanie przerywa mu kaszel, co chwila więc się budzi! A ci z dołu, mówicie, że nie zauważą? Zauważą z pewnością! Facet wprawdzie mało co zauważa w życiu, ale zawsze i wszędzie widzi rozbierającą się, ba!, choćby myślącą o rozebraniu się kobietę!

No nic, hańba albo życie. Zaczynam od skarpetek. Matka z ciotką i babką odwiecznie kontestowały, że cały chłód od stóp idzie. Niech więc idzie! Niech zacznie. Ale chłód ani drgnie, chłodu jak na złość brak. Po cichu zdejmuję bluzę. Ale czy zdjęcie bluzy w temperaturze tysiąca stopni może przynieść ulgę? Przykro mi, proszę panów, wybaczcie, muszę zdjąć koszulkę. I żeby nie było, za chwilę muszę zdjąć też spodnie. A zdjęcie spodni wiąże się z: rozpięciem sprzączki metalowej paska (chrzęst!), rozpięciem zamka błyskawicznego (szuranie!), zdjęcia tego całego rozklekotanego chrzęstu z tyłka, następnie ściąganie z całej długości nóg (nie mam takich krótkich!) materiału z wypełnionymi monetami, kluczami, portfelem i dokumentami (odwieczna zasada podróżującego: dokumenty, pieniądze i klucze przy sobie!) kieszeniami!

To owszem, może obudzić mężczyznę. Ale bardzo przepraszam, za chwilę umrę z gorąca. Rozpinam więc pasek, zdejmuję spodnie i owszem, kurde, nie da się inaczej, robię hałas. Najbliższy facet śpi jak zaklęty, choć głowy nie dam, czy nie podgląda, świnia. Reszta: nie wiem. Nie patrzę. Zaciskam oczy i udaję, że mnie nie ma. Teraz już jestem tylko w podkoszulku, który jednym (raz kozie!) rozpaczliwym ruchem ściągam i kładę się jak Pan Bóg stworzył na płask, czekając na powiew upragnionego wiatru. I na sen. Wiatr przychodzi później, sen od razu. Śni mi się katastrofa kolejowa. I ja naga, lewitująca spod sufitu w ramiona sześciu kaszlących mężczyzn. Blachy przedziału się gną, pociąg się przechyla, otwiera się okno, cudem wylatuję na zewnątrz. I ląduję w Częstochowie, w sanktuarium maryjnym, przed gniewne oblicze Matki Boskiej Częstochowskiej, która od mojego dzieciństwa patrzy na mnie tym swoim zgorszonym wzrokiem i zna moje zdrożne myśli bardzo dokładnie, a teraz to już brak jej słów.

Nie dziwcie się, że się budzę. Mokra, spocona, ciężko dysząca. Szukając chłodu, przytulam się do metalowego pręta stanowiącego rodzaj półki na bagaże i zasypiam znowu. Tym razem w kamiennym śnie mijam Gdańsk i ląduję w Szczecinie na peronie, goła w samym dessous.

Ludzie, ile można! Ile można jechać? Ile można ryzykować golizną wśród pasażerów płci męskiej? Stres rzuca mną po wewnętrznych przestrzeniach, żar i duchota mnie spopiela. Pociąg się zatrzymuje i nagle czuję upragniony wiatr! Ktoś otwiera drzwi przedziału, wtyka głowę i patrzy w mrok. Jego kurtka, czapka, jego szarpnięcie drzwiami – wszystko to jeszcze świeże, niezakaszlane, niezachrapane, niespocone, nieskażone piekielnym gorącem. Dopiero wszedł z dworu, ze stacji, jeszcze chłodny. Nie zamykaj drzwi, wędrowcze, wpuść trochę życia! Trudno, przyzwyczaiłam się, że na świecie są sami faceci. Nie odchodź! A on posłusznie drzwi nie zamyka i patrzy w mrok, w czeluść, w ten piekielny kocioł. I oczy się do mroku przyzwyczajają i ja też już widzę to, co on widzi. Sześciu pasażerów PKP. Pięciu facetów, jedna kobieta. Leżą, kaszlą i chrapią. A wszyscy porozbierani jak do rosołu.

Czarne buty

Ile mam butów? Nie wiem. Ona wiedziała, bo miała dwa. Prawy i lewy. A dzieci piątkę

kocie_lby

– Myślałam o tobie, Babciu. Zawsze o Tobie myślę na pogrzebach.

– A czyj to pogrzeb był?

– Krysi.

Babcia szła sama, samiuteńka za wozem konnym, wóz podskakiwał na kocich łbach, a ona w butach czarnych, jedynych, które miała wyjściowe, do kościoła, na wesele, na chrzest i na pogrzeb.

– Czarne, na obcasie – kiwa głową Babcia. – Ile masz butów dziecko?

– Nie wiem.

