W pętli oczekiwań

Oczekiwania są zawsze dużo fajniejsze od spełnienia. Ładnie to obrazuje przykład klasycznej najebki, w której zwykle oczekuje się, że tym razem żadnego kaca nie będzie

24906_1234590940892_6056160_n

Jest wiele niepojętych powodów, dla których w danej chwili nie chcemy sobie psuć dobrego samopoczucia. Dobre samopoczucie TERAZ jest zawsze dużo ważniejsze od dobrego samopoczucia POTEM. Ładnie to obrazuje przykład klasycznej najebki, w której chwila dobrego samopoczucia jest tak ważna, że nikogo nie zniechęca perspektywa dwudziestu czterech godzin złego samopoczucia w dniu następnym. Nie ma takiego kaca, który by przyhamował rubaszność sprzed świtu. Powiem więcej. Zawsze oczekuje się, że tym razem żadnego kaca nie będzie. Dziś jest mój dzień! Dużo nie wypiłem! Spoko!

Podobnie jest z dryfowaniem w nieświadomości. A raczej z uporczywą niechęcią do zadawania pytań, by broń Boże, nie zawieść oczekiwań. Oczekiwania regularnie robią z nas jełopów, ale nic to. Bądźmy dobrej myśli. Oczekujmy cudów.

Załóżmy, że strasznie nam się podoba pewien brunet (blondynka?) spod Wrocławia. Tak nam się podoba, że jesteśmy w stanie zarwać trzy dni i trzy noce, ciągnąć się pociągiem na drugi koniec Polski po to, by brunetowi (blondynce?) zrobić niespodziankę. Niestety tak nam zależy na dobrym samopoczuciu podczas owego romantycznego desantu, że nie przyjdzie nam do głowy, by przed podróżą upewnić się, czy ów (owa) ma na spotkanie ochotę? Czy na pewno ma czas? Może umarła? A może wyjechał do Skierniewic? Do wojska go zwinęli? Jest chora? Coś tam? Właściwie wszystko jest możliwe, ale my nie dzwonimy w piątek rano, tylko w pewności zaklętej jedziemy. Siedzimy w przedziale nieruchomo, najchętniej byśmy telefon i laptop wyłączyli, żeby żadna wątpliwość, żaden zdradliwy SMS, rozczarowujący do bólu mail, czy telefon – nie zdmuchnął tego płochliwego ptaka, jaką jest nasze chciejstwo.

A wystarczy zadać pytanie. I już nawet nie pytanie do bruneta, czy blondynki, pal ich diabli. Chodzi raczej o pytanie do siebie: o co ci właściwie chodzi? O co ci chodziło wtedy, gdy pojechałaś do Warszawy na spotkanie z wydawcą, który tego dnia właśnie zachorował i zapomniał cię o tym powiadomić? Czemu nie zadzwoniłaś, żeby się upewnić, czy oby na pewno spotkanie jest aktualne? Można było oddać bilet w kasie i pójść na gofry do Sopotu. Ale twoje oczekiwania kazały ci się tłuc za 120 złotych przez 6 godzin w jedną stronę, odbić się od drzwi biura prezesa z bolesnym wzrokiem sekretarki na plecach, postać dwa kwadranse pod pomnikiem Kopernika na deszczu i upić się z rozpaczy na Krakowskim Przedmieściu. O kacu nie wspomnę.

O co ci chodziło, gdy pojechałaś do Krakowa z walizką pełną rękopisów z zaklętym przekonaniem, że znajdzie się tam ktoś, kogo one zainteresują? Co masz z tego, że nie zadajesz nigdy pytań, proszę Państwa, a jakie Państwo przeznaczyli honorarium za te wszystkie moje wspaniałe odczyty, prelekcje i konferencje, których propozycjami mnie Państwo raczyli zaszczycić?

To ja ci teraz powiem, o co chodzi. Chodzi o iluzję. Zaczarowanie rzeczywistości. Wyobrażenie, że tak się stanie, jak ty oczekujesz. Że gdzieś w świecie czeka na ciebie zabójczy brunet, z którym przeżyjesz niezapomniane chwile, prześliczna blondynka, która cię uwielbia i za tobą strasznie tęskni. Że wydawca czeka w pąsach i w zachwycie na twoją powieść, że wystawcy na Targach Książki oniemieją czytając twoje wiersze, że te wszystkie kulturalne instytucje na pewno ci zapłacą za to, że przyjedziesz i zrobisz im show, a przynajmniej zwrócą koszty podróży, bo przecież napisali ci w mailu, że jesteś nadzwyczaj fajna. A skoro jesteś taka nadzwyczaj fajna, to chyba nikt nie zrobi w balona, co?

