Jesteś fajną dupcią, czy suką? Sprawdź!

Jeśli nie znalazłaś siebie wśród typów „dupy”, najprawdopodobniej jesteś „suką”

suka-doberman

Od lat słyszę przeróżne określenie pod adresem kobiet, ostatnio modnym i szalenie medialnym określeniem stała się „suka”. Do „suki” jeszcze wrócimy, ale chcę przeanalizować najczęściej występujące określenie kobiety, mianowicie: „dupa”. „Dupa” występuje w środowiskach zarówno młodzieżowych, jak i wśród czterdziestolatków, w sferach nizin społecznych, a także wśród elity. Nie ma znaczenia, czy robotnik, czy literat, mówi: „dupa”. „Dupa” ma zatem imponujące notowania w statystyce i to od lat. Obserwuje się następujące odmiany tego określenia:

  1. Dupcia (młoda kobieta)
  2. Niezła dupa (ładna kobieta)
  3. Ale dupa! (piękna kobieta)
  4. Swoja/moja dupa (kobieta w związku)
  5. Stara dupa (kobieta dojrzała).

Jeżeli któreś z powyższych określeń zostało kiedyś zaadresowane do ciebie, postaw przy nim krzyżyk. Pamiętaj, że krzyżyki są ruchome i przesuwają się w dół w miarę upływu czasu. Jeśli jednak nie znalazłaś siebie wśród powyższych typów, najprawdopodobniej jesteś „suką”. Wśród „suk” wyróżniamy następujące typy:

  1. Zimna suka (kobieta, która nie chce być „dupą”)
  2. Głupia suka (kobieta, która ma inne zdanie)
  3. Wredna suka (kobieta stanowcza)
  4. Po prostu: suka (obiekt seksualny, może nie mieć majtek pod spodniami)
  5. Feministka.

Na koniec zrób ten sam quiz facetowi, który używa powyższych określeń. W miejsce „suki” wstaw: „pies”. Miłej zabawy!

Sześć sekund wielkiej miłości

Siedzę nad talerzem, a po sali krząta się ON. I maniakalnie na mnie patrzy. Albo chce mnie zabić, albo się ze mną przespać

handsome-waiterJeśli ktoś patrzy ci prosto w oczy dłużej niż sześć sekund, to znaczy, że chce cię zabić, albo się z tobą przespać. Ten facet nie patrzył mi w oczy sześć sekund. Ten facet patrzył mi w oczy bity miesiąc każdego dnia mojego pobytu w tajskiej restauracji.

Nie wiem, jak u was, ale tu nad Bałtykiem istnieje albo przystań rybacka ze świeżym dorszem w okresie połowu i śledziem po kaszubsku, albo dla odmiany restauracja tajska. Ta ostatnia ma to do siebie, że jest bliżej mojego domu. Dlatego w każdy dzień zgarniania jakiegokolwiek honorarium, pindrzę się odświętnie i ruszam do tajskiej restauracji na wyśmienitą zupę TOM YUM KOONG. Zupa ta ma wszystkie zupy pod sobą i składa się z miliona przecudownych smaków. Dzieją się tam niestworzone rzeczy, niebo z piekłem w jednej misce, totalna apokalipsa, którą zwykle muszę gasić potężną butlą wody z cytryną. Oprócz egzotycznych traw i tajemniczych grzybów, w zupie tej hojnie pływają krewetki tygrysie, co zawsze przyprawia mnie o przyjemną iluzję pławienia się w luksusie. Co z tego, że są to krewetki z hurtowni mrożonek, ja widzę wykwintne rarytasy zanurzone w kokosowym niebiańsko-piekielnym eliksirze.

No więc i tym razem trafiam do tajskiej restauracji, i tym razem zamawiam zupę, i tym razem siedzę nad tym wiekuistym daniem. A tymczasem po sali krząta się kelner. I maniakalnie na mnie patrzy. Patrzy się tak, że nie sposób być obojętnym. Jest niewiele rozwiązań tej sytuacji. Albo facet chce mnie zabić, albo się ze mną przespać. Jeśli chce mnie zabić, muszę myśleć ściśle precyzyjnie. Co mi grozi? Jakim sposobem zginę? Jak zabić może ktoś taki jak kelner? Luksusowa krewetka tygrysia na wpół przełknięta staje mi nagle w gardle pionowo. Boże, to przerażająco logiczne. Otruje mnie! Mało tego. On już mnie otruł. Patrzę w miskę na tajemnicze grzyby. Diabli ich, tajskich grzybiarzy, wiedzą co to jest. Żeby to jeszcze sromotniki były, człowiek by wiedział, na czym stoi. Ale to jakieś farfoclowate cudaki, psie porosty, skąd mam wiedzieć, jak szybko ścinają z nóg? Czy wyjdę stąd żywa? Czy dojdę do parkingu? Kiedy zaczną się męczarnie? Czy morderca zaplanował śmierć na miejscu, czy rozłożoną w czasie? Czy jego stanowczy, świdrujący wzrok coś ma mi powiedzieć? Jaki komunikat w tym gapieniu się mam wyłapać? Czy – wreszcie – dalej jeść?

