Panie doktorze tnij pan, bo się spieszę

Wystroiłam się w sukieneczkę, buciki, wsiadłam w samochód i przy dźwiękach wesołego radia pomknęłam na stół operacyjny

?????????

Tak jak mi kazałeś, Panie Boże, poszłam się przebadać, a właściwie poszłam od razu pod nóż. Nóż chirurgiczny, który ostatnio gościł w moim ciele, gdy miałam dwanaście lat i zapadłam na zapalenie wyrostka robaczkowego. Po tamtej operacji ustaliłam ze sobą, że tego typu przygody w żadnym wypadku mnie nie interesują. Do dziś udawało mi się więc noża unikać jak ognia. Ale Słowo Boże się rzekło, musiałam poddać się oględzinom i wyszło jak wyszło. A wyszło dość tragicznie, bo mój organizm najwyraźniej podzielał moją awersję do noża i w żaden sposób nie chciał dziś pogodzić się z jego ingerencją w zamknięty dotąd obieg. Noże sprawiają, że to co powinno być w środku, nagle znajduje się na zewnątrz. Zdecydowanie kojarzy mi się to z wywróceniem do góry nogami porządku świata.

Oczywiście ja o tym zapomniałam na śmierć (a przynajmniej stan jej bliski) i rano wysztafirowałam się wiosennie w sukieneczkę, buciki, a jakże, dodatki te i śme, bransoletkę, kolczyki, makijaż, fiu, fiu, wzięłam kluczyki, wsiadłam w Punto i przy dźwiękach wesołego radia pomknęłam beztrosko na stół operacyjny. Nie muszę chyba mówić, że w międzyczasie zdążyłam się umówić na kilka spotkań służbowych za maksymalnie dwie godziny, bo przecież ile może trwać jakaś durna operacja? Jedyne, co mnie martwiło to ewentualne czekanie pod drzwiami na zabieg, wszak życie i media pokazują światu jak to z tym czekaniem bywa. To mnie naprawdę niepokoiło, to spędzało z moich ust wesołą melodię, to mogło zagrozić moim spotkaniom służbowym za maksymalnie dwie godziny, to w końcu było największym moim zmartwieniem tego dnia, gdy jechałam pod nóż.

„Durna operacja”, ku mojej wielkiej radości rozpoczęła się punktualnie o wpół do dziewiątej rano, zatem nawet ciut wcześniej niż była planowana. Ogromnie mnie to ucieszyło, wielki mi to dało rezon i gdy się gramoliłam na stół operacyjny oznajmiłam stanowczo: panie doktorze, szybko, bo się spieszę, tyle do zrobienia, więc bardzo proszę, szast prast!

Od tego momentu opowieść będzie tylko mniej wesoła, od tego momentu wszystko faktycznie wywróci się do góry nogami, bo choć lekarz faktycznie stanął na wysokości zadania i dzieląc mój zapał do nieprzyhamowanego nawet na sekundę pędu życia, bez zbędnego ociągania się wykonał kilka zdecydowanych cięć, mój pęd życia rozpoczął hamowanie.

Pierwsze znieczulenie w ogóle nie zadziałało, trzeba było dowalić końską dawkę. Od tych kłuć straciłam nieco ochotę do rozmowy, choć ciągle jeszcze się spieszyłam. Dlatego, mimo ostrzeżeń i łagodnych perswazji lekarza, zerwałam się po zabiegu jak oparzona, ubrałam się (nie pamiętam, czy zachowałam dress code z rana, żywię pewne obawy), pożegnałam przemiły choć pewnie nieco zdumiony personel, po czym wystrzeliłam do windy, z windy na parter do rejestracji  (po co tracić czas na zapis w celu zdjęcia szwów?), po czym elegancko, w tej swojej kiecuni, w tych kolczykach i bransoletach, w fiołkach i fidrygałkach – poleciałam jak kometa przez całą długość korytarza, ściśle zza pulpitu rejestracji ku majaczącej leżance, która właśnie w tej chwili zdała mi się światłem w tunelu mrocznej  tajemnicy mojego organizmu tak przedziwnie nieodpornego na cięcia nożem i podwójną dawkę znieczulenia.

