Deklaracja wiary dla wszystkich!

Niech każdy zawód ma swoją klauzulę. Każdy bez wyjątku, nawet ten najstarszy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przestańcie się tak wzbraniać! Przestańcie oponować! Jesteście przeciwko deklaracjom wiary? Błąd. Deklaracja wiary może być całkiem fajna. Zależy jak na to spojrzeć. Zaraz wszyscy się denerwują, że to, tamto, jakieś zakazy, nakazy, poglądy. A ja widzę to inaczej. Ja chcę się przekonać. Nie mówię: nie. Wprowadźmy deklarację wiary. Poczujmy to. Zastosujmy ją we wszystkich dziedzinach życia. We wszystkich zawodach. Nie to, że lekarze, nauczyciele mieliby klauzulę sumienia. Niech wszyscy ją mają! Architekci, prawnicy, księgowi. Informatycy, kadrowi, poeci. Kierowcy, magazynierzy, sprzątacze. Spawacze, hydraulicy, spadochroniarze. Stop!

Zatrzymajmy się przy ostatnim. Dla przykładu. Żebyście zrozumieli. Spadochroniarz niewierzący musi dostosować się do zasad fizyki, w tym prawa grawitacji, zależności masy ciała do oporów powietrza, prędkości lotu samolotowego, zachmurzenia, takich tam. Ekwipunek musi taszczyć, w ekwipunku też dziada z babą nie brakuje. Niekończąca się to krzątanina. Koszty! Czas! Zajęte miejsce w samolocie! Same problemy. A spadochroniarz wierzący? Nie zawraca sobie głowy obliczeniami. Bierze modlitewnik i fru! Powiedziałabym, „z górki”.

Pilot. Po ostatnim locie awionetką, po prostu zazdroszczę deklaracji wiary pilotów wierzących. Wiecie, ile się człowiek musi nawypisywać współrzędnych przed lotem? No i te kontrole, te łączenie się z wieżą, po polsku, po angielsku, sierra papa, ja – brzoza, to tamto. Wskaźniki, ciśnienie, wiatr taki, sraki, turbulencje. Mgła! Tymczasem pilot z deklaracją wiary wsiada, pacierz mówi i leci. Luz.

Listonosz? To właściwie skandal, że jeszcze nie ma deklaracji wiary dla tego zawodu! Ja osobiście przyjmowałabym do pracy tylko listonoszy wierzących! Zaraz sami przyznacie mi rację. Dlaczego? Listonosz po podpisaniu deklaracji wiary doręcza tylko i wyłącznie listy o miłości. Wszak Bóg jest miłością. A co innymi listami? Co, na przykład, z listami z ZUS-u? Otóż żaden nie ma prawa dojść do adresata. Koniec kropka. Ale nie to, że gdzieś odłoży! Żadnego odkładania! Wierny listonosz ma obowiązek każdy list świecki zniszczyć! Bezpowrotnie. Rytualnie. Z pasją. Niszczarką pociąć wzdłuż i wszerz. Strzępki oddać psom na pożarcie. Psów odchody spalić. Co z popiołem? Nie doręczać! Popiół… no nie wiem… wyrzucić? Nie, wyrzucić to za mało. Wyrzucić to można ewentualnie popiół po kartce post-it z telefonem do Cześka Jackowskiego. Ale popiół po przesyłce z ZUS-u trzeba WYPIERDOLIĆ.

W ten sposób, legalnie i w imię Wyższych Spraw, piorunem pozbędziemy się wszelkich idiotycznych przesyłek z Ikei, z banku, z krajowego rejestru długów, z urzędu skarbowego, od komornika, z policji, ze straży miejskiej, diabli wiedzą skąd jeszcze. Niech spadają. Albo będą pisać o miłości, albo niszczarka, pies, piec i wypierdalać.

Sami widzicie. Tylko parę przykładów, a jak fajnie się zrobiło. Dlatego, gdziekolwiek pracujecie, bez zbędnej zwłoki wdrażajcie deklarację wiary. Niech każdy zawód ma swoją klauzulę. Każdy bez wyjątku, nawet ten najstarszy.