Owszem, zrobi. I bardzo dobrze o tym wiesz. Ale przecież tu chodzi o to, żeby tej prawdy nie wyartykułować. Żeby ją odsunąć. Oddalić, rozłożyć na drobne fiaska, którymi się potem obdzieli przyjaciół, rodzinę, ludzi na peronie, polityków, korupcję, deszcz i okrutny los. Tylko że ani rodzina, ani znajomi, ani ludzie na peronie, nawet politycy, korupcja, deszcz czy okrutny los – nie mają nic wspólnego z tą prawdą. A prawda jest taka, że większość oczekiwań to wytwór twojej wyobraźni, a rzeczywistość ma cię w dupie. Większość ludzi ma większość ludzi w dupie. Warto sprawdzić, czy przypadkiem ciebie wśród tych drugich nie ma.

Wolisz nie sprawdzać. Wolisz tłuc się pociągami, tramwajami, wolisz ciągnąć za sobą ciężką walizkę przez trzy dzielnice obcego miasta, nie dojadać, wydawać ostatnie pieniądze na bilet, spieszyć się, spieszyć tam gdzieś, gdzie nikt na ciebie nie czeka. Ale przecież ty nie wiesz, że nie czeka, bo nie masz czasu się dowiedzieć, bo lecisz, biegniesz, działasz, jesteś w ruchu, w obiegu, w zaangażowaniu wielkim, w procesie, w zamęcie, a przede wszystkim w przekonaniu, że w tej chwili masz ciągle jeszcze wielkie oczekiwania.

Zamiast pójść na gofra.

Kubryńska w krainie czarów

Zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy zatęskniłam do czasów bez prądu. Wracam do domu wieczorem i…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nawet nie wiem, kiedy to się zaczęło. Po prostu w pewnym momencie się zadziało. Najpierw w sprawach błahych, nieistotnych. Ot, po prostu jakaś zachcianka z rana spełniała się wieczorem. Kto by na to zwracał uwagę? Rzecz przypadkowa, nielogiczna. Mówisz do siebie przy śniadaniu: ciekawe co u Zenka. Dawno się nie widzieliśmy. I bach, dzwoni Zenek. Albo zastanawiasz się, jak tu skombinować parę dych na wieczór i przychodzi zwrot podatku. Dobra. Żadnej magii w tym nie ma. Ale kiedy na przykład mówisz nad ranem, że musisz wreszcie (wreszcie!) zadzwonić do redakcji i namówić ich (przekonać!), na publikację twoich tekstów w wersji papierowej, choć wiesz dobrze, że to niełatwe, każdy by tak chciał, trzeba by wymyślić naprawdę coś wyjątkowego, jakiś paraliżujący pomysł przedstawić, jakoś to uargumentować, a te argumenty muszą być z tytanu – i tak sobie myślisz cały ranek, po czym odkładasz sprawę na później, bo przecież nie ma hop siup, tak się pstryknięciem palcami nic nie wymyśli, na to trzeba mieć głowę wolną, trzy dni na zadumę i patrzenie w chmury, a potem jeszcze tydzień na bolesne próby i błędy, wykuwanie dłutem w kamieniu genialnych fraz, w pocie czoła to mozół, Jezus Maria. Odkładasz zatem sprawę i idziesz po drożdżówkę, po czym wracasz, siadasz do komputera i odbierasz taki oto mail:

– Cześć, Sylwia, chciałabym zaproponować ci stałą rubrykę w wersji papierowej naszego pisma.

Albo, jeśli załóżmy, nad ranem rozmawiasz ze znajomą przez telefon i, by rozwiać szarość poranka, bąkniesz coś o takim kolorowym pomyśle, jakim jest wydanie nowej książki, bo przecież od dawna to za tobą łazi, od dawna cię gniecie i tylko fakt, że wydawanie książki to smok siedmiogłowy nie do pokonania – cię przed tym całym procesem wstrzymuje. Ty już to znasz, ty wiesz jak to wygląda, nieprzespane noce, rozdygotane myśli, mokra od potu poduszka. Wysyłanie dwóch tysięcy maili do zaklętych milczeniem wydawnictw i upokarzające telefony. Odrzucenie! Chimeryczność! Widzieliście „Poznasz przystojnego bruneta”? Jak nie widzieliście, to zobaczcie. Obejrzyjcie i raz na zawsze wyleczcie się z pisania książek. Przynajmniej na razie. Ale kiedyś, owszem. Kiedyś, w przyszłości trzeba będzie napisać. Koniecznie. Jak będzie więcej czasu. Bo do tego trzeba strasznie dużo czasu. Rzeka czasu, ocean cierpliwości. Siedem gór i wodospadów. Za miesiąc. Za rok. Dwadzieścia lat. Dwadzieścia pięć.