Lecąc swój kosmiczny lot komety obserwowałam też inne loty, w tym lot mojej indiańskiej torebki z frędzlami oraz rozczłonkowany lot jaskrawo odstających od okoliczności utensyliów:

-  karty członkowskiej klubu fitness,

- okularów przeciwsłonecznych,

- gumowych rękawków (nienapompowanych!),

- nie mogę napisać, czego jeszcze.

Lecąc swój kosmiczny lot komety myślałam też mętnie, żeby oprócz skarbów z torebki nie stracić też głowy, nie była jednak to myśl nazbyt precyzyjna, nie była to w żadnym wypadku myśl konsekwentna, nie miała ta myśl zbyt wiele wspólnego z moją wolą, która równoległym lotem znalazła się poza wszelkim zasięgiem.

Gdy kwadrans później leżałam półprzytomna na kozetce, zwołany personel lekarski przez długą chwilę zastanawiał się, skąd ja się tam wzięłam i czemu półżywa? Zanim pewna starsza pielęgniarka rozkodowała mój bełkot: „Jestm pzajegu… jesm po zbiegu… jestem po zabiegu…” – padały różne podejrzenia. A to, że wyfiokowana przyszłam na pobranie krwi, do którego nie doszło, bo zemdlałam ze strachu (chi, chi, chi!); a to, że lekkomyślna nie zjadłam śniadania, zanim tu odwiozłam chorego z rodziny (mama? tata? dziadek?); a to, że wreszcie, rozkojarzona nimfa blond, zabłądziłam w takie miejsce i nerwy mi siadły.

Przeżyłam. Przeżyłam, choć uratowana na stole operacyjnym, o mały włos nie roztrzaskałam sobie głowy poza nim. Całe szczęście wokół znajdowało się kilka przytomnych osób, które na onkologii znajdowały się z powodów nieco innych niż mój powód, bo z powodów naprawdę poważnych. Rzecz w tym, że gdy ludzi dotyka choroba, a mówię tu o prawdziwej chorobie, takiej chorobie, co sama jej nazwa wywołuje lodowaty lęk, takiej chorobie, co jest dotykiem zła, kąsaniem bestii, wampirycznym pasożytem – ludzie ci mają w sobie więcej przytomności, dobra, uśmiechu i serdeczności niż cała zdrowa ludzkość na tej planecie.

Właśnie takich ludzi spotkałam w Wojewódzkim Centrum Onkologii w Gdańsku. Tacy właśnie ludzie, łapiąc mnie w locie śmierci, uratowali mnie od pędu życia.

———————————————————————————

PS. Wołoską, co zabrała mnie ze szpitala oraz koleżanki i kolegów z mojej pracy uściskam osobiście, gdy tylko wstanę na nogi. Oni wiedzą, za co.

E-mail od Pana B.

Będziesz zawsze piękna, młoda i szczęśliwa, znikną zbędne kilogramy, cellulit i pryszcze

kubrynska_sylwia_001

Moja droga! W dniu twoich urodzin składam ci najlepsze życzenia. Ale co to za składanie życzeń bez ich spełnienia? – zapytasz. Będziesz miała rację. Dlatego, proszę bardzo, nie ma sprawy. Oto spełniam.

Nie, to nie jest żadna diabelska sztuczka, wręcz przeciwnie. Spełnienie życzeń jest bardzo proste. Wszystko jest w zasięgu ręki. Nie wierzysz? Musisz. Nie ma nic bardziej realnego. Przecież widzę, że sprawdzasz skrzynkę mailową trzydzieści razy dziennie w nadziei, że przyjdzie wreszcie wiadomość, która odmieni twoje życie. A moja wiadomość odmieni twoje życie, zapewniam. Wszystko załatwione. Już mówię co i jak.

