Piekło, ku…a, piekło. W skrócie PKP

W przedziale pięciu facetów. W pociągu tysiąc stopni. Co mam robić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP?

2d047cea-e51a-4d73-9ef4-bb0f5c0f571c_470x

Nie to że wyjechałam i zarzuciłam pisanie. O nie. Plan był taki, że wyjeżdżam, aby pisać! Wzięłam nawet laptopa! Ale nie wzięłam baterii. A w pociągu nie ma kontaktów w ścianach. A jak są, nie działają. Niewiele w pociągu polskim działa, ale jedno działa na pewno i totalnie. Ogrzewanie.

Ogrzewanie, drodzy państwo, działa w polskim pociągu zero-jedynkowo. Oznacza to, że albo panuje tropikalny żar, albo arktyczny ziąb. Kiedyś jechałam w styczniu pociągiem relacji Kętrzyn – Suwałki, w którym ogrzewanie działało w skali 0:1 w obrębie zera. Z tym, że było to zero absolutne. Dla mniej zorientowanych, zero absolutne jest dużo poniżej tego zwykłego ziemskiego zera i jest to ściśle temperatura panująca na Jowiszu.

Jechałam wtedy opatulona w kożuch z barana, wbita w wełnę w panicznym bezruchu, każdy bowiem najmniejszy gest powodował ducie lodowatego wiatru po skutym mrozem organizmie. Każda minuta tej podróży wypełniona była coraz głębszym zapadaniem się w kożuch. Coraz bardziej kategorycznym bezruchem. Coraz cięższym milczeniem. Gdyby wtedy zadzwoniła moja komórka, w życiu bym jej nie odebrała, odebranie komórki mogłoby bowiem skutkować złamaniem ręki niczym pęknięcie pokrywy lodowej na tafli zanikającego życia. Ale rzecz jasna, żadna komórka nie zadzwoniła, bowiem zarówno ona sama, jak każdy człowiek zamierzający do mnie zadzwonić – zamarzli. Świat zamarzł, świat zamienił się w krainę lodu, szyby w oknach odmalował szron, sople przyozdobiły klamki, śnieg przykrył podłogę i toaletę. A wszystko to za sprawą magicznej organizacji zwanej PKP.

I za sprawa PKP właśnie, doznałam ostatnio zupełnie odwrotnego, choć tak samo skrajnego doświadczenia. Jechałam z Katowic do Gdańska. Z Katowic do Gdańska jest kawał drogi, rezolutnie wykupiłam więc kuszetkę na samej górze. I rezolutnie – pamiętając dotkliwą zmarzlinę w PKP na trasie Kętrzyn – Suwałki, by przeżyć, wzięłam kożuch.

No i teraz szybko. Na górnej półce obok leży facet, który waży jakieś 260 kilo, chrapie od pierwszego momentu podróży, a gdy tylko przestaje chrapać – zaczyna kaszleć. Na półce niżej leży drugi facet. Kaszle. Pode mną: znów facet. Chrapie. Na samym dole dwie osoby dotkliwie kaszlą. Obie rodzaju męskiego. W sumie pięciu facetów. Po minucie stwierdzam, że w przedziale, oprócz gęstego jak śmietana zapachu testosteronu, miliona bakterii, panuje temperatura tysiąc stopni. Nie, nie minus. Nie ma takiej skali. Tysiąc może być tylko na plus. Plus jak diabli. Piekielny plus katowickiego pieca hutniczego. Ściągam kożuch i wciskam w kąt między nogami i sufitem. Kożuch pali w nogi. Wszystko pali we wszystko. Spodnie, bluza, koszulka i podkoszulka. Palą mnie skarpetki, palą mnie majtki. Fizelina podszywająca się pod szumną nazwą „pościel”, którą wykupiłam w ramach dodatkowych kosztów do biletu. Parzy.

Co mogę zrobić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP? Pokrętła w PKP służą tylko i wyłącznie do tego, żeby sterczeć. Nic się nimi nie da wyregulować, a już na pewno nie temperaturę. To może otworzyć drzwi? Hałas doprowadza do szału, a na korytarzu też skwar. To co? Może wyciągnąć laptopa i pisać tekst na blog? Błagam, darujcie! Wyobrażacie sobie, że ja w tym piekle, przy akompaniamencie chrapania i kaszlu (faceci na dole: kaszel suchy, facet 260: kaszel mokry), wyciągam laptopa i zaczynam szukać niedziałającego kontaktu? Nie! Nie mogę! Każdy ruch, niczym tamten z pociągu relacji Kętrzyn – Suwałki, paraliżuje! Ale tym razem paraliżuje ogniem! Jezu, ludzie! Czy przez trasę Katowice – Gdańsk rozpostarła się pustynia? Równik może przebiega? Czy cały węgiel Górnego Śląska został wrzucony do kotła tej lokomotywy?! Czy elektrownie całych Katowic zasilają kaloryfery tego pociągu?! Tak. Tak. Nie ma już prądu na laptopa. Cały poszedł na ogrzewanie. A ja nie mogę nawet skleić jednej frazy. Nic nie mogę. Mogę tylko:

  1. Udusić się
  2. Dostać udaru
  3. Zwariować
  4. Rozebrać się.

Rozebrać się! Ten szatański plan opętał mnie od pierwszej myśli. No, ale jak mam się rozebrać? Pięciu facetów i ja się rozbieram?! W pociągu?! Ten obok leży, owszem niby śpi, ale przecież chrapanie przerywa mu kaszel, co chwila więc się budzi! A ci z dołu, mówicie, że nie zauważą? Zauważą z pewnością! Facet wprawdzie mało co zauważa w życiu, ale zawsze i wszędzie widzi rozbierającą się, ba!, choćby myślącą o rozebraniu się kobietę!