Spróbujcie nie jeść. Spróbujcie w największym głodzie zamówić swoje ulubione danie, rzecz absolutnie obłędną w smaku i z niej zrezygnować. Proszę bardzo. Gratuluję. Ja osobiście w takiej sytuacji gwiżdżę na śmierć. Wolę umrzeć zatruta, niż umrzeć z głodu. Chrzanię. Jem.

A on patrzy. Mija stolik z hałaśliwą rodzinką, kłania się gościom, zbiera zamówienia, ba! nawet coś w notesie pisze, ale ciągle PATRZY! I zważywszy, że jest zabójczo przystojny, decyduję się wreszcie na pogodzenie z wariantem drugim. On chce się ze mną przespać. To pewne. Co w końcu dziwnego, ze chce się ze mną przespać jakiś obcy młody mężczyzna? Statystycznie rzecz biorąc każdy młody mężczyzna chce się przespać z jakąś obcą kobietą. W moim życiu natknęłam się na tłumy młodych mężczyzn, którzy chcieli się przespać z obcą kobietą. Ale czy każdy z nich się tak gapił?!

Płacę, wychodzę, to wariat. Piekielnie przystojny, ale wariat. Psychopata. Świr. Nigdy więcej tu nie wrócę. Do końca życia będę zasuwać na przystań do Sopotu, żeby zjeść rybę. Postanowione.

Ha, ha, dobre sobie. Spróbujcie do końca życia zasuwać na drugi koniec Trójmiasta! Gdy macie pod nosem ambrozje! I tylko dlatego, że morderczo przystojny kelner uważa was za obłędną piękność! Tak, sorry, nie będę owijać w bawełnę. Musi tak uważać, skoro się tak gapi. Pokażcie mi faceta, który nie może oderwać wzroku od kobiety, tylko dlatego, że coś tam. Nie ma mowy. Poraziłam go urodą. I gracją. Może zupę jadłam wyjątkowo? Może emanowałam aurą? Nie wiem, nie wiem, nie zrezygnuję z krewetek tygrysich za żadne skarby świata. Idę tam znów. Niech sobie patrzy.

Wchodzę, rozglądam się, jest. Stoi przy barze. I, oczywiście, od baru się odrywa, podchodzi do stolika, uśmiecha się. I świdruje mnie wzrokiem, aż czuję w szpiku kostnym. Mój Boże! Tysiące głębi niewysłowionych! Tygrysie nie są krewetki, tygrysi jest on! Oczy jak dwie przepaści, a w nich moje konanie! I co ja mam teraz zrobić? Jak wzrokiem własnym odpowiedzieć na taki wzrok? Co w spojrzeniu wyrazić, o co spytać?!

Dlaczego tak patrzysz, pytam w myślach rozpaczliwie.

– Jest zupa z krewetkami? – mówię na głos.

Umieram z zachwytu, krzyczą jego oczy.

– Oczywiście – mówi on.

I tak sobie rozmawiamy, dwoje rozbitków na kawałku Azji, na magicznej wyspie morza Andamańskiego, na zawsze obcy kochankowie. Mówimy językiem nikomu niepojętym, dla nas najprostszym na świecie. Niby zwykłe słowa, a tyle znaczeń! Pieczona kaczka: płonę z pożądania. Chrupiący kurczak: usycham z tęsknoty. Wołowina w sosie: bez ciebie się rozpadam. Ryż jaśminowy: na drobne!

Miesiąc trwał ten romans. On mnie karmił krewetkami, ja mruczałam z rozkoszy. Ja mrugałam rzęsami, on patrzył. To był piękny związek. Nigdy się nie pokłóciliśmy, nie było żadnych scen. Zero zazdrości i niesnasek. Żadnych rozczarowań. Do tego pamiętnego dnia, kiedy zechciałam zapłacić za rachunek kartą.

Długo wpatrywał się w dokument. Myślałam, że upaja swoje oczy pięknem mojego imienia (przez ten miesiąc nasze imiona owiane były tajemnicą). Myślałam, że może teraz wreszcie zechce mi mówić na „ty”? W końcu jesteśmy już od miesiąca w związku! Tyle patrzenia nie może sczeznąć na wiecznym „paniowaniu”! Ale nie. Nie przeszliśmy na „ty”. Nie przeszliśmy wtedy, ani nigdy potem. Bo gdy on wreszcie oderwał wzrok od mojej karty, podniósł ręce do góry jak jakiś młokos i nagle triumfalnie wykrzyknął:

– Już wiem, skąd panią znam! Prowadziła pani w zeszłym roku warsztat dziennikarski!

A potem uniósł głowę i z dumą rzekł:

– Byłem tam pani studentem.