Po pierwsze, twoje książki zostaną wydane w najlepszym wydawnictwie na świecie. Dostaniesz honorarium za cały nakład, solidny procent od każdego sprzedanego tytułu, promocję w radio, prasie, telewizji, a także przez internet, Amazon, Empik, co tam sobie chcesz. Nikt cię już nie oszuka, a nawet jeśli – nie będzie cię to martwić. Powiem więcej: będziesz na to gwizdać!

Po drugie, wygrasz wszystkie możliwe konkursy literackie. Nieważne, czy bierzesz w nich udział. Liczą się marzenia, a tych ci nie brakuje. Dlatego od tej pory należą ci się najpiękniejsze nagrody we wszystkich kategoriach gatunków literackich z poezją włącznie. Nie piszesz poezji? Mylisz się. Poezją jest to, co nienazwane.

Kolejna sprawa, praca. Wkrótce awansujesz, albo otrzymasz propozycję nie do odrzucenia. Zresztą, co ja mówię. Cokolwiek by się nie wydarzyło, będzie wspaniale. Samochód ci się psuje? Kupisz sobie nowy. I zegarek, i telefon też. Coś mi jednak mówi, że machniesz na to ręką. Po diabła ci samochód? Wszak od tej pory będziesz miała wszystko nowe i piękne. Cera ci się wygładzi. Wzrok się wyostrzy. Znikną zbędne kilogramy, cellulit i pryszcze. Cofną się lata. Wrócą krótkie spodenki i odrapane kolana. Wiatr we włosach i błysk w oku. Promienny uśmiech, dni białe jak piasek na plaży, noce jak dyskotekowa kula. Miłość! Romantyczna wędrówka wśród dzwonków konwalii. Różane olejki na prześcieradle, księżycowe wyznania.

Święta, święta, malowane jajka! Wiosna, tysiące wiosen! I jesienie, te najpiękniejsze, złote polskie! Liście z purpury, babie lato, naszyjniki z rosy. A zima? Co za pytanie! Gwiazdki migotliwe, śnieg na rzęsach, góry prezentów! Muzyka, kochana! Niebiańskie harfy, śpiew aniołów, kryształowe nuty. No i to nieustanne natchnienie. Wszystko, wszystko, co zechcesz. Słońce na bezchmurnym błękicie. Lato bez komarów. Kawa bez goryczy. Tęcza bez końca. Radość, beztroska, jednym słowem: raj.

Musisz tylko spełnić jeden warunek. To bardzo proste. Idź do przychodni i zbadaj się. 

Twój na zawsze

Pan Bóg 

Zagłada ludzkości na cztery litery

Kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, mają w sobie zawsze coś fajnego do obśmiania

cellulit2

Z wielkim zainteresowaniem czytam doniesienia portali internetowych o stopniu zaawansowania cellulitu na tyłkach poszczególnych gwiazd płci żeńskiej i, rzecz jasna, wielkości tych tyłków. Czytam z zainteresowanie, bo po pierwsze informacja ta jest niezwykle ważna. Trudno dyskutować z tym, że misją dziennikarską jest pilne zawiadomienie społeczeństwa o tym, jak właśnie fatalnie wygląda pupa Natalii Siwiec i co wyszło spod spódnicy Magdzie Mołek.

Druga sprawa, problem nieatrakcyjnego tyłka faktycznie dotyczy tylko kobiet, a z kobiet zawsze warto się pośmiać. Kobiety pod tym względem nigdy nie zawiodą. One, w przeciwieństwie do mężczyzn, mają w sobie zawsze coś fajnego do obśmiania. Dlatego nie dziwię się, że fotografowie z taką sumiennością uwieczniają na portalach te śmieszne rzeczy, aby, walając się po podłodze ze śmiechu, mogli je zobaczyć najpiękniejsi panowie na świecie. Polscy mężczyźni uchodzą bowiem na całej kuli ziemskiej za najprzystojniejszych, ich atrakcyjność jest legendarna w świecie, jak bigos i kiełbasa. Żaden z naszych panów nie ma zbyt dużego tyłka, czy choćby fałdki nadprogramowego tłuszczu, a wszystko to, co się panom wylewa znad spodenek trzy czwarte – to dar niebios i czysta poezja.