No nic, hańba albo życie. Zaczynam od skarpetek. Matka z ciotką i babką odwiecznie kontestowały, że cały chłód od stóp idzie. Niech więc idzie! Niech zacznie. Ale chłód ani drgnie, chłodu jak na złość brak. Po cichu zdejmuję bluzę. Ale czy zdjęcie bluzy w temperaturze tysiąca stopni może przynieść ulgę? Przykro mi, proszę panów, wybaczcie, muszę zdjąć koszulkę. I żeby nie było, za chwilę muszę zdjąć też spodnie. A zdjęcie spodni wiąże się z: rozpięciem sprzączki metalowej paska (chrzęst!), rozpięciem zamka błyskawicznego (szuranie!), zdjęcia tego całego rozklekotanego chrzęstu z tyłka, następnie ściąganie z całej długości nóg (nie mam takich krótkich!) materiału z wypełnionymi monetami, kluczami, portfelem i dokumentami (odwieczna zasada podróżującego: dokumenty, pieniądze i klucze przy sobie!) kieszeniami!

To owszem, może obudzić mężczyznę. Ale bardzo przepraszam, za chwilę umrę z gorąca. Rozpinam więc pasek, zdejmuję spodnie i owszem, kurde, nie da się inaczej, robię hałas. Najbliższy facet śpi jak zaklęty, choć głowy nie dam, czy nie podgląda, świnia. Reszta: nie wiem. Nie patrzę. Zaciskam oczy i udaję, że mnie nie ma. Teraz już jestem tylko w podkoszulku, który jednym (raz kozie!) rozpaczliwym ruchem ściągam i kładę się jak Pan Bóg stworzył na płask, czekając na powiew upragnionego wiatru. I na sen. Wiatr przychodzi później, sen od razu. Śni mi się katastrofa kolejowa. I ja naga, lewitująca spod sufitu w ramiona sześciu kaszlących mężczyzn. Blachy przedziału się gną, pociąg się przechyla, otwiera się okno, cudem wylatuję na zewnątrz. I ląduję w Częstochowie, w sanktuarium maryjnym, przed gniewne oblicze Matki Boskiej Częstochowskiej, która od mojego dzieciństwa patrzy na mnie tym swoim zgorszonym wzrokiem i zna moje zdrożne myśli bardzo dokładnie, a teraz to już brak jej słów.

Nie dziwcie się, że się budzę. Mokra, spocona, ciężko dysząca. Szukając chłodu, przytulam się do metalowego pręta stanowiącego rodzaj półki na bagaże i zasypiam znowu. Tym razem w kamiennym śnie mijam Gdańsk i ląduję w Szczecinie na peronie, goła w samym dessous.

Ludzie, ile można! Ile można jechać? Ile można ryzykować golizną wśród pasażerów płci męskiej? Stres rzuca mną po wewnętrznych przestrzeniach, żar i duchota mnie spopiela. Pociąg się zatrzymuje i nagle czuję upragniony wiatr! Ktoś otwiera drzwi przedziału, wtyka głowę i patrzy w mrok. Jego kurtka, czapka, jego szarpnięcie drzwiami – wszystko to jeszcze świeże, niezakaszlane, niezachrapane, niespocone, nieskażone piekielnym gorącem. Dopiero wszedł z dworu, ze stacji, jeszcze chłodny. Nie zamykaj drzwi, wędrowcze, wpuść trochę życia! Trudno, przyzwyczaiłam się, że na świecie są sami faceci. Nie odchodź! A on posłusznie drzwi nie zamyka i patrzy w mrok, w czeluść, w ten piekielny kocioł. I oczy się do mroku przyzwyczajają i ja też już widzę to, co on widzi. Sześciu pasażerów PKP. Pięciu facetów, jedna kobieta. Leżą, kaszlą i chrapią. A wszyscy porozbierani jak do rosołu.

Czarne buty

Ile mam butów? Nie wiem. Ona wiedziała, bo miała dwa. Prawy i lewy. A dzieci piątkę

kocie_lby

- Myślałam o tobie, Babciu. Zawsze o Tobie myślę na pogrzebach.

- A czyj to pogrzeb był?

- Krysi.

Babcia szła sama, samiuteńka za wozem konnym, wóz podskakiwał na kocich łbach, a ona w butach czarnych, jedynych, które miała wyjściowe, do kościoła, na wesele, na chrzest i na pogrzeb.

- Czarne, na obcasie – kiwa głową Babcia. – Ile masz butów dziecko?

- Nie wiem.

- A ile masz czarnych?

- Nie wiem.

Ona wiedziała. Wiedziała ile ma butów, bo miała dwa. Prawy i lewy. A dzieci piątkę. Tereskę, Zuzię, Janka, Hanię i Rysia. Tereska w szkole, Zuzia na wagarach, Janek na drzewie, Hania w obłokach i Rysio w trumnie. Maleńka trumna podskakuje na wozie, droga ze szpitala na cmentarz daleka, wyboista i nikogo więcej do niesienia krzyża.

Babcia na dłoniach miała skórę tak twardą, że gdy wypadały rozżarzone węgle z pieca, łapała je i bez skrzywienia wrzucała z powrotem. Przy czym nuciła psalm i mgłą subtelności otaczała swoją żelazną niezłomność. Im była starsza, tym częściej przybierała tę uduchowioną twarz, robiąc się wtedy jakaś taka przeźroczysta, niebieska. I rozmawiała w myślach z Kimś Wielkim, z Kimś Kategorycznym, z Kimś, kto tak jak ona, znał wszystkie grzechy Dziadka. O czym z Nim rozmawiała? O czym Mu mówiła?

Dziadek tak bał się odpowiedzi, że myśl o niej sznurowała mu zwykle rozbrykany język. Nie mógł nawet wyksztusić jej imienia. Gdy zapomniał klucza do furtki ogrodu, krzyczał pod oknem:

- Ty!

Babcia z pobłażliwym rozbawieniem na twarzy sunęła przez pokój modlitewny do przedpokoju, stamtąd do kuchni, a wszystkim po drodze napotkanym wnukom mówiła:

- Zobaczcie, jaki głupi ten stary. On nie wie, jak ja się nazywam!

