Ewolucja człowieka, czyli jak stać się fejsbukowym kotem

Człowiek przestał być istotą rozumną. To piękny egoista, który absolutnie nic nie rozumie, co się wokół niego dzieje. Służalczo dopasowuje się do najgłupszego systemu, bezrefleksyjnie zbiera lajki. Ważne jest tylko „ja” i „moje”. Reszta jest głupia i zła

kot_fb

Jadę do pracy, po drodze ruch wahadłowy, wąska droga, pełno tirów i autobus. Nagle samochód mi gaśnie. I nie chce zapalić. Przepycham parę metrów do skrzyżowania, tam znów gaśnie. Koniec. Włączam awaryjne, ciągle próbuje odpalić, bez rezultatu. Za mną coraz dłuższa kolejka tirów. Nikomu nie przyjdzie do głowy mi pomóc. A ja siedzę w tym aucie skulona, dzwonię po pomoc, klnę pod nosem i czuję jak napływają mi łzy. Nawet zjechać na luzie tyłem nie mogę, nawet trójkąta postawić, bo tuż za mną stoją, stoją i trąbią jerychońsko, a taki tir to ma dwa miliony decybeli. I jego kierowca jest przekonany, że jak naciśnie mocniej ten klakson, to problem zniknie.

Przypomniała mi się inna scena. Parę tygodni temu ranny pies na jezdni sparaliżował ruch, nikt nie wyszedł z samochodu. Dwóch mężczyzn stało na chodniku i patrzyło na zwierzę. Ani oni, ani żaden z kierowców nie dostrzegł zależności między zakorkowaną ulicą, a cierpiącym psem. Nikt nie zrobił nic. Wszyscy trąbili.

W procesie ewolucji człowieka stało się coś zdumiewającego. Z jakiegoś powodu uległa zanikowi ważna sfera w mózgu. Powszechny narcyzm, ten laserowy egoizm przesłonił umiejętność logicznego myślenia. I choć ludzie są istotami stadnymi, stworzonymi do funkcjonowania w relacjach wzajemnych, wspólnego rozwiązywania problemów, wrażliwości na drugą osobę, współpracy i pomocy, coś się jednak zmutowało. Człowiek postanowił ewoluować w stronę fejsbukowego kota. Celowo używam określenia „fejsbukowy kot”, bo kot żywy jest istotą rozumną. Człowiek przestał być istotą rozumną. To piękny egoista, który absolutnie nic nie rozumie, co się wokół niego dzieje. Służalczo dopasowuje się do najgłupszego systemu, bezrefleksyjnie zbiera lajki i na oślep miota nienawistne oceny. Ważne jest tylko „ja” i „moje”. Reszta jest głupia i zła.

Kiedy zdawałam maturę, profesor od polskiego tak sadzał uczniów, by ci najsłabsi mieli dogodne miejsca do korzystania z pomocy naukowych. Maturzyści wzajemnie sobie pomagali. Najlepsi rozwiązywali zadania i puszczali je po klasie, żeby pomóc słabszym. Dziś określa się to naganną nieuczciwością. Dla mnie był to piękny przykład współpracy i zrozumienia. Nie wszyscy muszą być orłami z polskiego. Nie wszyscy są geniuszami z matematyki. Ale wszyscy sobie w ważnych momentach życia powinni pomagać. Pieprzyć system, ten durny egzamin, który ktoś kiedyś wymyślił i przez który po prostu trzeba jakoś przebrnąć, żeby pójść na wymarzone studia.

Maciek z matematyki zawsze był noga. Przed maturą umówił się z korepetytorem na douczanie. Korepetytorem był mózg matematyczny z trzeciego roku, Kuba. Kuba przyszedł, rozłożył notatki, zaczął tłumaczyć. Po trzech godzinach zrozumiał, że żadne tłumaczenie nie ma tu sensu. Że nawet jeśli spędzą razem miesiąc, nic nie wskórają. Maciek nie pojmie trygonometrii, a życie ułoży sobie tak, żeby nigdy z tej trygonometrii nie korzystać. Zanim skomentujecie, przyznajcie się. Kto z was czerpie z zasad funkcji cosinus? Czy nieznajomość relacji tangensa względem cotangensa (czy odwrotnie?) paraliżuje wasze życie? Ja pojęcia o tym nie mam i jakoś żyję. A więc da się. Trzeba tylko przeżyć ten egzamin, który stoi na drodze do realizacji życiowych planów.