Z kolei tym paniom, którym na widok cellulitu u innych kobiet grymas obrzydzenia wykręca twarz, szczerze zazdroszczę. Są to bowiem niechybnie kobiety bez skazy, bez jednego dołeczka na tej, tak pilnie obserwowanej części ciała. Są to zapewne nie ludzie, a przepiękne cyborgi żywiące się jedynie muzyką Bacha. Przecież żadna z tych nimf – gdyby była żywą kobietą – nie skręcałaby się z drwin na temat pupy innej, którą los pokarał tą straszliwą przypadłością.

Przeczytałam gdzieś, że 85 procent kobiet jest “dotknięta tą chorobą”. Co gorsza, jak podaje Wikipedia – leku jeszcze nie wynaleziono. Oczywiście wielu leków na inne choroby nie wynaleziono, ale pal sześć inne choroby! Mamy wszak do czynienia z 85-procentowym zakażeniem! Toż to pandemia! Nie wiem, czy ludzkość przetrwa.

Jedyna nadzieja w facetach.

***

Dla tych kobiet, które należą do 85 procent “dotkniętych chorobą”, podaje przepis na zniknięcie tyłka (jest to jednocześnie przepis na zniknięcie całej kobiety, ale co zrobić, takie są koszty):

Śniadanie:

1 opakowanie

1 łyżeczka

1 szklanka (przy większym apetycie dopuszcza się butelkę)

Obiad:

1/3 miski

1 paczka (niecała)

Pół siatki

Szczypta

Podwieczorek

1 pucharek

Dwa łyki

Kolacja:

I tu można jeść do woli wszystko, pod warunkiem, że to co jesz, nie rzuca cienia.

Witkowski, oddaj moje sto milionów!

Mamy do czynienia z sytuacją, w której pisarz gej wydymał wszystkich dookoła 

z15669492Q,Michal-Witkowski

Michał Witkowski, kadr z wywiadu dla Pudelek.pl (proszę zwrócić uwagę na powtarzający się motyw ściany).

Sprawa Malanowskiej, od której jakiś czas temu nagle zawrzało w mediach i na salonach, okazała się być li tylko preludium do rasowej wrzawy polskiej, do prawdziwego oburzenia, do hejtu w najczystszej postaci – mianowicie do sprawy Witkowskiego. Pisarz, który beztrosko wyznał przed kamerą Pudelka, że sama jego zaliczka za książkę wynosi pół miliona złotych, doprowadził środowisko literackie (i nie tylko) do furii ostatecznej. Uważam, że to zrozumiałe. Witkowskiego „tirli tirli” na nosie nie sposób zaakceptować, jeśli się jest:

1. Pisarzem.
2. Polakiem.

Po pierwsze, żaden pisarz nie może spać spokojnie, jeśli drugiemu wiedzie się dobrze. Po drugie żaden, Polak nie może spać spokojnie, gdy drugiemu dobrze się wiedzie. Rzecz oczywista, dowiedziona. Niewykluczająca, broń Boże, niechęci do osoby, której się dobrze nie wiedzie. Osoba, której się dobrze nie wiedzie (przykład: Malanowska) mogłaby być usprawiedliwiona tylko w jednym przypadku – jeśli by się pogodziła z niedolą. Wszelki brak pokory na smętny los, wszelkie jojczenie, roszczenia, aspiracje powinny być tłumione w zalążku i wyszydzane. Szyderstwo to jednak – powtarzam – jest niczym w porównaniu z falą niechęci do bogatego, do szpiku zepsutego, homoseksualnego (!) pisarza, który nie dość że bezczelnie zgarnia za swoje duby smalone fortunę, to jeszcze nie rozdaje jej ubogim, nie wspiera kościołów, nie wysyła jej potajemnie chromej babci, tylko – uwaga, uwaga! – wstrzykuje sobie botoks.