Ja osobiście, nad czym ubolewam, nie mam możliwości podpisać żadnej deklaracji. Z bardzo prostego powodu. Nie mam czasu. Muszę pracować. Skądś ten podatek kościelny trzeba wytrzasnąć.

Wódka, Pampers i Katarzyna

Zrozumiałam, że on nie przyjdzie nigdy…

wod

Boże, ile człowiek w życiu głupot narobił!  Ile durnowatych słów wypowiedział, ile napisał! Ile kretyńskich sytuacji stworzył! W ilu sytuacjach kretyńsko się zachował! Siedzę i liczę i pamięci nie wierzę. Przykładowo, taki obrazek. Czekam na Cześka Jackowskiego. Z wódką w zamrażalce. Potem z wódką na stole. Znów w zamrażalce. Znów na stole. Z kryształowymi kieliszkami (jakby obecność kryształowych kieliszków na stole miała ściągnąć niedoczekanego gościa, jakby kieliszki mogły zakląć tę pustkę) oraz z pstrągiem w galarecie z pobliskiego marketu. Po czterech godzinach oczekiwania wódka traci szron, a ja tracę cierpliwość. I oto film, klatka, trzask! rzucam wódką o ścianę! W dupie cię, Cześku Jackowski, mam! Tylko spróbuj przyjść! Tylko spróbuj zadzwonić do tych drzwi! Precz! Nie otworzę! Nie wpuszczę! Psem poszczuję! Wygnam, przepędzę, wzgardzę! Nie dzwoń, milcz! Odejdź!

Nikt nie dzwoni.

I nagle olśnienie. Czesiek Jackowski nie przyjdzie. Ani teraz, ani za piętnaście minut. On nie przyjdzie nigdy. A żelazną konsekwencją rozbicia wódki o ścianę jest wódki brak. Tu należy zaznaczyć, że brak wódki w tej sytuacji oznacza brak jakichkolwiek rozrywek.  Sprawa tak jasna jak bolesna. Jedyny rozweselacz tego wieczoru właśnie wsiąka w parkiet. Pobliski market zamknięty. Ja siedzę wśród szkieł. Obok mnie mop.

Inny przykład. Zbieram przez pół roku opakowania po dziecka pampersach i wycinam promocyjne misie, żeby wysłać na konkurs i wreszcie coś w swoim życiu  zmienić. Może jakąś kuchenkę, pralkę, albo wycieczkę do Tunezji wygrać? I tak gromadzę sześćdziesiąt osiem pampersowych misiów, wkładam je do koperty i na sztywnych nogach idę na pocztę, żeby wysłać, kres ubóstwu i szaremu życiu położyć. I owszem, wysłałam. Dumna i blada wracam z poczty i już widzę, jak w Tunezji przewracam się na drugi bok na plaży Morza Śródziemnego, wokół lazur, obok parasolka zanurzona w odmętach miętowego mojito, raj, raj i rozkosz. A jeśli wygram samochód?! Nie mam prawa jazdy! (Wtedy jeszcze nie miałam, potem, po czterech morderczych próbach trafiłam wreszcie na egzaminatora miłośnika literatury i tak go zagadałam w temacie „Blaszanego Bębenka”, że wszelkie karygodne błędy mi wybaczył i dał z litości ocenę pozytywną). Pal sześć, pomyślałam sobie wracając z tej poczty, potem się będę martwić. Hasło to przyświecało mi całe życie stając się ostatecznie mottem, maksymą, aforyzmem, sensem mojego życia, moim być albo nie być z naciskiem na to drugie. Potem się będę martwić. Potem się będę martwić. Potem się będę martwić… Jezu, nie napisałam na kopercie nadawcy!

I teraz oto jesteśmy w kolejnej przygodzie. Sopot. Godzina czwarta rano, wychodzę ze Spatifu. Sama! Gdzieś w czeluściach knajpy zakotwiczyła moja koleżanka Kaśka, ale za diabła nie może stamtąd wyjść. Stoję przed spatifowymi schodami, stukam stopą o sopocki bruk i wpatruję się w drzwi. Owszem, drzwi wypuszczają różnych delikwentów, owszem, delikwenci chętnie dotrzymują mi towarzystwa, ale czwarta rano ma to do siebie, że ja już towarzystwa mam – mówiąc delikatnie – odrobinkę dosyć.