I tak sobie mówisz, słuchawkę odkładasz i zajmujesz się wypełnianiem PIT-u. Zapominając na śmierć, że ty już TO powiedziałaś! Powiedziałaś, amen, nie ma odwrotu! Słowo się rzekło i gdzieś w rzeczywistości równoległej obraca w czyn! A ty sobie beztrosko PIT wypełniasz! Ty sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic, pod nosem przekleństwa na Ministerstwo Finansów rzucasz! A tymczasem na poczcie tupie nogą mail z wydawnictwa. A w nim przekaz, że oto, droga Pani, sprawy same się pozałatwiały. Góry i rzeki się same pokonały. Rwące strumienie, wodospady i oceany się rozstąpiły. Dżin z butelki wyleciał i siedmiogłowego smoka udusił. Chimerę zdławił. Uporczywe, nigdy nie zaistniałe milczenie rozwiał. Upokarzające, nigdy nie wykonane połączenia telefoniczne – rozłączył. A książka? Voilà! Gotowa. Tylko powiedzieć: tak.

Teraz już zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy opowiadałam Basi, jak to fajnie kiedyś było, gdy mi prąd odłączyli. Świeczki w Lidlu kupiłam, w kominku napaliłam. Straszne siupy. Nawet na blogu o tym napisałam. Ha, ha, ha. Mówię ci, Basia, warto było. Człowiek bez prądu docenia rzeczy niedocenione. Człowiek się staje wartościowszy. Przestaje pracować jak wariat, na chmury patrzy. Na księżyc i zorzę polarną. No, same plusy. Świetna sprawa. Mam mówić dalej? Mam tłumaczyć, co zastałam po powrocie z pracy?

Nie wiem, jak długo te czary będą działać. Zanim jednak się skończą, kupcie jutro Gazetę. Jeśli w jutrzejszym wydaniu Wysokich Obcasów będzie felieton w rubryce Kubryńskiej, to znaczy że jeszcze działają.

Domyśl się!

– O co chodzi?, – O nic!. Odpowiedź ta jest zagadką ludzkości, nierozwikłanym wielomianem zmiennej. Nikt nie wie, co się pod tym kryje. Wiadomo tylko, że coś się kryje…

9a659e6669ed70c1626f2200c9670544

Ludzie generalnie mówią do siebie zagadkami. Gdy o coś chodzi, to ogólnie wiadomo, że nie wiadomo, o co. Jest taki dialog, dość powszechny: ”O co chodzi?, – O nic!”.  Odpowiedź ta jest zagadką ludzkości, nierozwikłanym wielomianem zmiennej. Nikt nie wie, co się pod tym kryje. Wiadomo tylko, że coś się kryje. Coś? Bezmiar znaczeń! Najczarniejszy pod słońcem X, szydercza niewiadoma, której żadne obliczenia nie wyjaśnią, żadne wykresy nie wskażą, żadne układy równań, ani wyciąganie pierwiastków – nie odkryją. Każda, najżmudniejsza próba dochodzenia kończy się tym samym, bolesnym dźgnięciem:

– Domyśl się!

Weź się domyśl. Weź się z tej plątaniny pretensji, że JESZCZE się nie domyśliłeś – wydobądź. Nie da się.Tym bardziej się nie da, że powietrze tężeje od ołowianego focha. Jeszcze się nie domyśliłeś? Co może oznaczać, że jeszcze się nie domyśliłeś?! To może oznaczać wszystko! Całe zło tego świata! Że masz w dupie. Że nic cię nie obchodzi. Pewnie. Każdy by tak chciał. O, jak fajnie jest mieć wszystko w dupie! Czemu ja nie mam wszystkiego w dupie? Czemu mnie musi wszystko obchodzić? Wszystko na mojej głowie! Ciężar życia na moich barkach! Ale, jasne. Ktoś musi nie mieć w dupie, żeby w dupie mógł mieć ktoś. W końcu wiadomo, kto tu jest moralnym zwycięzcą. W końcu wiadomo, kto ma sumienie. Bo chyba nie ty. Jakbyś miał sumienie, to byś się domyślił. Jakbyś miał odrobinę przyzwoitości, to byś chociaż się domyślił, czego domyślać się możesz! W którą stronę swój domysł skierować? Za jakiego rodzaju domysł się brać? Nie wiesz? To nie mamy o czym rozmawiać!