————————————————————————————

Ten tekst, a także mnóstwo innych znajdziecie w Magazyn Be

Historię dedykuję Wołoskiej, która mnie kiedyś poinformowała o tym, że gdy ktoś patrzy w oczy dłużej niż sześć sekund, chce zabić, albo zaciągnąć do łóżka. Ta wiedza pozwoliła mi przeżyć ów piękny romans.

Klątwa różowego pokoju

Wiedziałam, co w tym pokoju będzie się za chwilę dziać. Wzięłam spray i zamazałam ten róż…

Zawsze chciałam mieć swój pokój. Będąc dzieckiem siedziałam całymi dniami na strychu, urządzałam sobie kąciki za kanapą, chowałam się za parawanem. Różnych pomysłów się imałam jak odciąć się od ludzkości, aż wreszcie postanowiłam przelać krew.

Był mroźny dzień, jakiś jubel dorosłych, pełno ludzi w chacie, a wśród nich dwoje dzieci: ja i Rafał. Rafał był moim przyjacielem od pierwszej klasy. Zżynał ode mnie na wszystkich klasówkach, a ja pożyczałam od niego kasety. Szybko się okazało, że nasza edukacja rozjeżdża się jak genom człowieka i szympansa, wiedzieliśmy więc, że po zakończeniu podstawówki będziemy musieli się rozstać. Tym intensywniej przeżywaliśmy swoją przyjaźń. Siedzieliśmy więc tego dnia pod stołem i spijaliśmy wino z kieliszków, gdy nagle (pod wpływem wina?) wpadłam na pewien pomysł. Pomysł był karkołomny, a jego wdrożenie w czasach, kiedy gwizdało się na dziecięcą perswazję, jeszcze bardziej karkołomne. Niemniej uwierzyłam w sukces i przekułam go w czyn. Przedpokój w naszym mieszkaniu był niezwykle obszerny i długi. Uznałam, że tak długi i obszerny przedpokój to pomyłka. Dlatego należy z tego przedpokoju wydzielić część i przerobić ją na kuchnię. Z dotychczasowej kuchni zaś – uwaga! – trzeba zrobić mój pokój.

Wiązało się to z rozkuciem hydraulicznych łączeń, a także przeinstalowaniem całego skomplikowanego gazowego systemu. Wiązało się to także z rozbiciem i zamurowaniem paru ścian. Jednak stało się. Po upływie kilku miesięcy zdobyłam swój kąt. Dziś myślę, że tamten sukces wdrożenia w życie pomysłu dziabniętego dziecka zdeterminował wszystkie moje późniejsze dążenia. Od tamtej pory uwierzyłam w sprawczość swojego uporu i nie uznawałam porażki. Wszelkie niepowodzenia zaczęłam traktować jako odwleczenie w czasie nieuchronnego sukcesu.

Ale wróćmy do mojego pokoju. Bo już go mam. Jest cały wytapetowany w jasny róż, pod ścianą stoi kanapa, naprzeciwko piec akumulacyjny (w całym mieszkaniu były piece na węgiel, a kuchnia starym zwyczajem nie była ogrzewana), dalej przy drzwiach drewniany regał i to chyba koniec atrakcji. Nie mówcie, że to mało! Nie mówcie, że skromnie! Ja tam nic skromnego nie widziałam. Dla mnie to był przepych! Wszechświat. Absolut szczęścia. Raj razem z piekłem. Czemu z piekłem? Zaraz do tego dojdziemy.

Otóż wraz z nastaniem nieokiełznanej niezależności, natychmiast wybuchł okres dojrzewania, a z nim bunt. Różowe ściany? Sorry. Ja chce mieć ściany czarne! A przynajmniej graffiti. Zdobyłam więc farbę w sprayu i zamazałam róż w apokaliptyczne hasła. Jakbym wiedziała, co w tym pokoju będzie się za chwilę rozgrywać. Jakbym to czuła i wszystkim, którzy próg tego piekła przekroczą, rezolutnie dała znak.

Najpierw był Piotrek. Przyszedł z gitarą. Usiadł na kanapie i zaczął grać serenady o miłości. A potem dał mi narysowany ołówkiem mój portret. Rafał udusił się ze śmiechu pod ścianą, a ja patrzyłam nieruchomo w martwy punkt licząc jak zwykle na to, że unikanie wzrokiem Rafała uratuje mnie przed histerycznym dygotem wesołości. Zawsze tak było, na lekcjach też. On mnie rozśmieszał, a ja zamieniałam się w kamień, pod którym wrzała lawa histerycznego śmiechu. Milimetr, jedno drgnienie powietrza dzieliło mnie od parsknięcia. Niestety, tym razem drgnienie nastąpiło i chłopak spłonął w bezlitosnym ogniu szyderstwa.

– Rafał, nigdy nie znajdę przez ciebie chłopaka! – mówiłam z wyrzutem. Każdy bowiem delikwent, który wchodził do mojego pokoju, skazany był na bolesną zagładę. Dopóki spotykałam się z nim w mieście – ok. Ale dzień wizyty był dniem apokalipsy. Rafał wiedział dokładnie, o której mam randkę i zjawiał się jak duch. Był gorszy od surowych rodziców, gorszy od utyskujących dziadków. Gorszy nawet od starszej siostry, której każdego mojego chłopaka „było żal”. Przejść żywym przez weryfikację Rafała graniczyło z niemożliwością. Za każdym razem, gdy przychodził adorator, zamknięci wśród buntowniczych ścian, wspólnie dokonywaliśmy egzekucji.