Moja doba dzieli się na dwie części. Jedna z nich to wesoła część popołudniowo-wieczorna, w której jestem osobą nad wyraz towarzyską, w której jestem wprost duszą towarzystwa, w której wykonuję setki zapraszających telefonów do znajomych i nieznajomych, w której kocham cały świat i z całym światem tańczę na barze. To ta łaskawa część życia, gdy „jakoś to będzie”, a właściwie to „wszystko będzie dobrze”, bo generalnie „jest super!”. A im dalej w noc, tym lepiej. Do pewnego momentu. Do zaćwierkania pierwszej narwanej ptaszyny. Do bladości pierwszej odsłony świtu. Do turkotu pierwszej porannej eskaemki. Wtedy właśnie, wychodząc z wesołego mroku nocy wchodzę w mrok o stokroć gęściejszy. W zimny, ponury mrok alienacji. W gąszcz kolców. W drugą część doby.

Czwarta rano jest tą godziną, która bezwzględnie należy do drugiej części doby.

A ja jestem tą osobą, która o czwartej rano stoi pod Spatifem bez cienia niedawnego szampańskiego nastroju. A każda minuta zagłębiania się w czwartą rano, moją nocną papuśność przekuwa w dzidę nienawiści. I tak stoję i nabieram żółci, czekając na cholerną Kaśkę, wyobrażając sobie, co jej zrobię jak wreszcie wyjdzie, albo inaczej! co jej zrobię jak zaraz tam do tego Spatifu wejdę i za włosy z żyrandola ściągnę.

Poszłabym. Ale mi się nie chce wchodzić do tej wszawej (godzinę temu jeszcze cudownej) knajpy, nie chce mi się przeciskać wśród delikwentów oferujących swoje mętne towarzystwo, przez spoconą ciżbę podchmielonych pseudoartystów, przez ćwierkającą gawiedź roznegliżowanych pseudoartystek, po prostu nie chce mi się włazić po schodach!

Najlepiej pójdę sama do domu. Pójdę, złapię pociąg i nigdy, przenigdy się do tej lafiryndy nie odezwę. Będzie dzwonić, pisać, a ja nic. Kamień, mur, posąg. Zostawiłaś mnie dziwko pod Spatifem, teraz skoml!

Dobra, najpierw zadzwonię. Zadzwonię i zbesztam. Ostatnia szansa. A potem już kamień, mur, posąg. I dozgonne skomlenie.

Wyciągam komórkę, szukam. Katarzyna… Katarzyna… O ludzie! Opętana generacjo rodziców lat siedemdziesiątych! Czyście oszaleli?! Czyście się zmówili?! Czy władza ludowa dawała jakiś bonus za nazwanie córki: Katarzyna?! Pralkę? Kuchenkę? Wycieczkę do Tunezji?! A może cholerny samochód?!

Siedemnaście Katarzyn na karcie SIM. I siedem w pamięci urządzenia. Wściekłość nie pozwala mi się zastanowić. Wybieram pierwszą z brzegu i dzwonię. Po kilkunastu przeraźliwie wkurzających sygnałach, Katarzyna odzywa się podejrzanie zaspanym głosem: „halo?”. Jedna moja półkula mózgowa szepcze, że znam ten głos z zupełnie odmiennych okoliczności. Druga półkula hodująca bujnie wzrastającą wściekłość, szepty te dławi. Pierwsza jeszcze przez ułamek sekundy walczy podsyłając mi sygnały skojarzeń z pracy. Druga sygnały niweczy i furię podkręca. I tak, o godzinie czwartej rano, wśród pokrzykiwań rozbawionych sopocian, wywarczałam przez zęby do mojej zdumionej szefowej Katarzyny Skrzypkowej takie oto zapytanie:

- I gdzie ty, kurwa, jesteś?!

Jak Polacy traktują swoje kobiety?