Ale przyszedł dzień, gdy na długo szydzić z Dziadka przestała. Wtedy właśnie, gdy po wielu, wielu latach od tamtego samotnego orszaku za maleńką trumną, Dziadek wziął w ramiona ten krzyż. Czy jej pomógł go nieść? Nie wiadomo. Ale wziął. Razem z rozrusznikiem serca.

Milczenie ma w sobie miłosierdzie. Kiedy człowiek milczy, trochę wybacza. I ona milczała. Bo choć znała jego grzechy, dopiero po latach ujrzała jego duszę. A w duszy miał, mój Boże! Żeby chociaż zło! Żeby zło z zębami na głowie, z łuskami u nóg, ze szczeciną na plecach! Ale nie. Tam zła nie było. Jego dusza skrywała SUMIENIE. Sumienie, co nie zabija, ale zjada pomału poczuciem winy. I tak Babcia duszę swojego męża – raz w te przerażone oczy spojrzawszy – zobaczyła.

Kazała mu wcześniej pójść do piwnicy, ziemniaki przynieść. Poszedł i znów przepadł. Długo go nie było, a na kartoflankę dzieciaki czekają. Woda się bałwani, a tu nawet nie obrane. Gdzie ten stary? Wraca. Blady, nieprzytomny.

- Znów pijany!?

Trzeźwy. Charczy na progu, za serce się łapie, chwilę potem leży. Co się stało? Do piwnicy zszedł, kłódkę otworzył, po ciemku, bo lampy naftowej zapomniał, zapałki gdzieś przepadły, jak na złość. Szukał ziemniaków po omacku, rozerwany worek, ziemniaki na podłodze rozsypane. Dziadek jeden po drugim zbiera ziemniaki do siatki. Największe wybiera, bo najłatwiej ostrugać. Wzrok do ciemności przyzwyczaja, ośmielony więc ręką po bulwach przesuwa i nagle trafia nie na ziemniak, ale na coś podłużnego, gładkiego, jasnego… Oczy w ciemności już wyraźniej widzą: co to? Gładkie i jasne, bezbronne i tą bezbronnością dławiące, małe znajome w trumiennym buciku…

- Ile masz butów, Sylwia?

- Nie mam pojęcia.

Rysio miał czarne, lakierowane, malutkie. Tylko dla ozdoby, bo przecież nie chodził jeszcze. Krysia miała półbuty na obcasie. Bardzo ładne. Myślałam o nich przez chwilę, gdy zamykali trumnę. Czemu zawsze jest ten sam, jeden odcień czerni?

Milczenie Babci ma więcej odcieni. Teraz na chwilę znika jej uśmiech i czekam, co powie. Co można teraz powiedzieć? Co na maleńką trumnę? Co na Dziadka zawał? Co na zmory sumienia? Co na poczucie winy? Co na zdarte buty i krucjatę po kocich łbach? Co wreszcie na moje dzisiejsze łzy i Krysi nagłe odejście? Przecież w niedzielę bawiła się piłką, a już w poniedziałek…

- Wszystko, co się w życiu zdarzy, trzeba przeżyć.

Tylko to. I aż to.

Martwy kogucik

Monika dwa razy próbuje coś powiedzieć, aż wreszcie z wysiłkiem duka: „Mama… nie wlóciła…”

po prawej: Sylwia Kubryńska

Nie zapomniałam! Nic nie zapomniałam! Codziennie myślę. Codziennie tęsknię. Najbardziej tęsknię do tych słów, których jeszcze nie napisałam. Każdy dzień ucieka, zapada się w mroku niepamięci bez rejestru, bez kroniki i bez refleksji. Życie leci jak oszalałe, z życia mnie wysysa. Niewiele zostaje. Wspomnienia. W kółko śni mi się sen z tamtej kamienicy, w której mieszkałam jako dziecko. Wracam, jakbym miała coś do załatwienia. Jakbym musiała jeszcze trochę pomieszkać, żeby zmienić zakończenie.

Odrapany dom w starej dzielnicy Olsztyna. Na parterze wielodzietna rodzina. Dzieci znajdują w piwnicy kilkudniowe szczeniaki. Bawią się nimi przez cały dzień, a potem przywiązują do roweru za sznurek i ciągną za sobą. Ciała szczeniaków walają się potem przy piaskownicy. Nic z tego nie rozumiem.

Na pierwszym piętrze melina. Wracam ze szkoły, na ścianach i podłodze półpiętra rozlana świeża krew. Czyja to krew? Czy ktoś umarł? Przy piaskownicy nie ma ciała, znów nie ma odpowiedzi.

Na drugim piętrze Monika. Na trzecim piętrze my.

Monika ma 5 lat i czarne oczy, ogromne. Czasem słyszę na klatce schodowej apokaliptyczny gniew jej ojca: – MONIKA!!! Nic bardziej mnie nie unieszczęśliwia. Ani kogucik, o którym mi mama opowiada, kogucik który tak się uparł, żeby mimo przestróg drzwi lisowi otworzyć, że za trzecim razem lis go wreszcie pożarł. A ja krzyczę ze łzami na twarzy: „Mamo, nie! Zmień zakończenie, zmień!”. Ani ten Janek z książki „Przyjaciel Wesołego Diabła”, co przybranego ojca starego porzucił, a ja ryczę w poduszkę tak, że gorączka 39 stopni. Ani „Janko Muzykant”, ani opowieści o wojnie. Ani babcia Stasia, która śpiewa do snu piosenkę o straszliwym Henryku, który zabił brata swojej żony, a ta biedna musi jeszcze brata zakrwawioną chustę prać:

A ona prała i płakała

Ona prała i płakała

Bo po chuście poznawała…

Żeby nacisnąć dzwonek do naszego domu, Monika musi wspiąć się na palce i z całej siły wyciągnąć ręce. Żeby nacisnąć dzwonek do naszego domu, musi zostawić dwie młodsze siostry, jedną dwuletnią, drugą trzymiesięczną. Żeby nacisnąć dzwonek do naszego domu, musi pokonać wstyd i strach, pójść piętro wyżej do obcych ludzi i powiedzieć, że nie jadła nic od dwóch dni, jej siostry też nic nie jadły od dwóch dni, bo rodzice nie wrócili z balangi. Ojciec bije, matka pije. Krew na ścianach, krew na podłodze. Świat ledwo powstały, już obsuwa się w przepaść.