Mój pokój stał się pokojem zerwań. W nim opadał cały czar, tląca się fascynacja, pierwsza sympatia. Coś kazało mi bronić niedawno zdobytego terytorium i wyrzucałam wszystkich na pysk. Pamiętam Kangura. Poważna sprawa. Facet grał na perkusji i śpiewał w zespole licealnym. W rockowym zespole! Dziewczyny mdlały na jego widok. Ja też byłam gotowa mdleć. Spotykaliśmy się ku mojej euforii przez niecały miesiąc pod szkołą i wszystko wskazywało na to, że znalazłam miłość. Ale chłopak postanowił zrobić się romantyczny, podciął włosy, kupił kwiaty i zapukał do miejsca kaźni. Mam dalej opowiadać?

Klątwa działała długo. I zawsze tak samo. Przychodził absztyfikant, odbierał wiadomość i kwiaty zamiast w moich dłoniach, lądowały na jego trumnie. Aż do pewnego dnia. Do chwili, gdy podczas codziennego wielogodzinnego pierdaczenia o dupie Maryni, między jednym ukrywanym przed matką papierosem a łykiem skrywanego przed matką piwa, Rafał nagle wypalił:

– Mam dla ciebie chłopaka!

Siłę rażenia tych słów czuję do dziś. Do dziś mam prąd na plecach na samo ich wspomnienie. Pamiętam dokładnie wszystkie okoliczności tamtej chwili. Wielkie, jasne okno, kwitnące kasztany za nim, gruchający śpiew gołębi. Róż na ścianach, czarne graffiti i „Psycho Killer” z magnetofonu kasetowego.

To była moja pierwsza miłość. Pierwsza miłość na zabój. Huragan wewnętrzny, totalny kataklizm. Nie wiedziałam nic o tym „chłopaku”, a już go pokochałam! Już oszalałam na jego punkcie i zawisłam w próżni oczekiwania. Wszystko, te kwitnące kasztany, te gołębie na drzewach i muzyka Talking Heads, wszystko stało się moją rozdygotaną tęsknotą.

– Kto to jest?
– Hanzi.

Kimkolwiek był Hanzi, umarłam dla niego. Mógł mieć czarcie kopyta i rogi na głowie, to nie miało znaczenia. Ale nie miał ani kopyt, ani rogów na głowie. Był całkiem ładnym chłopcem z romskim rodowodem. Tylko że wtedy nikt tak nie mówił, wszyscy mówili raczej „Cygan”. Razem z Hanzim. Hanzi śmiał się z tego głośno, bo Hanzi w ogóle lubił się śmiać. Poza tym uwielbiał pływać i tańczyć. To ostatnie szło mu dość niesamowicie, wygrywał prestiżowe konkursy tańca towarzyskiego w warmińskich turniejach i zdobywał nagrody. A gdy spotkałam go po raz pierwszy, zupełnym „przypadkiem” aranżowanym przez Rafała, rzucił mimochodem, że jutro jest turniej, więc jeśli chcę popatrzyć, to mogę wpaść.

O nieskończona ilości zrzucanych i nakładanych na przemian kiecek! Losie przeklęty niedowartościowanej nastolatki, zlituj się nad milionem dorastających kobiet! Te ołowiane minuty wpatrywania się w lustro, ta niema bezradność wobec milczącej tafli! Turkusowa, czy czerwona, czerwona, czy turkusowa?! Czerwona, czy turkusowa, pytam!? Turkusowa, czy czerwona, kurwa mać?! Idę na śmierć. Idę na ścięcie. Kto na ścięcie ubiera się w sukienkę? Kto na ścięcie zakłada turkusy? Mam tylko jedno wyjście: biały kaftan. Nie idę, pieprzę. Zostaję w pokoju zagłady, w swojej rzeźni. Jak się nazywał ten chłopak od ołówkowych portretów? Jak miał na imię ten piewca serenad? Może zadzwonię i spytam: hej, Piotrek, turkusowa, czy czerwona?!

Nie, przecież Piotrek nie żyje.

W końcu wychodzę. Zlewam się z tłumem, patrzę z daleka na wyszywane złotem kiecki tancerek i chowam za widzów swoją zgrzebną kreację. To nie czerwień, to cegła! Chyba mnie porąbało, żeby założyć ten łach! Jak ja wyglądam, mój Boże! Powietrze drży od rumby, Hanzi w diamentowych atłasach. Nie patrzy na mnie, nie widzi, całe szczęście. Miłość we mnie ryczy, miłość mnie zżera do omdlenia. Ale przecież nie mogę się tak pokazać! Na turnieju tanecznym, gdzie błyszczy od klejnotów, ja w tym ceglanym przyodziewku? Odwracam się, uciekam na zewnątrz. Cała się trzęsę, trzęsienie znoszę papierosem. Nagle ktoś mnie łapie za ramię. Hanzi ma jeszcze kropelki potu na czole i cieszy się jak dziecko. On i jego tancerka zajęli drugie miejsce. Atłasowy smoking połyskuje na śniadym ciele.