Dobry traktuje kobietę dobrze, a zły źle. Jeśli zatem kobieta trafi do dobrego Polaka, ma szczęście

UbojniaDrobiu_reklamamodelka (1)

Trudno powiedzieć, czy ta kobieta ma szczęście. Nie jest to wolny wybieg, no i ten ubój…

Dziś byłam świadkiem rozmowy, która zaczęła się od tematu „jak muzułmanie traktują swoje kobiety?”. Temat zdawałoby się – mucha nie siada. Zwłaszcza, że rozmówcom wyraźnie zależało na tym, by ewentualne złe traktowanie kobiet przez muzułmanów napiętnować. Ale, ale, ktoś zaraz powiedział. Nie samymi muzułmanami człowiek żyje. Ustalmy jak inne narody traktują swoje kobiety. Wątek ten zacny, ktoś nawet stwierdził że feministyczny, pruł jak wartka rzeka przez wszystkie muzułmańskie kraje, aż po lądy islamem nieskażone, po cały świat.  I tak rozmowa zawędrowała od Turcji przez Tunezję i Egipt, by wylądować na starym kontynencie amerykańskim, bo ktoś zabłysnął przeczytaną gdzieś rewelacją, że ze wszystkich narodowości to chyba Indianie najlepiej traktowali swoje kobiety. Z wigwamów sprawa nieoczekiwanie wylądowała w Europie środkowej, bo jakiś rozmówca stwierdził, że zamiast szukać po świecie, powinniśmy przecież przyjrzeć się samym sobie i zastanowić się, jak to robią Polacy?

I tu towarzystwo prychnęło jak jeden mąż. Bo wiadomo jak Polacy traktują kobiety. He, He, He.

Polacy mianowicie traktują kobiety różnie, nie zawsze fajnie, może też nie tak najgorzej, zależy od Polaka. Wszyscy się zgadzają, co do tego, że dobry i mądry Polak traktuje kobietę dobrze. A zły i głupi: źle. Szczęście ma zatem kobieta, która trafi do dobrego Polaka.

Zastanawiam się, czy powinnam w ogóle napisać jakiś komentarz do tej „feministycznej” dysputy. Być może powinnam, skoro usłyszałam tę rozmowę w dwudziestym pierwszym wieku, w środku Europy i wśród wykształconych ludzi. Być może powinnam, skoro sformułowanie o „traktowaniu kobiet” przewala się wciąż po naszym codziennym języku. No faktycznie powinnam, jeśli posłowie partii reprezentującej nasze społeczeństwo, mówią, że czasem trzeba „sprowadzić kobietę na ziemię” i „nie pozwalać jej na zbyt wiele”.

Ale co ja mogę jako kobieta? Nie Polak ani Turek? Nie ten, od którego coś zależy? Co ja mogę? Najwyżej mogę mieć prośbę. Bądźcie dobrymi Polakami i traktujcie dobrze swoje kobiety. Oraz psy.

Siedem grzechów głównych

Nie wiem kiedy to się stało, ale wszystko się zmieniło w tradycyjnych grzechach głównych. Stare grzechy straciły swoją rangę i nie są już teraz grzechami. Dajmy na to taki „gniew” nikomu w kręgach wiary nie wadzi, wręcz przeciwnie, okazuje się że dobry katolik to gniewny katolik. Na manifestację pójdzie, kamieniem rzuci. Nie ma co się też czepiać do takich głupot jak „pycha”, czy „zazdrość”, a na wszelkie łakomstwo i chciwość hierarchów kościoła dawnośmy przymknęli oko. Dlatego należy przyjąć, że zamiast starych oklepanych i nudnych jak flaki z olejem grzechów, mamy nowoczesne, rzutkie, pasujące do otaczającego nas świata nasze polskie grzechy główne:

  1. Medycyna. Nie wiem, czy pamiętacie, ale zanim trzy tysiące wierzących lekarzy w Polsce spektakularnie odcięło się od medycyny klauzulą sumienia”, wybuchały już co jakiś czas race protestu wobec tej grzesznej nauki. Jedną z nich było oburzenie wobec znanej aktorki, która mając diagnozę genetyka i 80-procentowe zagrożenie nowotworem piersi, sięgnęła po zalecenia medyczne (mastektomię). Niezła fanaberia, co?
  2. Prawo. Prawo ogólnie diabli nadali i nikt wierzącemu nie będzie nic nakazywał. Wierzącego prawo nie obowiązuje, wierzący stoi ponad prawem, a wszelkie napominania w przypadku naruszenia paragrafów to napaść na jego sumienie.  Dlatego prawo nie istnieje. No chyba że Prawo i Sprawiedliwość.
  3. Tolerancja. Nie powinno być innych ludzi na świecie niż heteroseksualni katolicy, dlatego absolutnie nie wolno tolerować inności. Ale brak tolerancji nie wystarcza. Bo co z tego że nie tolerujemy, skoro oni, ci inni – są, wyłażą, chodzą, pokazują się i choćby się ich nie tolerowało do bólu, trzeba na nich patrzeć?! Dlatego trzeba udawać, że ich nie ma. Pochować. Zakazać. Przykryć, zasypać i zasłonić oczy dzieciom.
  4. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Wszyscy znamy coroczne oburzenie środowisk katolickich w okolicy stycznia, kiedy cały naród zbiera pieniądze na ratunek dzieciom. Problem prawdopodobnie tkwi w tym, że Owsiak chce ratować dzieci, które już się urodziły. Należy bowiem odróżnić ważność życia poczętego od życia narodzonego. O ile życie poczęte jest obsesyjnie chronione, o tyle życie narodzone pies trącał.
  5. Joga. Trudno to skomentować, ale tak jest. Istnieje obawa, że oprócz jogi są inne grzeszne formy relaksu, niewykluczone że ze względu na pewne podobieństwo leksykalne, wkrótce na czarnej liście pojawi się też jogging. 
  6. Kultura i sztuka. Chodzi o teatr, kino, literaturę, Golgotę Picnic, Harry’ego Pottera i Hello Kitty… No nie wiem. Właściwie trudno powiedzieć, o co jeszcze chodzi, dlatego najlepiej w ogóle unikać sztuki, do teatru nie chodzić i książek nie czytać.
  7. Nieobrażone uczucia religijne. Taki katolik, którego uczucia religijne nie są obrażone, to niech głowy nie zawraca. Podstawą jest mieć obrażone uczucia religijne. Jest wiele powodów, by uczucia się obraziły, wystarczy włączyć dobranockę. Z obrażonymi uczuciami religijnymi dużo wygodniej popaść w gniew, a gniew jak pamiętamy, do grzechów już dawno nie należy.

piorun_1

Jezioro szczęścia i dmuchane flamingi

Dziś zaczął się mój urlop. W chwili, gdy opuściłam biuro, słońce opuściło swoją chmurną rezydencję. A raczej wyskoczyło z niej jak z procy i hasa w najlepsze po błękicie nieba. Mam nadzieję, że będzie tak sobie hasać przez najbliższe dwa tygodnie, bo właśnie tyle czasu zamierzam siedzieć w jeziorze Ukiel. Oprócz siedzenia w jeziorze Ukiel nie mam żadnych innych planów, z czego się ogromnie cieszę. Inne plany są tu według mnie zupełnie zbędne. W ogóle plany są zbędne. Tym zbędniejsze, im bardziej skomplikowane. Jeśli ktoś z was zakałapućkał się w sieci połączeń lotniczych, czarterów, w zwiedzaniu wielkich miast, muzeów, kurortów, plaż takich, śmakich, wybieraniu hoteli, turystycznych mekk, kombinatów wakacyjnych, stuhektarowych campingów – współczuję. Współczuję serdecznie i szczerze. Ale wiem, wszystko to musimy przeżyć, na wszystkim musimy się sparzyć, łącznie z poparzeniem słonecznym. Musimy przez to przebrnąć, by wreszcie spocząć w spokojnych wodach jeziora Ukiel. By wreszcie zrozumieć, że najlepsze jest w zasięgu roweru.