Tak to mniej więcej wygląda. Dlatego ja nie będę do was mówiła zagadkami. Jeśli pytacie o co chodzi, od razu mówię. Proszę bardzo. Skoro już muszę to powiedzieć, trudno. Kawa na ławę. Jakby nie można było się domyśleć. Ale skoro już nie możecie się domyśleć, to już lepiej zamknijcie laptopy, wyłączcie komórki. Zostawcie wszelkie urządzenia, za pomocą których czytacie ten blog. Idźcie sobie na trawkę, nad rzeczkę. Popuszczajcie sobie kaczuszki. Zagrajcie sobie w kometkę. Bez łaski. Sama sobie poradzę! A prawda jest taka, że aktualnie jestem w dupie kosmicznej. Tak się mówi, bo to niby śmieszne, ale właściwie nikt jeszcze nie widział kosmicznej dupy i nikt do końca nie wie, na czym ta śmieszność polega. Ja też nie widziałam, ale bynajmniej nie napisałam tego, żeby było śmiesznie, bo mi wcale nie jest do śmiechu! Może wam jest do śmiechu?! Pewnie, śmiejcie się! Dobrej zabawy. A ja tymczasem jestem w dupie kosmicznej. Wyję pod stołem. Leci na mnie sufit. Słońce ma kolor czarny. Kartka A4 waży tonę. Zapisanie kartki A4 znaczy wysiłek równy wyryciu w kamieniu własnego testamentu. Wrzucenie na blog zapisanej kartki A4 graniczy z zejściem śmiertelnym z powodu wycieńczenia. Ale spoko, poradzę sobie. Mówicie o ołowianym fochu? Nie rozśmieszajcie mnie. Ja cała jestem z ołowiu! Kiedyś byłam wesołą blondynką, a dziś jestem ołowianym odlewem blondynki! I przez kogo? No, zabijcie mnie, w życiu nie zgadnę. Wy też nie zgadniecie? To super, możecie sobie pogratulować. Pójść na trawkę kaczki puszczać. Fajnie. Ekstra. Winszuję. Kurwa, zaraz oszaleję z wrażenia. Dalej nie wiecie o co chodzi? To sorry, ale ja nie będę wam mówiła.

Domyślcie się.

Naleśnik

Całe życie próbowałam się tego nauczyć. Nie umiem do dziś. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak się odpowiada na pytanie: co słychać?

Codziennie rano wypisuję sobie w terminarzu parę słów, które mają wypływać z mojego wnętrza, ze studni mózgu. Przypomina mi to owszem studnię, ale pełną smoły. Gdy już mi się uda wreszcie coś z niej wyłowić, jest to na przykład stary kalosz smutku. Znoszony gumofilc lęku. Strzęp niechęci. I gałgan z dna gardła, supeł na krtani. To właśnie słychać. Poklikamy?

Zawijam się w rulon, w naleśnik. Macie jakiś dobry przepis na naleśniki? Ciągle ktoś do mnie pisze, żebym dała reklamę na blogu. Ale co ja mam reklamować? Nic mi się nie podoba. Gdybym pisała blog kulinarny, byłoby lepiej. Na blogu kulinarnym mogłabym coś zachwalać. Na przykład mąkę. Wodę. Dwa jajka. I olej do smażenia naleśników. Olej do smażenia naleśników jest wspaniały. Kupujcie olej do smażenia naleśników. Ja się tymczasem zawijam.

Nie jestem dobrą kucharką. Nigdy mi się nie udaje. Zawsze, za każdym razem okazuje się, że trzeba było wyłączyć telefon. Albo chociaż wyciszyć. Zanim zadzwoni, zanim zapiszczy SMS. Hej, wpadnij dziś na bankiet, na piwo, do kina, na plotki. O nie, tylko nie bankiet, tylko nie piwo, tylko nie kino, tylko nie plotki. Na bankiecie, w pubie, w kinie i na plotkach polegnę. Zginę, zjedzą mnie, rozdepczą. Ale przecież to nie jest fizyka jądrowa. To tylko jedno małe pytanie. Takie proste. Banalne.