Kuba odłożył notatki. Spojrzał na Maćka i powiedział rzeczowo:

– Zrobimy to po naszemu.

Plan był prosty. Maciek potajemnie robi komórką zdjęcie zadań, które natychmiast jest wysyłane na serwer do Kuby. Kuba rozwiązuje zadania i dyktuje Maćkowi przez bluetooth.

Maciek zdał swój egzamin dojrzałości. Nie wykazał się wprawdzie wiedzą matematyczną, wykazał się czymś ważniejszym – umiejętnością współpracy. Po maturze poszedł na historię, pomaga matce w antykwariacie. Do dziś nie ma pojęcia, co to jest cosinus. Za to przyjaźni się z Kubą.

Odpierdolcie się. Mam nadzieję, że zdążycie

Trafiłaś w samo sedno tym tekstem, w coś nawet więcej, w sam szpik kostny.

Ja się bardzo wcześnie zasznurowałam, bardzo szczelnie zamknęłam z tym swoim problemem, sama przed sobą udając, że się nic nie stało, że nie ma co. Miałam 19 lat. 48 kilo. I w głowie coś w rodzaju sieczki złożonej z naiwnych pytań o sens życia. W wieku lat jedenastu nauczyłam się zmieniać pieluchy na siostrze i gotować mleko z proszku. No to spoko, nie? A potem zderzyłam się z czołgiem na porodówce, dostałam wpierdol tak boleśnie, że przestałam się w ogóle odzywać. Wtedy właśnie postanowiłam, że dam radę.

Wczoraj przeczytałam Twój tekst i zrozumiałam, że dupa, że ja nigdy nie dałam rady. I że byłoby mi łatwiej, gdybym miała prawo to sobie powiedzieć. Byłoby łatwiej, gdyby cały świat nie stał mi nad głową i nie robił mi klasówki z matematyki na każdym kroku. Byłoby prościej, gdyby jakaś zasrana fundacja ofiarowała POMOC, zamiast tego popieprzonego moralizowania. Byłoby super, gdyby mi powiedziano, że spoko, że wiele rzeczy nie muszę tylko z tego powodu, że jestem kobietą.

Tak, zgadzam się z Tobą i powiem to samo, co Ty. Bo to brzydkie słowo grzęźnie mi w gardle od chwili, gdy tylko zobaczyłam ten obrzydliwy spot tej pseudo fundacji. I będzie grzęznąć jak tamten dławiący przymus spełniania czyichś oczekiwań. Będzie drapać, dopóki z siebie tego nie wyrzucę. A to słowo jest od początku do końca najdoskonalszym i w zupełności wyczerpującym komentarzem na tę obleśną, podstępną propagandę:

Odpierdolcie się od nas, kobiet!

zdazylam

Kliknij, aby przeczytać mój komentarz na „Wysokich Obcasach”

Grzech śmiertelny

Mdlałam ze strachu, słysząc zza tej kratki surowe polecenie, żeby ominąć regułki i przejść od razu do grzechów, a właściwie do tego jednego grzechu…

pacierz

To był mój największy strach, najdotkliwsze upokorzenie. Ten moment, kiedy okazało się, że muszę powiedzieć o najskrytszych tajemnicach mojego ośmioletniego życia obcemu mężczyźnie.

Musiałam wyznać wszystko komuś, kogo nie znałam, nie lubiłam, kogo nawet nie widziałam. Musiałam mu wykrztusić z przerażeniem najgłębsze swoje sekrety, najintymniejsze szczegóły mojego JA.

Przekroczyłam granicę własnej na siebie agresji i zacisnęłam na swojej szyi pętlę dławiącego wstydu. Mdlałam ze strachu, słysząc zza tej kratki zachrypnięty od surowości głos, ten karcący ton i brak cierpliwości, to ponaglanie, żeby ominąć regułki, żeby przejść od razu do tego, co najważniejsze. Do tego, co we mnie siedzi najgłębiej, do własnych ułomności i własnej na to niezgody, tej samej niezgody, która mnie ukorzy, udupi na całe życie.

Nie chciałam tego, czułam że to jakaś przemoc, ale to była przemoc tak wyrafinowana, tak ubrana w te święte metafory, że niemożliwa do określenia, zwłaszcza dla ośmioletniego dziecka. Dla dziecka, które z jakichś powodów musi wywlec swoją intymność i boleśnie zeskrobać z niej swoje „grzechy”.