Wypoczynek nad jeziorem Ukiel ma same plusy. Na przykład, daje gwarancję, że choćby nie wiem co, nie ugryzie nas skolopendra, nie zeżre nas rekin i nie zaatakuje krokodyl. Jedyne występujące w tej szerokości geograficznej dzikie i drapieżne zwierzęta są nadmuchiwane. Ja osobiście mam dmuchaną orkę i zamierzam ją zabrać ze sobą. Mam też doniesienia znad jeziora Ukiel, że zanotowano tam już obecność flamingów. Oczywiście, pompowanych. Wiem, wiem, flamingi nie gryzą, ale zawsze jednak to dzikie zwierzęta. Diabli wiedzą, co takiemu dzikiemu flamingowi może wpaść do łepetyny. A tak – mamy dmuchane, sprawa załatwiona. Jest więc orka i stado flamingów. Moje marzenia precyzują się wraz z rozwojem urlopowego stanu. Im bardziej jestem na wakacjach, tym bardziej mam w głowie dmuchańce. Właściwie to oprócz dmuchawców nie mam w głowie nic więcej. I ciągle myślę, czego jeszcze mi potrzeba. Zwierząt nigdy dość. Lubię zwierzęta. A dmuchane – uwielbiam. Jeślibym znalazła jeżowca, nie zastanawiałabym się ani chwili. Kupiłabym. Kupiłabym też skolopendrę. I pająka! Tarantulę! Paniczny lęk życiowy przez insektami okpiłabym dmuchaną zabawką. Jeśli więc ktoś z Państwa znajdzie gdzieś na allegro jakieś zaskakujące dmuchane cudo – śmiało. Niech pisze. Ja tymczasem daję nura.

stanko_abadzic

fot. Stanko Abadźic

Czwarta władza rządzi

Wczoraj Latkowski miał wykręcone ręce. Rano: połamane palce. Z każdą godziną jego stan się pogarsza. Możliwe, że facet nie dożyje jutra

Bombastic newsSerdecznie współczuję redaktorowi Sylwestrowi Latkowskiemu. Myślę, że on już nigdy się nie pozbiera. Wczoraj w nocy miał wykręcone ręce. Rano: połamane palce. Teraz jest pobity. A z każdą godziną jego stan się pogarsza. Nie zdziwię się, gdy usłyszę, że ABW otworzyło do niego ogień. Całkiem możliwe, że facet nie dożyje jutra.

A człowiek jest kryształowy. Mucha nie siada. Prokurator niech spada. Niech spada, bo on jest DZIENNIKARZEM. Czytałam kiedyś w gazetach, że w razie podejrzenia popełnienia przestępstwa prokuratura powinna niezwłocznie zabezpieczyć materiały dowodowe. Komputery, nagrania. Skolko ugodno. Gdzie? No na przykład w szkołach, w szpitalach, na plebaniach, w urzędach. Ale, hola!, nie w redakcjach!  Redakcja to więcej niż świątynia. Dziennikarz to więcej niż święta krowa.

Dziennikarz własną piersią zasłania macintosza. Pendrive’a chowa, połyka, zjada. Walczy. Musi walczyć. To jego misja. Misja polegającą na dawkowaniu tego, co na kogo ma. Misja polegająca na powolnym zwalnianiu ładunków wybuchowych. Ujawnianiu krok po kroku efektów tajnego podsłuchu, bohatersko zamontowanego dla zbawienia tego kraju.

Dziwne, że podsłuchy  i dokumenty typu: „coś na was mamy, wyciągniemy w odpowiednim momencie” nie kojarzą się nikomu z latami zagrożenia wolności słowa, bombą zegarową, którą się szantażuje i manipuluje. Wręcz odwrotnie. Otóż, jak się okazuje, w tym kraju podsłuchy i szantaże są spoko. Super są! Zakładajmy więc podsłuchy. Wszędzie! Każdemu! W sypialniach i na dnie kieliszka! Niech mefistofelowe ucho nas dosięgnie! Niech się dowie, jakie piękne słowa padają z polskich ust! Niech się przekona, że Polak to bukiecik fiołków.

Dziennikarze będą mieli huk roboty. I jaki splendor! Już ten, co kręci lody na dawkowaniu efektów nielegalnych podsłuchów, uchodzi za bohatera. Nie ma sprawy, niech uchodzi. Trudno dyskutować z argumentem o połamanych palcach. Połamane palce Latkowskiego stały się relikwią. Myślę, że facet zasłużył na coś więcej, niż solidarność w branży. Jakakolwiek formacja polityczna  skorzysta na tej aferze, powinna walnąć Latkowskiemu pomnik.