– A ile masz czarnych?

– Nie wiem.

Ona wiedziała. Wiedziała ile ma butów, bo miała dwa. Prawy i lewy. A dzieci piątkę. Tereskę, Zuzię, Janka, Hanię i Rysia. Tereska w szkole, Zuzia na wagarach, Janek na drzewie, Hania w obłokach i Rysio w trumnie. Maleńka trumna podskakuje na wozie, droga ze szpitala na cmentarz daleka, wyboista i nikogo więcej do niesienia krzyża.

Babcia na dłoniach miała skórę tak twardą, że gdy wypadały rozżarzone węgle z pieca, łapała je i bez skrzywienia wrzucała z powrotem. Przy czym nuciła psalm i mgłą subtelności otaczała swoją żelazną niezłomność. Im była starsza, tym częściej przybierała tę uduchowioną twarz, robiąc się wtedy jakaś taka przeźroczysta, niebieska. I rozmawiała w myślach z Kimś Wielkim, z Kimś Kategorycznym, z Kimś, kto tak jak ona, znał wszystkie grzechy Dziadka. O czym z Nim rozmawiała? O czym Mu mówiła?

Dziadek tak bał się odpowiedzi, że myśl o niej sznurowała mu zwykle rozbrykany język. Nie mógł nawet wyksztusić jej imienia. Gdy zapomniał klucza do furtki ogrodu, krzyczał pod oknem:

– Ty!

Babcia z pobłażliwym rozbawieniem na twarzy sunęła przez pokój modlitewny do przedpokoju, stamtąd do kuchni, a wszystkim po drodze napotkanym wnukom mówiła:

– Zobaczcie, jaki głupi ten stary. On nie wie, jak ja się nazywam!

Ale przyszedł dzień, gdy na długo szydzić z Dziadka przestała. Wtedy właśnie, gdy po wielu, wielu latach od tamtego samotnego orszaku za maleńką trumną, Dziadek wziął w ramiona ten krzyż. Czy jej pomógł go nieść? Nie wiadomo. Ale wziął. Razem z rozrusznikiem serca.

Milczenie ma w sobie miłosierdzie. Kiedy człowiek milczy, trochę wybacza. I ona milczała. Bo choć znała jego grzechy, dopiero po latach ujrzała jego duszę. A w duszy miał, mój Boże! Żeby chociaż zło! Żeby zło z zębami na głowie, z łuskami u nóg, ze szczeciną na plecach! Ale nie. Tam zła nie było. Jego dusza skrywała SUMIENIE. Sumienie, co nie zabija, ale zjada pomału poczuciem winy. I tak Babcia duszę swojego męża – raz w te przerażone oczy spojrzawszy – zobaczyła.

Kazała mu wcześniej pójść do piwnicy, ziemniaki przynieść. Poszedł i znów przepadł. Długo go nie było, a na kartoflankę dzieciaki czekają. Woda się bałwani, a tu nawet nie obrane. Gdzie ten stary? Wraca. Blady, nieprzytomny.

– Znów pijany!?

Trzeźwy. Charczy na progu, za serce się łapie, chwilę potem leży. Co się stało? Do piwnicy zszedł, kłódkę otworzył, po ciemku, bo lampy naftowej zapomniał, zapałki gdzieś przepadły, jak na złość. Szukał ziemniaków po omacku, rozerwany worek, ziemniaki na podłodze rozsypane. Dziadek jeden po drugim zbiera ziemniaki do siatki. Największe wybiera, bo najłatwiej ostrugać. Wzrok do ciemności przyzwyczaja, ośmielony więc ręką po bulwach przesuwa i nagle trafia nie na ziemniak, ale na coś podłużnego, gładkiego, jasnego… Oczy w ciemności już wyraźniej widzą: co to? Gładkie i jasne, bezbronne i tą bezbronnością dławiące, małe znajome w trumiennym buciku…

– Ile masz butów, Sylwia?

– Nie mam pojęcia.

Rysio miał czarne, lakierowane, malutkie. Tylko dla ozdoby, bo przecież nie chodził jeszcze. Krysia miała półbuty na obcasie. Bardzo ładne. Myślałam o nich przez chwilę, gdy zamykali trumnę. Czemu zawsze jest ten sam, jeden odcień czerni?

Milczenie Babci ma więcej odcieni. Teraz na chwilę znika jej uśmiech i czekam, co powie. Co można teraz powiedzieć? Co na maleńką trumnę? Co na Dziadka zawał? Co na zmory sumienia? Co na poczucie winy? Co na zdarte buty i krucjatę po kocich łbach? Co wreszcie na moje dzisiejsze łzy i Krysi nagłe odejście? Przecież w niedzielę bawiła się piłką, a już w poniedziałek…

– Wszystko, co się w życiu zdarzy, trzeba przeżyć.

Tylko to. I aż to.