– Cześć!

– O, cześć.

– Co słychać?

– No, wiesz, u mnie codziennie to samo. Smutek, lęk i zrezygnowanie. Wczoraj bolała mnie głowa i dziś też. Przedwczoraj dla odmiany bolała mnie głowa i kark. A w poniedziałek podobnie chyba, ale jak chcesz wiedzieć dokładnie, to sprawdzę w terminarzu. Poczekasz?

 

Alicja

kobieta_oczy

Opowiem wam historię o Alicji. To bardzo prosta historia i wcale nie żadna baśń. Alicja była małą dziewczynką, gdy pierwszy raz ujrzała Smoka. Zamknęła oczy. A Smok ciągnął za włosy, ryczał w nocy pod łóżkiem, a w dzień skakał po zamkniętych powiekach. Na plecy właził.

Alicja rosła ze Smokiem na plecach i coraz bardziej się garbiła. Smok wyjadał jej serce i płuca tak, że oddychać nie mogła. Zza zamkniętych oczu nigdy nie ujrzała tęczy. Oddychała płytko, cicho, by Smok nie usłyszał. Cicho jadła i piła, cicho się bawiła. Co Smok chciał, robiła. Ale Smok chciał coraz więcej, aż zjadł jej całe serce.

Zadzwoniła do mamy, ale ta jej nie pomogła. Zadzwoniła do koleżanki, też żadnej ulgi. Prosiła wszystkich, pomóżcie, ale nikt jej nie pomógł. Kot z Chershire jej nie wsparł, nie pomógł Kapelusznik. Aż w końcu umarła. Udusiła się na śmierć. Zeszła pod ziemię, do trumny wlazła. Z pająkami w trumnie zaległa. W czarnej wodzie się utopiła. W pustkę się rozpadła.

Z pustki, jak Kot z Chershire, myśl się wydobyła. Zielona zorza polarna, posmak nicości. Czy już do wszystkich dzwoniłaś, Alicjo? Wszystkim się już poskarżyłaś? Na pewno? Wszak na liście kontaktów została jeszcze jedna osoba. Jeden nietknięty numer telefonu. I jej właściciel, który nie wie, że cisza, Alicjo, to nie zgoda. Że twoje milczenie to ból. Że się boisz. Że umarłaś. Że pustka ci się rozpadła. Kot z Chershire nie kręci numerów. Nie łapie za miecz. Puf, zdaje się i znika, kocia muzyka. Tylko ty, sama. Zadzwoń i powiedz. Weź miecz i walcz. To nie jest twoja ostatnia szansa. To szansa JEDYNA.

Spod wieka trumny, z pajęczyn mokrych wyjęła Alicja dłoń. Komórkę z bagna wyłowiła. Wyświetlacz przetarła. Mrok gęsty jak welur trupim światłem rozdarła. Nacisnęła klawisz. I zadzwoniła martwa Alicja zamkniętooka. Do Smoka.

Tęcza to zwykłe białe światło. Tylko inaczej widziane.

Jajniki Angeliny i mózg Terlikowskiego

Raczkowski pokazuje publicystę w gronie zwierząt układających prostą układankę. Terlikowski zwycięża przed małpą i kurą. Wielki to sukces, ale czy nie na wyrost?

Angelina Jolie prewencyjnie poddała się zabiegowi usunięcia jajników, aby uchronić się przed rakiem. Ma ona zdiagnozowaną mutację genu BRCA1, która niesie wysokie prawdopodobieństwo zachorowania na raka. Podobnie jak dwa lata temu, rzecz nie uszła krytyce prawicowych publicystów, o czym pisałam w tym tekście. Tomasz Terlikowski na portalu Fronda.pl ogromnie martwi się o amerykańską aktorkę z powodu jej decyzji dotyczącej JEJ ciała. Wiemy już, że ludzie tego pokroju roszczą sobie prawo do ciał wszystkich kobiet na świecie, nawet tych za oceanem.