Kolejny powód do oburzenia: Tomasz Piątek wyliczył, że Witkowski wcale nie zarobił miliona na książce, to niemożliwe. Zgadzam się. Witkowski zarobił na swojej książce dużo więcej! I ukrywa to! Wykończone przez Witkowskiego wydawnictwo „Świat Książki” zwija już manatki z rynku, a księgarze płaczą. Obliczenia Tomasza Piątka mówią jasno: nikt na Witkowskim nie zarobił, wręcz odwrotnie. Nawet korzyści chirurgów plastycznych są tu niejasne. Pisarz się bowiem chełpi w wywiadzie swoimi wpływami w różnych środowiskach, także w środowisku lekarskim. To pozwala przypuszczać, że lekarze wstrzykują mu ten cholerny botoks za darmo! Mamy więc do czynienia z taką sytuacją w naszym hetero-przyzwoitym kraju, w której pisarz  gej wydymał wszystkich dookoła.

Dobra, trudno. Nie to mnie trapi. Uważam, że skandal polega na czymś zgoła innym. Otóż skandal polega na tym, że żadna złotówka z kieszeni Witkowskiego nie powędrowała, przykładowo, do mojej kieszeni. (Każdy inny pisarz przyzna mi w duchu rację, tylko kieszeń wskaże swoją.) Inna rzecz, że zbieżność nazwisk wydawcy, który mi nie zapłacił i pisarza, który zgarnia miliony – daje mi do myślenia. Spisek? Oczywisty.

Schowaj piersi, pokaż cycki!

Kultura każe ukrywać karmiące piersi, choć cycki w reklamach prezentuje się na dziesięciometrowych afiszach

reklama-perfum-tom-ford-for-men

Pisałam już kiedyś, że cycki należą do facetów . Rzecz mało odkrywcza, choć dla mnie trochę niepokojąca, zwłaszcza że sama jestem kobietą, posiadam cycki – ergo: jestem w sprawę uwikłana. Głupio, sami przyznajcie, taszczyć całe życie coś co w ogóle nie jest moje. Ale, ale. Taszczenie czegoś, co do nas nie należy i o czym nie decydujemy jest psim obowiązkiem kobiet i nikt tu Ameryki nie odkrywa. Tym bardziej nie ma co się dziwić, gdy ochroniarz galerii handlowej wyrzuca z miejsca publicznego kobietę karmiącą piersią swoje dziecko, bo mu się ten widok nie podoba.

Pod tekstem w Gazecie Wyborczej opisującym zdarzenie większość komentatorów staje za ochroniarzem murem. Ochroniarza popierają zarówno mężczyźni jak i kobiety. Mężczyźni, którzy połętając się na co dzień po galeriach handlowych potykają się o najróżniejszego formatu reklamy z roznegliżowanymi modelkami; ci sami, którzy na co dzień w każdej odsłonie pierwszego lepszego portalu informacyjnego zalewani są golizną w przeróżnym wydaniu; wreszcie ci, co wieszają w warsztatach samochodowych (ostatnio widziałam też w biurze drukarni) kalendarze z gołymi cyckami. Ale przecież kupczenie cyckami jest fajne. Karmienie nimi dziecka – wstrętne. Nic dziwnego, że ci sami faceci, zachwycający się kalendarzem Pirelli, na widok karmiącej matki doznają:

Onieśmielenia?

Wstydu?

Skrępowania?

Szoku?

Obrzydzenia?

Ścisku jelit?

Omdlenia?

Złości na to, że jakaś inna istota rozporządza tym, co należy od wieków do facetów?!