Moja matka otwiera drzwi, ja stoję obok. Monika wyglądała jak poszarpany skrzat. Gęste czarne włosy odcinają się równo przyciętą grzywką nad wielkimi oczami. Dziewczynka dwa razy próbuje coś powiedzieć, aż wreszcie, zachęcona łagodnym uśmiechem mojej matki, duka:

- Mama… nie wlociła… dzień dobly. Ma pani jakąś bułkę dla mojej siostly? I mleko?

Mamo, zmień zakończenie! Zmień zakończenie tej historii, bo od dzieciństwa nie mogę spać! Zmień zakończenie, tak jak zawsze to robisz! Daj żyć kogucikowi, przytul starego mędrca, ocal małego skrzypka, zabierz esesmanów, okrutnego Henryka i tych strasznych ludzi z drugiego piętra! Kup cały koszyk bułek i nakarm wszystkie Moniki tego świata!

Najbardziej tęsknię do tych słów, których nie napisałam. W nich zawsze czai się nadzieja, że zakończenie można zmienić.

Halloween po polsku, czyli wojna z dynią

Polska to kraj złożony z czterdziestu milionów państewek, a w każdym z nich toczy się wojna

Zakonnica Diablica

Polska nie jest podzielona na prawo i lewo. Podział na prawo i lewo to jest, kochani, dla dzieci. Dorosła Polska jest podzielona na prawo, lewo, wzdłuż, wszerz, w poprzek i odwrotnie. Nie ma takiego podziału, który by nie przebiegał przez ten kraj. Wszystkie linie w dwuwymiarze są tylko namiastką podziału w wymiarze trzecim. Każdy temat, zagadnienie, zjawisko – dzieli ten kraj niczym proces mitozy. Poróżnione w szale podziału środowiska stanowią oddzielne państewka, a każde z nich jest rdzennie polskie, ale polskie INACZEJ. Mamy więc do czynienia z czterdziestoma milionami maleńkich państewek rdzennie polskich, z tym że każde z nich przypisuje sobie większą polskość niż pozostałe. I w każdym z nich wybucha wojna przy byle okazji, na przykład przy okazji Halloween.

Czterdzieści milionów państewek coś jednak łączy. To jest IDEOLOGIA. Dla każdego inna, choć tak samo ważna. I śmiertelnie poważna. Dlatego hasło „cukierek albo psikus” przekuć się może w dramatyczne pytanie o Jezusa. Nie ma mowy o jakimkolwiek dystansie, o zabawie, czy o machnięciu ręką. Takie coś jak Halloween nie może być więc tylko formą przebieranki, odpięcia się od szarej rzeczywistości, okazją do kreatywnego spędzenia czasu dla dzieci, czy oswajaniem się z naturalną konsekwencją życia, jaką jest śmierć. Nie. To musi być:

  • Zdrada
  • Grzech
  • Siła nieczysta
  • Pogwałcenie tradycji chrześcijańskich
  • Satanizm
  • Ślepe naśladowanie zgniłego zachodu
  • Diabli wiedzą co jeszcze

Kraj, który od wieków trawił ogień powstańczy, który dzieliły rozbiory, zabory i klęski, nie może spać spokojnie. Nie może się bawić. Kto się bawi, ten nie-Polak. Nie-patriota. Zabawa jest gdzie indziej. Tu jest powaga i zaduma. Smutek i refleksja. Rozpamiętywanie klęsk. Dramat. Martyrologia. Wreszcie: odwieczna walka z wrogiem. To nic, że mamy od lat względny spokój. Wróg być musi. Polska bez wroga to oksymoron. Polska wrogiem stoi. Polski wróg jest Polsce potrzebny jak powietrze. Bez wroga ani rusz. Wrogiem może być wszystko. Teatr, galeria, tęcza, tabletka, film i piosenka…. Najświeższy wróg polski to: dynia.

Niezwykłe przygody duszy, czyli co nas czeka po śmierci

Po śmierci dusza błąka się przez dwa dni. Co robić w tym czasie? Ja jadę na plażę nudystów. Nie będę paradować w ciuchach, skoro nie mam ciała

grzechy

Nie ma takiej śmierci, która przychodzi zbyt późno. Nie ma śmierci, która przychodzi w czas. Śmierć zawsze przychodzi rychło, zawsze znienacka i zawsze w pośpiechu. Każde więc utyskiwanie na złe życie można złagodzić świadomością doczesności. Spokojnie, już niedługo. Bez nerwów, to zaraz. Jeszcze parę dni, miesięcy, lat. Zleci jak z bicza strzelił. A potem? Czytałam na portalu Fronda niezwykłe doniesienia w tej kwestii. Zanim jednak opowiem o tych rewelacjach, pozwolę sobie tylko przytoczyć krótką charakterystykę portalu Fronda. Dużo seksu, mało miłosierdzia, słowem ostra jazda. Ostatnio poleciłam Ewce, która podobno już kiedyś otarła się o pismo, twierdząc, że była to publikacja konserwatywna o monumentalnej powadze. Teraz weszła na portal, zobaczyła na tak zwanej jedynce artykuł o braku dyspensy dla sklepów mięsnych w piątek oraz o szkodliwości jogi dla umysłu i wyraziła opinię, że to niemożliwe, że na pewno ktoś podstępnie wykupił konserwatywne pismo o monumentalnej powadze i z konserwatywnego pisma o monumentalnej powadze robi sobie monumentalne jaja.

Tymczasem żadnych jaj! To wszystko serio! Sklepy mięsne nie powinny sprzedawać parówek w piątek, joga szkodzi, a po śmierci dusza błąka się przez dwa dni. Bo o tym właśnie przeczytałam ostatnio na portalu Fronda.