– Co robisz jutro? Mogę wpaść?

Nie myślę. Nie mówię. Coś za mnie odpowiada „no jasne”, a potem rozstępuje się ziemia. Zanim pochłonie mnie piekło, usłyszę jeszcze: „ładna sukienka!”, a potem, gdy on już pobiegnie z tancerką na plażę, pomału wygrzebię się, obsypię z siebie piach, wyciągnę skręcony z nerwów żołądek i martwym głosem przekażę swojemu umysłowi, co mnie czeka:

– On do mnie przyjdzie jutro.

Tysiąc zabitych ciał w mojej rzeźni, w moim pokoju zerwań. Trupy pod sufit i wykpione męskie łzy.

– On do mnie przyjdzie jutro.

Czarne hasła zagłady na różowym tle. Krew na ścianach, stosy wyrwanych serc. I moje cyniczne: – Zostańmy przyjaciółmi. Zostańmy przyjaciółmi! Jak straszne jest to zdanie, gdy zadajesz cios!

– On do mnie przyjdzie jutro.

Nie spałam całą noc. Wśród histerycznych rzucawek, w przepoconym prześcieradle postanowiłam, że tym razem nie zerwę. Nie zerwę z nim, dam radę. Choćby nie wiem jak w tym przeklętym pokoju wydał mi się drętwy. Choćby jego śniada cera z połyskującym atłasem zgasła na popiół. Choćby ten uśmiech sczezł na jego twarzy. Choćby zechciał zagarnąć mi pokój i wynieść na plecach. Choćby Rafał stanął na rzęsach.

Nie zerwę.

Z tym euforycznym postanowieniem pognałam do szkoły. Po szkole coś mnie przywiało do domu. Chyba te skrzydła, które mi nagle u ramion wyrosły. Te same, co mnie utrzymywały nad ziemią jeszcze przez kilka godzin. Do osiemnastej. Bo Hanzi miał przyjść o szesnastej. Dwie godziny jeszcze czekałam. A potem moje skrzydła zniknęły i trzasnęłam z hukiem o podłogę mojej celi śmierci.

Nie przyszedł nigdy. Nie wiem, czy mój przyjaciel mnie zdradził i ostrzegł Hanziego? Czy Hanzi po prostu gwizdał na tę gościnę? A może bał się usidlenia? Mój dom, mój pokój jak klatka na błyszczącego ptaka, w jego pojęciu mógł na niego dybać? Owszem, spotykaliśmy się, najczęściej przypadkowo, na plaży, w dyskotece, pod szkołą, na turniejach tańca. Za każdym razem rozstępowała się pode mną ziemia, a chwilę potem skrzydła unosiły mnie pod niebo. Piekło i raj. Szczęście i rozpacz. Te dwa stany szarpały mną przez cały długi rok naszego związku. Tymczasem ze ścian zniknęły mroczne graffiti, krew ofiar obeschła. Nikogo już nie chciałam mordować, z nikogo nie zamierzałam szydzić. Hanzi nie rysował portretów, serenad nie śpiewał. Nie przynosił też kwiatów. Raz jeden w życiu, wybłagany kwadrans poświęcił mi na naukę rumby. Wchłonęłam ją jak gąbka, błyskawicznie bez zbędnych potknięć, wiedziałam bowiem, że nigdy więcej się to nie powtórzy. Nigdy więcej mój rozpędzony Romeo nie zatrzyma się na chwilę, by wydreptać w miejscu cztery takty.

Wreszcie zniknął. Nie było go przez miesiąc. Nigdzie. Ani na dyskotece, ani na plaży, ani pod szkołą. Nie było go w niebie, nie było go w piekle. Nie było go na ziemi. Rozpłynął się w powietrzu, odjechał z taborem cygańskim, oderwał się od parkietu i starł w diamentowy pył. Jedyne, co po nim zostało, to ta rumba, raz dwa trzy cztery, raz dwa trzy cztery, raz dwa… .

Nagle jest! Pojawia się tak jak zniknął, bez ostrzeżenia. Wyrywa mnie z otchłani obsesyjnych tęsknot, w samym środku mojego terytorium. W moim pokoju! Podnoszę głowę i oczom nie wierzę. Stoi właśnie tu, gdzie stopa jego dotąd nie stanęła. Gdzie przez bity rok za żadne skarby nie mogłam go ściągnąć.

– Cześć – mówi i siada na kanapie. Ma na twarzy coś zupełnie do tej pory niebywałego, coś pomiędzy zakłopotaniem a żalem. Żalem nad ofiarą, którą za chwilę zabije. W jej własnej pułapce.