Inna sprawa: kobiety. Im się w sumie nie dziwię. W końcu całe życie targają coś, czym same rozporządzać nie mogą i na co nie mają wpływu. Coś, co za ich aprobatą jest przedmiotem handlu. Jeśli więc widzą cycki w innej roli, wpadają w popłoch. Popłoch tym większy, że nagle nie mają one nic wspólnego ani z seksem (do którego jako seksowne narzędzie są tak przyzwyczajone), ani z wystrzelonym w kosmos biustonoszem z Chin, ani z reklamą siłowni, ani z niczym NORMALNYM, tylko do licha z jakimś pierwotnym, obrzydliwym, cytuję: “afrykańskim” karmieniem dziecka. Przyznajcie, można zbaranieć. Można. Można wygenerować pełne oburzenia komentarze. Można głosem zniesmaczonych przyzwoitek sugerować, że matka z dzieciakiem powinna była się udać do toalety. Wspaniały pomysł, przyznaję, jednak wymagający uściślenia. Jak rozumiem, można karmić niemowlę w toalecie – ale chyba na sedesie w zamkniętej kabinie? Bo przecież przez toaletę w galerii handlowej przewalają się tłumy potencjalnie zgorszonych obcych!

Wszyscy się zgodzą, że wedle panującego terroru na karmienie piersią taka matka nie ma odwrotu i karmić musi. Ale, na Boga, w ukryciu! Kultura każe ukrywać karmiące piersi, choć cycki w seksistowskich reklamach prezentuje się na dziesięciometrowych afiszach w centrum miasta.

Wielu internautów napisało pod tekstem: „brawo dla ochroniarza!”. Brawo po stokroć! Brawo dla człowieka, który przepędzając karmiącą matkę z dzieckiem, ocalił nas od zguby oglądania przerażającego widoku cycków w tak haniebnej roli. Większość z nas głowę by przecież dała, że cycki to całkiem przyjemny przedmiot służący do sprzedaży opon, perfum, albo po prostu do przyzwoitego onanizowania się przed komputerem.

Dżuma

Zatrzymuje się oddech, kiedy Polska znika z mapy

42

Na Facebooku krąży animacja przedstawiająca zmiany terytorialne w Europie w ciągu tysiąca lat. Niby nic, niby zwykła historyczna plansza (niezbyt precyzyjna), a jednak coś w tej animacji nie daje spokoju. Patetyczna, pełna grozy muzyka? Na pewno. Ale to nie muzyka sprawia, że w pewnym momencie człowiek nie może oddychać. Coś narasta w krtani, coś dusi, wreszcie oddech zatrzymuje się, gdy Polska znika z mapy.

Od kilku tygodni w powietrzu unosi się dżuma. Zaraza jeszcze nie zabija, jeszcze nie wywleka z domów martwych, zawiniętych w prześcieradła ciał. Ona się inkubuje, ona się wykluwa. Zmutowana armia multiplikuje swoje bakterie pomału, po cichu. Nikt nie wie, co z nią zrobić, jak się ustrzec. Ludzie coś mówią, jakoś protestują. Ktoś coś wrzuci do Internetu, inny wyjdzie z transparentem. Niezwykłe zainteresowanie historią nagle nas zmusza do zaglądania w poprzednie wieki. Patrzcie, jak kiedyś było! Patrzcie jak teraz będzie! Przepowiednie, proroctwa zdobywają pierwsze strony gazet. Niby wszyscy wiedzą, niby się domyślają. Składają puzzle doświadczeń, szukają podobieństw. Już nas kiedyś dżuma zabiła. I co z tego? Skąd teraz wziąć szczepionkę na dżumę? Tego nie wie nikt.

Dżumę czują wszyscy. Poranna kawa już inaczej smakuje, wiatr też silniejszy. Rozsiewa prątki, roznosi morowe powietrze. Patrzymy tępo w telewizor, leniwie śledzimy Internet. Jesteśmy zmęczeni. Tyle dżum już przeszliśmy. Ile razy można umierać? Ile mogił można kopać, ile można ponieść strat? Ile razy można przegrać? Dzieciom w szkołach już trudno spamiętać. Historia to przedmiot bodaj najtrudniejszy. Łatwiej pojąć fizykę kwantową, przynajmniej nic się nie zmienia. Biologia, chemia – też bułka z masłem. Raz nauczony człowiek może odetchnąć. Ile kręgów szyjnych ma ssak? Siedem. A gdy wybuchnie wojna? Też siedem. A podczas trzęsienia ziemi? Siedem. A w huraganie? Siedem. A podczas dżumy? Nie zmienia się też liczba wiązań wodorowych par zasad komplementarnych. Nie zmienia się wartościowość węgla! Liczba π, niech ją szlag, nie kończy się, ale jest stała. Przyspieszenie ziemskie? Temperatura wrzenia? Same banały. Dwa plus dwa, choćby się powieś, daje zawsze tyle samo.