Tylko problem polega na tym, że żadna formacja polityczna na tym nie skorzysta. Podsłuchy mają się świetnie, co z tego że są nielegalne? Na ich nielegalność gwiżdże cała Polska. Nielegalność podsłuchów leży i płacze w obliczu wszechmocnej tajemnicy dziennikarskiej. Wszystko leży i płacze w obliczu tajemnicy dziennikarskiej. Dlatego cokolwiek się nie wydarzy, wybory nie-wybory, dymisje, nie-dymisje, wkrótce znów usłyszymy wśród przekleństw podchmielone głosy nowych ministrów. Kwestia czasu. Kwestia stawki, o jaką będzie warto zagrać. A karty rozdaje władza. Ściśle: czwarta władza.

Morderstwo doskonałe

czyli gdzie jest pies pogrzebany?

horror001Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby nikt nie zauważył, wrzucamy je do budy…

Skończmy już z tym zabijaniem! I tak zderzyłam się z falą protestów. Obrońcy Praw Zwierząt chcą mnie aresztować. Obrońcy życia chcą mnie zabić. Mam pisać dalej? Boję się, że zginę. Ale dobra, napiszę. Bo historia jest warta śmierci. Rzadko tak uważam, tym razem wiem na pewno. Wolę zginąć, niż nie opisać tego, co się przytrafiło pewnego weekendu, tydzień przed końcem świata.

A więc jest sobota. Sobota ma to do siebie, że następuje po piątku. A piątek ma to do siebie, że nie wiadomo co było. Sobota jest zatem wypadkową: nie wiadomo co było i nie wiadomo co będzie. Stoję więc nad ranem w sobotę pod drzwiami, bez kluczy, szukam panicznie telefonu i zastanawiam się jak mam na imię.

Klucze – przepadły. Telefon – nie istnieje. Jedyne, co istnieje na tym świecie tego dnia to przyjaciółka sąsiadka, ta jedna jedyna, która nie złożyła jeszcze skargi na zbyt głośną zabawę pod moim adresem. I jeśli chcę żyć, powinnam jak najszybciej udać się właśnie do niej. Daleko nie mam. Może przeżyję.

Przychodzę do Ewki, a u niej na wycieraczce siedzi labrador. Duży i silny Pies Pańci, ten sam, co upodobał sobie dmuchawce i w rytmie melancholijnym kolebie się przez życie, patrząc mętnie na niepojęty gnający obok świat. I, czy z braku dmuchawców, czy z racji niezgłębionej przez nikogo tajemnicy, spokojny do tej pory jak kamień Pies Pańci najwyraźniej przekroczył Rubikon wieku średniego.

Zgadzam się, jeśli kryzys środka życia to czerwone Mitsubishi Lancer. Ok., jeśli to żółte Lamborghini. Nie ruszają mnie białe macintoshe. Wszystko rozumiem, ale szaleństwo Psa Pańci przyprawiło mnie o (nie tak trudne do uzyskania w moim stanie) torsje. Otóż Pies Pańci postanowił zostać mordercą. I Pies Pańci faktycznie zamordował. I teraz Pies Pańci siedzi na wycieraczce Ewki z ofiarą w pysku.

- Ewka, otwieraj! Pies Pańci zagryzł psa sąsiadki! Nieszczepiony na bank! Nieubezpieczony! Ewka, otwieraj! Ewka! Ewka…!

Ewka wychodzi z gęsimi piórami we włosach  i patrzy nierozumnie. Przytomność jednak przychodzi szybko, Ewka zaczyna nagle wrzeszczeć, więc rzucam się na nią, zatykam usta i pokazuję wymownie na czoło. Po chwili już zupełnie opanowane wciągamy do garażu mordercę z trupem i pilnie ustalamy plan. Najpierw telefon do Pańci. Jak słusznie przypuszczamy, Pańcia również wpada w histerię. Chwilę potem, ku naszemu zaskoczeniu, przytomnie postanawia ukryć zwłoki i udawać, że nic się nie stało.

- Bez sensu – zauważa Ewka. – Zaczną się alerty, poszukiwania, listy gończe. Rozkleją po osiedlu zdjęcia, apele. Dzieci będą płakać, niekończąca się historia. Mam lepszy pomysł.