Śmierć wydobywa dusze z ciała. Dusza opuszcza więc ciało i… robi co dusza zapragnie. Przez dwa dni. Dwa dni totalnego luzu, chodzi gdzie chce. Pytanie, gdzie ma chodzić przez te dwa dni? Na co się zdecydować? Ja żyjąc, mam podczas weekendu niezłą zagwozdkę. A przecież to tylko jeden z wielu weekendów. A jedyne dwa dni luzu po życiu? Boże, jak dobrze, że czytam Frondę, mam czas się przygotować na melanż mojej wiekuistości!

Fronda pisze, że różnie z tym bywa. Niektóre dusze udają się w miłe miejsce, inne błąkają się wokół domu. Jasna sprawa. Są tacy, co w wolnej chwili od razu walą do Zakąsek i Zapitek, są tacy co wolą domówkę. Jest przecież szansa na stypę. Jest szansa, że stypa przeciągnie się dwa dni. Chcę w niej uczestniczyć! A jak mam uczestniczyć, chcę uczestniczyć świadomie! Chcę sporządzić zawczasu plan! Chcę dopełnić formalności! Ostatnio nie wpuszczono mnie na Blog Forum Gdańsk, bo nie dopełniłam formalności. Była to pierwsza w moim życiu impreza, na którą mnie nie wpuszczono. Pierniczę imprezy, na które mnie nie wpuszczają.  Pierniczę Blog Forum Gdańsk. Ale czy mogę pierniczyć imprezę w życiu pośmiertnym? Czymże jest Blog Forum w porównaniu z własną stypą? Nie mogę tego przegapić. Frondo, gdzie mam wysłać zgłoszenie? Gdzie kliknąć? Umrzeć może każdy głupi. Każdy głupi może być martwy. Ja chcę być martwa świadomie! Ale jak się już zarejestruję, gdy już się tam znajdę – niech się dzieją rzeczy wiekuiste! Niech się urywają żyrandole! Niech brzmi muzyka! Najlepsza muzyka na świecie! Bananowy song! Taneczny wąż! Korowód barwnych piór! Przysięgam, nie ma takiej konferencji na Ziemi, która by zakończyła się podobnym melanżem. Nie ma takich mieszanek piwa z sokiem, które równałyby się do moich trunków! Piwo z sokiem to jest, moi drodzy, napój dla przedszkolaków. Ja będę serwować absynt! Wódkę z ogniem. I czysty spirytus.

Basen. Ale nie jakiś tam basen z wodą! Basen ma być z szampanem! Będę skakać do basenu z okien sypialni. Z pierwszego piętra. Zawsze chciałam skoczyć z pierwszego piętra do basenu, tylko bałam, że się zabiję. Teraz skoczę.

Pytanie, jaka będzie pogoda? To ważne. Wolę umrzeć latem, zahaczę o plażę. Jak ktoś chce mieć pogrzeb w Pcimiu Dolnym, jego sprawa. Ja biorę pompowane krokodyle i jadę nad morze. Do Dębek. Tam można opalać się na golasa. Z dwóch ofert: tekstylnej i naturystycznej, zawsze wybieram tę drugą, nawet po śmierci. Co z tego, że nie będę mieć ciała? Tym bardziej! Jak nie mam ciała, to na co mam niby założyć kostium kąpielowy? Dusza jest konsekwencją naszego żywota. Będę więc rozbrykaną nagą duszą przewalającą się po piaskach nadbałtyckich plaż.

Ale czas brykania się kończy. Kończą się  dwa darowane dni, jak kończy się weekend. Zaczyna się szare życie po życiu. Czas mrocznych pokus. Mroczne pokusy żywota to betka w porównaniu z opisanym przez Frondę cyklem straszliwych zmagań z mocami piekielnymi, które nastąpią po dwóch dniach pośmiertnych kanikuł. Pierwsza rzecz: towarzystwo. Za życia towarzystwo zawsze musi się napatoczyć, a i po śmierci towarzystwo okazuje się również niezbędne. Czytam, że spotkanie duchowe (z danym towarzystwem) przebada skłonności duszy nabyte w tym życiu – czy lgnie ona bardziej ku Aniołom i świętym poprzez cnotliwe życie, czy też poprzez swoje niedbalstwo lub niewiarę dopasowała się bardziej do towarzystwa duchów upadłych.

Nic mi nie mówcie! Już widzę, gdzie wpadłam! Nie żyję od trzech dni, a sprawy ani na jotę się nie zmieniają. Wszystko po staremu. Melanż, plaża, złe towarzystwo. I kolejne poziomy trudności w zdobyciu zbawienia, określane tajemniczym mianem: mytarstwa powietrzne. Przerzuciłam hasło przez wyszukiwarki i okazało się, że muszę iść na terapię. Serio mówię. Tylko porządna terapia wybawi mnie od potępienia. Jeśli bowiem demony mają mnie w kółko oskarżać o jakieś grzechy, muszę mieć żelazną psychikę i nauczyć się mówić: NIE. Zresztą ta metoda jest skuteczną bronią również w doczesnym życiu. I znów analogia. Człowiek się rodzi, ma trochę wolnego, trochę się zabawi, a w tak zwanym międzyczasie ktoś mu wywierci w brzuchu jakąś winę. I tylko wiara może tu pomóc. Rzecz jasna, wiara w siebie.

Zaczynam się zastanawiając, po co ta śmierć? Po śmierci nic się nie zmienia. Jedni mają dobrze, inni mają źle. Pokusy są, jak były. Lęki, jak były, są. Szczęście – tak samo. Towarzystwo – według uznania. I tak i siak. Raz tak, raz siak. Kiedy to się zmieni? Otóż pewnego dnia. Pewnego dnia cały ten poddany zepsuciu świat dobiegnie końca i zaświta trwające na wieczność Królestwo Niebieskie. Pytanie, czy zniknie Piekło? Ależ skąd! Piekło po sądzie dopiero się wzmocni. Piekielne lochy wypełnia się skazanymi, szatan wzrośnie w siłę. Gra toczy się dalej. Tylko level wyższy. A może ten sam?