– Nie miałaś na ścianach graffiti? – rozgląda się. I nie czekając na odpowiedź, dodaje: – Słyszałem, że miałaś. Coś w rodzaju „Nie dotykaj mnie, bo zabiję”?

– Tak – przyznaję.

– „Jesteśmy próżni i ślepi”?

– Tak.

– To idealnie do mnie pasuje.

Był jeszcze moment ocalenia. Była szansa ratunku. Matka mówiła – zrywaj pierwsza! Przecież i tak już wiesz. Ale co z tego, skoro nadzieja umiera ostatnia? Najpierw więc zabijam siebie, oddając tym idiotycznym pytaniem nóż w ręce mordercy:

– To znaczy?

A potem czekam, aż skona moja nadzieja. I oczywiście nie słyszę, że to nie znaczy to, co myślę. Nikt nie zaprzecza i nikt nie daruje. Pod ścianą nie siedzi kumpel i nie chichocze. Mnie też jakoś nie do śmiechu. A komu w tej chwili żarty w głowie? Kto zabijając, robi sobie jaja?

– Zostańmy przyjaciółmi.

Morderca ma mój nóż. Musi zadać cios.

kliknij

Charlie Hebdo, czyli rzecz o nieskończoności głupoty

Celem zdaje się być tu wywołanie wkurwu i sprawdzenie, kto i jak długo ten wkurw wytrzyma. Tylko po co?

copertina-charlie-hebdo-5

Jesteś już Charlie Hebdo?

Kto jeszcze nie jest Charlie Hebdo? Już wszyscy są? Super. To nasza kolejna europejska pop-wojna. Wojenka na Facebooku. Co jakiś czas wybucha w naszych komputerach jakaś, a my bohatersko klikamy lajki i wstawiamy emoty. Jesteśmy już prawdziwymi weteranami. Tym razem to jednak bardzo ważna sprawa. Nie, nie chodzi o śmierć dwunastu osób. Śmierć się gdzieś pogubiła. Wiadomo, tu zginęło tyle osób, w Afryce jeszcze więcej. Nikt nie będzie przecież tego liczył, bo nie o śmierć tu chodzi.  To walka o „wolność słowa”.

Na czym ta wolność słowa polega? Z czym identyfikuje się cała Europa? Na przykład z rysunkami przedstawiającymi orgię trójcy świętej (kopulujący Jezus ma jeszcze ślady po ukrzyżowaniu), zaślinionego rabina całującego się z nazistą na tle bramy Arbeit Macht Frei, czy wreszcie obnażonego Proroka Mahometa w pozycji modlitwy – z wypiętym tyłkiem i wiszącymi genitaliami. Celem zdaje się być tu wywołanie wkurwu i sprawdzenie, kto i jak długo ten wkurw wytrzyma. Tylko po co?

Kiedy miałam pięć lat, jakiś dzieciak w piaskownicy obraził moją mamę. Nie wiem czemu to zrobił, prawdopodobnie z głupoty. Albert Einstein powiedział: tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej. Wracając do piaskownicy – niewiele myśląc, złapałam za cegłę i próbowałam wymierzyć swoją sprawiedliwość. Całe szczęście, jakaś kobieta mnie obezwładniła. Brodatych terrorystów jednak nikt nie obezwładnia. Brodaci szaleńcy dalej mają cegłę w ręku. I dalej obraża się ich matkę – w ich przypadku Mahometa.

Nie wiem jaki jest pomysł krajów europejskich na zalew brutalnego islamu. Na razie widzę tylko totalną bezradność, karykatury Mahometa, bezrefleksyjne poparcie dla pisma o poziomie polskiego „NIE”, zagrywki z piaskownicy i komcie na Facebooku. Terroryści są dalej na wolności. Nie śmieją się z rysunków. Mają lepsze powody do śmiechu.

Einstein powiedział: tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota. Czy wszechświat jest skończony, nie wiem. Ale świat wkrótce może być. Dzięki nieskończonej głupocie.

Wróg publiczny, czyli Pampers Gate od dupy strony

Wciąż zastanawiam się, jak wyglądała ta scena w restauracji i pytam Agnieszkę Kublik: czemu pani nie powiedziała nic tej kobiecie, która przewijała dziecko? I chyba wiem, czemu…

pieluszka-odparzenie-pupa-550Jeszcze niedawno pisałam, że kraj nasz został podzielony na czterdzieści milionów państewek, które toczą między sobą wojnę z powodu Halloween. Nie wiedziałam, że ta wojna to żadna wojna, że najgorsze przed nami, że przed nami batalia, Apokalipsa na skalę światową z powodu o wiele poważniejszego, mianowicie z powodu… pieluchy.