Podręcznik do historii to najmniej aktualna książka na świecie. Wystarczy jedna niewidzialna pałeczka dżumy, by jej karty spłonęły na wojennym stosie. Zaraz i geografię można by wrzucić. Niech płoną! Znów jest okazja do palenia książek. Płonie ognisko i szumią knieje. Kręcimy się w kółko jak kula ziemska. Pijany ruski sołdat. Tik – tak. Tik – tak. Dzień – noc. Wiosna- Lato. Jesień – zima. Nie ma Polski. Znikła Ukraina.

Nasza dżuma drży w powietrzu. Pełza pod drzwiami, wnika w dziurki od klucza. Konsekwentnie dzień po dniu wysyła swoje pchły pod nasze kołdry.  Na Facebooku krąży animacja ze zmieniającymi się granicami państw. Kończy się oddech, gdy Polska znika z mapy. Jak się przyjrzeć, ze ściśniętej w nicość ziemi biegną na oślep małe, szare gryzonie.

Czy ktoś słyszy ich wołanie?

Jak zostać pisarzem i nie zarobić na tym ani grosza

Po cichu zazdroszczę Kai Malanowskiej, że jej w ogóle zapłacili

304133_2020559189607_678755864_n

Przeczytałam wywiad z Kają Malanowską, zainspirowany jej wpisem na Facebooku, że w 16 miesięcy ciężkiego pisania zarobiła tylko 6 800 złotych i chce sobie przez to strzelić w łeb. Świetny powód. Ja w ogóle uwielbiam poważne powody do strzelania sobie w łeb. 6 800 zł może się wydawać argumentem żelaznym. Nie wiem jak wy, ale ja na 6800 zł bez namysłu odpaliłabym giwerę. Niestety nie mogę. Nie mam tych 6 800 zł.

Zacznijmy od początku. Jak to jest napisać książkę? Ja pisałam swoją 1,5 roku. Malanowska podobnie – 16 miesięcy. Po osiem godzin dziennie. To daje 2 560 godzin pracy. Przeliczając na strony (książka ma jakieś 300 stron) – jedna strona powstawała w ponad 85 godzin. Ktoś zaraz zakpi, że ryła ją dłutem w kamieniu. Zgadzam się. Książkę ryje się dłutem w kamieniu. Podobno Bułhakow pisał swoje dzieło 10 lat. Ile to wychodzi na stronę? Cóż, kamień papieru jest twardy. Ale nie ma innego wyjścia. Trzeba w nim ryć. Mimo że człowiek zapomina zjeść śniadanie, a jak przypomni sobie około północy, że jeszcze nie jadł, wpada mu do głowy nowy wątek i ryje na czczo do rana.

Każda myśl, każdy przedmiot na parapecie, każde spojrzenie w okno, rozmowa ze znajomym, jazda autobusem, zakupy w lumpeksie, wizyta na poczcie, kanapka, butelka wódki, wszystko, absolutnie wszystko każe ryć w kamieniu kolejną stronę i nie ma siły, która to zatrzyma. Zatrzymać może tylko jedno nieszczęście, a nieszczęścia tego nikomu nie życzę, bo jest to najstraszliwsza z możliwych możliwości i nazywa się, do wyboru: Wielkie Nic, Pustka, Zapadka, Niemota.

Ale tu nie ma mowy o Niemocie. Jest twórczość, jest wena. Co nam przyświeca? Pieniądze? Ile? 6 800 złotych? 5 000 złotych? 200 złotych? 14 milionów dolarów? Nie wiem. Ja nie wiem, jakie pieniądze są w stanie zatrzymać, bądź poruszyć proces tworzenia. Jaki zamysł sprzedania książki wzruszy twórcze zwoje mózgowe artysty? Ile zer na koncie ją uszlachetni? I do kogo mieć żal, jeśli zer jest za mało?