Niedawno przeczytałam w jednym z Dzienników Pilcha, że poleca do trumny Rzeczpospolitą, lektura podobno umożliwia zmartwychwstanie. Ja do trumny biorę Frondę. Fronda nie umożliwia zmartwychwstania. Ona je gwarantuje.

Śmiertelny grzech cudzołóstwa. Ze sobą

Gdy z ambony padło hasło o grzechu cudzołóstwa, natychmiast przestałam się nudzić…

poncz

Uwielbiam kościoły. I nie chodzi mi wcale o tę rozhisteryzowaną wspólnotę, ale o miejsce. Niezwykłe, mroczne świetliste, pachnące kamieniem, majestatyczne schronienie przed czasem. Ale czy tylko o czas mi chodzi? Czy o rzeczywistość równoległą? Zaraz do tego dojdziemy.

Człowiek w codziennej gonitwie dostaje niepojętego szału, gdy coś go zmusza do zwolnienia tempa. Jest to taki efekt rozpędzonej machiny, która – przyhamowana – zaczyna się gotować. Miałam kiedyś żółtą Skodę Rapid. Wszystko było z nią dobrze, dopóki mknęła z prędkością przekraczającą sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Jak się nieco zwolniło, jak się toczyło w korku, ta diablica natychmiast się gotowała. Ściśle – gotowała się woda w jej chłodnicy. Mój Boże, ile razy gotowała się woda w chłodnicy Skody Rapid! Tysiąc, milion butelek z wodą do uzupełnienia w rozjuszonych przewodach przetoczyło się wraz ze mną przez Polskę wzdłuż i wszerz. Stara siódemka na trasie Olsztyn – Gdańsk znała już ten wóz. Znała tego wozu znój. Znała tego znoju efekt. Parująca jak lokomotywa żółta strzała wybuchała przy każdym metrze ograniczenia prędkości. Podskakująca nad buzującym wnętrzem maska, niczym pokrywka od czajnika, dawała wyraz zniecierpliwienia maszyny. Należało zjechać na pobocze, przez zgniecioną szmatę kurek od syczącego układu chłodniczego ostrożnie odkręcić, rozpalone zwoje przewodów chłodzić kolejnymi litrami nigdy nie wyczerpanego płynu, nigdy nieugaszone pragnienie rozpaczliwie i doraźnie próbować gasić. A potem pruć bez zatrzymania, bo każde zwolnienie, przyhamowanie, groziło ponownym pomrukiem zniecierpliwienia, które z pomruku wnet przechodziło w charakterystyczny stukot bałwaniącego się pod maską wrzątku.

I ten bałwaniący się wrzątek to dzisiaj moja krew. To moja krew, która po latach od sprzedaży Skody Rapid, na jej pamiątkę i na jej podobieństwo osiąga stan wrzenia przy najmniejszym przyhamowaniu. Kolejka na poczcie. Korek. Winda. Ślamazarna koleżanka na schodach. Nie odbierany po trzech sygnałach telefon. Zawieszony komputer. Ładująca się strona internetowa. Brak odpowiedzi na SMS po trzech minutach.

Ukrop, gejzer, lawa. Rozpalone zniecierpliwieniem tętnice pękają od nadmiaru ciśnienia. Wzburzona krew rozrywa ich ściany. Jestem pędzącym wulkanem. I jako pędzący wulkan tęsknie rozmyślam o tym, jak by to było, gdybym ugrzęzła gdzieś na dłużej. Nie na trzy minuty, nie na kwadrans. Nie w kolejce na poczcie. W kolejce na poczcie to ja mogę maila sprawdzić. W kolejce na poczcie to ja mogę post napisać. W windzie to ja mogę fryzurę poprawić. W korku to ja mogę makijaż zrobić. Za ślamazarną koleżanką idąc mogę dawno odkładany telefon do urzędu skarbowego wykonać. Podczas nieodbieranego przez trzy sygnały telefonu, to ja mogę przerzucić prasę. Przy zawieszonym komputerze, to ja mogę SMS-a napisać. Podczas oczekiwania na odpowiedź, to ja mogę MILION innych rzeczy zrobić! Milion innych rzeczy, jak milion butelek wody studzi buzującą machinę mojego zniecierpliwienia.

A gdyby tego miliona rzeczy nie było? Gdyby ten milion butelek wyparował? Gdybym, zostawiona na pustyni bezczynności, miała tak trwać przez, dajmy na to godzinę? Godzinę! Nie trzy minuty, nie kwadrans. Godzinę. Bite sześćdziesiąt ołowiowych minut bez szans na wysłanie maila, przerzucenie poczty, przeczytanie artykułu, zrobienia makijażu, czy trefienia włosów. Pytacie, gdzie tak można ugrząźć? Gdzie nic nie robić, tylko czekać na koniec, na uwolnienie?

W kościele.

W kościele na nieskończonej bezczynności spędziłam całe dzieciństwo. Całe dzieciństwo i połowę wczesnej młodości. Na oko licząc, jakieś tysiąc niedziel i diabli wiedzą, ile rekolekcji. Plus pierwsze piątki miesiąca. I święta. Zatem półtora tysiąca godzin nic nie robienia. Półtora tysiąca godzin siedzenia i patrzenia przed siebie. Myślicie, że apokaliptycznie wrzałam? Że buzowałam jak czajnik po kętrzyńskich świątyniach? Nigdy. Nie zagotowałam się ani razu. Ba! Nie to, że się nie zagotowałam. Ja się nawet nie nudziłam.