I nie chodziło wcale o to, że dostałam dwójkę, albo kłóciłam się z siostrą, to było mniej ważne, choć za to też mogłam dostać reprymendę. Nie chodziło też tak naprawdę o opuszczenie mszy świętej w niedzielę, choć za to też mogłam być obsztorcowana. Z tytułu wielu swoich niedoskonałości mogłam poczuć się gorzej, ale koniec końców, dziwnym trafem zwykle chodziło o ten jeden konkretny, najstraszliwszy, śmiertelny i niewybaczalny grzech.

To, że to grzech, dowiedziałam się na lekcji religii, jakoś na początku podstawówki. To, że ten grzech jest śmiertelny, że za ten grzech idzie się do piekła na wieczne potępienie, na wieczne smażenie się w smole, na niekończące się tortury – dowiedziałam się w wieku ośmiu lat. W wieku ośmiu lat musiałam przyjąć, że dotykanie siebie prowadzi do samozagłady. I wtedy też musiałam zrozumieć, że każda chwila nieuwagi, każda moja słabość dyktowana najnaturalniejszą w świecie ciekawością, ściągnie na mnie konsekwencję tego zdławionego wyznania przy konfesjonale. I nie ma wyjścia, trzeba potem przynieść zaświadczenie, tę uświęconą karteczkę, którą wymyślono po to, żeby udowodnić, jak bardzo się nie ufa tym, które ufają bezgranicznie.

Dzieciom.

Jestem więc dzieckiem, mam osiem lat i za chwilę będę czuć gnijące spustoszenie, rozpadające się fragmenty swojej wartości, niszczącą siłę poczucia niewyobrażalnej winy, która wymiecie ze mnie dziecięcą ciekawość i akceptację siebie.

Znów skulę się na kolanach przed wielkim mężczyzną z zachrypniętym od surowości głosem i będę się krztusić, będę się palić ze wstydu, będę się kajać z powodu, którego właściwie nie rozumiem. I tak cichym głosem, jakby mnie nie było, jakbym w ogóle znikła, jakbym się pod ten konfesjonał zapadła, jakbym starła się w proch wiekuisty, będę odpowiadać na srogie pytania obcego faceta, będę się kruszyć przed jego dociekliwością: „ale sama, czy z kimś?!”, „ale jak często?!”, „jak długo”, „gdzie?!”, „dokładnie!”. A potem, wracając do kościelnej ławki, będę łykać łzy z upokorzenia i niemocy, bo za co to – przecież tak naprawdę nic złego nie zrobiłam.

Albo pójdę do piekła.

———————————————————————————

W Polsce co roku przystępuje do pierwszej spowiedzi ponad 300 tysięcy małych dzieci. Nikt nie stawia pytań, jaki wpływ na ich wrażliwość ma przymus wyznawania intymnych zwierzeń obcemu mężczyźnie. Nikt się nie zastanawia, co czuje dziecko, gdy się dowiaduje, że jest brudne i złe.

Matka Polka pokalana

Ktokolwiek stworzył ten świat, musi być w szoku widząc gatunek, który osobnikom z założenia żyjącym w celibacie wypłaca dwa miliardy rocznie, a samotnym matkom 77 złotych na dziecko

Jeszcze Polska nie zginęła, póki się rodzimy. Póki one rodzą. Wśród opryskliwych pielęgniarek i burkliwych lekarzy, upokorzone, z ogolonymi łonami, z przyklejonymi do brzuchów kardiotokografami, unieruchomione z bólu, wbijające sobie ze strachu paznokcie w dłonie, zlekceważone bohaterki wszech czasów. Przedstawicielki jedynego gatunku na świecie, dla którego własne przetrwanie stanowi dalszy plan.

Matki.

Niezgrabne, roztargnione, z mlekiem w cyckach, z rozczochraną spoconą głową, nieprzytomne z bólu, wydzierające się na pół miasta, aż się ludzie śmieją. Kwoki, mleczarnie, chodzące inkubatory. Grube bele, dupy szafy. Kłopotliwe w pracy, na urlopach macierzyńskich, na chorobowych, bezużyteczne, niewpasowane, z tym swoim inwentarzem nigdzie nie zapraszane. Z tą hałastrą męczące. Roszczeniowe „wózkowe”, bezczelnie pchające swoje wielkie niewygodne dupska w ten nasz zgrabny, fotoszopowy, ultranowoczesny świat.