Terlikowskiego owszem, przejmują jajniki Jolie. Do tego stopnia go przejmują, że wpada w popłoch na myśl o ich zmarnowaniu. Wszak straszliwa to buta chronić się przed śmiertelną chorobą, kiedy zyskiem jest para flaczków. I teraz te biedne flaczki leżą gdzieś w krematorium, a przecież mogłyby tak pięknie obrastać rakiem! Ale nie tylko o jajniki tu chodzi. Terlikowskiego troska idzie dalej. W swoim tekście niepokoi się przede wszystkim o mózg Angeliny. Sam tytuł wiele znaczy: „Kiedy Angelina Jolie amputuje sobie mózg?”. Według jego logiki, rak może zaatakować ten narząd, dlatego z pewnością również zostanie przez aktorkę wycięty!

Jakiś czas temu widziałam rysunek Marka Raczkowskiego, w którym pokazuje on publicystę w gronie zwierząt układających prostą układankę. Raczkowski pozwala w swoim dziele zwyciężyć Terlikowskiemu przed małpą i kurą. Zaiste wielki to sukces, ale czy nie dany publicyście na wyrost? Tekst o Angelinie może budzić wątpliwości. Jakże to bowiem możliwe, że Terlikowski nie wie, że bez jajników można żyć, a bez mózgu się nie da?

Marek-Raczkowski

Marek Raczkowski, Gazeta.pl

Sto lat bez samotności

945163_380043968770696_1518197175_n

Kiedy byłam mała, sama sobie robiłam kanapki do szkoły, sama sprawdzałam zeszyty. Drogę do szkoły pokonywałam bez pomocy, sama szukałam skrótu przez tory. Pająki, strachy oswajałam. Koszmary senne przepędzałam, w poduszkę płakałam też sama. Pęczniejące w głowie lęki sama uciszałam. Gorączkę w zmoczonej od potu pościeli sama chłodziłam. Rękę w topieli sama do siebie wyciągałam. Przez zboczeńcem w nocy sama uciekałam. Na stromych schodach w ciemności drżącą ręką sama szukałam klucza. Chcąc włączyć światło, w rozprute gniazdko sama włożyłam palce. Sama jęknęłam do siebie z bólu i sama wciągnęłam haust.

Ale potem coś się zmieniło. Najmniejsze dotknięcie duszy budziło zwątpienie w nicość. Jak to: sama?! Wśród nich! W niekończących się, pełnych znaczenia snach! Wśród cichych, niesłyszalnych oddechów! W gwarze wiekuistej ciszy! W sobie, we mnie, w środku. Gdzie żyje, tętni tłum.

Sławek, lat 67. Rak kości. Trochę się zżyma. Mówi, że lekarze są głupi. Nie wiedzieli, jak jego ból uśmierzyć. A to takie proste było, takie proste! Teraz już nie boli.

Elżbieta, lat 46. Wychodzi z szuflady, odgarnia włosy odrosłe po chemii. Tyle czasu, tyle zdarzeń, a ona tam uduszona! Najważniejsze, że teraz jest lepiej. Teraz oddycha. Rak płuc.

Jolka, lat 33. Też rak. Napchała sobie gałganów do brzucha, żeby pustkę wypełnić. Tyle jej powycinali! Śledzionę, nerkę, miłość. Ojciec się do niej nie przyznawał, na pogrzeb nawet nie przyszedł. Zamiast ojca, te gałgany ma chociaż.

Wujek Janek, lat 66, zawał. Wciąż przynosi mi ryby z połowu. Upiera się, żeby pić wódkę po nocy. Jemu nie zaszkodzi, a ja do pracy rano! Raz mnie o mało nie zatruł. Na pogrzeb cudem zdążyłam.

Krysia, lat 60. Zmarła nagle. Przychodzi i się uśmiecha. Siada do stołu, patrzy łagodnie i kręci głową. Nie martwcie się, powtarza. Udławiłam się – tłumaczy. To nic poważnego.

Berghi, 1,5 roku. Przyszła, jak Jolka – przed śmiercią. Nic nie mówiła, bo nie umiała mówić. Wspięła się na piec, poparzyła stopy. Uciekała od kogoś. Na drugi dzień, gdy zginęła, zrozumiałam od kogo.

Noemi, najstarsza, milczy. Jeszcze nie przyszła, choć od dwóch dni jest u Nich. Pewnie się ogarnia, rozpakowuje walizki. Ale to długo nie potrwa. Nie miała zbyt wielu rzeczy w hospicjum. Czekam więc, zapraszam. Czy przyjdziesz, Noemi, po swoje bursztyny?