Wojnę wywołał artykuł Agnieszki Kublik, która podczas kolacji z zagranicznymi znajomymi we włoskiej knajpie, zobaczyła pampersa. Pampers podobno był z niespodzianką, co zdecydowanie podniosło ważność komunikatu. Po artykule zawrzało, a właściwie wyklarowało się, komu ostatecznie można z czystym sumieniem dowalić. Po wstępnych nieśmiałych kopniakach w temacie publicznego karmienia piersią (bo przecież w dzisiejszych czasach cycki są absolutnym tabu) i psioczeniu na hałaśliwe, bo niewychowane bachory w miejscach publicznych, padł wreszcie żelazny argument do ostatecznej pogardy i wyklęcia tej rozpasanej i nieznośnej grupy społecznej – opisanej już wcześniej przez profesora Mikołejko w artykule „Wózkowe, najgorszy gatunek matki” – a więc matki z małymi dziećmi.

Chciałoby się rzec, czyście oszaleli, jednak nie wypada. Nie wypada pukać w czoło pod adresem eleganckiego towarzystwa z polskich „włoskich” knajp, w których odwrotnie niż we włoskich  knajpach, dzieci są niemile widziane. Odwrotnie niż we włoskich, hiszpańskich, angielskich i niemieckich. Te wymieniłam, bo tam byłam. I tam widziałam całe chmary dzieciaków, które nikomu nie przeszkadzały. I widziałam też przewijaki w toaletach i dostosowane dla dzieci foteliki i specjalne menu dla maluchów. Ale to nie było w naszej eleganckiej Polsce, w której poglądy o niestosowności macierzyństwa pączkują jak bazie na wiosnę.

Pampers w knajpie spędza dziś sen z powiek redaktorów czołowych mediów, setkom blogerów i tysiącom komentatorów, którzy nie przebierają w słowach nienawiści, oburzenia i zacietrzewienia. Nie, nie psie gówna na placach zabaw, nie chamstwo i bluzgi dorosłych przy dzieciach, i nie brak warunków dla matki z dzieckiem w miejscach publicznych. Teraz wrogiem jest sama matka z dzieckiem. Która powinna siedzieć w domu, albo łazić na obsrany przez psy plac zabaw. Na pewno nie po restauracjach. Restauracja to eleganckie miejsce bez przewijaków, ze schodami bez podjazdu, z eleganckim towarzystwem z Ameryki i mdlejącą na widok pampersa dziennikarką.

Chciałabym jednak zauważyć, że choć bywam w knajpach od dziecka, w życiu nie spotkałam się z parującym pampersem nad talerzem, żaden z moich znajomych się z tym nie spotkał i konia z rzędem, kto z was, czytelnicy, to przeżył. Coś mi mówi, że nie jest to wcale powszechne zjawisko społeczne wymagające interwencyjnych artykułów, żaden palący problem do opisania w gazetach, żadna plaga. Tylko pojedynczy incydent. W odróżnieniu od: braku warunków dla matek z dziećmi, psich gówien na placach zabaw i publicznego bluzgania przy dzieciach, które to pojedynczymi incydentami nie są. Wiele razy zwracałam uwagę dorosłym i młodzieży, aby ze względu na małe dziecko w pobliżu nie darli gęby ogłaszając całemu światu, że: „Kurwa, ja pierdolę, wyjebane mam jak chuj”.

Nikt mnie nigdy nie poparł.

Wracając do pampersa. Bo wciąż nie pojmuję, czemu służy ta wojna. Wciąż zastanawiam się, jak wyglądała naprawdę ta scena we włoskiej restauracji i pytam panią Agnieszkę Kublik: czemu pani nie powiedziała nic tej kobiecie ? Czemu pani nie zwróciła uwagi, że zaraz pani zemdleje? Zwymiotuje? Opisze to w Gazecie Wyborczej i wywoła wojnę przeciwko matkom (bo choć ojciec też był obecny, pani – feministka – go oszczędziła)? Może dlatego, że jako matka doskonale pani wie, że kobieta, mając na głowie dwójkę maluchów, zero warunków do przewijania, zero stopni na zewnątrz i atopowe zapalenie skóry z odparzeniami w perspektywie, które leczy się kilka tygodni – ma w takiej chwili panią i pani eleganckie towarzystwo z Ameryki głęboko w dupie. Kładzie dzieciaka gdzie może i przewija.

Zakichany kraj, zakichane i miasta, i wioski

Polska to męczeński naród, dlatego gdy nie może przegrać żadnej wojny, nie może paść ofiarą straszliwego zamachu, spisku międzynarodowego i innych potworności – choruje i kaszle

b398ebd3000302494b2a4c6c

To nie jest koniec historii! Ta historia się nie skończyła i diabli wiedzą, jak długo jeszcze będzie się rozgrywać w moim wymęczonym ciele. Od trzech tygodni zmagam się z zapaleniem oskrzeli galopującym w stronę zapalenia płuc i mam wrażenie, że przestanę kaszleć dopiero jak umrę.

Otóż było tak. Z rozgrzanego jak piekarnik przedziału, z gęstego od wykaszlanych przez pasażerów PKP wirusów i bakterii powietrza, wystrzeliłam nad ranem w wilgotny mrok poranka na gdańskim dworcu, poczułam charakterystyczne łamanie w kościach i w mig zrozumiałam, że jestem w przysłowiowej czarnej dupie.