One się nie ubierają w mundury, nie bawią się wojnę. Sztandarami nie machają. Ojczyzny naszej pól krwią nie roszą. Nie walczą. W powstaniach nie giną. Ich blizny nie pochodzą z przegranych powstań, ich blizny to świadectwo wygranej. Im nikt nie przyznaje orderów na uroczystościach, rocznicach wybuchu wojny, przegrania powstania, przewrotu, przeskakiwania przez płot, wyzwolenia, obalenia, podpisania i świadectw patriotyzmu. Ale to one w bólu wydawały na świat kolejne pokolenia, w schronach, w obozach, w domach, na obskurnych porodówkach, w przepełnionych szpitalach, w trudnych czasach kryzysu, stanu wojennego, internowania i mleka na kartki. To dzięki nim jesteśmy.

Tej logiki ludzkość nie potrafi pojąć. To prawda zbyt ciężka, jakby się „dwa razy dwa” tak skomplikowało, że żaden mózg na świecie tej zasady rozwiązać nie może. Ludzie latają w kosmos, obliczają dwusetne miejsce po przecinku liczby pi, a fundamentalnej oczywistości o zachowaniu gatunku nie potrafią zrozumieć. I wmawiają tym, od których zachowanie gatunku zależy, że ich rola jest DRUGORZĘDNA. Że jeszcze muszą bardzo się starać, żeby oprócz tej DRUGORZĘDNEJ roli, spełnić setki innych ról.

Więc one, Matki, wymagają od siebie cudów, że nie tylko wydadzą na świat potomstwo, nie tylko będą dbać, karmić, chronić, sprzątać, zarabiać, całe swoje życie poświęcą, ale jeszcze się odchudzą, jeszcze się wypindrzą, jeszcze się wyświęcą, jeszcze będą skakać wokół męża i całej jego rodziny, ze zszytym tyłkiem po porodzie będą smażyć kotlety, gdy przyjdzie obejrzeć wnuka. One się muszą podobać, rozstępy usuwać, wagę zrzucać, cellulit leczyć. Żeby tylko nie psuć humorów, żeby innym było miło, żeby nie przeszkadzało, że się po dziecku „rozlazły”, że karmią piersią w sklepie, że przewijają w knajpie. Muszą być grzeczne, fajne, gładkie, szczupłe, uśmiechnięte i święte.

Ktokolwiek stworzył ten świat, musi być w szoku widząc gatunek, który osobnikom z założenia żyjącym w celibacie wypłaca dwa miliardy rocznie, a samotnym matkom 77 złotych na dziecko. Ktokolwiek stworzył ten świat, umiera ze śmiechu słysząc, kogo ten gatunek prosi o pozwolenie na in vitro, żeby móc się rozmnażać. Gdyby zwierzęta, te wszystkie królowe matki w swoich ulach dowiedziały się, kto dyktuje warunki w naszym świecie – postukałyby się swoimi odnóżami w głowę. Bo w ich ulu nie ma miejsca na taki absurd.

Może zamiast religii w szkołach, powinno się po prostu puszczać filmy przyrodnicze? Może dzięki temu ludzie pojmą, kim w naturze jest Matka? Może wtedy zostawią ją w spokoju? Uszanują? Zaufają jej mądrości, jej instynktom? Może nie będą kontrolować jej sumienia? Nie będą pouczać? Zejdą z jej głowy, wyjdą z macicy? Pozwolą o sobie decydować? Nie będą stać na straży moralności, przestaną nakazywać, zabraniać, moralizować?

Może wtedy skończy się odwieczny szantaż historią o dziewicy, której anioł zwiastował ciążę. Ten paradoks matki niepokalanej, służebnicy PAŃSKIEJ, kobiety nieskończenie pokornej. Ta cwana presja wymyślona przez tych, którzy ze strachu przed wyrzuceniem z ula, odwrócili porządek świata. Może wreszcie zrozumiemy, dzięki komu przetrwaliśmy. Czy dzięki wojnom, które nas zabijają? Czy dzięki powstaniom, które przegrywamy? Czy dzięki polityce, z którą sobie nie radzimy? Czy dzięki Bogu, którego nikt nie widział?

Czy dzięki Matce.