Jeśli wytłumaczymy mój brak niecierpliwości dziecięcą ciekawością, to jednak po dwóch, trzech, no czterech latach teoria powinna się wyczerpać. Każda bowiem niedziela była taka sama, malowidła i rzeźby w kościele niezmienne, kopia Matki Boskiej Ostrobramskiej przy prawej nawie bez zmian, kopia matki Boskiej Częstochowskiej w lewym ołtarzu nieruchoma jak kamień. Każda rysa i cień na twarzach świętych przestudiowane, nazwane i zapamiętane. Każdy witraż i na każdym witrażu postać – przepatrzona, przeanalizowana, w wielu kombinacjach wyobrażona. Anioły zaznajomione. Bożonarodzeniowe choinki zeskanowane, żłóbki z bydlętami i dzieciątkiem wnikliwie obejrzane. Wielkanocne grobowce przebadane, zmartwychwstania ogarnięte. I żadnych niespodzianek.

A jednak zero nudy.

Owszem, może z początku był ten moment wahania, ta chwila zagubienia, gdy nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Ale gdy z ambony padło hasło o grzechu cudzołóstwa, o bezeceństwie uciech cielesnych, o sromocie samogwałtu (Chryste Panie, co za słowo!), natychmiast przestałam się nudzić. Moja wyobraźnia wybuchła. I każdą mszę jej poświęciłam. Każdą minutę z godziny bezczynności przekułam w intensywny czas wzmożonych rozmyślań. A miałam mnóstwo zaległych spraw do przemyślenia. Co gorsza, za diabła nie dało się z nikim o nich pogadać! Od wieków są sprawy, o których we wczesnej młodości nie da się gadać. Ale w moim przypadku nie dało się po stokroć. A na pewno nie tak, jak ja bym chciała. Tak śmiało? Tak obrazowo? Tak namiętnie? Tak straceńczo? Tak bezecnie? Tak opętańczo? Tak ostatecznie?

Tak. Tak śmiało, tak obrazowo, tak namiętnie, tak straceńczo, tak bezecnie, tak opętańczo, tak ostatecznie.

O sprawach absolutnych nie można myśleć w korku. Ani na poczcie, między SMS-em a postem. Sprawom absolutnym należy się czas. Miejsce. Zaduma. Anielskie skrzydła. Przestrzeń. Wizje. Barwy. Światło. Mrok. Dreszcz na plecach, chłód tęsknoty, żar pożądania. Rzeczywistość równoległa. Tajemnica. Objawienie. Absolut.

Seks jest sprawą absolutną. Co najmniej przez półtora tysiąca godzin niedzielnych, świątecznych, pierwszopiątkowych i rekolekcyjnych mszy myślałam o seksie. Przez półtora tysiąca godzin rozkładałam kwestię namiętności na czynniki pierwsze. Moja wyobraźnia pruła bezkres otaczającej mnie przyzwoitości. Moje myśli darły na strzępy przyjętą wokół cnotliwość. Skulone w kościelnej ławie plecy drżały z podniecenia. Kotary rzęs skrywały załzawione z rozkoszy źrenice. Szary pozór wełnianego beretu przykrywał kłębowisko najbezwstydniejszych myśli świata. Między mysimi warkoczykami rozgrywały się sceny iście orgiastyczne. Boże, co ja tam wyprawiałam! Jak ja się tam kotłowałam! Jak ja się nie prowadziłam! Ile ja z siebie rzeczy zdarłam!

Najpierw te zwykłe, popielate wdzianka, te szaliczki, paltociki, kołnierzyki, te rajstopy z dzianinki, te gryzące sweterki. Potem bawełniane podkoszulki i takież galoty. Szybko się jednak ta garderoba wykruszyła, bo jak już wspomniałam – wyobraźnia moja poleciała w kosmos. Tak więc już na kolejnej mszy miałam na sobie, a raczej z siebie w duchu zdzierałam koronki i falbanki. Najpierw w kolorze beż. Przyzwoicie, po maminemu. I pończochy na duży pas z klinami po bokach. Matka się nie pokapowała, bo buduar swój miała w zwyczaju rozciągać po całym mieszkaniu tu i ówdzie bez nadmiernej dyscypliny. Nigdy nie wiedziała, gdzie wetknęła kabaretki, jakże więc mogła wpaść na to, że jej dwunastoletnia córka paraduje do kościoła w odsądzonej od czci i wiary bieliźnie?

Potem było coraz śmielej. I coraz frymuśniej. I coraz barwniej. Otóż weszłam w fazę czerwieni. Z filmów, z literatury, z paryskich zapisków Emila Zoli, z lupanarów piwnic teatralnych, z hemingway’owych opowieści o dziwkach moteli amerykańskich i z tego jednego jedynego pokazu striptizerki w Miejskim Ośrodku Kultury w Kętrzynie, kiedy to babcia z dziadkiem, nieświadomi do szczętu, zabrali mnie na fundowaną przez zakład pracy imprezę familijną. Otóż na tejże familijnej imprezie – ku przerażeniu babci – wybiegła na scenę tancerka w czerwonych koronkach i jednym śmiałym ruchem je zrywając, pokazała, jak to dziadek, chichocząc euforycznie, określił: „broszkę”.

Z czerwieni przeszłam gładko do czerni. Każda szanująca się wszetecznica przechodzi w pewnym momencie z czerwieni do czerni, bo czerwień to tylko przygoda, a czerń ma w sobie wszystko. A wszystko to zarówno duch i ciało, tajemnica i bezwstyd, radość i mrok, obietnica i dramat, wierność i zdrada, powaga i żart, cnota oraz śmiertelny, niewybaczalny grzech cudzołóstwa.