Nie, wróć. To, że jestem w czarnej dupie musiałam rozumieć już wcześniej. Dużo wcześniej. W czarnej dupie, to ja się, moi drodzy, odnalazłam już na lotnisku Frankfurt Hahn. A ściśle: w kolejce do odprawy samolotu relacji Frankfurt Hahn – Katowice. A może jeszcze wcześniej? Może czterdzieści/trzydzieści/dwadzieścia lat wcześniej, gdy urodziłam się w kraju nad Wisłą?

Żeby to zrozumieć, musimy wrócić do początku. Do dnia mojego wyjazdu do Niemiec. Zresztą, pojęcia nie mam, gdzie jest ten początek, wiem tylko, że już na dworcu w Gdańsku wszyscy kaszlali. W pociągu z Gdańska do Katowic również wszyscy kaszleli. Wszyscy kaszleli też w kolejce do odprawy samolotu do Frankfurtu. W drodze powrotnej identycznie. Dzień przed moim wyjazdem do Niemiec, w urzędzie. Na stacji benzynowej. W sklepie. W aptece też – strasznie. Ogólnie rzec biorąc: na każdym metrze kwadratowym tego kraju słychać zgodny, zduszony charkot.

Mój naród jest męczeński, heroiczny, dlatego gdy nie może przegrać żadnej wojny (bo jej nie ma), nie może wykrwawić się w żadnym powstaniu, nie może paść ofiarą straszliwego zamachu, spisku międzynarodowego i innych potworności – choruje na potęgę. I kaszle. A kaszląc – zaraża te niefrasobliwe jednostki, które jeszcze nie kaszlą. Kaszląc: zgięty w pół stroni od lekarzy, bo przecież musi w swojej tragicznej martyrologii heroicznie zapierdalać. Widział ktoś rannego żołnierza, który się haniebnie zwija z pola bitwy, by wyzdrowieć? O nie. Nasz naród hańbą się nie splami. Nikt tu zdrowieć nie zamierza. Każdy w chorobie solidarnie tkwi. Po wymęczonym charczeniem dniu, w malignie idzie do apteki. Za ciężkie pieniądze kupuje syropy. Suplementy diety. Pigułki do ssania. Saszetki do płukania. Czopki i maści do wsadzania. Zawartość reklamówki taszczy do domu pojękując głośno, że źle, drogo, ciężko, wyjścia nie ma. Że chętnie by pod kołdrę wlazł, ale jak tu pod kołdrę wejść? Pod kołdrę to sobie może wejść taki i owaki, co życia nie zna. A polski patriota życie zna. Życie to nic przyjemnego. Trzeba więc iść, walczyć, zarażać, bo kraj, firma, rodzina – padnie, zginie, rozsypie się w pył. Jeszcze Polska nie zginęła, póki my kaszlemy. Lekarz? Jaki lekarz? Kto ma czas do lekarza chodzić? I tak wszyscy w Polsce dzielnie kaszlą dalej .

W takich Niemczech nikt nie kaszle. Byłam tam ponad tydzień. Wysiadłam z samolotu i nic. Żadnych przerywników, zduszonych zgłosek, świszczących wstawek. Żadnych salw charkotu, żadnych ciągnięć nosem. Nic. Nie wiem, nie uogólniam. Może i jest tam gdzieś jakiś zabłąkany kaszlący Niemiec? Może gdzieś w czeluściach swojego domu dusi się bronchitem? Może mięczak, zupełnie nieheroicznie leży pod kołdrą? Fakt, że w żadnym miejscu publicznym go nie słychać. Nie słychać go ani w autobusie, ani na parkingu, ani w aptece, ani w hipermarkecie, ani w drogerii, ani w restauracji, ani w barze szybkiej obsługi, ani w kwiaciarni, ani w pralni. Na spotkaniu rodzinnym też nie. U znajomych: ani śladu. Nawet w szpitalu go nie ma. Do szpitala chodziłam codziennie, przez kilka oddziałów, bity tydzień. Nikt tam nie kaszlał.

Dlatego śmiem przypuszczać, że  jestem chora od trzech tygodni na zapalenie oskrzeli galopujące w kierunku zapalenia płuc, ponieważ zaraziłam się w tu, w Polsce. W kraju, który znajduje się w światowej czołówce reklam i sprzedaży leków na kaszel. Dostępnych bez recepty.

Mroczna przepowiednia. Horoskop na 2015 rok

Mam przepowiednię. Proroctwo na nowy, 2015 rok. Nie wyczytałam go z gwiazd, ani z fusów, nic nie wymyśliłam. Po prostu wiem. Dokładnie wiem. Co gorsza, przepowiednia nie jest dobra. Rok 2015-sty to prawdziwy Czas Apokalipsy. Tragicznego absurdu i straszliwych niedorzeczności. Kliknijcie w zdjęcie i przeczytajcie, co was czeka:

z17198027Q,Wrozba