100-najwazniejszych-zdjec-swiata.-matka-tulaczka

fot. Dorothea Lange

————————————————————————————-

Tekst jest fragmentem książki, którą właśnie przygotowuję. Książka wyjdzie jesienią tego roku.

Kobieta (nie)skończenie doskonała

Wieki, pokolenia niesprawiedliwości i co? Dwudziesty pierwszy wiek, feminizm, walka i co? I idziesz do kuchni z miną zaciętą, bierzesz garnek i strugasz ziemniaki

1149044_10200527491931514_933542343_n

Wracasz z pracy, on wraca z pracy, zderzacie się w drzwiach, a on pyta:

– Co na obiad?

No i oczywiście szlag cię trafia, bo jak to: co na obiad?! Kiedy, gdzie miałaś go upichcić? W biurze, na klawiaturze?! A może po drodze, w tramwaju, na światłach? Z dzieckiem na kolanach, w przedszkolu, w szkole, na wywiadówce? Z dwóch dań złożony, zupa krem, z ptysiami, zestaw surówek i rolada? Plus przystawki może? Deser piętrowy? Jezu, jesteś taka zmęczona, padasz na twarz, a on: co na obiad?! Matka go rozpieściła, przysięgam, masz ochotę zabić jego razem z mamuśką, babką i całą zgrają ciotek, które się nad nim trzęsły całe życie, które mu frykasy pod nos podstawiały, a na koniec wypuściły z wyłożonego puchem gniazda, żeby teraz bezczelnie, roszczeniowo zadawał takie pytania! Żeby wyskakiwał z czymś takim, kiedy przecież jesteś styrana, tak samo jak on, albo i może nawet bardziej! Żeby w swoim nieskończonym egoizmie zawarł cały szowinizm i patriarchat, i ani krzty empatii!

Wieki, pokolenia pieprzonej niesprawiedliwości i co? Dwudziesty pierwszy wiek, feminizm, walka i co? I co?! I idziesz do kuchni z miną zaciętą, bierzesz garnek i strugasz ziemniaki. I tylko po głowie tłucze ci się tamta chwila, którą nie wiadomo czemu tak dobrze zapamiętałaś, tamten moment, w którym ojciec powiedział, że ta kobieta, która go kręci, kobieta idealna, kobieta NIESKOŃCZENIE doskonała – wcale nie zajmuje się struganiem kartofli!

O Boże, ile w tobie żalu, ile w tobie złości, gdy masz ochotę zadzwonić do ojca i wydrzeć się do słuchawki: – To dlaczego mi kazałeś strugać kartofle?! To dlaczego wychowałeś mnie na kobietę SKOŃCZENIE niedoskonałą?!

Ale nie dzwonisz, nic nie mówisz, nie krzyczysz, masz minę zaciętą i robisz obiad. Twój bunt jest ZA MAŁY, żeby pokonał poczucie winy, poczucie obowiązku, no bo faktycznie, kurwa, co na obiad?! To twoja działka, twój kawałek życia. Twoje królestwo kartoflane, odziedziczone po matce, która też strugała kartofle, bo ON pytał: co na obiad, a jak się okazało, niestety w ogóle go to nie kręciło.

Ale gdzieś w głowie tłucze się też druga myśl. Tylko jakoś przez całe życie nie dałaś jej dojść do głosu. Przez całe życie udaje ci się ją stłumić. Choć coś niepokoi, coś drapie i uwiera. Bo tak naprawdę, co było w tym pytaniu. Szowinizm? Roszczenia? Naprawdę? Naprawdę! Ty to usłyszałaś, ty to wiesz, ty nie dasz sobie teraz wmówić, bo przecież w twojej krwi płynie ten kompleks, ta nadinterpretacja. To poczucie, że jedno, krótkie rzeczowe pytanie ma wywołać zryw i działanie. Bo: „co na obiad” oznacza, że MA BYĆ OBIAD! I to twoje DNA z matki, babki, ojca i siedmiu ciotek, to powinowactwo służalcze i przekonanie, że musisz wszystko, że to twój obowiązek, że, heloł, tu ktoś jest głodny! – to nie pozwoli ci się na przykład zatrzymać. Na przykład nie gnać do lodówki. Nie chwytać, na przykład, za garnek. Nie robić zaciętej miny. Nie strugać kartofli wcale. Nic nie robić. Tylko zapytać:

– A co proponujesz?