Ja wprawdzie cudzołożyłam tylko z samą sobą, w żadnym cudzym łożu się przez te zielone lata nie znalazłam, jednak moje wycieczki mszalne osiągnęły taki pułap, że z cudzołożenia mogłam śmiało robić profesurę. Ale ja nie zamierzałam na profesurze z cudzołożenia kończyć. Ja chciałam z cudzołożenia dostać nagrodę Nobla! Będąc więc już w czarnej bieliźnie, rzuciłam się w wir wynalazków. To ja w wieku lat trzynastu opracowałam stringi! To ja wymyśliłam przeźroczyste staniki z tiulu! To ja zaprojektowałam koronkowe gorsety z przytroczonymi paseczkami na pończochy! To ja wreszcie wymyśliłam pończochy samonośne! Przymocowane gumką recepturką do chudego jak gałąź wierzby uda. Pończochy, rzecz jasna, z pojedynczym szwem z tyłu. Zasady trzeba znać od dziecka. Ja znałam. Ja miałam matkę w takich pończochach. Kto miał matkę w takich pończochach, głupoty, choćby w kościelnej ławie, nie palnął. Ja nie palnęłam. Ja w pończochach z pojedynczym szwem odstawiałam swój pierwszy striptiz w życiu. Pokaz erotyki, teatr jednego widza. A może dwóch? Kto wie, może nawet i tysiąca? Kto wie, czy tylko ja siebie na tej wyobrażonej scenie oglądałam? Czy nie widział mnie tam chór Aniołów? Świętych? Czy nie widziały mnie Matki Boskie? Częstochowska czarna i jaśniejąca ostrobramska? Postacie biblijne z witraży czy na pewno mnie nie spostrzegły? Czy nie widział mnie wreszcie sam Bóg? Czy nie widział mnie Chrystus Pan? Czy z grobu zmartwychwstały na potajemnie wykradzioną matce frymuśną bieliznę się nie napatoczył? W szale potępieńczym rzuconą pończochą czy nie oberwał?

Nie wiem. Są rzeczy dla mnie niepojęte, wiara przede wszystkim.

Wiem tylko, że obudzona śpiewem kapłana: „Idźcie, ofiara spełniona!”, miałam pozornie tę samą co wszyscy, ale jakże inną odpowiedź: „Bogu niech będą dzięki”.

Drzwi wyrwane z zawiasów

Anna Przybylska broniła prywatności jak lwica. Teraz już nie broni. Wyciąga się więc wszystko: rodzinę, lekarza, księdza, Pana Boga i drzwi z zawiasów

1234412_616916131693047_5790341_n

Tyle się dzieje, że nie nadążam wszystkiego przemilczeć. Najpierw intensywnie przemilczałam konflikt pewnego pisarza z pewną feministką. Boże, jak ja to przemilczałam! Intensywność mojego milczenia niemal dorównywała intensywności żenady tej sprawy. Niemal. Bo jednak wciąż nie dorównywała. Tym dramatyczniej nie dorównywała, że przedmiotową żenadę podsycały wszystkie media świata. Dopóki rzecz wyciekła w jednym ścieku, miałam jeszcze szanse. Jeszcze moje milczenie mogło odnieść sukces. Jednak nie. Z jednego ścieku wyciekło zaraz dalej, do drugiego, do następnego, aż falą sensacji zebrało się w rzekę zalewając rozpaczliwie broniącą się ciszę.

Nawet jak się człowiek chce odciąć, zawsze znajdzie się ktoś, kto go w rzekę sensacji wciągnie. Milczysz, ale inni nie milczą. Nie mówisz, ale inni krzyczą. Nie piszesz, ale inni pytają. A, co myślisz? Co sądzisz? Jak, he, he, oceniasz? Jak he, he, oceniasz ich dokonania łóżkowe? Kto na górze, kto na dole? Kto winien? Kto komu? I jak?!

Ej, dajcie taśmę! Nie nagraliście siebie w łóżku? Nic straconego. Są jeszcze podsłuchy. Redaktor z gazety Wprost się w tym specjalizuje, zadzwońcie do niego. Widziałam w empiku, książkę wydał, zna się. Niech was też nagra. Niech kelnera wyśle. Może już wysłał? Niech upubliczni! Wrzuci na Youtube! Na Facebook! Twitter! Niech wszyscy zobaczą jak to było dokładnie. Kto na górze, kto na dole. Kto winien. Kto komu i jak.

Pamiętacie takie pismo „Przekrój”? Co tydzień można było przeczytać na wstępie, o czym Przekrój nie pisze. I właśnie tam widzę tę sprawę. Ale „Przekroju” już nie ma. Pewnie właśnie dlatego go nie ma, że takiej sprawy by nie opisał. Głupi Przekrój. Jak bardzo mi brakuje tego głupiego Przekroju!

Niecały tydzień temu pojawiła się w mediach wiadomość o śmierci aktorki Anny Przybylskiej. Smutna wiadomość. Tragiczna. I jak każda tragiczna wiadomość w tym kraju, natychmiast przeoblekła się w interes. I to wcale nie interes społeczny, bo o profilaktyce i diagnozie raka trzustki niby się mówi, ale ciszej, z boku, na marginesie. Prawdziwy interes jest inny. Ponadwymiarowy, ideologiczny, wszechpotężny. A nazywa się: klikalność. Media kręcą lody na tej śmierci. Od niemal tygodnia nie schodzą z pierwszych stron portali doniesienia o jej okolicznościach. I guzik kogo obchodzi, że Anna Przybylska broniła prywatności jak lwica. Teraz już nie broni. Wyciąga się więc wszystko: rodzinę, lekarza, księdza, Pana Boga i drzwi z zawiasów. Jest interes w tym, żeby rozpaplać, jak Przybylska cierpiała i co ściskała przed śmiercią. Że „wyła z bólu” i „ściskała przed śmiercią różaniec”. Brakuje już tylko zdjęcia umierającej aktorki, ale widok jest tak dokładnie opisany przez „zaufanego” lekarza i „zaufanego” księdza, że ta śmierć stała się wstrząsająco publiczna. A różaniec nieboszczki załatwia przy okazji interesy prawicowych mediów. Wystarczy dać tytuł „Niech jej ziemia lekką będzie” (Fronda), dokleić modlitwę i wysmażyć swoją propagandę.

Wczoraj przeczytałam, że ciekawscy pogrzebnicy tak bardzo chcieli zobaczyć nieżyjącą, że wyłamali drzwi z zawiasów. Przybylska, póki żyła, trzymała te drzwi rozpaczliwie. Teraz już nie może.