I tu Ewka przechodzi inny Rubikon. Ewka posiada pewną zdolność. Jest to chyba najbardziej pożądana zdolność w dziejach ludzkości. Zdolność do obmyślenia perfekcyjnego planu. Planu, jakiego nie rozgryźli najwięksi detektywi wszech czasów. Mordercy światowej sławy przy tym leżą i płaczą. Tak, moi Państwo, Ewka przekracza Rubikon MORDERSTWA DOSKONAŁEGO.

- Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby sąsiadka nie zauważyła, wrzucamy je do budy. Sąsiadka jutro znajduje zdechłego psa, robi mu pogrzeb i po sprawie.

Patrzymy z Pańcią na Ewkę przepełnione podziwem i nie mówimy ani słowa. Chwilę później truchtamy z martwym psem ku jego, niedawno jeszcze ciepłemu, legowisku. Ręką zgrabiałą ze strachu dotykam klamki od furtki sąsiadki, furtka groźnie zgrzyta.

- Cii! Nie obudź psa! – szeptem krzyczy Pańcia, ale chwilę zaraz się uspokaja, bo pies jak zabity – faktycznie milczy.

Sąsiadka jak zaklęta, też milczy, choć najwyraźniej żyje. W domu siedzi przed telewizorem, jej głowę w niebieskiej poświacie zanurzoną – wszystkie gorączkowo obserwujemy. Serca nam dudnią, tętnice kruszeją. Migrena moja wraz z psem sąsiadki czeźnie. Niech mi ktoś powie, że w obliczu śmierci ma migrenę! Ja nie mam. Jest trup, nie ma sprawy. Plan doskonały Ewki wypełniamy z szacunkiem i pietyzmem. I tylko zmarmurowiałymi ze strachu wargami:

- Ja pier…ę, ja pier…ę, ja pie… ę – szepczemy.

Jest buda! Sztywne truchło siłą trzech współ-morderczyń wciskamy, ocieramy czoła od lodowatego potu i mkniemy do furtki, furtkę: „zgrzyyyt”, zamykamy i teraz zgodnym, równym galopem – do sklepu po wódkę.

Dwie godziny i cztery wściekłe – nomen omen – psy później siedzimy wesoło przy kominku, i gładząc Psa Pańci, bawimy się historią, raz po raz przerywając debatę śmiechem.

Gdy nagle do drzwi rozlega się pukanie.

Pukanie początkowo słabe, jednak coraz odważniejsze, przeradza się wreszcie w łomot. Zastygamy w  poczuciu nieczystego sumienia. I nagle przypominam sobie o wszystkich tych znajomych, z którymi się umówiłam na sobotnie „nie wiadomo, co będzie”. To na pewno któryś z nich! – wołam. Ale to nikt z nich.

To SĄSIADKA.

Stoi w drzwiach i patrzy stalowym wzrokiem, wyraźnie czymś poruszona. Głuchy jęk przechodzi przez przedpokój, Pańcia chowa się za kominek.

Ewka chrząka, wstaje z podłogi, podnosi głowę i stalowemu spojrzeniu stawia czoło. Wszak ona plan wymyśliła! Niech się tłumaczy! Niech mówi, co za pomysł?! Kto psa zabił? Dlaczego? Jak? Gdzie narzędzie zbrodni!? Czemu jeszcze żyje?! Czemu bestia wściekła po okolicy biega?! I kto za to wszystko zapłaci?! A w ogóle, co za żarty z pogrzebu, ze śmierci jaja, co za picie wódki?!

Ewka milczy, sąsiadka milczy, wzrokiem się krzyżują, mierzą i wreszcie ta druga ożywa:

- Widziała pani może kogoś, że się kręcił? Koło domu gdzieś, mojego? Przy budzie? Psa?

- Nie!

Krótkie, żołnierskie, piękne. Sąsiadka z miejsca mięknie, żołnierskiemu duchowi Ewki ulega, głowę zwiesza i słabym głosem mówi:

- Jacy ludzie, wie pani, jacy ludzie są… Pies mi zdechł wczoraj, zakopałam za działką, a dziś ktoś psa odkopał i do budy mi wrzucił…

———————————————————————————–

Publikacja wznowiona, tekst ze zmianami opublikowany był także w miesięczniku  Magazyn Be