————————————————————————————-

Tekst jest fragmentem książki, którą właśnie przygotowuję. Książka ma wyjść na jesień. Październik. Skorpion.

„Dżisas, kurwa, ja pierdolę”

Jestem opanowana, jestem kulturalna, zaraz pójdę do kierownika sklepu i rozkażę tego klienta wyrzucić na zbity pysk!

zzz

To się stało w sklepie. W kolejce do kasy. Przede mną stał starszy facet, jakaś kosmiczna pierdoła, guzdrzący się niemiłosiernie gość. Coś tam w nieskończoność liczył, wybierał, szukał, pakował, rozpakowywał, no cuda robił, podczas gdy ja literalnie wychodziłam z siebie i wędrowałam po ścianach. O Jezu, jak ja się wściekałam. Moje wewnętrzne przestrzennie wypełniła kipiąca czarna smoła. Zabić! Udusić! Rozszarpać! Nie, sorry, jestem opanowana, jestem kulturalna, zaraz kurwa pójdę do kierownika tego sklepu i rozkażę mu klienta wyrzucić na zbity pysk! Ja się spieszę! Ja nie mam czasu na gmeranie po zapchlonych kieszeniach przez flegmatycznych typów! Ludzie! Jest dwudziesty pierwszy wiek! Są statki kosmiczne i kosmiczne prędkości! Samoloty ponaddźwiękowe! Pendolino! Światłowody! Karty z czipem, pay pass-y! Gdzie, do cholery, jest miejsce na takie guzdralstwo? Gdzie czas na ściubienie bilonu? Nie ma! Nie ma, ja się nie zgadzam! Ja się gotuję, ja wrę!

I planuję wściekle, zapalczywie rozmyślam, co zrobię gdy to się już wreszcie skończy. Gdy z tego sklepu wyjdę. Karmię się tą myślą, pożeram ją, chłonę. Napiszę. O Jezu, jak ja napiszę! Na Facebooku napiszę! Ludzie! Znajomi moi! Też tak macie? Też stoicie w wiekuistych kolejkach za marudzącymi dziadami i babami? Przecież! Pamiętacie Adasia Miauczyńskiego? Pamiętacie jego dramat w kolejce po gazetę? I te baby wybierające to i śmo, rozciągające mu przed nosem gacie? Dżisas, kurwa, ja pierdolę! Och, jak ja napiszę! Och, jak mnie świat zrozumie! Och, jak mnie poprze! Jak się wszyscy razem festiwalowo wkurwimy na te nieprzystające do naszych rozpędzonych osobowości cielęta!

I czując moc wyimaginowanej wspólnoty, z ładunkiem atomowym w oczach podnoszę wzrok i tym wzrokiem zamierzam zabić ofiarę. Niech skona. Niech się w swojej ciapowatości rozpadnie. Niech się z tych klusek nie pozbiera. Niech sczeźnie na zawsze pod ciężarem mojego tytanowego spojrzenia.

Patrzę.

I on podnosi wzrok. Owszem, patrzy mi w oczy. Nie umiera. Nie kona. Nie czeźnie. On się, drodzy Państwo, uśmiecha. Uśmiecha się! Bezinteresownie pozdrawia mnie w ten piękny, majowy poranek, na zakupach śniadaniowych, gdzieś w środku mojego galopującego życia. Nic nie wie o moim straszliwym problemie, który właśnie wyżarł mi cały zapas magnezu w tkankach, który boleśnie mną miota po ścianach marketu i którym zamierzam krwawo hejtować na forach. Patrzy łagodnie, kiwa głową na do widzenia i odchodzi. Pogodny, spokojny staruszek.

Odbicia

Świat narracji jest ciasny, mieści tylko jednego boga: „Ja”. „Ja” na każdym profilu Facebooka, na każdym blogu, w każdej dyskusji. Na zdjęciach, których już nie robimy nikomu poza sobą. Ja i moje selfie. Ja i moje płatki śniadaniowe. Ja i mój iPhone. Ja i mój genialny tekst

bride-in-mirror

Poznałam ją pięć lat temu. Skomentowała na forum literackim moje opowiadanie Babie Lato. Skomentowała pozytywnie. Wymieniłyśmy się mailami. Nasza korespondencja trwała ponad rok, zanim się spotkałyśmy w Warszawie. Aneta przyjechała na to spotkanie aż z Paryża.