Mnie też w pewnym momencie opętało. Opętuje mnie zawsze, gdy siadam do pisania. Robię to na własne ryzyko, bo jakże miałabym inaczej? Że co? Że po napisaniu miałabym żal, że się nie sprzedało? Albo: sprzedało się zbyt tanio? W przeliczeniu na miesiąc od napisania – zbyt skromnie? Czy reżyser, którego film okaże się klapą, może mieć pretensje?

Ale nie popadajmy w koleiny. Są bowiem inne sprawy, o których być może nie wiecie. Może przy okazji ktoś powie, jak to jest być pisarzem (artystą, muzykiem, przedsiębiorcą – niepotrzebne skreślić) w Polsce. Ja mogę być pierwsza. Proszę bardzo. Na wstępie tylko zaznaczę, że po cichu zazdroszczę Malanowskiej, że jej w ogóle zapłacili.

Moja książka wyszła drukiem w 2011 roku. Miała świetną promocję, którą zrobiłam głównie ja sama przy wielkiej pomocy serdecznego przyjaciela znającego rynek mediów. Mój wydawca nie zrobił prawie nic, jakby w ogóle nie interesowała go sprzedaż. Ale i tak o książce mówiono w TVN, w TVP, w radio, pisano w kolorowych gazetach, w najpopularniejszych dziennikach, na blogach, diabli wiedzą gdzie jeszcze. Mały wywiad na temat książki opublikował nawet FORBES (wg ostatniego filmu Scorsese: szczyt lansu). Przez kilka pierwszych tygodni od wydania książka nie schodziła z internetowej listy TOP Empiku. Można powiedzieć – raj promocyjny. Ale dla kogo ten raj? Książka kosztuje 32 złote. Część zabiera księgarz, część dystrybutor. No i wydawca oczywiście. Dla mnie, według umowy miało być, uwaga:

2 złote.

Miało być. Do dziś nie dostałam z tytułu sprzedaży książki ani jednej dwuzłotówki. Wydawca nie odbiera telefonów.

Ile jest takich autorów jak ja? Osobiście znam kilku. Znam też takich, którzy marzą, by się znaleźć choć na takim etapie. Żeby ich dzieło w ogóle powstało. Żeby ujrzało światło dzienne. Żeby było, namacalne, pachnące, wydrukowane, fizyczne. Żeby stało na półce w księgarni, żeby ktoś je przeczytał. Żeby ktoś pochwalił! Nieważne, że non-profit. Z czego więc żyje pisarz? Kaja Malanowska mówi, że pisarz ma “mamusię”, albo bogatego małżonka. Ale są tacy, co nie mają ani “mamusi”, ani bogatego małżonka, mają za to dzieci na utrzymaniu i oprócz pisania książek muszą dodatkowo pracować. Większość moich znajomych pisarzy pracuje. Ja też. Pracuję na etacie osiem godzin dziennie. Poza tym piszę do czasopism, dorabiam jak umiem. Mam to szczęście, że robię to co lubię, a gdy mnie opęta, rzucam się do pisania. Nie mam czasu strzelać sobie w łeb.

Malanowska wiedziała, jakie ma warunki wydawnicze. Zarobiła proporcjonalnie do wysokości sprzedaży i warunków wcześniej ustalonych z wydawcą. Oczywiście wolałabym, żeby zarobiła lepiej. Wolałabym, żeby wydawcy płacili pisarzom więcej, wolałabym, żeby płacili w ogóle. Wolałabym, żeby w Polsce ludzie kupowali więcej książek, a mniej wydawali na ciuchy w H&M. Ostatnio strzelano z ostrej amunicji do pracowników szwalni w Kambodży, którzy ośmielili się protestować przeciwko głodowym zarobkom. Szyją właśnie dla H&M, Zary i GAP. Nie mają za co żyć. Nie mają “mamusi”, ani bogatego męża, a ich dramat nie może znaleźć ujścia w poście na Facebooku.