To ona mnie leczyła z pierwszych traum porecenzjowych, to ona podnosiła z pierwszych porażek literackich. Przeczytała moją książkę, zanim jakiekolwiek wydawnictwo raczyło otworzyć plik. Redagowała ją. Poprawiała oczywiste błędy. Była moim wsparciem w tamtym burzliwym czasie, gdy próbowałam przebić głową front szuflady. I wtedy, w tamten deszczowy dzień, gdy przyjechałam do Warszawy na spotkanie z wydawcą i pocałowałam klamkę, bo prezes chory – ona się zjawiła! Jedyne oparcie, nie przejmuj się, będzie dobrze, chodź pójdziemy na piwo – to była właśnie ona.

Też napisała powieść. Pewnego dnia przesłała mi ją do recenzji. Ale byłam zbyt zajęta sobą, żeby się nad tym pochylić. Przerzuciłam parę pierwszych rozdziałów i przestałam czytać. Wydawało mi się to wszystko skomplikowane i niezrozumiałe. Jak mogło to być dla mnie zrozumiałe, skoro byłam tak zajęta swoją „twórczością”? Żaden początkujący pisarz nie ma wystarczająco dużo empatii i cierpliwości, by czytać skrypty innego początkującego pisarza. Uwierzcie mi. Hemingway zapytany, co sądzi o książce debiutującego Gila Pendera, odparł: nie znoszę jej. Młody pisarz zaskoczony zapytał:

– Czytałeś ją?

– Nie.

– To skąd wiesz, że jej nie znosisz?

Nie znosił jej z dwóch powodów. Jeśli by mu się nie podobała, zrozumiałe. Ale jeśli by mu się podobała – nie znosiłby jej po stokroć. Nigdy nie pytaj pisarza, co sądzi o twojej twórczości.

Aneta była ponad to. Przeczytała wszystko, co wyszło spod mojego pióra i nie szczędziła pochwał. Mnie nie starczyło sił. Mnie nie starczyło nawet chęci. Powieść Anety została gdzieś porzucona, w załączniku, w czeluściach poczty mojej i dwudziestu trzech wydawnictw. Bo do tylu Aneta wysłała swoją propozycję. Bez skutku.

Latem, w 2013 roku dostałam wiadomość od Anety. A raczej od jej córki, która napisała z Anety konta na Skype. Aneta zmarła. Nagle, niespodziewanie i niewytłumaczalnie. Nie obudziła się.

To może byłby koniec tej historii, historii, którą opowiadam ja, narcystyczna autorka własnych opowieści. Bo przecież jeszcze do wczoraj nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby jednak odkopać w starej poczcie ten porzucony i zapomniany załącznik, żeby z minimalną uwagą przeczytać choćby kilka stron napisanych przez kogoś, kto ślęczał miesiącami nad każdym „genialnym” bzdetem, który powstał w mojej głowie. Bo przecież to, co powstaje w głowie autora zawsze musi być genialne – głównie dla niego samego. Świat narracji jest ciasny, mieści tylko jednego boga, jeden absolut, jeden geniusz: „ Ja”. „Ja” na każdym profilu Facebooka, na każdym blogu, w każdej dyskusji. Na zdjęciach, których już nie robimy nikomu innemu poza sobą. Ja i moje selfie. Ja i moje historie. Ja i moje nowe buty. Ja i moje płatki śniadaniowe. Ja i mój iPhone. Ja i mój genialny tekst.

Wczoraj byłam w Empiku. Oglądałam książki na półkach, mając oczywiście z tyłu głowy partykularną myśl, że gdzieś leży moja „Last Minute”. Nie leżała. Za to leżała inna książka. Poznałam po tytule. Zatrzymałam się przy niej, wzięłam do ręki. Jezu, duchy. Duchy rządzą tym światem. Na tylnej stronie okładki zdjęcie Anety. Krótka biografia. Streszczenie powieści. Wydawnictwo: Krytyka Polityczna. Duch Anety doczekał się swojej półki. Powieść wyszła drukiem.

Nie wyspałam się dziś. Czytałam do późna książkę. Książka jest świetna, nie można się oderwać. Dużo lepsza od mojej. Jej tytuł to „Odbicia”. Odbicia historii i czasu.

aneta-modelska-odbicia-okladka-krytyka-polityczna-2014-10-20